Pamir

Dzień 1: W kierunku Karakul

Wczesnym rankiem odprowadzam Ewę na marszrutkę do Sary Tash, która okazuje się, że jest …o 13. Wczoraj, gdy pytaliśmy o godzinę odjazdu to była 7, a dziś nic przed 13 nie odjeżdża. W związku z tym wracamy i zaczynamy poszukiwania auta z kierowcą do Murghabu dla 6 osób. Od początku napotykamy pewne trudności bo wszyscy zgodnie odsyłają nas poza miasto. Z tym, że jedni kierują nas do „fashion center”, inni znów na „Tajik bazaar”. Raz jedno z tych miejsc jest tuż za miastem, dosłownie parę skrzyżować dalej, a innym razem jest to 5 lub 15km. Zależy kogo akurat o to pytamy. Oczywiście trafiamy też na ludzi, którzy o wyżej wymienionych miejscach nie mają zielonego pojęcia.

W końcu jednak trafiamy na taksówkarza, z którym zaczynamy od rozmowy o podwiezieniu te parę kilometrów za miasto, a kończymy na uzgadnianiu transportu do Pamiru. Cena, którą on proponuje jest 8 razy niższa aniżeli w hostelu, a dodatkowo będziemy mieli dwa samochody na 6 osób. Umawiamy się na 10 pod hostelem i wracamy ogłosić reszcie dobrą nowinę. A tam, okazuje się, że w nocy znalazł się kierowca, początkowo za wyższą kwotę, na którą dziewczyny się nie zgodziły i stanęło na cenie wyjściowej. Zatem trzeba zrezygnować z transportu poprzez hostel. Nie mamy poza tym ochoty korzystać z ich usług nie tylko dlatego, że są droższe ale również dlatego, że obsługa nie jest zbyt przyjazna.

Przed 10 wymeldowujemy się i oczekujemy na przyjazd naszego przyszłego kierowcy-taksówkarza. Jak łatwo się domyślić moment ten nie następuje. Zdzwaniamy się przez telefon i dowiadujemy, że on nie może jechać do Tadżykistanu, nie ma odpowiednich dokumentów i w ogóle, w ogóle.

Mówimy sobie trudno i już z plecakami ruszamy za miasto, aby tam poszukać jakiegoś auta. Wtem odzywa się telefon i kierowca jednak decyduje się z nami pojechać. Przyjeżdża z kolegą dwoma autami ale cena jest już znacznie wyższa niż rano. Po krótkich, acz intensywnych negocjacjach zgadzamy się na 230$ za przejazd do Murghabu z noclegiem po drodze nad jeziorem Karakul, a dodatkowo zabierzemy Ewę do Sary Tash – to i tak jest po drodze.

IMG_4321 IMG_4329

Początkowo wszystkie idzie dobrze, lecz aby nie było za różowo sytuacja ulega zmianie wraz z upływem kilometrów. Kierowca, z którym mamy nieprzyjemność podróżować robi się nachalny, oznajmia nam, że to jego auto i może robić co chce, a na jednym z postojów informuje nas, że cena wynegocjowana przez nas jest tylko za jeden samochód. Wszystko jest tak absurdalne, że aż śmieszne. Na domiar złego zatrzymujemy się co kilka-kilkanaście kilometrów i podwozimy dodatkowe osoby lub podrzucamy komuś jakieś przesyłki.

Na szczęście nie wszyscy jeszcze zapłaciliśmy. Daliśmy tylko zaliczkę na paliwo.

Po około dwóch godzinach takiej jazdy z nieustającymi postojami zatrzymujemy się na poboczu i w pewnym sensie zostajemy …sprzedani innemu kierowcy.

Jak to wszystko wyglądało? Ano mianowicie tak, że rzeczywiście te auta, którymi jechaliśmy nie dałyby radę wjechać do Tadżykistanu. Nie wiem czy z przyczyn formalnych ale z technicznych na pewno. Zatem nasi kierowcy zatrzymują jeepa na tadżyckich tablicach i wymieniają się pasażerami – czyli m.in. nami. Nie byłoby w tym nic złego ani dziwnego, gdyby nie to, że chcą więcej pieniędzy niż połowę pieniędzy, a przejechaliśmy dopiero 1/4 całej trasy. Na domiar złego domagają się zapłaty od Ewy, pomimo że umówiliśmy się na to, że jedzie z nami na zasadzie autostopu, a my płacimy za całość. Próbują nas trochę szarpać, straszą zabraniem plecaka ale tak naprawdę cała ta sytuacja jest bardziej dziwna i komiczna niż śmieszna. Pytamy tadżyckiego kierowcy czy ma świadomość, że dostanie nierówną część pieniędzy za przejazd ale nie ma nic przeciwko więc ruszamy już w kierunku granicy.

Pogoda robi się coraz bardziej ponura, niebo jest zasnute chmurami, a na widoki Piku Lenina nie mamy co liczyć. Po chwili z nieba zaczynają spadać pierwsze krople.

Pomimo, że granica kirgisko-tadżycka przebiega na przełęczy o wysokości ponad 4200m to posterunki graniczne znajdują się po dwóch jej stronach, oddzielone od siebie 20km pasem „ziemi niczyjej”.

Na granicy

Na granicy

Nie dziwię się zresztą dlaczego nikt nie chciałby siedzieć na takiej wysokości przez cały rok. Wyjeżdżając rano z Osz było ciepło, a teraz jest przeraźliwie zimno, wieje i pada.

Samo przekraczanie granicy przebiega bezproblemowo, czasem nawet nie musimy wysiadać z ciepłego samochodu bo kierowca załatwia za nas wszelkie formalności.

Po drugiej już stronie natrafiamy na rzekę przelewającą się przez drogę lub przez coś co wygląda jak droga. Mimo, że potok nie jest duży to prąd jest wartki i na jego brzegu utknął motocyklista, a raczej jego maszyna, której nie może wyciągnąć. Wysiadamy na pomoc i wspólnymi siłami w kilka osób wyciągamy motor na brzeg.

IMG_4342

Droga prowadzi wzdłuż granicy chińskiej wyraźnie zaznaczonej przez poprowadzony tędy płot. Tak naprawdę granica jest parę kilometrów dalej na wschód ale widać na tym kawałku płaskiego terenu było łatwiej taki płot postawić i utrzymać.

Płot oddzielający Tadżykistan od Chin

Płot oddzielający Tadżykistan od Chin

Mamy szczęście bo tuż przed zachodem chmury się rozwiewają, wychodzi słońce i pięknie oświetla ciepłymi promieniami otaczające nas góry. Tak naprawdę to niektóre z tych wzgórz mają pewnie 4500-5000m wysokości ale w stosunku do wysokości, na której już się znajdujemy (ok 4000m n.p.m.) to nie są przesadnie majestatyczne piki. W wieczornym świetle suche, wręcz pustynne i nieprzyjazne krajobrazy nabierają uroku.

IMG_4358 IMG_4366 IMG_4369

Godzinę przed zmrokiem dojeżdżamy do wioski Karakul położonej nad jeziorem o tej samej nazwie. Od 2014 roku, kiedy to pierwszy raz rozegrano tutaj regaty, jezioro stało się najwyżej położonym (3960m) żeglownym jeziorem na świecie, pokonując tym samym Tititacę.

Zajeżdzamy pod chyba jedyny w tym miejscu homestay, ponieważ Irlandczycy (Carl i Laura) i kierowca muszą gdzieś spać. My pierwotnie planowaliśmy przenocować nad jeziorem ale korzystamy z zaproszenie gospodarzy aby zostać w jurcie. Przyznam, że jest bardzo wygodnie, w miarę ciepło podczas gdy na zewnątrz wiatr dmucha ile sił. Wychodząc w nocy z czołówką do toalety widzę przed sobą tylko pył unoszący się w powietrzu. Taki właśnie jest Pamir.

IMG_4409

Jezioro Karakul

Jezioro Karakul

IMG_4366

Dzień 2: Murghab

O poranku pogoda nadal bez zmian, czyli pochmurno, pylasto i do tego kropi. Robimy krótki spacer po wiosce, w której centralnym miejscu, obok placu zabaw jak z filmów grozy stoi pompa. Korzystają z niej mieszkańcy, korzystamy i my do przygotowania posiłku i umycia naczyń.

IMG_4389

Zdobywanie wody

IMG_4408 IMG_4406

Po południu udajemy się w dalszą drogę w stronę Murghabu. Pokonujemy najwyższą przełęcz podczas naszej podróży – 4655m. Czuć jak od tej wysokości wszystko pod czaszką pulsuje.

IMG_4435

Podjazd pod przełęcz Akbaital na 4655

IMG_4442

Widoki z przełęczy

IMG_4374

Krajobraz dookoła iście księżycowy. Raz na kilkadziesiąt kilometrów mijamy pojedyncze zabudowania stojące przy drodze. Na pierwszy rzut oka zwykle wyglądają na opuszczone ale po bliższym przyjrzeniu się można dostrzec dookoła nich jakieś życie. Zastanawiające jest to, w jakich warunkach żyją ci ludzie. W miarę wjeżdżania do Pamiru nie tyle nie będę w stanie tego pojąć ale będę coraz bardziej temu nie dowierzał.

IMG_4450

Popołudniu docieramy w końcu do Murghabu – celu naszego dzisiejszego dnia. Z jednej strony fajnie zobaczyć w końcu jakąś ostoję cywilizacji, a z drugiej Murghab to nie żadna cywilizacja. Nawet prądu z sieci tutaj nie ma. Był parę lat temu ale linia została przerwana i dziś ludzie korzystają z generatorów i paneli słonecznych. Słyszeliśmy pogłoski, że w planach jest budowa elektrowni ale tak naprawdę ciężko w to uwierzyć.

IMG_4422

IMG_4461

W banku wymieniamy dolary na somoni (1$ = 6,45s) po czym wstępujemy do jakiejś knajpki na herbatę, zupę i ziemniaki z kapustą (18s). W sklepach pomimo tego, co czytaliśmy i czego spodziewaliśmy się wcześniej jest wszystko. Może ceny są nieznacznie wyższe ale tego można było oczekiwać. W jednym ze sklepów kupuję kartę SIM (5s), doładowuję ją za kolejne 30 (+3s prowizji) i aktywuję pakiet internetowy. Zasięg jest ale Internet działa bardzo słabo. Zwykłego maila trzeba wysyłać po parę razy zanim przejdzie.

Namioty rozbijamy na kawałku pola za rzeką, niedaleko miejsca, gdzie miejscowi wycinają z ziemi kostki i używają ich jako cegieł. Muszą sobie jakoś radzić pomimo ubogich warunków naturalnych w jakich przyszło im żyć. Murghab położony jest na wysokości 3600m, brak jakichkolwiek drzew czy krzewów. Jedynie skąpe kępki trawy. W dodatku zima trwa tu z osiem miesięcy w roku.

IMG_4427

Nawet teraz, w połowie lipca nie jest za ciepło. Wieczór ubieramy kurtki bo gdy tylko zajdzie słońce, którego i tak nie widać z powodu zachmurzenia i zapylenia, to momentalnie robi się zimno.

W nocy zaczyna męczyć mnie gorączka. Podejrzenie pada albo na jedzenie z lokalnego baru albo na warzywa ze spaghetti.

Dzień 3: Nocleg w dolinie

Rano nadal czuję się niewyraźnie i zostaję przy namiotach, podczas gdy reszta idzie do „miasta” rozeznać się w transporcie na dalszą drogę. Z początku plan zakładał dostanie się w jedną z pobliskich dolin i przejście pieszo przez przełęcz do drugiej, w której znajdują się gorące źródła. Ania, Marysia i Wojtek wracają jednak z inną propozycją. Mianowicie razem z Carlem i Laurą wypożyczamy auto z kierowcą na sześć dni (80$/os) i jedziemy do Khorogu zwiedzając po drodze. Chcemy przejechać przez korytarz Wachański, a teraz i tak nie mamy wyboru innej drogi, ponieważ na główną szosę pamirską zeszła lawina błotna niszcząc jedną z wiosek i tworząc dwukilometrowe jezioro. Wszystko to stało się zaledwie 15km przed Khorogiem. W związku z tą sytuacją ruch na drodze zmniejsza się jeszcze bardziej, o ile to w ogóle możliwe. Przestają jeździć chińskie ciężarówki i jakiekolwiek chęci złapania stopa maleją prawie do zera. Nie dlatego, że miejscowi nie chcą podwozić turystów ale dlatego, że praktycznie każde auto jedzie już zapakowane po dach.

Tak też robimy i my. Wrzucamy plecaki na dach, pakujemy się do środka i z naszym nowym kierowcą – Kadirem udajemy się w dalszą drogę. Tuż za Murghabem czeka nas punkt kontrolny i sprawdzenie paszportów. Mój niestety został w plecaku na górze, a że nie chce mi się go ściągać z dachu to po prostu nie wychodzę z samochodu. Zakładam, że ktokolwiek w tym budynku na punkcie kontrolnym siedzi to nie liczy ilu pasażerów jest w danym pojeździe.

IMG_4488 IMG_4479

Carl wymyślił, aby pierwszego dnia pojechać w jedną z dolin, odbijając z głównej drogi w kierunku południowo-wschodnim. Kadir nie za bardzo zna drogę – jeszcze nigdy tak nie jechał i prowadzimy go niejako na ślepo, ponieważ nasze mapy, zarówno te w GPS’ie jak i papierowe nie są aż tak dokładne. Początkowo dolina jest bardzo szeroka. Widać nawet coś co można nazwać drogą. Rzekomo kiedyś Sowieci kręcili tutaj film „Ziemia Apaczów”. W momentach gdy droga, a przynajmniej jej ślady na ziemi, się rozwidla mamy niemałe dylematy, w którą stronę dalej jechać. Napotykamy na na szczęście małe rzeczki, do których boso wchodzi Wojtek by sprawdzić poziom wody. Jest niski, możemy bezpiecznie przejeżdżać. Pod tym względem nasz kierowca jest bardzo ostrożny. Podobno kiedyś utknął w podobnej na dwa dni.

IMG_4509 IMG_4500

Po jakichś 50km, gdy zaczynamy już tracić nadzieję na cokolwiek w tej dolinie, naszym oczom ukazuje się małe jeziorko, a tuż zaraz, nieopodal – jedna jurta i dom z zagrodą dla jaków.

IMG_4512

Irlandczycy nocują w budynku, a my na skrawku niezanieczyszczonej odchodami trawy rozkładamy namioty. Jest bardzo zimno. Aura sprawia wrażenie jakby lada moment miało śniegiem sypnąć ale właściciel nas pociesza, że w lipcu nie powinna temperatura spaść poniżej zera. Ładna mi pociecha. Kilka dni wcześniej w Biszkeku były 42C. Gorączka nadal mnie męczy, przez co jest mi jeszcze zimniej. Nie mniej jednak znajduję w sobie dość sił by około godziny 23 wyjrzeć z namiotu gdy jaki powracają z pastwiska do zagrody.

Dzień 4: Bulunkul

Rano pogoda niewiele lepsza. Rezygnujemy z pierwotnego planu udania się na przełęcz, z której rzekomo widać Afganistan i jezioro Zorkul. Nie mamy zresztą pewności czy to w ogóle odpowiednia dolina, a okoliczne szczyty wyglądają na nie do wejścia bez chociażby raków. Tak w ogóle, to znajdujemy się na ponad 4400m n.p.m. Zatem rano idziemy tylko na spacer dalej w górę doliny, gdzie po 3km napotykamy na jeszcze jeden dom i pasterza wypasającego swe owce. Oczywiście jak wszyscy tutaj zaprasza nas do siebie na czaj. Ja dziękuję i idę dalej ale niektórzy korzystają z zaproszenia i dowiadują się m.in. że ów pasterz nie tylko nie myśli o wyprowadzce ale sprowadził się tutaj dopiero rok wcześniej. Ponadto prowadzi z sąsiadem (tym od jaków) wymianę zwierząt w stosunku pięć owiec za jednego jaka. W pewnym momencie dolina się rozdziela na dwie. Dziewczyny, Wojtek i Irlandczycy idą prosto, a ja sam skręcam w prawo. Pomimo, że idę bardzo szybko odległość zdaje się ubywać powoli choć jest tylko lekko pod górę. Po drodze mijam resztki kości i czaszek owiec Marco Polo, które żyją tutaj w okolicy. Tak jak i świstaki, które licznie biegają dookoła i kryją się, gdy zbliżymy się na odległość kilkunastu metrów.

IMG_4734

Z topografii terenu wynika, że góra/wzniesienie, które zaczyna się przy naszych namiotach i wzdłuż której szliśmy dalej doliną jest do obejścia i właśnie to robię. Zaczynam wspinać się po kamieniach wyżej i wyżej aby nabrać wysokości i przejść na drugą stronę ale im wyżej wychodzę tym widoki na przejście na drugą stronę stosunkowo szybko maleją. Nie mam zbyt dokładnej mapy, mimo że korzystam ze starych sowieckich map topograficznych wgranych do nawigacji ale odnoszę wrażenie, że musiałbym jeszcze sporo przejść aby dostać się na drugą stronę, a i tak nie miałem pewności czy będę mógł tędy dojść do namiotów. Decyduję wrócić bo czas mnie goni i nie chcę się spóźnić.

IMG_4527

Nawiasem mówiąc, po drugiej stronie doliny dostrzegam jedną przełęcz, zdecydowanie sporo powyżej 5000m, na którą dałoby się wejść przechodząc zaledwie po kilku płatach śniegu. Ale czy stamtąd roztacza się jakiś widok na Afganistan i jezioro Zorkul? Ciężko powiedzieć.

Tutaj znajduje się zapis śladu trasy z GPS.

Popołudniu żegnamy się z właścicielami i wracamy do głównej drogi. Pomimo lekkiej mżawki rzeki trochę zwiększyły ilości niesionej wody ale nie na tyle by utrudnić nam przejazdu.

Z krótkim postojem w przydrożnej stołówce docieramy do Bolonkul – najzimniejszej miejscowości w całym Tadżykistanie. Obawiamy się trochę tej nocy bo naprawdę nie jest zbyt ciepło, a znajdujemy się ponad kilometr niżej niż poprzedniej nocy. Tym razem Wojtek dołącza do Irlandczyków na nocleg w domu, a my z dziewczynami rozbijamy jeden namiot.

Wioska nie dysponuje nawet pompą i o wodę musimy prosić miejscowych, którzy nabierają nam jej do wiadra ze studni. Na kolację kolejne spaghetti z warzywami. Ileż można ale jakie mamy wyjście. Przezornie ubieramy się ciepło, pożyczamy koce z domu a tu noc nas zaskakuje – nie jest tak zimno jak się spodziewaliśmy.

Dzień 5: Korytarz Wachański

Rankiem wita nas znacznie lepsza pogoda. Niebo nie jest już tak zasnute chmurami i chwilowo nawet słońce zza nich się wychyla. Piękne oświetlenie do zdjęć. Szczególnie, że wioska jest pięknie położona u podnóża brązowych wzgórz z którymi ciekawie kontrastują białe domy i …wraki porzuconych samochodów. Leżą one sobie swobodnie i pięknie komponują się z otoczeniem.

IMG_4554 IMG_4568

Zanim na śniadanie zostaliśmy zaproszeni przez gospodarzy do domu, przygotowałem sobie danie liofilizowane. Jedno opakowanie jest tak sycące, że jeszcze sporą ilość oddaję Wojtkowi.

Po śniadaniu jedziemy nad jezioro Yashhilkul, które znajduje się ledwie parę kilometrów dalej. Widok jest przepiękny i od razu żałujemy, że nie przyjechaliśmy tutaj wieczór. I to wcale nie ze względu na widoki ale zaraz przy drodze znajduje się budynek, z niepełnymi ścianami i bez dachu, ale jednak budynek, w którym stoi wanna. Do tejże wanny wpływa sobie ciepła, górska woda.

Jezioro Yashilkul

Jezioro Yashilkul

Robimy zdjęcia, delektujemy się tym pięknym miejscem i odrobiną słońca i spacerujemy po wzgórzu. Niedługo potem wracamy i ku naszemu niemiłego zaskoczeniu zostajemy zatrzymani przez kogoś, kto podaje się za straż parku i domaga się naszych paszportów. Zaraz za wioską zaczyna się granica parku narodowego Badakhshanu, którą przekroczyliśmy nie mając doń biletów. Nie zgadzamy się jednak na oddanie paszportów jakiemuś człowiekowi przy drodze w zdezelowanym busie i mówimy, że co najwyżej możemy pojechać z nim do biura. Po chwili pokrzykiwania odpuszcza i ruszamy w dalszą drogę. Z Bulunkul najpierw wracamy parę kilometrów do głównej drogi M1, a następnie jeszcze kawałek do rozwidlenia w kierunku Wachanu. Jak już wspomniałem wcześniej, z powodu lawiny standardowa droga jest zablokowana.

Jadąc dalej pokonujemy kolejną przełęcz –Khargush (4344m n.p.m.), którą przejeżdżamy praktycznie niezauważalnie, ponieważ droga ani nie wznosi się stromo w górę, ani następnie nie opada gwałtownie. Ot, można powiedzieć takie lekkie przewyższenie.

Tuż za przełęczą zatrzymujemy się i idąc za radą przewodnika wspinamy się na pobliskie wzgórze, z którego rzekomo roztacza się widok na korytarz wachański i pokryte śniegiem wierzchołki Hindukuszu, skrytego tuż za paroma kilometrami ziemi afgańskiej. Ze względu na słabą widoczność nie wróżę sukcesów w podziwianiu widoków i wracam na dół. Przechodzę na drugą stronę doliny, po kamieniach przeskakuję rzekę i już jestem przy chatce pasterzy, do której wcześniej udała się Ania, a i chwilę po mnie przychodzi Laura.

Gospodarze częstują nas herbatą i serem po czym wracają spokojnie do rozmowy z naszym kierowcą.

Chatka jest naprawdę prymitywna. Zbudowana z kamieni i gliny, a za podłogę służy klepisko. W środku stoi metalowy piecyk służący zarówno do ogrzewania jak i gotowania. Dziwne to ale na tak zwanym parapecie leżał laptop. Zasilają go chyba z małego panelu słonecznego bo o żadnych innych źródłach elektryczności nie może być mowy. I tak oto w tej małej, jednoizbowej chatce mieszka czteroosobowa rodzina posiadającą stado kóz i owiec.

Półtorej godziny później Marysia, Carl i Wojtek schodzą z góry i potwierdzają brak widoków. Przez cały ten czas, jaki spędziliśmy w tym miejscu, minęły nas zaledwie dwa samochody. Taki tutaj ruch.

Postój na naprawdę wspomagania kierownicy

Postój na naprawdę wspomagania kierownicy

W Khargush dojeżdżamy do korytarza wachańskiego i zatrzymujemy się na kolejnym punkcie kontrolnym aby umożliwić wojsku sprawdzenie naszych paszportów.

W samochodzie za nami, także wypakowanym po dach i to w dosłownym tego słowa znaczeniu, ponieważ do dachu właśnie przywiązane są dwie kozy. Nie wątpię, że chyba jest im niewygodnie w takiej pozycji.

O ile wcześniej droga prowadziła raczej szerokimi dolinami, o tyle w Wachanie zaczyna robić się wąsko, stromo i niebezpiecznie. W dole płynie rzeka Pandż rozpoczynająca swój bieg na pograniczu Hindukuszu i Pamiru i stanowiąca granicę pomiędzy Afganistanem i Tadżykistanem na całej swej długości. Na dalszym odcinku i po połączeniu się z innymi rzekami tworzy Amur-darię.

Koryto zależy od miejsca, w którym akurat się znajdujemy, ponieważ raz rzeka płynie leniwie i szeroko rozlewając się prawie na całą szerokość doliny, by później wciskać się w wąwozy i kaniony, gdzie płynie wartko i rwiście. Od tego między innymi zależy czy też i nasza droga prowadzi bardziej w dole czy też wspina się wyżej i staje się kręta, wąska i niebezpieczna. Nie muszę dodawać, że jakichkolwiek barierek zabezpieczających tu brak, a kierowca czerpie wielką radość z tego, że pokazuje nam w dole wraki rozbitych samochodów. Robiąc to odwraca głowę do nas i nieświadomie zaczyna zbliżać się kołami w stronę przepaści.

Widok na stronę afgańską

Widok na stronę afgańską

Wachan jest zdecydowanie inny niż Pamir, który widzieliśmy dotychczas. Przede wszystkim z nieukrywaną radością witamy pojawienie się pierwszych drzew, pól z rosnącymi na nich ziemniakami i zbożami czyli ogólnie pojętej zieleni. Prawie jak nasze polskie Podlasie tylko w wąskiej dolinie otoczonej ośnieżonymi wierzchołkami kilkutysięcznych szczytów na pograniczy tadżycko-afgańskim z kryjącym się parę kilometrów dalej pakistańskim Hindukuszem. Ten ostatni można momentami dojrzeć w oddali gdy niektóre doliny otwierają się wystarczająco szeroko.

IMG_4711

Wieczór docieramy do Langaru, gdzie nasz kierowca ma swoją rodzinę, więc zostajemy wkręceni/zaproszeni najpierw na kolację (herbata, dwa talerze soczewicy z rzodkiewką, chleb, ciastka, cukierki), a później na nocleg. Dostajemy do dyspozycji tradycyjny tadżycki pokój z pięcioma filarami – symbolami Islamu i oknem dachowym obudowanym czterema kwadratami, każdy obrócony o 45 stopni względem poprzedniego.

W międzyczasie jedziemy jeszcze się umyć do publicznej bani położonej na wzgórzu. W tym i wszystkich innych przypadkach, bania w Tadżykistanie to po prostu ciepłe źródła znajdujące się najczęściej w jakimś małym budynku i służące za łaźnię dla całej wioski.

Do takiego przybytku wchodzi się nago (z podziałem na płcie) i zażywa kąpieli. Wspaniałe uczucie móc skorzystać z ciepłej wody po tylu dniach przebywania w górach. I to jeszcze w jakim miejscu! W bani umieszczonej na wzgórzu Korytarza Wachańskiego z widokiem na rzekę Pandż i znajdujący się za jej drugim brzegiem Afganistan.

Dzień 6: Fort Yamchun

Po równie pysznym jak kolacja śniadaniu jedziemy dalej. Wachan obfituje w stare forty, które czasem dość ciężko odnaleźć. Zwykle są to tylko ruiny, nagie ściany, które komponują się ze skałami sprawiając, że są trudne do odnalezienia i niewidoczne z daleka. Jedną z ciekawszych budowli tego typu jest fort Yamchun górujący nad doliną z powiewającą wewnątrz flagą. Kilometr dalej mieszczą się ciepłe źródła wraz z jakimś podrzędnym hotelem i stołówką. Za dwa dni ma się tu zjawić prezydent kraju więc przygotowania idą pełną parą. Sprzątają, zamiatają, wysypują ziemię, układają kamyczki i wykonują inne, różnie absurdalne prace. O wychodku jednak najwyraźniej zapomnieli bo nie da się bezpiecznie zbliżyć do niego na odległość mniejszą niż 20 metrów.

IMG_4726

Prezydent jest w tym kraju czczony na równi z bóstwem, a przynajmniej takie można odnieść wrażenie patrząc na stojące wszędzie bilbordy i plakaty z jego podobizną. Dzięki rodzimym mistrzom Photoshopa zawsze otaczają go góry, jeziora i łany zboża.

Na jego przyjazd gotowi są również faceci z miejscowych służb specjalnych i policji, którzy już dotarli do tego pomniejszego kurortu i odpoczywają w dresach czekając na swojego pracodawcę. Z twarzy rzeczywiście wyglądają jak ze służb specjalnych. Wojtek patrząc na nich skwitował, że ich wygląd sugeruje jakoby ich ulubionym zajęciem było kopanie ludzi po żebrach. Na szczęście obyło się bez tego, a byli oni całkiem przyjaźni i ciekawi nas. Naczelnicy policji z Duszanbe i Iszkaszimu poczęstowali nas nawet lokalną ziołową herbatą. Całkiem pyszna. Podobna do tej z czubrycy, którą piłem w Kazachstanie.

Namioty mieliśmy pierwotnie rozbić wewnątrz fortu, na kamieniach ale ostatecznie wybieramy kawałek trawy na końcu wzgórza kończącego się urwiskiem. Lepiej nie chodzić zbyt daleko do toalety w nocy.

IMG_4730

Dzień 7: Iszkaszim

Po śniadaniu, jakim jest jajecznica w lokalnej stołówce, idziemy skorzystać z uroków jakie oferują ciepłe źródła. Moczymy nasze nagie zwłoki w otoczeniu paru innych towarzyszy kąpieli i relaksujemy się paręnaście minut po czym wypełzamy z tej przyjemnie gorącej wody i pakujemy się do auta by ruszyć w dalszą drogę.

Od początku chcieliśmy dotrzeć na słynny niedzielny targ w Iszkaszim, którego ciekawą cechą jest to, że ma on miejsce w strefie bezcłowej pomiędzy Tadżykistanem, a Afganistanem. Wchodząc na targ zostawia się paszporty tadżyckim celnikom i udaje na zakupy. Niestety my nie mamy możliwości doświadczyć uroków tej lokalnej atrakcji ponieważ już w poprzednią niedzielę targ się nie odbył i nie wiadomo kiedy zostanie wznowiony. Powody tego są różne. Jedni tłumaczą to wizytą prezydenta w okolicy, inni niebezpiecznymi ruchami po stronie afgańskiej. Nie wiadomo w co wierzyć, a w co nie ale nie wydaje mi się aby w Wachanie było niebezpiecznie. Nawet po stronie afgańskiej. Jest to tak odizolowane od świata (i reszty kraju) miejsce, że samo dotarcie nastręcza niemałych trudności.

Droga wiedzie brzegiem rzeki i wystarczy chwila nieuwagi by się znaleźć w jej toni. To, że przy brzegu wydaje się płytka i o słabym nurcie może być złudne, o czym zapewne przekonali się pasażerowie auta, które leży w rzece od wczorajszego wypadku. Auto jest, ciał ów pasażerów jak dotąd nie odnaleziono.

Na nocleg zatrzymujemy się przy kolejnych ciepłych źródłach, w czymś co wygląda jak ośrodek, w którym obecnie zatrzymały się dzieciaki z kolonii. My standardowo rozkładamy namioty na trawniku restauracji, a Irlandczycy wynajmują pokój. Wieczór spędzamy na rozmowach siedząc na topchanie.

Dzień 8: Khorog

Pomimo, że nadszedł nasz ostatni dzień wspólnej jazdy przez Pamir to dzięki pogodzie, która wynagradza nam swe niedociągnięcia za poprzednie dni jesteśmy ukontentowani widokami. Jest bajkowo. Jedziemy wijącą się drogą brzegiem Pandżu, zamkniętego z obu stron wysokimi górami, w które od czasu do czasu wcinają się wąskie dolinki. Raz z jednej, raz z drugiej strony raz na jakiś czas pojawiają się małe osady, oazy wręcz, z kilkoma domkami. Przede wszystkim znów jest zielono, są drzewa i trawa. Ciekawe jak piękny byłby Pamir, gdyby słońce nie chowało się za chmurami, a przejrzystość powietrza nie przypominałaby tej z przed pustynnej burzy.

IMG_4755

IMG_4772

Khorog leżący tylko na 2100m n.p.m. wita nas na powrót wysoką temperaturą. W poszukiwaniu noclegu lub miejsca na nocleg rozdzielamy się i gubimy, by ostatecznie odnaleźć się ponownie w chyba jedynym hostelu w tym mieście. Plusem jest to, że możemy sobie rozbić namiot zamiast brać pokój, a suma summarum decydujemy się rozłożyć bezpośrednio na dywanie w korytarzu, który również służy na miejsce noclegowe.

W Khorogu

W Khorogu

W Khorogu, który jest stolicą Pamiru, regenerujemy siły spacerując po mieście, zajadając się lodami, hot-dogami i shakarobem (spotkaliśmy się również z nazwą kurtob lub kurtab).  To ostatnie to rodzaj dania-sałatki na bazie chleba lub jakiegoś ciasta, sera, pomidorów, cebuli, papryki, ogródka. Za ser często służy kurt tworząc tym samym potrawę bardziej nietypową, ponieważ kurt jest częściej spotykany w górach Tien Shanu.

2015-07-27 13.13.43

Dzień 9: Droga do Duszanbe

Nie byliśmy pewni jak będzie wyglądał dojazd do Duszanbe, ponieważ chodziły głosy, że i ta droga jest na pewnym odcinku zablokowana przez lawinę. Plus w tym wszystkim był taki, że zablokowana była tylko droga południowa – bardziej uczęszczana choć dłuższa, natomiast dało się przejechać górami drogą północną.

Po śniadaniu w hostelu udaliśmy się do centrum, skąd odjeżdżają auta do stolicy. Długo nie musieliśmy szukać, choć bardziej pasuje powiedzieć, że nie musieliśmy szukać w ogóle, bo wysiadając z miejskiej marszrutki zostaliśmy otoczeni przez tłum kierowców. Ceny zaczynały się od 300 somoni ale po niedługich negocjacjach stanęło na 250. Zapakowaliśmy plecaki na dach jeepa, pospiesznie zrobili zakupy na drogę i mogliśmy ruszać.

Jeep był 7-osobowy, a nam dostały się dwa miejsca z samego tyłu. Z początku wydawało się, że będzie nam tu wygodnie bo miejsca było dużo ale już po chwili, gdy okazało się, że z rozprostowania nóg nici, zrozumieliśmy że tak lekko nie będzie.

Pierwsze 80 kilometrów pokonaliśmy w niewiele ponad godzinę i doszliśmy do wniosku, że całą trasę, tj. ok 600km powinniśmy pokonać względnie szybko. Oj w jak wielkim błędzie byliśmy.

Kierowca jechał bardzo chaotycznie raz pędząc krawędzią drogi tuż nad rzeką i wyprzedzając inne pojazdy by następnie na względnie spokojnym odcinku drogi jechać całkiem normalnie.

Stwierdziliśmy zgodnie, że w przypadku wodowania nie mamy szans wydostać się z tego tyłu. Opracowaliśmy plan, że w razie czego wybijemy aparatem małe tylne okna i tamtędy ujdziemy z życiem.

Warto wspomnieć także o nieustannie lecących z głośników tadżyckich przebojach, które próbowaliśmy (mało skutecznie) wygłuszyć poduszką.

Jak na złość, tuż przed rozwidleniem dróg północnej i południowej, czekał nas przymusowy dwugodzinny postój, ponieważ prezydent wizytował okoliczną wioskę i cały ruch został wstrzymany.

Z jednej strony cała ta trasa była fascynująca bo tak naprawdę jechaliśmy przez góry, dolinami które ciągnęły się setki kilometrów. Mieliśmy możliwość obserwować skutki zejścia lawin na wioski i resztki luźno leżących kamieni na drodze, które ją wcześniej blokowały. Doświadczyliśmy wyprzedzania w najdziwniejszych miejscach i stylu jazdy, który polegał na najeżdżaniu na skraj drogi (ten od strony rzeki) pod dużym kątem i odbijaniu kierownicą w ostatnim momencie.

2015-07-28 13.23.57

Do Duszanbe dotarliśmy o 2:30 w nocy dnia następnego po ..18h jazdy. Zmęczeni ale szczęśliwi, że możemy wreszcie wyprostować nogi. Od razu też udaliśmy się do Martina z couchsurfingu, który zgodził się nas przenocować i przyjąć o tak dziwnej porze. Zasypiając wciąż słyszeliśmy w głowie tadżyckie przeboje.

Mapy Pamiru:


Mapa-Pamiru-szczegółowa
Map-of-Pamir







2015-07-20 17.15.42 2015-07-20 17.17.02 2015-07-20 17.17.07 2015-07-20 17.17.122015-07-20 17.16.57

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s