Dzień 3: Antigua, Wulkan Pacaya

Za sprawą zmiany czasu wstajemy już o 5 rano. Powoli robi się widno. Z dziewczynami umówiliśmy się na około 6:30 więc idziemy się na szybko przejść po okolicy i rozeznać w terenie. Obchodzimy parę przecznic i wracamy. Poza tym wcale nie jest ciepło, a przynajmniej nie tak ciepło jak można było oczekiwać. Wracamy do mieszkania i chwilę później wszyscy razem idziemy na miasto. Właściwie to zaczynami od spaceru na górę z krzyżem – Cerro de la Cruz, skąd rozpościera się widok na miasto i przykryty chmurami wierzchołek wulkanu Agua. Spędzamy tam kilkanaście minut robiąc zdjęcia i czekając aż wyjdzie słońce lecz nic takiego nie następuje. Sam widok nie jest jakoś szczególnie oszałamiający, choć to nasza subiektywna opinia.

Wracamy na śniadanie, które przygotowała nam Evelyn. Jest kawa, tosty, dżem, miód, jajecznica i kawałek ciast(k)a z Wielkanocy. Poprzedniego wieczoru Fernando dał nam mapki miasta i teraz idziemy na spacer. Przechadzamy się brukowanymi uliczkami Antigua, oglądamy kolorowe domy, których nie tylko okna ale i domofony schowane są za kratami.

Powoli zaczyna się życie i ruch na ulicach, choć do tłoku jeszcze sporo brakuje. W banku wymieniamy dolary po dość dobrym kursie (1$ = 7,6Q). Wszędzie w drzwiach wita nas uzbrojony strażnik z karabinem. Z tego co zauważyłem to w całej Ameryce Środkowej (Gwatemala, Honduras, Salwador) strażnicy, ochroniarze, policjanci i wojskowi noszą broń większego kalibru i nierzadko trzymają ją w pogotowiu przed sobą. Mając quetzale w kieszeni szukamy i znajdujemy piekarnię Dona Luisa Xicoteneatl, gdzie kupujemy zachwalany, pyszny chleb bananowy (27Q). Tak naprawdę to jest to bardziej ciasto aniżeli chleb ale jego dużą zaletą jest to, że mamy go prawie tydzień i ciągle jest tak samo świeże jak zaraz po kupieniu. Dopiero w Tikal, gdzie upał daje się we znaki, chleb zaczął się psuć i fermentować.

Przed południem postanawiamy opuścić Antiguę jako, że miasto poza ładnym wyglądem szczególnie nie zachwyca – jest po prostu kolorowe z ładnymi uliczkami jakich pełno w wielu krajach na innych kontynentach.
Po około godzinnej jeździe docieramy do podnóża wulkanu Pacaya, na który mamy zamiar wejść. Przewodnik jest obowiązkowy (100Q + 50Q wstęp) choć droga na górę jest bardzo prosta i wejście zajmuje nam około 1,5h. Po drodze mijamy pole świeżej lawy – około miesiąc temu nastąpiła ostatnia erupcja. W wielu miejscach ziemia jest jeszcze ciepła lecz da się ją bezpiecznie dotknąć. Z oddali dochodzą odgłosy jakby grzmotów lecz to nie burza tylko sąsiedni wulkan wydaje takie dźwięki. Na samej górze jednak są miejsca, gdzie jest zbyt gorąco by się zbliżyć i tam właśnie pieczemy nabite na patyk pianki w stylu amerykańskim. Podczas schodzenia mijamy już przybyłe na miejsce wycieczki pokonujące drogę na grzbietach koni.

Wracając z wulkanu wysadzamy dziewczyny przy drodze wiodącej do Antigua, a my jedziemy dalej w stronę jeziora Atitlan. Jazda Panamericaną prowadzącą od Alaski po Chile (z przerwą w Darien) jest szybka i wygodna. Nie ma progów zwalniających, choć każdy jedzie tutaj swoim tempem i nierzadko się zdarza, że dwa auta jadą zarówno prawym jak i lewym pasem prawie równolegle i żadne z nich nie czuje potrzeby zrobienia miejsca dla innych pojazdów. Tuż przed zmrokiem docieramy do Solola i próbujemy przez Santa Cruz la Laguna dotrzeć w okolice Tzununa. Niestety z tego co się dowiadujemy, droga prowadząca dalej jest tylko dla samochodów z napędem 4×4, więc jesteśmy zmuszeni zawrócić i objechać jezioro. Próbując przejechać skrótem przez miasteczko natrafiamy na zbyt stromy podjazd, nawierzchnia szutrowa i auto nie jest w stanie nie tyle wyjechać, co nawet po zatrzymaniu i użyciu hamulca ześlizguje się do tyłu. W końcu jednak wyjeżdżamy na dobrą drogę i jedziemy na około.  W międzyczasie zaczyna się błyskać, a po dobrych trzydziestu minutach spadają pierwsze krople. Chwilę później zaczyna lać jak to ma w zwyczaju padać w tropikach. Droga natomiast prowadzi w stromo w dół, zjazdy przekraczają 30°, a zakręty prawie 180°. Poza tym wszędzie ciemno i nigdzie żywej duszy ale jedzie się przyjemnie. Od czasu do czasu trąbię żeby się upewnić, że nie jedzie nic z przeciwka. Jest dość zimno więc zamiast klimatyzacji jest włączone ogrzewanie. Za Sam Marcos La Laguna kończy się asfalt, choć już wcześniej droga była fragmentami dziurawa. W pewnym momencie rozdwaja się i na nasze nieszczęście wybieramy tę po prawej. Zjeżdżamy stromo po łuku w dół po czym 200m dalej zatrzymujemy się bo to koniec, trzeba wycofać. Jednak podjazd okazuje się zbyt stromy żeby dało się na niego wyjechać na wstecznym, a jest zbyt ciasno by zawrócić. Próbuję więc z rozpędu pokonać tę górkę. To jednak na nic, podjazd okazuje się zbyt stromy i zbyt kręty. Jedyne co pozostaje to po centymetrze próbować zawrócić na zakręcie co o dziwo udaje się dość szybko. Powoli i deszcz przestaje padać, a parę minut później docieramy szczęśliwie do naszego następnego noclegu.

Zapis śladu trasy z GPS podczas wejścia na Pacaya.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s