Los Lagos

Wieczór docieram do Puerto Montt, przesiadam się szybko na busa do Puerto Varas, które jest bazą turystyczną regionu Los Lagos. Robi się już jednak późno i powoli zaczynam się zastanawiać co ja będę robił w tym mieście. Krótki rzut oka na mapę i decyduję się spróbować szczęścia by dotrzeć jeszcze tego samego dnia na wschód jeziora Llanquihue – do malutkiej miejscowości Ensenada. Problem pojawia się, gdy nie wiem, w którym miejscu wysiąść by znaleźć busa do Ensenada. Trudności nawarstwiają się w miarę upływu czasu, a ja nadal tkwię w busie, który jeździ uliczkami Puerto Varas. Odwracam się do tyłu i przez szybę widzę poszukiwany środek transportu. Wysiadam jak najszybciej się da (wcale nie tak prędko jakbym chciał), zarzucam plecak na plecy i biegnę. Biegnę ile sił w nogach chodnikami by złapać busa. Dobrze, że jest korek, auta stoją na światłach i kilka przecznic dalej doganiam go. Macham do kierowcy by otworzył mi drzwi i udało się. Jadę do Ensenada. Od teraz wszystko idzie z górki. Wyjeżdżam z miasta, droga prowadzi głównie wioskami i już wiem, że tu wszystko będzie prostsze. Jak to na wsi.

Robię szybkie zakupy, na wszelki wypadek trochę suchego prowiantu się przyda gdyby problemy z kuchenką nie ustąpiły po czym idę szukać miejsca na nocleg. Wybór pada na plażę ale zamiast wejść normalnie, ścieżką wygodniej mi przejść najpierw przez jeden płot, następnie jakiś ośrodek wypoczynkowy nieczynny od lat z powybijanymi szybami, a potem kolejny płot. Tak oto jestem na plaży nad samym jeziorze. Słońce powoli zachodzi i oświetla wciąż ośnieżony wierzchołek wulkanu Osorno górującego nad okolicą.

IMG_1139_a

Nie mam planów na następny dzień i po śniadaniu idę po prostu przed siebie. Buty na nogi, plecak na plecy i w drogę. Krętą drogą zmierzam w stronę wulkanu Osorno, do podnóża którego dzieli mnie 14km. Zawsze mógłbym złapać stopa i spróbować wejść na szczyt, który nie znajduje się znowu tak wysoko; zaledwie 2652m n.p.m. Po kilometrze dochodzę do punktu informacyjnego i tam dowiaduję się, że bez przewodnika na Osorno się nie mam co wybierać więc odpuszczam ten pomysł. Zresztą pomimo pełni lata wulkan pokryty jest solidną warstwą śniegu, który w górnej warstwie jest lodowcem. Powodem tego są znaczne opady śniegu w bardzo wilgotnym, morskim klimacie. Zamiast tego robię sobie krótki spacer do Laguna Verde – małego jeziorka ukrytego w lesie, a następnie próbuję dostać się do Petrohue bądź wodospadów Petrohue (Saltos del Petrohue). W tym celu staję za skrzyżowaniem i próbuję szczęścia w łapaniu stopa. Szczęście mi sprzyja i po kilku minutach zatrzymuje się, jakżeby inaczej, jeep. Wskakuję na pakę do tyłu, gdzie muszę się zmieścić obok już siedzących tu wcześniej dwóch autostopowiczów. W ten sposób poznaję Pabla i Tomasa, którzy tak jak ja są na wakacjach i zwiedzają Chile.

IMG_1127_b

W Petrohue za wiele do roboty nie mamy i w zasadzie jedyne co nam pozostaje to kajaki. Wypożyczamy na godzinę i idziemy popływać po jeziorze Todos los Santos. Wulkan Osorno jest widoczny z każdego miejsca w okolicy. Niektórzy porównują go do Fiji bo stożek rzeczywiście jest bardzo podobny.

Z Petrohue do Argentyny i Bariloche jest bardzo blisko ale jednocześnie transport statkami, autobusami pomimo rzekomych pięknych widoków jest bardzo drogi (ok. 280$ w formie jedno lub dwudniowej wycieczki Cruce Andino).

Po kajakach decydujemy wracać ale po drodze chcemy zobaczyć wodospady. Próbujemy szczęścia z łapaniem stopa ale w trójkę nie jest to już takie proste. Ostatecznie musimy maszerować 6km w pełnym słońcu z plecakami, poboczem szutrowej, zakurzonej drogi. Po takim spacerze można się zmęczyć i nawet wodospady, w których nie płynie wystarczająca ilość wody by sprawić by były imponujące, nie robią na nas dużego wrażenia. Z radością natomiast znajdujemy sobie trochę miejsca by przygotować coś do jedzenia. W tej samej chwili okazuje się, że podczas wyciągania z plecaków rzeczy na kajaki, Tomas zostawił garnki gdzieś w Petrohue przy plaży. Pospiesznie łapie stopa (tym razem udaje mu się bez problemu) i jedzie ich szukać. Niestety wraca z pustymi rękami. Chłopaki na początku swojej podróży zostali bez garnków. Gotujemy więc korzystając z moich, a po obiedzie żegnamy się i rozstajemy. Nie trwa to jednak długo bo już parę minut później odnajdujemy się w tym samym autobusie. Ja zmierzam do Puerto Varas, a oni do Ensenada. W ostatnim momencie zmieniam jednak zdanie i gdy oni wysiadają, wysiadam i ja. Stwierdzam, że i tak nie miałbym znów co ze sobą zrobić w mieście, a o tej porze i tak nie udałoby mi się już kupić biletu do Bariloche, które jest moim następnym celem podróży.

IMG_1132_b

Jezioro Todos los Santos i wulkan Osorno

Znów zatem jesteśmy w trójkę. Podsuwam im pomysł aby zamiast garnków wykorzystali puszki po owocach, w których później mogą spokojnie gotować. Namawiam również chłopaków na rozbicie namiotów na plaży. Tym razem wchodzimy razem ścieżką i zastanawiamy się w którą stronę lepiej pójść. Rzucam, że może lepiej w prawo, bo tam już byłem i znam dobre miejsce na biwak. Kilkadziesiąt metrów dalej, gdy mijamy rodzinę wypoczywającą na kocu, Tomas napomyka, że mają garnki podobne do jego. Ku zdziwieniu wszystkich to są JEGO garnki. Okazuje się, że owa rodzina znalazła je parę godzin wcześniej w Petrohue i zabrała ze sobą. Bez żadnych problemów, w przyjaznej atmosferze garnki wracają do swojego właściciela. Najzabawniejszy w tym wszystkim jest zbieg okoliczności, który doprowadził do tego, że najpierw rzutem na taśmę zdecydowałem wysiąść razem z Tomasem i Pablem zamiast jechać dalej, a później że na plaży poszliśmy w prawo.

Rozkładamy namioty, rozpalamy ognisko, a Tomas w międzyczasie leci do sklepu zrobić większe zapasy. Chłopaki częstują mnie lokalnym winem z kartonu – Santa Helena. Wbrew pozorom jest całkiem dobre. W końcu Chile winami stoi. Do późnych godzin siedzimy i rozmawiamy. Problem pojawia się gdy Pablo idzie spać bo… Tomas zna tak dobrze angielski jak ja hiszpański. Jakimś dziwnym trafem bariera języka między nami znika i całkiem dobrze się dogadujemy. Każda okazja jest dobra do szlifowania języka, szczególnie gdy Tomas nalega by mu opowiadać historie i przygody.

IMG_1142

Rano rozdzielamy się już na dobre lecz zanim to następuje Pablo zaprasza mnie do… domu Tomasa w Valparaiso. Dzwoni w tym celu do brata budząc go i półprzytomnemu tłumaczy, że niebawem się pojawię u nich. Krótko i na temat.

Z Ensenada wracam do Puerto Varas. Zmierzam do Bariloche w Argentynie jednak wszystkie bilety zostały już wykupione na najbliższe dni. Szybka analiza w głowie i pytam czy może z Osorno (miejscowości, nie wulkanu) został jakiś wolny bilet. Okazuje się, że tak ale dopiero na następny dzień. Mówię trudno bo lepiej tak, niż wcale.

Popołudnie spędzam spacerując po Puerto Varas, odwiedzając sklepy z pamiątkami i ubraniami. Zaopatruję się m.in. w kolorowe spodnie patchworkowe, bardzo podobne jak te, które mam z Gwatemali, a które dobrze służą mi po dziś dzień.

W Osorno jestem tego samego popołudnia, bo do Bariloche jadę już rano następnego dnia. Z początku nie za bardzo wiedziałem gdzie znajdę jakieś miejsce pod namiot w większym mieście ale chwila z mapą i dość blisko są spore przestrzenie pól i lasów. Znajduję sobie dobre miejsce, nasłonecznione by jeszcze naładować telefon. Rozkładam namiot i delektuje się ciepłym popołudniem z książką i kanapkami z awokado. Gdy wydaje się, że nic nie jest w stanie zakłócić mi spokoju, podjeżdża samochód, z którego wysiada mężczyzna i próbuje mi coś wytłumaczyć. Komunikacja nie idzie nam za dobrze ale rozumiem tyle, że tutaj nie mogę zostać bo w nocy na łąkę przychodzą krowy i wszystko deptają. Mając podobne doświadczenia w spaniu niedaleko krów w Kirgistanie wierzę na słowo i nie chcę powtarzać tamtego doświadczenia. Przenoszę się kilkaset metrów dalej. Jest to na tyle blisko, że zamiast składać namiot, wrzucam do środka parę rzeczy i z rozłożonym nad głowę idę przez pola. Nieopodal mieści się szkoła, obecnie zamknięta z powodu wakacji. Pięknie przystrzyżony trawnik, wizja nader kusząca. Nie zastanawiam się ani chwili i rozbijam się dokładnie tam, pomiędzy budynkami szkoły. W ramach bonusu jest nawet woda, czyli wszystko czego do szczęścia pod namiotem mi potrzeba.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s