Mendoza, Maipu

Nad ranem, po całonocnej jeździe docieram do Mendozy. Jest piąta rano i tak trochę nie mam pojęcia co ze sobą zrobić, dokąd się udać. Telefon pokazuje jakiś camping ale ciężko jest uzyskać więcej sensownych informacji na ten temat. Ponadto do poruszania się po mieście potrzebna jest karta miejska – coś na wzór SUBE z Bariloche i Buenos Aires. Siadam więc na ławce i rozważam różne opcje, gdy natrafiam na opinie hosteli. Przelatuję szybko wzrokiem przez hasła typu „głośny, ruchliwy”, gdy mój wzrok zatrzymuje się na „darmowe wino”! Wybrany hostel oferuje śniadania w cenie noclegu i od 19 do 21 hostel darmowe wino. Nie mam już już nad czym zastanawiać, szczególnie gdy po spojrzeniu na mapę wychodzi, że znajduję się zaledwie 100m od owego hostelu.

Tak jak o każdym z miejsc czytam sporo różnych informacji, tak i o Mendozie natknąłem się na wiele pozytywnych relacji. Spędziłem w tym mieście zaledwie lub aż trzy dni i pewnie gdybym mógł to zostałbym dłużej tylko, że wcale nie z powodu atmosfery miasta, ponieważ tu nie odczułem tej samej magii co w Valparaiso. Mendoza mnie osobiście niczym nie porwała – zrobili to poznani w niej luidzie. Ludzie, których poznałem w hostelu i z którymi spędziłem następne trzy dni, a po małej przerwie jeszcze trochę. Nie mówię, że miasto jest nudne bo gdybym miał więcej czasu to zapewne wybrałbym się na jakiś rafting, konie czy parę innych atrakcji, które oferuje okolica. Okolica oferuje jednak coś jeszcze, a mianowicie winnice. To właśnie stąd pochodzą najlepsze i najbardziej znane wina argentyńskie. W położonym parę kilometrów na południe Maipu znajduje się kilka z nich. Wsiadam więc w autobus, jadę do Maipu i wypożyczam rower od Hugo. Jest to bardzo standardowa wycieczka, a plan jaki wykonuję należy do typowych, tj. autobus, rower i winnice.

Na pierwszy ogień udaję się do Trapiche, gdzie zostaję oprowadzony po winnicy począwszy od skosztowania winogron (zbiory za dwa tygodnie), aż po hale produkcyjne i degustację na końcu. Nie miałem wcześniej okazji lub po prostu nie zwróciłem uwagi ale bardzo zasmakowały mi Malbecki oraz Shyrazy, które u nas nie są chyba tak popularne.

img_1514-2_aimg_1515-2_a

img_1522-2_a

img_1524-2_a

img_1536-2_a

img_1531-2_a

img_1534-2_a

img_1525-2_a

Postanawiam odpuścić pozostałe winnice bo jak się domyślam, proces produkcji wina raczej niczym się nie różni, jedynie efekt końcowy. Zamiast tego najpierw jeżdżę rowerem po okolicy, a następnie wybieram się na degustację, gdzie mam możliwość na wygodnej sofie delektować się paroma gatunkami wina zagryzanymi pysznymi empanadami.

2016-02-20-13-58-58_a

2016-02-20-14-40-52_a

Także wieczór w hostelu upływa nam pod znakiem empanad, jako że jeden ze znajomych postanawia przygotować cały ich talerz. Do wina w sam raz. A ono nie kończy się wcale o 21 lecz dostajemy kolejną karafkę tylko dla naszego stolika. Dlatego też jak wspomniałem wcześniej, to atmosfera tych wieczorów spędzanych ze znajomymi sprawia, że czas spędzony w Mendozie był czasem naprawdę przyjemnie wykorzystanym. Może i nie zobaczyłem wielu nowych, fascynujących miejsc ani też nie uczestniczyłem w żadnych nowych wydarzeniach gdzie zrobiłbym mnóstwo ciekawych zdjęć to i tak dobrze się tu bawiłem.

2016-02-20-23-04-31_a

img_1513-2_a

Jak zwykle moment, w którym trzeba się rozstać i udać każdy w swoją stronę jest tym najtrudniejszym to w tym przypadku nie ma tego złego, bo wszyscy zmierzamy w tym samym kierunku – do Bueno Aires. Z tym, że wyjeżdżamy na przestrzeni najbliższych dni, a ja przed Buenos lecę jeszcze do Iguazu.

Przyznam, że gdy po zaledwie półtorej godzinie lotu samolot zaczyna schodzić do lądowania trochę coś mi nie pasuje, skoro lot miał trwać cztery godziny. Na lotnisku byłem na delikatnie zaaferowany wykonaniem paru telefonów i nawet nie patrzyłem, gdzie idę. Sugerowałem się tylko numerem bramki, do której miałem iść. Co się więc okazuje? Ano to, że samolot leci do Rosario, gdzie ma międzylądowanie, następnie udaje się w dalszą drogę do Iguazu. Nie ma potrzeby nawet wysiadać. Plusem tego jest to, że dwa razy dostaję posiłek.

2016-02-21-16-28-35_a

2016-02-21-16-29-16_a

O ile do Rosario pogoda jest słoneczna, a niebo bezchmurne, o tyle dalej na północ, gdy już przelecimy rzekę Paranę, pojawiają się burzowe chmury. Są to chmury tak wielkie, burzowe, że zastanawiam się jaki Armagedon zgotowały mieszkańcom poniżej. Pierwszy raz też widzę tęczę z pokładu samolotu. Wracając jeszcze do Parany, to jej dwa brzegi ledwo widać z samolotu, a sam lot nad nią trwa dobre 5 minut. Tak ogromna jest ta rzeka!

2016-02-21-18-11-29

 

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s