Dzień 3 – Galle – Tissamaharama

Rano raz jeszcze spacerujemy po holenderskim forcie w Galle. Jest sobota i pary młode urządzają sobie sesje fotograficzne. Na kamieniu wyleguje się potężna jaszczurka, a siedzący obok kot z początku wyraża nią zainteresowanie, by zapewne stwierdzić po chwili, że ani zjeść się nie da, ani zjedzonym się nie zostanie, więc już bez skrępowania przysiada się obok.
Na stylowych uliczkach można gdzieniegdzie spotkać obwoźnych handlarzy spędzających owoce na swoich wózkach, a ja podczas fotografowania rzemieślnika szlifującego kamienie księżycowe pod sklepem dostaję od niego mały kawałek na pamiątkę.

Z dworca autobusowego w Galle jedziemy lokalnym autobusem do Matary. Autobus potrzebuje prawie 1,5h, żeby pokonać dystans 44km dzielący oba te miasta. Bierze się to po części z tego, że kierowca zatrzymuje się, gdy tylko ktoś machnie ręką, co może mieć miejsce nawet kilkukrotnie na odcinku paruset metrów.

W Matarze przesiadamy się na autobus jadący bezpośrednio do Tissamaharamy, zwanej przez wszystkich po prostu Tissą, miasteczkiem leżącym w bezpośrednim sąsiedztwie parku narodowego Yala. Tym razem autobus nie zatrzymuje się co rusz i jazda jest bardziej płynna, a kierowca wyprzedza na potęgę. W pewnym momencie zahacza lekko o kierowcę tuk-tuka ale niezrażony jedzie dalej. Pech chce, że chwilę wcześniej wyprzedziliśmy dwóch policjantów na motorze, którzy zatrzymują nasz autobus. Zjawia się też poszkodowany kierowca tuk-tuka w stanie bardzo niezadowolonym. Chwilę dyskutują, policja najwidoczniej nie chce marnować swojego czasu i prawie natychmiast odjeżdża,  kierowca naszego autobusu wręcza temu z tuk-tuka parę banknotów, a jeden z pasażerów rozgania całe to zbiorowisko i najprawdopodobniej zachęca do kontynuowania jazdy. Tak jest, po co tracić czas, w końcu to tylko stłuczka i ucieczka z miejsca zdarzenia. Dzień jak co dzień.

Niestety w Hambantocie zmieniamy autobus, na taki pamiętający jeszcze czasy Holendrów czy Anglików będących we władaniu wyspą, w którym przy wyższej prędkości (czyli bagatela ok 60 km/h) odnosi się wrażenie, że jeszcze trochę  tych wibracji, a teleportuje się on do innego wymiaru.
W autobusie jeden z tubylców zaczyna zachwalać nam swój nocleg, pokazuje zdjęcia i książkę z wpisami zadowolonych gości. Dajemy się skusić i nie żałujemy. Pomimo tego, że cena świetna (RS 1500) to willa położona jest nad brzegiem jeziora, w którym żyją m.in. krokodyle. Jednego udało się nam nawet dostrzec wylegującego się pod drzewem. Z tego też powodu cała posiadłość otoczona jest drutem kolczastym. Kilka okolicznych drzew jest dosłownie obleganych przez wiszące na nich do góry nogami nietoperze. Miejscowi mówią, że ich liczbę szacuje się na 100 000 sztuk. Poza tym nie jest problemem dostrzec spacerujące białe czy siwe czaple, pływającego po jeziorze pelikana, latające nad głowami zielone papugi i skaczące po drzewach małpy. Węży podobno nie ma ze względu na podmokły teren i schyłek pory deszczowej, ale w drodze do miasta nagle się zatrzymujemy, bo któryś z tubylców dostrzegł węża gdzieś w trawie. Gdy zatrzymaliśmy się, żeby mu się lepiej przyjrzeć to już go nie było.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s