2010.06.15 – 30 – Szwecja

Plan wyjazdu rowerem do Skandynawii zrodził się w mojej głowie już znacznie wcześniej. Wcześniej nawet niż wycieczka do Budapesztu, Bratysławy i Wiednia. Gdy zbliżała się wiosna uznałem, że najwyższa pora go zrealizować. Jednak zanim wyruszyłem w drogę musiałem odpowiednio do tego celu przygotować zarówno siebie jak i rower. Trochę przekornie postanowiłem prawie w ogóle nie jeździć na rowerze, bo w najbliższym czasie będę miał go powyżej uszu, a zamiast tego skupić się intensywnie na bieganiu i wzmocnieniu kondycji. Co się tyczy natomiast sprzętu, to zdecydowania tylna sakwa była za mała, aby spakować się do niej na bliżej nieokreślony okres czasu. Zakupiłem zatem bagażnik na przód z sakwami MSX, zmieniłem przednią piastę i założyłem z wbudowanym dynamem i podłączyłem urządzenie, za pomocą którego mogłem ładować GPS i telefon. Przy okazji wymieniłem opony, zmieniłem kasetę i wyregulowałem przerzutki. I to by było na tyle.
Pakowanie czas zacząć. Nie wiedziałem jeszcze jak długo planuję przemierzać skandynawskie ziemie, ale wiedziałem, że muszę być jak najbardziej samowystarczalny i przygotowany na różne sytuacje.
Do roweru zabrałem tylko trzy zapasowe dętki i linki hamulcowe, a do tego dwa klucze imbusowe, którymi mogę wyregulować większość rzeczy. Ułożyłem także menu, w skład którego wchodziły m.in. owsianki, kaszki Nestle, mleka w proszku, musli, kuskus, makaron spaghetti i sosy, pasztety oraz zupki chińskie, gorące kubki, jakieś batony, czekolady i Plusssz w proszku. Samo jedzenie ważyło ponad 11 kilogramów. Do tego zestaw garnków oraz palnik i kartusze z gazem.

Co do ubrań, to tutaj także musiałem się liczyć z bardzo zmiennymi i różnorodnymi warunkami atmosferycznymi, dlatego poza zwykłymi koszulkami i spodenkami rowerowymi zabrałem także kurtkę jesienną i zimową na rower, spodnie zimowe, ocieplacze na buty, rękawiczki rowerowe, czapkę i na wszelki wypadek także folię NRC. Namiot, ciepły śpiwór, karimata, aparat oraz kosmetyczka. Jadąc parę lat wcześniej z Węgier na Słowację, zmęczony, obolały i pod wiatr miałem ze sobą tylko trzy bandaże elastyczne, a jak na złość od pedałowania bolały mnie dwie kostki i dwa kolana, dlatego tym razem postanowiłem się lepiej zaopatrzyć w rzeczy, które mogą okazać się nieocenione podczas nadwyrężenia mięśni, ścięgien czy stawów i umożliwią mi dalszą jazdę. Z grubsza to wszystko.

Tak się złożyło, że akurat w podobnym okresie znajomi jechali swoim kamperem na ryby do Szwecji i zaoferowali, że mnie podwiozą, więc postanowiłem skorzystać i zabrałem się z nimi.

Ruszyliśmy wspólnie do Gdańska, skąd wieczór zaokrętowaliśmy się na prom do Nynashamn – miejscowości 60 km na południe od Sztokholmu. Po niecałych 20 godzinach spokojnego rejsu dopływami na miejsce. Wypakowuję rower z luku, składam rower w całość, zakładam sakwy i od tego momentu jestem skazany sam na siebie. Wstępnie założyłem sobie, aby dziennie przejechać średnio 140 km.

Pierwsze parę noclegów miałem upatrzonych z Google Earth, za pomocą którego znalazłem sobie parę przyjemnych jak mi się wtedy wydawało, polan nad jeziorami, gdzie będę mógł spokojnie rozbić namiot i przenocować. Dzięki skandynawskiemu prawu swobodnego dostępu do natury mogłem nocować prawie wszędzie na łonie natury, gdzie miałem tylko ochotę, byle trzymać się 100 m od najbliższych zabudowań i nikomu nie przeszkadzać. Jakie był moje rozczarowanie, gdy dotarłszy na przedmieścia Sztokholmu, nad upatrzone wcześniej jezioro, okazało się, że nie ma tam za bardzo miejsca na rozbicie namiotu i cudem znalazłem kawałek płaskiego terenu ze znośnym zejściem do jeziora, gdzie w konsekwencji rozbiłem namiot. Obok przebiegała droga prowadząca do pobliskich domów, ale zarówno ja jak i prawdopodobnie mieszkańcy również, postanowiliśmy nie zwracać na to uwagi. Ugotowałem sobie kuskus z sosem i zabranym z domu mięsem na pierwszy posiłek i położyłem się wcześniej spać, żeby odpocząć i nabrać sił na następny dzień.

Już około piątej rano potrzeba toalety zbudziła mnie i wyszedłem tak jak spałem – w bluzie i spodenkach. Założyłem tylko buty. Pech chciał, że pszczoły czy osy upodobały sobie okolice mojego namiotu i jak tylko wysunąłem się z niego zostałem zaatakowany. Butów oczywiście nie ubrałem porządnie, bo nie planowałem w nich odchodzić daleko, więc od razu je zgubiłem i zacząłem uciekać aż na drogę w samych skarpetkach. Jedyną radą na to było rozpalić ognisko. Byłoby miło, gdyby się udało, ale od wieczora wszystko zdążyło zawilgnąć i tyle z tego było. Żebym nie popadł w monotonię, to pod kamieniem odkryłem jakieś wijące się małe węże. Tego było już za wiele. Podjąłem decyzję, że czas się zbierać. Ugotowałem sobie śniadanie, ubrałem się, spakowałem i pojechałem zwiedzać Sztokholm.

Miałem oczywiście mapę ze sobą, ale korzystanie z GPS’u okazało się nieocenione i pozwoliło mi zaoszczędzić sporo czasu na błądzenie po mieście. Jako, że jest to moja druga wizyta w stolicy Szwecji, ograniczyłem się do małej rundki po mieście, przejeździe pod pałac królewski i na stare miasto (Gamla Stan).

Jadąc dalej, w jednym ze sklepów kupuję kiełbasy i wieczór rozpalam ognisko. I tak bym je rozpalił, bo ilość komarów uniemożliwia swobodne poruszanie się wokół namiotu, a pierwszą rzeczą po zatrzymaniu się, a przed rozbiciem namiotu jest zakrycie jak największej powierzchni ciała i posmarowanie całej reszty środkiem na komary.

Ruch na drogach jest znikomy, zresztą nie ma się to dziwić, to Szwecja. Mimo tego GPS prowadzi mnie w jeszcze bardziej boczne i mniej uczęszczane drogi, co nie oznacza pogorszenia się jakości nawierzchni. To wciąż jest południowa Szwecja, dlatego stosunkowo często mijam gospodarstwa rolne i farmy. W pewnym momencie kończy się asfalt i jestem zmuszony wjechać na drogę szutrową. Pomimo tego nadal jedzie się dobrze i utrzymuję w miarę szybkie tempo, na tyle na ile szybko można jechać rowerem ważącym 50 kg. Niespodziewanie w lesie mijam łosia, a właściwie łosicę, która przygląda mi się tak samo jak ja jej.

W Falun postanawiam odpuścić zwiedzanie kopalni miedzi, dlatego że byłbym zmuszony czekać do godziny 12 na wejście z przewodnikiem angielskojęzycznym. Postanawiam jechać dalej, w końcu Falun to nie koniec świata i jeszcze tu pewnie wrócę.
Im bardziej oddalam się od głównych dróg i jadę w kierunku północno-zachodnim, tym drogi robią się pustsze. Nie jest to jeszcze całkowita pustka, bo samochody mijają mnie od czasu do czasu, ale kto zna Skandynawię, ten wie, że duży ruch w naszym rozumieniu się nie zdarza.

Moim celem jest park niedźwiedzi Gronklitt w Orsie. Dobrze, że zdecydowałem się tam dojechać jeszcze tego samego dnia, ponieważ dwunastokilometrowy podjazd wymęcza mnie doszczętnie i nie jestem w stanie znaleźć odpowiedniego miejsca na rozbicie namiotu. Decyduję się zatem na kawałek płaskiej powierzchni w pobliżu samego parku. Obok jest wielka rura a la przejście pod drogą, w której zostawiam rower, ponieważ zaczyna padać. Tej nocy ubieram na siebie prawie wszystkie ubrania, począwszy od trzech par skarpet, krótkich spodni, dwóch par długich, koszulkę, bluzę, kurtkę jesienną, zimową, czapkę i rękawiczki. Śpiwór powinien zapewniać komfort w granicach +5C, ale jest piekielnie zimno i decyduję się jeszcze na okrycie się folią NRC. Jak się okazuje nie był to najlepszy pomysł, ponieważ para wodna zaczyna się skraplać na śpiwór, który robi się w efekcie mokry.
Jakoś wytrzymuję do rana, a o godzinie 10, termometr w ośrodku niedźwiedzi pokazuje 9C. Nie wiem ile mogło być w nocy, ale zważywszy, że zaspy śniegu obok toru biegowego utrzymują się jeszcze w połowie czerwca, to mówi samo przez się.

W ośrodku oprócz niedźwiedzi brunatnych są także niedźwiedzie polarne, tygrysy, ryś, wilki oraz rosomaki. Rysia niestety nie udaje mi się dostrzec, rosomaki sobie wesoło hasają po wybiegu, tygrysy leżą albo leniwie przechadzają, wilk, bo tylko jednego widziałem, pokonuje właśnie jakiś życiowy dystans i z równą częstotliwością przebiega wzdłuż ogrodzenia przy którym stoję.
Niedźwiedzi brunatnych jest kilka i w różnym wieku. Jest samica z małymi, są młodociane niedźwiedzie oraz w pełni dorosłe. Największe są te przywiezione z Kamczatki – Piotr i Sonia.
Polarne z kolei skaczą na główkę do stawu i zajadają się jabłkami i pomarańczami.
Cały ośrodek jest tak zbudowany, że pomimo stosunkowo niewielkiej ilości zwierząt zajmuje bardzo dużą przestrzeń i jego domownicy mają naprawdę sporo miejsca dla siebie. Co więcej, ścieżki prowadzą tak, że z każdej strony można podglądać zwierzęta, nawet jeśli w danej chwili przebywają gdzieś daleko od ogrodzenia.

Temperatura na szczęście rośnie, wychodzi słońce i długie ciepłe ubrania zamieniam ponownie na krótkie. Kontynuuję jazdę prosto na północ. Za sobą zostawiłem miasteczka i wioski, a przede mną tylko las, las i las. Oraz pagórki, z których roztacza się widok na ten las. Nie ma żadnych sklepów, stacji benzynowych i tylko raz na dwadzieścia kilometrów mijam parę domów. Przy drodze stoi znak ostrzegający o niedźwiedziach, a z wizyty w ośrodku przypominam sobie mapę z zaznaczonymi trasami niedźwiedzi odczytanymi z ich obroży z GPS’em oraz to, że droga którą się poruszam przecina ten teren mniej więcej w środku.

Co wieczór dochodzę do większej wprawy w znajdowaniu sobie ciekawych miejsc na nocleg i tym razem wybrałem niewielki półwysep położony nad jednym z okolicznych jezior. Cisza, spokój, w pobliżu prawie żywej duszy nie ma. Namiot rozbijam niecały metr od krystalicznie czystej ale zimnej wody. Dochodzi 23, gdy słońce chowa się poniżej linii drzew.

Skręcam w kierunku północno-wschodnim. Droga, którą jadę jest wyjątkowo odludna. W ciągu godziny mija mnie zaledwie jedenaście samochodów. Dopiero gdy zbliżam się do miasta pojawia się cywilizacja. Do sklepów wstępuję głównie po to, aby kupić coś do picia i ewentualnie pieczywo. Cały czas korzystam z własnych zapasów, wodę nabieram z jezior albo z przydrożnych toalet. Świetne jest to, że w wielu miejscach, co ileś kilometrów znajdują się miejsca wypoczynku przy drogach. Poza stołami, ławkami znajdują się tam zazwyczaj toalety z ciepłą wodą i gniazdkiem. Świetnie miejsca. Zdecydowanie lepsze to niż kąpiel w lodowatych wodach jeziora.

Zataczam koło i kieruję się ponownie na południe, w kierunku Falun. Mówiłem, że znów tam się kiedyś wybiorę. Trochę mam pecha i droga na odcinku trzydziestu kilometrów jest w remoncie. Bez asfaltu o żwirowej nawierzchni. Nie dość, że spod kół samochodów unosi się kurz i pył, to jeszcze koła zapadają się w tym żwirze. Wiatr, jakżeby inaczej, wieje w twarz, a droga prowadzi pod górkę. Z uczuciem ogromnej ulgi wjeżdżam ponownie na asfalt i docieram do miasta. Rozbijam się w tym samym miejscu co poprzednio – przy wjeździe do miasta, nad jeziorem i w pobliżu toalet. Czego chcieć więcej.

Tym razem już jadę pod kopalnię i idę na wycieczkę z przewodnikiem. Rower zostawiam przed budynkiem, ale w Szwecji się nie obawiam, że ktoś sobie przywłaszczy moje jedzenie bądź ubranie.
Kopalnia rozpoczęła wydobycie miedzi już prawdopodobnie około IX wieku, a największy rozwój przypada na wiek XVII.  Była motorem napędowym budowy pobliskiego szpitala i rozwoju medycyny, jako że urazów nie brakowało. W miarę jak kopalnia stawała się głębsza, górnicy musieli pokonywać większe odległości żeby się do niej dostać. Jednym ze sposobów było zejście po drabinach trzymając w zębach pochodnie, co nierzadko skutkowało utratą zębów. Drugim natomiast jazda ogromną beczką poruszającą się z góry na dół. O ile drugi sposób może wydawać się wygodniejszym, o tyle owa beczka nie zatrzymywała się na poszczególnych poziomach i trzeba było do niej wskoczyć i następnie z niej wyskoczyć. A szyb był głęboki, więc lepiej nie spudłować. Obecnie kopalnia jest zamknięta, ale jednym z produktów ubocznych jest czerwony składnik, którego używa się jako pigmentu do farb, które stały się szwedzkimi farbami narodowymi.

W miarę przemieszczania się na południe tereny stawały się bardziej zaludnione. Lasy ustępowały miejsca polom uprawnym, częściej pojawiały się wioski i miasteczka i nawet jakoś bardziej płasko było. Jednego wieczoru miałem nawet wiatr w plecy. Najwyższa pora zresztą.

Po drodze zatrzymywałem się oczywiście i zwiedzałem różne miejsca, które wydawały mi się ciekawe. M.in. przejeżdżałem obok jednej ze śluz na śródlądowej drodze wodnej łączące Sztokholm z Goeteborgiem.  Poza tym moje dni sprowadzały się do bardzo prostych czynności. Wstać, przygotować śniadanie, złożyć namiot w międzyczasie i ruszyć w drogę. Jechać, jechać, jechać. Przerwa na posiłek i to nie koniecznie dlatego, że byłem głodny, ale opadałem z sił. Dlatego niezmiernie ważnym było dostarczać do organizmu odpowiedniego paliwa. Problem pojawiał się, gdy byłem już tak najedzony, a mimo to słabłem. Najgorsze były poranki, ponieważ w perspektywie miałem kilka ładnych godzin pedałowania. Wbrew pozorom najbardziej bolały dłonie –od trzymania kierownicy, która z kolei była tak dociążona sakwami, że jazda bez trzymania nie wchodziła w grę. Im bliżej wieczoru tym lepiej mi się jechało. Może świadomość, że już niedługo i rozbiję ponownie sobie namiot, zjem kolację i się położę dodawała mi sił. O ile w dzień jechałem w okularach przeciwsłonecznych, o tyle wieczór nie miałem nic do ochrony oczu i wpadające owady stanowiły problem, ponieważ nie sposób było je później wyjąć zakurzonymi palcami bez żadnego lusterka.

Jednego wieczoru znalazłem sobie również bardzo piękne miejsce na nocleg. Na idealnie przystrzyżonej trawie, nad brzegiem jeziora i pod drzewem stojącym na samym środku trawnika. Uznałem, że pod tym drzewem będzie w sam raz. Nie przewidziałem tylko, że przez całą noc będą z niego spadały szpilki wprost na mój namiot wywołując tym samym uporczywe odgłosy.

W ostatnie trzy dni, kiedy zarezerwowałem to zarezerwowałem już prom, musiałem się trochę sprężać. Nie żebym do tej pory się ociągał, ale od tej chwili miałem wyznaczoną datę i godzinę, kiedy to miałem stawić się w porcie, do którego jeszcze prawie 420 km i zaledwie trzy dni na ich pokonanie.  O dziwo tak się rozpędziłem, że jechałem od świtu do zmierzchu i pokonanie ponad 170 km na załadowanym rowerze nie stanowiło większego problemu. Nie wiem na ile to kwestia tego biegania przed wyjazdem, bo już po pierwszych dniach jazdy stwierdziłem, że do jazdy takim czołgiem potrzeba znacznie więcej sił. Pogoda dopisywała i poza jednym dniem, kiedy to padało może dwie godziny, panował upał jak na Szwecję. Prawie od rana do wieczora jechałem ubrany na krótko i zauważyłem też o ile zwiększyłem masę mięśniową ud.

Ostatniego dnia pozostało mi już tylko dojechać do Karlskrony i o ile poprzedniego dnia pierwszy raz przeciętna prędkość wyniosła ponad 19 km/h, o tyle tym razem przekroczyłem 20.

W Karlskronie obowiązkowe lody na rynku, ostatnie zakupy w supermarkecie, a przez resztę czasu odpoczynek nad ciepłym Bałtykiem z miską spaghetti.

Do Gdyni przypływam nad ranem i już przy wyjeździe z terminala promowego jakiś samochód wymusza na mnie pierwszeństwo i skręca tuż przed moim kołem. W Szwecji takie rzeczy nie mają prawa się zdarzyć. Na tamtejszych drogach byłem jak święta krowa. Nawet jeśli do skrzyżowania miałem jeszcze ze 100 metrów, to samochody spokojnie czekały aż dojadę, a mogły skręcić bezpiecznie parę razy. Jeśli z kolei jechałem ścieżką rowerową przez skrzyżowanie na wprost nikomu nie przyszło do głowy, aby skręcać w prawo zanim przejadę. Z tego też powodu hamulce były najmniej eksploatowanym elementem roweru.

Pociąg mam dopiero wieczór, więc postanawiam pojeździć trochę po Trójmieście. Najpierw ścieżką rowerową wzdłuż morza jadę do Gdańska na stare miasto. Wracając zahaczam o Sopot, gdzie spędzam popołudnie, a przed udaniem się na dworzec w Gdyni jadę na Skwer Kościuszki, gdzie stoi m.in. Dar Pomorza i ORP Błyskawica.

Wejście do pociągu przez wąskie drzwi z rowerem to też jest sztuka w polskich kolejach. Jakoś się udaje dotargać do przedziału i położyć na górnych półkach. Obawiam się trochę czy nie spadnie mi na nogi, co staje się też chwilę później. Ale montuję go raz jeszcze, tym razem pewniej i sam w pustym przedziale jadę już do domu.

Pomimo, że wycieczka była naprawdę wymagająca pod względem wytrzymałościowym, zarówno jeśli chodzi o kondycję fizyczną jak i ze strony psychicznej, aby nie rzucić tym wszystkim w trzy diabły, gdy przez cały dzień wiał w twarz wiatr i zrzucał z drogi to pozwoliła mi doświadczyć ciekawych przygód w tak pięknym kraju jakim niewątpliwie jest Szwecja. Przebyte odległości może nie zwalają z nóg, ale biorąc pod uwagę ciężar całego bagażu wraz z rowerem, który przyszło mi przemieszczać i tak uznaję to za niezły wynik. Zresztą nie o odległości i czasy mi chodziło, a o nacieszenie się piękną przyrodą, spokojem jazdy i niedźwiedziami rzecz jasna.

Trochę statystyk

Trochę statystyk

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s