Anglia

Do Anglii, a dokładniej do Kumbrii – jednego z najpopularniejszych turystycznych regionów kraju wjeżdżamy od północnego-zachodu. Park Narodowy Lake District, który będzie stanowił cel naszej wizyty w tej części Anglii to kraina lasów i jezior. Tego nie mogliśmy ominąć.

img_3001_a

img_2982_a

Park Narodowy Lake District

 

img_2997_a

Nasz gospodarz Tom, który ugościł nas na kolejną noc w trakcie wycieczki, opowiada nam o okolicy, a na koniec odprowadza nas na swoim rowerze ładnych paręnaście kilometrów w głąb parku i pokazuje boczne drogi, którymi spokojnie jedziemy dalej. Niektóre z nich są tak bardzo boczne, że drogę zagradzają pozamykane na skobel furtki, które zapobiegają rozchodzeniu się owiec poza wyznaczony teren. Nie stanowi to jednak żadnego problemu, po prostu trzeba zejść z roweru, otworzyć bramkę, przejechać i zamknąć ją za sobą lub po prostu puścić luźno by zamknęła się sama.img_2978_a

Od zachodu objeżdżamy jezioro Windermere. Z tej strony jest jakby mniej turystów, a ruch samochodowy znikomy. Wzdłuż dróg ciągną się kamienne murki, wysokie żywopłoty, a gdzieś między tym wszystkim odnajdujemy krzaki jeżyn pełne owoców. Jest ich tak dużo, że można czerpać garściami. Zbieram na zapas – będą do kisielu na wieczorną kolację.

img_3008_aimg_3006_a

Mam wrażenie, że w Anglii każda droga, pole, posesja są ogrodzone kamiennym murem. Zauważalnie więcej ich tu jest aniżeli w Szkocji. Zmieniło się też obowiązujące prawo, niestety na naszą niekorzyść. O ile Szkocja dopuszcza nocowanie na dziko, nawet na tych ogrodzonych polach, o tyle w Anglii nie jest to uregulowane prawnie i jakby bardziej nielegalne. Oczywiście nie jest to problem w przypadku chęci rozbici namiotu na jedną noc w ustronnym miejscu, ale powoduje zwiększony niepokój jak taka sytuacja może zostać odebrana.

Za Lake District rozdzielamy się z Ewą i kontynuuję jazdę samotnie w kierunku wschodnim. Chcę jeszcze przejechać przez Park Narodowy Yorkshire Dales, który swoją drogą bardzo mi się podoba. Niby nic takiego, zwykłe wzgórza, wioski przecięte wąską drogą, ale atmosfera jaką odczuwam jest nieprzeciętna. Ponownie pola, lasy, pagórki, pasące się owce, domy zbudowane z kamienia pamiętające nierzadko czasy kilka wieków wstecz i wszystko to otoczone kamiennymi murkami. Od czasu do czasu przez takie brukowane wioski przepływa mały potok, a nad nim rozciąga się, jakżeby inaczej – kamienny most spinający dwa brzegi. Choć bywało też tak, że droga przecinała strumyk i prowadziła przez najprawdziwszy bród i po prostu przejeżdżałem wtedy przez wodę.

img_3052_a

img_3024_a

Dent

img_3025_aimg_3038_a

img_3042_a

Park Narodowy Yorkshire Dales

img_3041_a

Yorkshire Dales

Mimo, że droga wiedzie pod górę to jestem bardzo zachwycony okolicą. Myślę, że jadąc autem nie byłbym w stanie tego tak odebrać, bo na rowerze mam okazję delektować się okolicą przez kilka godzin. Tyle właśnie czasu potrzebuję by przejechać przez sporą część parku. Autem natomiast przeciąłbym go w parę minut i nawet nie zauważył tego, co wyłapałem różnymi zmysłami jadąc rowerem.

Szczęśliwie się składa, że moi znajomi mieszkający od paru lat w Australii są obecnie w domu, w okolicach Manchesteru i właśnie jadą na wakacje do Szkocji.  Mamy zatem okazję się spotkać. Od dwóch tygodni, tzn. odkąd tylko przyleciałem do Zjednoczonego Królestwa planowaliśmy jak i gdzie się umówić tak abyśmy zdążyli się spotkać przed ich wyjazdem na urlop. Udaje nam się właśnie po drodze, tuż przy Yorkshire Dales. Matta dostrzegam jeszcze zanim zdążył zaparkować. Ze swoimi jasnymi włosami rzuca się w oczy. Poza tym, ile aut w Anglii ma na dachu deskę do surfowania?

Żadne z nas nie ma dużo czasu, ale dość szybko nadrabiamy zaległości w rozmowie. Szczęśliwie się składa, że Matt i Yilang lecą w październiku do Nowej Zelandii na kilka miesięcy, więc będzie kolejna szansa na spotkanie. Oby tym razem dłuższe.

Manchester decyduję się ominąć żeby już nie dokładać sobie drogi ale z ciekawości decyduję się na Liverpool. Szczerze mówiąc szybko tej decyzji żałuję. Nie dlatego żeby Liverpool był jakimś odrażającym i paskudnym miejscem, bo tak nie jest, ale dlatego, że jazda załadowanym rowerem po mieście nie należy do najprzyjemniejszych. Ahh, czy wspomniałem już, że środkowa zębatka z przodu jest tak zużyta, że łańcuch jej prawie nie łapie i muszę sobie radzić naokoło? Ano właśnie. To także utrudnia szybkie ruszanie spod świateł.

img_3056_a

Liverpool

img_3057_aimg_3058_a

img_3061_a

Albert Dock

img_3070_aimg_3073_a

Co do samego Liverpoolu to przejeżdżam tylko przez Albert Dock i oglądam nabrzeże. Wszędzie czuć ducha Beatlesów, którzy wydaje się jakby tutaj byli szczególnie nieśmiertelni.

Wyjazd z miasta, a raczej przeprawa przez rzekę Mersey nie jest możliwa, bo dwa tunele, które prowadzą na drugą stronę są stricte tylko dla ruchu samochodowego. Zostaje mi więc prom na drugi brzeg. Z poziomu wody mam jeszcze jedną, ostatnią okazję obserwować nabrzeże wraz z budynkami, które teraz ładnie prezentują się w popołudniowym świetle.

Droga do Chester, bo tam właśnie zmierzam przed odbiciem w stronę Walii upływa mi bardzo dobrze i w mieście melduję się jakieś dwie godziny później. Zatrzymuję się na chwilę by rozejrzeć się po centrum i ruszam w stronę Walii.

img_3102_a

Chester

img_3094_a

Drugi raz ponownie do Anglii wjeżdżam od strony Chepstow przez most Severn, po którym na szczęście prowadzi ścieżka rowerowa. Dopiero potem sprawa się komplikuje i nie ma jednej prostej drogi by ominąć Bristol. Całe szczęście, że ścieżka rowerowa ciągnie się dalej i całkiem sprawnie nie tylko wjeżdżam nią do miasta, ale i z niego wyjeżdżam. Ponadto między Bristolem, a Bath poprowadzono kolejną ścieżkę rowerową w miejsce starej linii kolejowej. Ruch jaki na niej panuje jest przeogromny. Każdy dokądś pędzi.

img_3449_a

Katedra w Bath

img_3445_a

Kolejka do łaźni rzymskich w Bath

img_3448_a

Pierwotnie planowałem zjechać trochę na południe i zobaczyć Stonehenge. Byłem już nawet bardzo blisko, bo zaledwie 20km ale zrezygnowałem i zmieniłem plany. Po pierwsze, poprzedni dzień dał mi trochę w kość i nie dość, że przemokłem po prawie pół dnia jazdy w deszczu to na koniec dnia kuchenka całkowicie odmówiła posłuszeństwa i zamiast ciepłej kolacji, na którą ostrzyłem sobie już wcześniej zęby zostałem o suchym prowiancie. Już wcześniej były problemy ze słabym ciśnieniem podczas gotowania i zapychała się. Tym razem jednak wygląda na to, że zapchała się na stałe i żadne czyszczenie nie pomaga. Jakby tego było mało to podczas rozkładania i naciągania namiotu na silnym wietrze złamał się jeden plastik stabilizujący stelaż poprzeczny. Niby drobiazg, ale w namiocie takiej klasy nie powinno się coś takiego stać.

img_3489_aimg_3495_aimg_3670_a

Niebo wygląda jakby zaraz znów miało zacząć padać, więc rezygnuję ze Stonehenge i wybieram The Cotswolds – obszar o wybitnym pięknie naturalnym (AONB – Area of Outstanding Beauty). W skład tego obszaru wchodzi wiele wiosek i miasteczek na terenie Zjednoczonego Królestwa, które podlegają specjalnej ochronie. Wioski te rozrzucone są wśród pofalowanych wzgórz południowo-środkowej Anglii i zwykle zbudowane są z kamienia. Z początku nie mogłem zrozumieć co to jest to całe Cotswolds i gdzie je znajdę. Dopiero po czasie pojąłem, że to jest to wszystko, co dookoła. W skład AONB wchodzą między innymi takie perełki jak Stow-on-The-Wold, Bibury ze swoją Arlington Row, Burford, Cirencester, Moreton-in-Marsh czy Bradford on Avon. Wszystkie są przepiękne i gdyby nie samochody to można by pomyśleć, że czas się w nich zatrzymał. Nie jestem w stanie oddać ducha tego miejsca, dlatego wspomogę się zdjęciami, które lepiej przedstawiają to, o czym piszę.

img_3636_a

img_3454_a

img_3646_a

img_3461_a

Bradford upon Avon

img_3466_a

img_3501_a

Cirencester

img_3505_a

img_3506_a

Bibury

img_3514_a

img_3521_a

Arlington Row, Bibury

img_3528_a

img_3557_a

Burford

img_3616_a

img_3627_a

Chipping Campden

img_3632_a

 

Tak naprawdę The Cotswolds było prawie ostatnim miejscem podczas mojego wyjazdu, które chciałem zobaczyć i kończę powoli zygzakowanie po Wielkiej Brytanii i zmierzam ku końcowi. Przejeżdżam jeszcze przez Oxford i zbliżam się powoli do Londynu. Ostatnie dni, odkąd kuchenka przestała działać były wyjątkowo ciężkie. Nie byłem w stanie się wystarczająco odżywić by mieć siły na długą i ciężką jazdę, a na domiar złego męczyły mnie jakieś bóle brzucha. Dobrze, że bez kuchenki zostałem tylko na ostatnich parę dni, a nie już na początku, w odludnej Szkocji.
W Londynie korzystam z ogromnej uprzejmości i gościnności znajomej, u której się zatrzymuję. Lokalizacja jest wręcz idealna bo przyjeżdżam od zachodu, więc nie muszę przedzierać się przez całe miasto tylko od razu jestem na miejscu. Co więcej, po dwóch dniach zwiedzania na piechotę Londynu dojazd na lotnisko Luton także jest prosty – praktycznie spod samego domu wiedzie ścieżka rowerowa.

img_3738_a

Westminster Abbey

img_3746_a

Westminster

img_3747_a

Big Ben

img_3755

Big Ben i Westminster

img_3757_d

London Eye

img_3758_a

img_3767_a

img_3776_a

Tower Bridge

img_3784_a

img_3680_a

Camden Town

img_3683_a

img_3705_a

Camden Town

img_3715_aimg_3737_a

 

Pierwszego dnia, gdy przyleciałem do Wielkiej Brytanii padał deszcz. Ostatniego dnia, gdy jadę na lotnisko znów pada. Nie mnie jednak nie mam co narzekać na pogodę, bo generalnie było bardzo pogodnie, a poza tymi dwoma dniami padało mi jeszcze dwa razy. Jak na ponad miesiąc jazdy to chyba jest to dobra statystyka.

Po całym dniu jazdy przez las wszystko jest z błota, więc czyszczenie, rozkręcanie i pakowanie wszystkiego do torby zajmuje mi prawie półtorej godziny. Na szczęście nie mam problemów ze sporą ilością bagażu podczas odprawy i wszystko przebiegło bezproblemowo. Mogę wracać.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s