Dzień 4 – Park Narodowy Khao Yai

Rankiem wybieram się na zwiedzanie parku narodowego Kho Yai – najstarszego w Tajlandii. Z Pak Chong pod bramę parku dojeżdżam busem (40B). Przy wejściu proszę o mapę i dostaję obszerna ulotkę na temat parku. Wstęp 400B. Za bardzo nie wiem dokąd i w jaki sposób się dalej udać, ponieważ z mapy wynika, że do centrum parku jest dość daleko, a nie uśmiecha mi się maszerować asfaltem kilkunastu kilometrów.  Postanawiam spróbować złapać stopa, co udaje mi się już przy pierwszej próbie. Sporo samochodów w Tajlandii to potężne pickupy i nie inaczej jest tym razem więc po prostu wskakuję na pakę i podziwiam widoki podczas jazdy.  W visitor’s centre dostaję bardziej szczegółową mapę szlaków i rozglądam się chwilę oglądając ekspozycje. Na środku znajduje się wypchany tygrys, który po zaatakowaniu bawiącej się dziewczynki miał zostać  odstrzelony. Jednak zanim to się stało, strażnik, który na umówiony sygnał o zbliżającym się tygrysie miał go zastrzelić. Skradający się tygrys wyskoczył w górę raniąc niedoszłego strzelca, który w konsekwencji odniesionych obrażeń zmarł w drodze do szpitala.

Wybieram szlak prowadzący do wodospadów Haew Pratun i Haew Sai. Nie jestem dobrze przygotowany do tej wędrówki pomimo zaleceń przewodnika aby zaopatrzyć się w pełne buty ze skarpetami. Mi muszą wystarczyć sandały, krótki rękaw i krótkie spodnie. I aparat oczywiście. A w torbie zaledwie tabliczka czekolady i butelka wody. Już na samym wstępie muszę przekroczyć barierkę bo na wszelki wypadek jest ona zagrodzona z tabliczką informującą, że do wodospadów jest 8km i że nie należy tamtędy chodzić. Jednak skoro szlak tamtędy prowadzi to idę. Niebawem mijam kilkuosobową grupę z przewodnikiem, wszyscy ubrani w długie ubrania, wysokie buty i stuptuty. Mijam ich i dalej idę sam bez żadnego towarzystwa w pobliżu. Pijawki nieustannie przyklejają się do nóg i co rusz walczę by je zrzucić lub oderwać. Krew została przelana.

Sama ścieżka jest dość prosta do przejścia, oznaczona często czerwonymi kropkami na drzewach, raczej szeroka, rzadko wąska. Czasem tylko powalone przez termity drzewa blokują przejście. Widać ich kopce w pobliżu. Raz pnie się w górę, a raz opada w dół by przeciąć jakiś strumień. To zawsze okazja na zmycie z nóg całego paskudztwa. Jednak bez względu na wszystko prawie zawsze jest ślisko i muszę uważać aby się nie poślizgnąć i przypadkiem nie chwycić się czegoś, czego nie należy się chwytać jak na przykład krzewu z długimi, wąskimi łodygami, które mają malutkie kolce lubiące się czepiać do ubrania czy skóry. Trik z ich odczepieniem jest taki, że można ciągnąć tylko w kierunku, z którego się wbiły. Poza problemem z pijawkami idzie mi się dobrze. Może za sprawą temperatury, która w visitor’s centre wynsiła ledwie 22,5°C. Nieustannie słychać hałaśliwe bzyczenie jakby świerszczy, śpiewy i krzyki ptaków i nawoływania czegoś co z daleka przypomina głos jakby wiewiórki ale równie dobrze może i być małpą.

Do wodospadów miało być 8km natomiast GPS pokazuje, że przeszedłem już ich ponad 13 i nie widać końca co utwierdza mnie w przekonaniu, że jedynie co mogę zrobić to iść przed siebie. W pewnym momencie trochę błądzę i schodzę ku rzece. Jak się później okazuje zaledwie kilkadziesiąt metrów od wodospadu. Wracam na ścieżkę i nadal idę za znakami. Po chwili widzę tabliczkę – wodospad 100m. Ponownie docieram do rzeki ale tym razem idę w górę jej biegu ale po jakimś czasie ścieżka się kończy co zmusza mnie do zawrócenia. Kręcąc się po okolicy dochodzę wreszcie do wodospadu, mijając po drodze miejsce, w którym byłem wcześniej. Należało zatem iść w dół rzeki.

Szczerze mówiąc wodospad jak wodospad – szału nie robi ale przejść się było warto. Korzystam z dostępu do bieżącej wody i odklejam pijawki, co nie jest takie łatwe gdy się przyssają mocno.

Drugi wodospad jest już łatwy do odnalezienia – wystarczy od strony parkingu zejść schodami. Można też podejść do niego od góry i stanąć w pobliżu jego progu.

Przeszedłem już ponad 18km, a czeka mnie jeszcze wiele kilometrów drogi asfaltem przez park. Kilkaset metrów pojawia się pierwszy samochód; macham i od razu wskakuję na pakę. Zaczyna padać ale nie jest najgorzej. Lepsze to niż marsz piechotą. Już prawie leje. Usiłuję schronić się za szoferką ale wszystko jest zastawione butlami, pudłami i nie jest to takie proste. 3 min później znów świeci słońce i po deszczu nie ma śladu. Wysadzają mnie na skrzyżowaniu. Po drodze mijam skubiące trawę jelenie i dwie małpy, które przyszły zbadać sytuację. Żeby dotrzeć do Pak Chong łapię stopa jeszcze dwa razy. Za każdym razem bez problemu pierwszy lub drugi samochód. Zza szyby samochodu obserwuję sobie małpie rodziny przesiadujące na drodze. Z zaciekawieniem przyglądam się pokrętłu regulacji temperatury. Zamiast opcji ciepło zimno jest tylko zimno i zimniej.

Wysiadam niedaleko swojego hotelu. Po drodze na nocnym targu posilam się noodle soup (40B), kupuję tackę ananasa(20B) i sushi (1szt/5B).

Zapis trasy z GPS.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s