Góry Fan

O 9 rano mamy umówiony samochód z kierowcą, który zabierze nas w Góry Fan. Jest to kuzyn Julii – współlokatorki Martina. Po drodze zabieramy jeszcze z jednego z hosteli Tilmana – Niemca w średnim wieku, którego znaleźliśmy wysyłając maile do hosteli z zapytaniem czy któryś z ich gości nie jest zainteresowany podzieleniem kosztu przejazdu. I tak na siebie trafiliśmy.

Płatna droga wylotowa jest w całkiem dobrym stanie. Jedzie się szybko i przyjemnie. Słynny tunel Anzob jest niestety albo i stety zamknięty i musimy jechać górami, przez przełęcz. Tracimy na tym około dwóch godzin ale nie ma tego złego, ponieważ widoki rekompensują wszystko. Wąską, szutrową drogą bez barierek wjeżdżamy mozolnie na wysokość prawie 3000 m n.p.m. Po drodze mijamy parę wraków samochodów, które najwidoczniej zjechały z drogi i spadły w przepaść.

IMG_4933 IMG_4946 IMG_4948

Przy jeziorze Iskander Kul płacimy opłatę wstępu do parku (6,5s/dzień) i jedziemy jeszcze parę kilometrów dalej – do wioski Sarytag. Po drodze mijamy daczę prezydenta wraz z dwoma lądowiskami dla helikopterów wybudowaną nad samym brzegiem jeziora.

Ostatnie kilometry to podjazd i nabieranie wysokości. Droga prowadzi momentami wąskim wąwozem pośród czerwonych skał, z których zbudowane są te góry.

W Sarym-tagu zarzucamy plecaki na plecy i ruszamy na szlak. Nie jest to jednak takie proste, bo najpierw musimy znaleźć most, który umożliwi nam przejście przez rzekę. Teraz dopiero zaczyna mi coś świtać w głowie a propos mostu, że gdzieś kiedyś czytałem, że zawalił się jakiś. Pierwszy albo drugi. Na pewno coś było o moście, jestem tego pewien choć nie mogę sobie teraz przypomnieć szczegółów, które mogłyby nam pomóc.

IMG_4977

Z pomocą miejscowych, którzy wskazują nam drogę do mostu, przedostajemy się na drugą stronę i ruszamy. Jak ruszyliśmy, tak też się zatrzymaliśmy bo urwał mi się pasek w plecaku mocujący namiot. Ten sam, który urwali mi podczas lotu do Kazachstanu i który szyłem na przystanku autobusowym, a później wraz z Ewą nićmi chirurgicznymi. Teraz nadszedł kres jego wytrzymałości. Paska, który się rozszedł i urwał, bo nici nie puściły. Przymocowałem więc namiot z boku plecaka, tracąc na stabilności i równowadze. Szliśmy więc dalej doliną, delikatnie nabierając wysokości. Szliśmy, szliśmy, aż nie zatrzymała nas rzeka Kaznok. A dokładniej brak mostu, który ewidentnie powinien być tam, dokąd prowadził szlak. I tutaj zaczęły się schody i pytania, co dalej robić? Wojtek wrócił się do tyłu szukać mostu, który może ominęliśmy. Ja poszedłem do przodu zboczem, wzdłuż rzeki szukając miejsca, w którym dałoby się przekroczyć rzekę. Każdy z nas wrócił z niczym. Zarówno kawałek wcześniej jak i dalej, rzeka jest wartka, szybka i głęboka, więc szanse na jej przejście są znikome. Padają pomysły aby narzucać kamieni lub zwalić jakieś drzewo i tak przejść na drugą stronę jednak zajęłoby nam to bardzo dużo czasu, a drzewa nie mamy nawet jak zwalić. Chyba, że wydrążyć dziurę w środku pnia i go przepalić. Podejmujemy jednak decyzję aby spróbować iść zboczem góry wzdłuż rzeki i szukać miejsca do przejścia na drugą stronę. Nie brzmi to jednak tak dobrze jak jest naprawdę. Zbocze jest strome, o kamienistym podłożu, które usypuje się spod nóg. Bardzo łatwo jest się poślizgnąć. Jeden nieostrożny krok i lecimy w dół do rzeki.

Miejsca do przejścia rzeki jak nie było tak nie ma. Posuwamy się powoli do przodu walcząc o każdy krok i dbając by dobrze postawić nogę. Raz idziemy wyżej rzeki, raz niżej. Wszystko w poszukiwaniu dobrego przejścia. W pewnym momencie noga mi objeżdża na kamieniach i zsuwam się kilka metrów po kamieniach w dół. Bardzo utrudnia niewyważony plecak z przymocowanym z boku namiotem, który teraz utrudnia wstanie na nogi. Może gdybyśmy mieli wyższe buty i kijki jak Tilman byłoby nam łatwiej. Jesteśmy zrezygnowani, źli i nie mamy ochoty iść dalej ale przechodzenie przez rzekę nadal byłoby bardzo ryzykowne. Nie tyle, że musielibyśmy wejść do lodowatej wody, płynącej prosto z lodowców, po szyję ale również dlatego, że ciężko byłoby przetransportować plecaki bez ich zmoczenia. Nie mówiąc już o tym, że nie mieliśmy żadnej liny na wypadek porwania przez rzekę.

IMG_4995

Gdy tak trwałem w bezsilności,Tilman machnął z oddali ręką i powlokłem się dalej nie zapominając by uważnie stawiać nogi. Sto metrów dalej była mała polana, w sam raz na rozłożenie namiotu, a tuż poniżej …most. Dobrze, że gdzieś pod koniec nie próbowaliśmy przechodzenia przez rzekę bo byłoby nam przykro, gdyby się okazało, że kawałek dalej szlak znów wraca na naszą stronę.

Przygotowujemy posiłek, jemy i idziemy spać w momencie, gdy akurat mocniej zaczyna padać deszcz.
IMG_5027 IMG_5029 IMG_5047

Rano jednak dzień wita nas ładną pogodą. Rozkładam panel słoneczny na plecaku, włączam GPS i kontynuujemy wędrówkę w górę doliny. Charakterystyką zarówno Gór Fan jak i Pamiru czy Tien Shanu jest to, że doliny są długie, mają od kilku do kilkudziesięciu kilometrów. Dodatkowo każda z takich dolin zawiera w sobie lub łączy się z innymi tworząc długą i rozległą sieć. Z tego właśnie powodu marsz samą doliną potrafi zająć kilka dni.

Idziemy cały czas wzdłuż rzeki. Tym razem szlak jej nie przekracza, a idzie wzdłuż prawego brzegu. Po drodze napotykamy jednak mniejsze dopływy, które trzeba pokonać. Mamy na to różne sposoby. Jeśli strumień jest wąski, a kamieni wystarczająco dużo to skaczemy z kamienia na kamień jak żaby. Gdy natomiast nie chcemy ryzykować poślizgnięciem i wpadnięciem do płytkiej lecz zimnej wody, zdejmujemy buty i przechodzimy boso.

Plan jest taki, aby dojść na przełęcz Kaznok i dostać się na drugą stronę do jezior Kuliakon. O 16 stwierdzamy, że może warto odpuścić wchodzenie dziś na przełęcz i odłożyć to na jutro. Znajdujemy kawałek płaskiego terenu nad rzeką i rozbijamy namioty. Obok nas stoi jakiś bardziej czasowy namiot ale nikogo nie ma w pobliżu i wejście do niego jest zasznurowane.

IMG_5146

Wieczór jest dość chłodny, w końcu nieopodal wciąż leży pokaźnej wielkości płat śniegu. Podczas gdy ja z Wojtkiem w zamkniętym namiocie siedzimy w kurtkach, Tilman beztrosko w klapkach i podkoszulku urządza sobie prysznic nad brzegiem strumienia, po czym w otwartym namiocie czyta książkę. Zahartowany.

Na kolację gotujemy spaghetti z sosem, a na deser raczymy się dużą porcją pysznego kisielu. Mniam!

Wieczór jest zdecydowanie piękny. Zachodzące słońce oświetla czerwone skały pięciotysięcznych szczytów, nierzadko pokrytych śniegiem. Zacny widok.

IMG_5118

Poranek ponownie przynosi piękną pogodę. Gdy słońce wychodzi zza gór robi się ciepło. Jemy śniadanie, pijemy kawę i przygotowujemy się do wyruszenia. Tilman wychodzi parę minut wcześniej. Po płacie śniegu służącym za most przechodzimy przez rzekę i skręcamy w jedną z dolin, która ma nas doprowadzić na przełęcz Kaznok. Korzystamy ze starych sowieckich map kartograficznych przekalibrowanych i wgranych do GPS’u. Ich skala to 1:50000 i przydałoby się w tym przypadku coś dokładniejszego ale nawet papierowa mapa Tilmana miała taką skalę. Po dłuższej debacie stwierdzamy, że nie ma możliwości aby to nie była ta dolina, szczególnie że na skale przy szlaku była umieszczona niewyraźna strzałka.

Szlak szybko zanika i idziemy do góry przed siebie. Kroczymy powoli po kamieniach i ziemi, która usypuje nam się z pod nóg. Płat śnieżny omijamy aby nie kusić losu. Przed nami w górze wznosi się ściana nagich skał, między którymi nie widać żadnej luki, gdzie mogłaby być przełęcz. Skręcamy lekko w prawo i kierujemy się na grań, z której jak sądzimy będzie można coś zobaczyć. Podejście robi się coraz gorsze i trudniejsze. Jest stromo i wszystko się sypie. Podłoże jest bardzo luźne. Jeśli tylko się da, staramy rękami chwytać się skał bo nie można ufać, że nagle nie osuniemy się w dół razem z kamieniami. Dochodzimy na grań, niestety nie widać śladu przełęczy. Jesteśmy już na 3850m n.p.m., czyli brakuje nam 200m, a przed nami nadal tylko skały bez żadnego wyraźnego przejścia między nimi. Dziwnym jest też to, że wyruszyliśmy ledwie 15 minut po Tilmanie, a nie spotkaliśmy go, ani nie widzieliśmy nigdzie po drodze.

Postanawiamy wracać. Próbujemy zejść drugą doliną, która wydaje się łagodniejsza, choć od razu przewiduję, że może nie był wcale tak łatwo jak się na pierwszy rzut oka wydaje. Rzeczywiście, dwadzieścia minut później okazuje się, że miałem racje i natrafiamy na dwa progi skalne, a jeden gorszy od drugiego. Wpadam na pomysł, że bez plecaków jest duża szansa aby spróbować zejść po jednym z nich, a plecaki opuścić na sznurkach od namiotu. Po rozwinięciu okazuje się, że sznurki są trochę krótkie ale przynajmniej sięgają do miejsca, w którym można je będzie przewiązać i opuszczać dalej. Wojtek jednak jest sceptyczny co do mojego pomysłu i obawia się schodzenia po skałach. Chyba ma rację. W przypadku upadku, jedyny bezpieczny sposób dotarcia do poszkodowanego to powrót na grań, zejście na dół i podejście od dołu. Najbliższa pomoc to w razie wypadku nie byłby helikopter ani jakakolwiek służba górska, która najzwyczajniej w świecie tutaj nie istnieje, a co najwyżej pan z osiołkiem, który pomógłby przetransportować uszkodzonego delikwenta (czyli w tym przypadku któregoś z nas) na dół.

IMG_5159 IMG_5167

 

Wracamy z powrotem na grań i mimo wszystko schodzimy pierwotną trasą. Robimy to na raty, ponieważ kamienie cały czas sypią się spod nóg i któryś z nas mógłby oberwać. Jest ciężko, nawet bardzo. Jedyny plus, że od dawna jesteśmy dobrze zaaklimatyzowani i wysokość na nas nie działa. Nie mniej jednak ubywa nam sił i jesteśmy bardziej zmęczeni. W pewnym momencie poślizgam się na kamieniach, osuwam parę metrów w dół, wpadam na płat śnieżny przez który przelatuję w mgnieniu oka obracając się dookoła własnej osi i ląduję po jego drugiej stronie na kamieniach. Miałem dużo szczęścia, że nic mi się nie stało poza drobnymi zadrapaniami. Ale to nic, od dawna mam poobijane i poobdzierane łydki od spadających kamieni.

Po kilku godzinach jesteśmy znów w punkcie wyjścia. Nie nocujemy w tym samym miejscu co ubiegłej nocy tylko powłócząc nogami schodzimy godzinę w dół do kolejnej polany, na której rozbijamy się przy strumieniu. Od dawna marzę o ciepłym budyniu na deser, a jak na złość kuchenka nie chce odpalić. Przy wysokości powyżej 3000m dało się zauważyć problemy z używaniem zapalniczek i musieliśmy korzystać w dużej mierze z zapałek. Kuchenka również zauważalnie gorzej działała ale zawsze odpalała. Tym razem jest jakiś problem, a mało kiedy jest tak potrzebna jak teraz. Nadchodzi wieczór, robi się chłodniej, a ja chodzę boso po trawie bo jedną nogą wpadłem do rzeki podczas przeskakiwaniu z kamienia na kamień i jest mi trochę zimno. Poza tym jedyne jedzenie jakie mamy to takie, które wymaga gorącej wody. Kwadrans spędzam rozbierając i czyszcząc kuchenkę, co jak widać pomaga bo kuchenka zaczyna działać, choć ciśnienie jest słabe mimo odkręcenie zaworu. To może być jednak kwestia słabej jakości paliwa kupionego jeszcze w Pamirze. W każdym razie udaje nam się ugotować pyszny, ciepły i pożywny posiłek.

IMG_5175 IMG_5185

Ostatniego dnia pozostało nam już tylko zejście do Sarytagu. Zajmuje nam to może pół dnia, choć już od wczoraj zastanawiamy się jak przejdziemy na drugą stronę rzeki. Żadnemu z nas nie uśmiecha się zmaganie po raz kolejny ze stromym, kamienistym, osuwającym się zboczem. Spotykamy jednak parę osób idących do góry i albo przechodzili w wodzie po pas trzymając się zwalonego pnia albo już od wioski szli drugim brzegiem.

IMG_5199

Natrafiamy również na pasterzy wypasających owce i kozy na zielonych polanach. Rozmawiamy parę minut o tym, jak nie udało nam się znaleźć przełęczy i dojść do jezior Kuliakon oraz Alaudin. Częstują nas suszonymi rodzynkami, które mają w woreczki. W drugim natomiast znajduje się coś, co wygląda jak resztki barana. Na szczęście tym nas nie częstują.

Idąc cały czas szlakiem, bez prób przejścia przez rzekę docieramy do wylotu doliny i praktycznie do wioski. Tam znajdujemy inny most, który wygląda jakby miał już długo nie pociągnąć ale przechodzimy bezpiecznie.

IMG_5241 IMG_5243 IMG_5248 IMG_5249 IMG_5264

Słońce grzeje niemiłosiernie. Tutaj na dole jest to jeszcze bardziej odczuwalne. Swe kroki kierujemy od razu do najbliższego i chyba jedynego otwartego sklepu w wiosce. Kupujemy zimne picie, siadamy na ławce i rozważamy co dalej robić; czy od razu próbować się dostać dalej i może dotrzeć do jezior Alaudin od drugiej strony czy też zostać w okolicy na noc. Od razu znajdujemy się też w centrum uwagi miejscowych, którzy proponują nam transport. Nie pytamy nawet o szczegóły bo na razie nie jesteśmy zainteresowani. Po prostu siedzimy i nawadniamy organizmy. Dopiero po godzinie spędzonej na ławce pod sklepem ruszamy dalej. Łapiemy stopa i jedziemy kilkanaście kilometrów do jeziora Iskander Kul. Tam natrafiamy na kierowcę z Sarytagu, którego widzieliśmy pod sklepem wcześniej. Deklaruje, że zwiezie nas rano do głównej drogi za 50s/os, a za 60s dostarczy Wojtka do Duszanbe. Do jezior Alaudin życzy sobie już 250s. Powtarza to wszystko kilkanaście razy. Ewidentnie jest lekko wstawiony i nachalny.

Namiot rozbijamy w ośrodku wypoczynkowym tuż nad samym jeziorem. Obok nas nocują Rosjanie, którzy wspinali się m.in. na Pik Energia (i jadą na Pik Lenina) i przeszli przez przełęcz Kaznok. Z drugiej strony jest podobno dużo śniegu i ciężko by nam było zejść bez raków.

IMG_5298

Iskanderkul

Iskanderkul

Na jeziorze widać charakterystyczną linię oznaczającą dokąd kiedyś sięgało lustro wody. Jednak za sprawą trzęsienia ziemi poziom wody opadł o kilkadziesiąt metrów.

W ośrodkowej stołówce wcinamy kolację, która jak się niedługo później okaże, będzie przyczyną mojego zatrudnia pokarmowego.

Noc także nie należy do najmilszych. Tuż obok naszych namiotów miejscowi sobie imprezę z głośną muzyką i krzykami do późnej nocy. Dopiero interwencja Wojtka przed 1 w nocy przynosi trochę spokoju. Trochę, bo o 6 rano budzą nas krzyki i hałasy.

Do głównej drogi planujemy dotrzeć stopem i nie korzystać z usług nieprzyjemnego kierowcy. Po 10 minutach przy drodze podjeżdża jakiś samochód i kierowca za 20s/os zgadza się nas podrzucić na dół.

Zapisy śladów trasy z GPS:

Dzień 1

Dzień 2

Dzień 3

Dzień 4

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s