Perito Moreno, Patagonia

Wysiadając z autobusu w Cerro Castillo podjęliśmy ryzykowną decyzję licząc, że złapiemy jakiegoś stopa przez granicę do Argentyny. Tylko jak tu złapać stopa skoro jesteśmy na odludzi, przy jakimś pomniejszym przejściu granicznym i wszystkie auta (czyli trzy), które jadą w stronę Argentyny są pełne. Dla dopełnienia obrazka brakuje kul roślin (z ang. tumbleweed) przetaczających się przez ulicę.

W końcu szczęście się do nas uśmiecha i pod granicę podjeżdża jeep, który zaraz wraca na stronę Argentyńską wraz z zabranym z granicy kolegą. Szybko przechodzimy odprawę paszportową, wskakujemy na pakę z tyłu i jedziemy!

Na drugim posterunku trafiamy na kolejkę z autobusu i wszystko zajmuje sporo czasu. Niestety kierowca autobusu nie jest w stanie nas zabrać. Rozmawiamy więc z pasażerami zabijając czas w oczekiwaniu na odprawę, gdy z tyłu słyszymy głosy, że jeśli chcemy jechać do El Calafate to możemy się zabrać. Wow! Nie spodziewaliśmy się mieć aż tyle szczęścia. Jorge i Marcela – małżeństwo z Santiago, które jest na wakacjach w Patagonii zabiera nas ze sobą i wspólnie jedziemy. Mówią, że kilka lat wcześniej podróżowali podobnie jak my – z plecakami i stopem i wiedzą jak to jest być w naszych butach. Są przesympatyczni. Droga upływa nam na rozmowach o wspólnych podróżach, historii Chile i stosunkach z sąsiednimi krajami.

IMG_0563_a

Do El Calafate docieramy tuż przed zmrokiem, szybko ruszamy na camping ale z Jorge i Marcelą umawiamy się na następny dzień, ponieważ ich celem jest także pobliski lodowiec Perito Moreno i mamy szansę zabrać się tam wspólnie.

Po tygodniu w górach doprowadzamy się do porządku w cywilizacji. Aż się boję ilości powiadomień, które dostanę po byciu offline przez tydzień i mam rację. Zostaję nimi zasypany.

Rano Jorge w biurze podróży zapisuje się z Marcelą na spacer po lodowcu (ok 1000ARS) na godzinę 15. Mamy więc jeszcze trochę czasu żeby wyruszyć. Obchodzimy pobliskie sklepy z pamiątkami ale ceny są.. patagońskie.

Lodowiec Perito Moreno leży niecałe 80km na zachód od miasta. Najłatwiej dotrzeć tam własnym środkiem transportu, skorzystać z wycieczki organizowanej lub.. wynająć taksówkę. W przypadku większej liczby osób ta opcja wbrew pozorom się opłaca. Dodatkowo wjeżdżając na teren parku Los Glaciares wcześnie rano nie trzeba płacić wstępu (300ARS).

Parę kilometrów przed końcem trasy ukazują nam się pierwsze widoki na lodowiec. Jest przeogromny. Zatrzymujemy się na parkingu i robimy zdjęcia. Chwilę później jedziemy parę kilometrów dalej, gdzie zostawiamy samochód i busem podjeżdżamy do końca trasy.

Dokładną możliwość przyjrzenia się lodowcowi zapewnia sieć pomostów i kilku poziomowych kładek, które umożliwiają zbliżenie się do tego lodowego potwora na odległość paru metrów. Czoło lodowca ma około 40-50 metrów wysokości i szerokość 5 kilometrów. Z przodu przyrasta on około 2m dziennie, natomiast po bokach jest to „zaledwie” kilkadziesiąt centymetrów. Takie przyrastanie powoduje, że Perito Moreno łączy się co jakiś czas z lądem w miejscu, gdzie zamontowane są barierki i blokuje przepływ wody w jeziorze. Po jakimś czasie, gdy nacisk na zaporę z lodu jest zbyt duży, pęka ona i cały proces zaczyna się od początku. Zdarza się to średnio raz na 4-5 lat. Prawdopodobnie z tego powodu platforma widokowa na najniższym poziomie – najbliżej lodowca jest zamknięta dla turystów. Ostatnie takie pęknięcie zapory miało miejsce 10 marca 2016 roku, a już w lutym poziom wody podniósł się o 5,6m.

IMG_0617_a

IMG_0604_a

O 15 Jorge i Marcela idą na wycieczkę po lodowcu, a my z Barbarą siedzimy nad brzegiem jeziora i relaksujemy się. Korzystając z ciepłej, słonecznej pogody rozkładam panel słoneczny na trawie i ładuję baterie. Obok nas kręci się lis, a że praktycznie jesteśmy tam sami, nie licząc co chwilę przypływających i odpływających łodzi to nie jest przez nikogo niepokojony.

IMG_0634_a

Pod wieczór wyjeżdżamy z parku, wracamy do El Calafate na szybkie zakupy, ponieważ jak słusznie się obawiamy, w El Chalten może nie być tak dobrze zaopatrzonych sklepów, co potwierdza Jorge, który będąc tam ostatni raz kilkanaście lat temu opisuje El Chalten jako małe, odludne miasteczko bez asfaltowych dróg.

Gdy wjeżdżamy ponownie na słynną Routa 40 słońce zaczyna się już zniżać i kierować w stronę nieboskłonu. Jesteśmy w sercu Patagonii więc ruch jakby wcale. Auta mijają nas raz na kilkadziesiąt minut. Przez te ponad 200km, które dzieli oba te miasteczka, nie mijamy żadnych zabudować, wiosek, stacji benzynowych. Nic, zupełna pustka. Tylko trawa i góry na horyzoncie. W radiu leci „Sleeping on the sidewalk” i „On the road again”. Nic lepiej nie pasuje do tego momentu gdy suniemy pustą drogą przed siebie śpiewając klasyki muzyczne i rozmawiając na temat historii Chile oraz Argentyny. Jedną z ciekawostek jest zaznaczony na mapie kwadrat zamiast prostej linii oznaczającej granicę. Wzięło się to stąd, że granica została wyznaczona na najwyższym szczycie w okolicy – w tej sytuacji na Fitz Roy’u. Jednak dzięki nowoczesnej technologii może się okazać, że najwyższym szczytem jest jakaś inna góra położona bardziej na zachód dlatego ten kawałek jest potraktowany jako do późniejszej interpretacji. Może się jeszcze okazać, że Argentyna uzyska dostęp do Pacyfiku.

Słońce na tej szerokości geograficznej w styczniu zachodzi dość późno i jeszcze o 22 nie jest całkiem ciemno. Wysoko na niebie szybują idealnie okrągłe i płaskie jak dyski chmury. Pierwszy raz takie zdarza mi się widzieć i nie występowały one już nigdzie dalej na północy.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s