Dzień 9 – Tokio

Na stacji metra kupujemy bilet całodniowy na wszystkie linie (Toei Line + Tokyo Metro Line, 1000 JPY) i linią Asakusa jedziemy do Ginzy, na stację Tsukijishijo. Tuż obok znajduje się słynny tokijski targ rybny, na którym odbywają się aukcje tuńczyka o 5 rano. Niestety od końca grudnia, do 20 stycznia nie mam możliwości jej oglądania. Około 11 na targu wszyscy już się pakowali, sprzątali, myli stoiska i skrzynie, a co niektórzy porcjowali i ważyli jeszcze jakieś ryby. Jednym słowem nie było wiele do oglądania, choć te kilka ryb, które udało nam się dojrzeć było wielkości średniego prosiaka.
Na wąskich uliczkach obok targu można było kupić wszelkie narzędzia jakie tylko mogą być potrzebne do zajmowania się rybami, choć i tak najdroższy nóż, jaki widziałem był w sklepie w Narze (64000 JPY). Zarówno w obrębie samego targu, jak i na pobliskich ulicach można zakosztować sushi. Przed lokalami ustawiały się kolejki i ludzie czekali, aż zwolni się jakieś miejsce. Analogiczna sytuacja jest w porze lunchu, gdy jedni siedzą i jedzą, drudzy czekają i stoją w kolejce tym jedzącym za plecami.

Z targu poszliśmy dalej przez Ginzę do Yonchome Intersection, gdzie skręciliśmy w prawo, w jedną z zapewne wielu tokijskich ulic, przy której mieszczą się sklepy znanych i drogich marek. Po drodze obejrzeliśmy jeszcze budynek Sony i teatr Takarazuka.

Następną dzielnicą na naszej trasie zwiedzania była Roppongi. Zaczęliśmy od Tokyo Midtown – czyli małego miasteczka zmieszczonego na powierzchni kilku wieżowców. Centra handlowe, restauracje, biura i hotel. Przy jednej z ulic, w sklepie zoologicznym przez witrynę widzę małpą małpkę do kupienia, za bagatela 690000 JPY (28000 zł).
Roppongi Hills to kolejne skupisko centrów handlowych, restauracji, kin, rezydencji, stacji telewizyjnej, muzeum sztuki, obserwatorium i pewnie wiele jeszcze innych. Wokół Roppongi Hills są nawet wytyczone ścieżki spacerowe. Idąc już w kierunku stacji metra przechodzimy przez Azabu Juban Shopping Town – popularną okolicę handlową z ponad 300 letnią tradycją.

Jadąc do Shibuya, dziwnym trafem wysiadamy jedną stację za wcześnie i chwilę nam zajmuje zorientowanie się w naszym położeniu. Podjeżdżamy jednak dalej do Omote-Sando i kierujemy się w stronę parku.
Niedaleko znajduje się Takeshita Dori –uliczka o różnorodnym charakterze, szczególnie popularna wśród nastolatków. Mijamy dworzec, za którym bezpośrednio znajduje się Meiji Jingu Gyoen Park ze świątynią Meiji Jingu. Na placu przed wejściem trwa porządkowanie śniegu. Nie jakieś tam zwykłe odgarnianie tylko ładowanie na wózki i wywożenie do lasu.
Mieliśmy szczęście, że zdążyliśmy, ponieważ z głośników umieszczonych gdzieś między drzewami dobiegają komunikaty, że park jest już zamknięty.

Zmierzamy ulicą w stronę najruchliwszego przejścia dla pieszych w Tokio. Światła dla pieszych zapalają się wszędzie równocześnie i można przechodzić w każdym kierunku, także na skos. Obok znajduje się też pomnik psa rasy akita – Hatchiko, który po śmierci swojego właściciela przychodził czekać na niego przed dworcem przez następnych dziesięć lat, aż do końca swych dni. Na podstawie tej historii nakręcono m.in. film pod tytułem „Mój przyjaciel Hatchiko” z Richardem Gere. Budynek Shibuya 109 to popularny symbol dzielnicy o tej samej nazwie.

Złapał nas już zmrok ale jedziemy jeszcze obejrzeć na szybko dzielnicę Shinjuku. Trafiamy na bardzo ładną, wąską i oświetloną lampionami uliczkę Yakitori, przy której mieszczą się małe knajpki.
Zataczamy pętlę wokół okolicznych wieżowców – Nishi Shinjuku Skyscrapers, ale dojście do nich prowadzi swoistą podziemną autostradą dla pieszych – długą na kilkaset metrów z oznaczeniami wyjść w wielu kierunkach.

Z kolei pobliskie Electric Street to cała ulica ze sprzętem elektronicznym wszelkiej maści, takich jak Yamada Denki, Big Camera czy Yodobashi Camera.

Wracamy już w kierunku hostelu, ale raz jeszcze wysiadamy na stacji Tsukijishijo, żeby wstąpić na sushi. Co prawda już prawie wszystko jest pozamykane, ale ta knajpka, którą upatrzyliśmy sobie rano jest nadal czynna.

Zamawiamy deskę z sushi i nigiri oraz miskę ryżu przykrytą z góry kilkoma gatunkami ryb. Do tego dostajemy miseczkę z jakąś zupą, wasabi oraz tradycyjną japońską zieloną herbatę i biały imbir dla lepszych doznań smakowych.

Przed dojściem do hostelu korzystamy z darmowych kuponów na sake w Khaosan Bar. Do wyboru poza sake, która smakuje jak woda z wytrawnym winem, miałem jeszcze coś innego i to był strzał w dziesiątkę. Umeshu, czyli śliwkowe wino. Naprawdę pyszne.

Po powrocie wdaję się jeszcze w rozmowę z Maureen – Indonezyjką z Kanady, która rozpoznaje u mnie balijski sarong. W razie czego mam już namiary na nocleg, gdy będę w centralnej Kanadzie.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s