Bariloche

Z chilijskiego Osorno transportuję się ponownie do Argentyny. Trasa do Bariloche prowadzi po andyjskich, krętych drogach.

Im wyżej na północ tym kontrole na granicy są bardziej szczegółowe, pomimo że wjazd do Argentyny jest zwykle łatwiejszy niż do Chile. Wynika to z faktu, że Chile podchodzi bardzo restrykcyjnie do wwozu wszelkiej maści produktów spożywczych, szczególnie owoców, warzyw czy mięsa. Chilijczycy przeprowadzają dokładne skanowanie bagażu oraz wchodzą do autobusu z psami i obwąchują wszystko oraz wszystkich. Podejrzane plecaki są odkładane na bok, a następnie otwierane w obecności właściciela. Tym razem nic ciekawego mi się nie przydarzyło choć po cichu liczyłem na machnięcie łapą w stronę mojego plecaka. Zawsze to jakaś rozrywka na granicy. Po sześciu godzin jazdy z Osorno docieram w końcu do Bariloche – turystycznej mekki w Argentynie.

Miasto to słynie z pięknych krajobrazów, sportów wodnych, alpinistyki, a zimą z narciarstwa. Miastami partnerskimi Bariloche są takie światowe kurorty jak m.in. Aspen, Sankt Moritz, Sestiere czy… Zakopane.

Do poruszania się po mieście komunikacją publiczna wymagana jest tylko i wyłącznie karta SUBE. Można ją kupić i doładować w wielu sklepach czy punktach na terenie całego miasta. Karta działa także w Buenos Aires, więc warto sobie ją zachować planując pobyt w stolicy. W podbramkowej sytuacji wystarczy poprosić kogoś z mieszkańców o skasowanie biletu, a odpowiednią kwotę oddać w gotówce. Kierowcy pieniędzy nie przyjmują. Co prawda i od tego zdarzy się czasem odstępstwo, ale lepiej się nie nastawiać i dysponować kartą z naładowanym kontem.

Co do samej jazdy autobusem to działa to tak, że wchodząc do środka mówimy kilometr trasy lub charakterystyczne miejsce do którego zmierzamy, czekamy aż kierowca nabije je na kasę po czym przykładamy kartę do czytnika.

W centrum Bariloche, przy głównym placu mieści się biuro informacji turystycznej, do którego zmierzam i gdzie uzyskuję parę przydatnych informacji. Po dowiedzeniu się wszystkiego, czego będę potrzebował podczas pobytu jadę na kemping poza miasto. Zostaję od razu na dwa dni, bo w okolicy jest parę rzeczy, które chciałbym zrobić.

IMG_1222_c

Wpierw planowałem wypożyczyć rower i objechać co ciekawsze miejsca na rowerze ale po spojrzeniu na mapę stwierdziłem, że nie wszędzie rowerem dojadę, a na nogach zobaczę więcej.

Wracam do poruszania się autobusami i od razu jadę do ostatniego przystanku – Llao Llao, które słynie z tego, że znajduje się tam.. dość luksusowy hotel oraz pole golfowe. Poza tym, rozpoczyna się tam także szlak-ścieżka prowadząca dookoła poszarpanego zatoczkami wybrzeża. I pomyśleć, że z Llao Llao do Petrohue i Lago Todos los Santos w Chile jest zaledwie 70km w linii prostej.

Szczęście do pogody nadal mam w kratkę. Gdy tylko przyjeżdżam w nowe miejsce 30 stopniowe temperatury ustępują miejsca tym niższym, robi się chłodno, wietrznie i pochmurno. Taki też jest i ten dzień. Gdy wychodzę świeci słońce. W połowie trasy pojawiają się chmury, przelotny deszcz i chłodny wiatr. Okazuje się, że to tylko stan przejściowy i mogę kontynuować spacer pozostając suchym. Ścieżka prowadzi lasami, wzdłuż brzegu jeziora. Na jednej z plaż natrafiam na pozostałości po bunkrze. Kilkukrotnie rozmawiając z mieszkańcami usłyszałem, że Hitler po wojnie mieszkał w Argentynie, właśnie w okolicach Bariloche, wraz z żoną i dwojgiem córek. Przyznam, że byłem zaskoczony taką wersją historii ale chyba nie jest ona dość powszechna bo inni Argentyńczycy zapytani przeze mnie o tę wersję robili tylko duże oczy.

Wychodząc z lasu na drogę zastanawiam się jakie mam szansę, że jeździ tędy autobus. Miejsce dość odludne. Widzę, że przy drodze stoi dziewczyna, także może ona coś wie. Podchodzę by zapytać, gdy ona zadaje mi to samo pytanie. Szczęście nam sprzyja bo chwilę później łapiemy stopa – zabiera nas dwoje Argentyńczyków z Buenos będących także na wakacjach. Zamiast od razu wracać do miasta jedziemy się z nimi jeszcze do Colonia Suiza – wioski w stylu szwajcarskim położonej u stóp Cerro Lopez. Pod koniec XIX wieku okolica została zaludniona emigrantami ze szwajcarskiego kantonu Valais i stąd wzięła się nazwa Colonia Suiza. Poza stoiskami z jedzeniem i pamiątkami osada ta nie oferuje niczego nadzwyczajnego zatem nie zabawiamy w niej długo. Jedziemy dalej – nad jezioro Gutierrez. Trochę już za późno by wyjść gdzieś wyżej w góry ale w budce parku zbieramy informacje o dostępnych możliwościach, by następnego dnia wybrać się na podbój jednego z okolicznych szczytów – Cerro Catedral.

IMG_1205_c

Przed powrotem na kempingu wstępuję do sklepu w celu zrobienia zapasów jedzenia i znajduję serowe fondue! Kolacja na dziś zapewniona. Que rico!

Wieczór robię jeszcze pranie, a korzystając z okazji wrzucam praktycznie wszystkie ubrania do pralki. Coś jednak poszło nie tak i kurtka puściła praktycznie na każdym możliwym szwie, a do tego materiał się pokruszył oblepiając wszystkie inne ubrania. Niefortunna sytuacja. Co prawda mam nadzieję już więcej kurtki nie używać ale mimo wszystko dobrze by ją było mieć. W ramach operacji o kryptonimie „naprawa” przeszywam ją nićmi najlepiej jak tylko potrafię. Tych napraw już tyle było, że i nici mi może wkrótce zabraknąć.

Rano wracam nad jezioro Gutierrez i planuję pójść w góry ale w połowie drogi do budki strażników para Izraelczyków informuje mnie, że szlak jest zamknięty z powodu silnego wiatru. Jestem zmuszony zawrócić i zmodyfikować swoje plany. Do El Bolson miałem zamiar wybrać się dopiero wieczór bo szkoda mi tracić ładnego (ponownie!) dnia na siedzenie w autobusie.

Cerro Catedral zmieniam na górujące nad miastem Cerro Otto. Zanim jednak wejdę na szlak jadę wpierw na dworzec kupić bilet do El Bolson. W przechowalni bagażu zostawiam plecak i wracam do miasta. Godzinę później jestem znów u podnóża góry. Wybieram szlak prowadzący najkrótszą ale zarazem najstromszą drogą na górę. O ile nachylenie mi nie przeszkadza bo lubię się zmęczyć, o tyle im wyżej tym bardziej ziemia osypuje mi się spod nóg i utrudnia wspinaczkę.

Ze szczytu rozpościera się 360 stopniowa panorama na położone w dole Bariloche, jezioro i park narodowy Nahuel Huapi oraz góry, mnóstwo gór. Na wierzchołek Cerro Otto poprowadzone są wyciągi bo zimą jest to popularne w okolicy centrum sportów zimowych. Choć przyznam szczerze, że gdy patrzyłem w połowie lipca na pogodę to warunki śniegowe były bardzo słabe. Temperatura od 4C na dole do -2C na górze i od 7cm do 55cm śniegu. Trasy narciarskie są co prawda otwarte ale śniegu jak na lekarstwo. Niewiele lepiej sytuacja ma się w Ushuaia czy Los Penitentes słynącym rzekomo z najlepszego puchu na całym południowoamerykańskim kontynencie.

IMG_1212_c

Jedną z tras narciarskich schodzę na dół. W połowie robię sobie przerwę na kanapki z awokado i pomidorem. Przysiadam na skałach, na skraju urwiska i oglądając krajobrazy posilam się. Cerro Otto to także trasy zjazdowe dla rowerów więc i ja zmieniam szlak i trasę narciarską na rowerową. Jest wąska i kręta, prowadzi przez las, ma sporo uskoków i nierówności. Liczę na to, że nikt akurat nie będzie nią pędził w dół bo któreś z nas skończyłoby źle po takim zderzeniu.

IMG_1217_c

Nie wiem dlaczego ale Bariloche wcale mnie nie powaliło na kolana tak jak wcześniej o nim czytałem i słyszałem. Jest piękne, owszem ale cała Patagonia jest piękna, dzika, naturalnie czysta. Bariloche jest po prostu zwykłym kurortem, centrum turystycznym, do którego na wakacje ściągają Argentyńczycy i turyści. Niewątpliwie jego dużym plusem jest piękna lokalizacja i różnorodność atrakcji, które stanowią o jego popularności o każdej porze roku.

Zapisy śladów tras z GPS:

-Spacer z Llao Llao

-Cerro Otto

 

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s