El Chalten (Cerro Torre, Fitz Roy), Patagonia

El Chalten położony u stop Cerro Torre i Cerro Fitz Roy stanowi świetną bazę wypadową do parku i mekkę wszelkiej maści turystów i wspinaczy. Tych drugich jest tu zdecydowanie mniej bo okoliczne góry do łatwych nie należą i choć mierzą „ledwie” ponad 3000m n.p.m. to ich zdobycie wymaga niesamowitego doświadczenia, umiejętności i szczęścia do dobrej pogody. Spotkałem się z pogłoskami, że bezchmurne niebo, a co za tym idzie widok strzelistych wierzchołków na tle błękitnego nieba zdarza się ledwie parę dni w miesiącu. My właśnie mieliśmy to szczęście.

Już w nocy El Chalten przywitało nas bezchmurnym, rozgwieżdżonym milionami gwiazd niebem. Pierwszy w historii wizyt na południowej półkuli udało mi się dostrzec Krzyż Południa – charakterystyczny gwiazdozbiór południowego nieba. W wyniku precesji osi Ziemi (zmiany kierunku obrotu Ziemi) kilku tysięcy lat nie jest widoczny z terenów Europy.

Nocujemy na jednym z kilku kempingów, które o tej porze roku są licznie okupowane przez turystów, a rano pakujemy wszystko ponownie i ruszamy w góry na trekking.

Trasa do Jeziora Torre i położonej nieopodal bazy namiotowej nie jest wymagająca i powoli wznosi się coraz wyżej i wyżej. Ścieżka wije się między niskimi, trawiastymi wzgórzami, które przekroczone odkrywają widok na Cerro Torre wraz z sąsiednimi górami i lodowcem spływającym ze szczytów w dolinę.

IMG_0657_b

Pierwszy widok na Cerro Torre (najwyższy na zdj.)

W niecałe 3h docieram do prostego kampingu, rozbijam namiot i idę nad jezioro by usiąść pod jednym z kamieni na jego brzegu i oddać się lekturze książki Milana Kundery „Nieznośna lekkość bytu”. Praktycznie na wprost mnie, dosłownie na wyciągnięcie ręki mam wznoszącą się zaraz za jeziorem ścianę Cerro Torre.

W miejscu, gdzie rzeka wypływa z jeziora znajduje się rozwieszona lina umożliwiająca podejście pod lodowiec. Rzeka jest co prawda wąska i mało rwąca ale podobno trzeba mieć jakiś dokument zezwalający iść dalej. Rozważam tę opcję przez chwilę bo mógłbym spokojnie przedostać się na drugą stronę zwisając głową w dół jak leniwiec i obejmując linę między nogami. W końcu w Tadżykistanie nie taką rzekę próbowaliśmy przekroczyć i to bez jakiejkolwiek pomocy.

IMG_0666_a

Uznaję jednak, że nie ma się co wysilać, spróbuję obejść jezioro idąc z drugiej strony piargiem. Maszeruję dobre trzydzieści minut, słońce grzeje w głowę niemiłosiernie, a ze mnie się prawie leje. Upał w Patagonii. W pewnym jednak momencie ścieżka się praktycznie urywa bo zbocze góry jest osunięte i kontynuowanie dalej bez liny byłoby trochę.. trudniejsze.

Nie wiem dlaczego nie zdecydowaliśmy się wieczór udać w kierunku Fitz Roy’a bo zaoszczędziłoby nam to trochę dnia ale z drugiej strony… ominąłby mnie spektakl światła jakie odegrało słońce wschodząc i rzucając iście płonące promienie słoneczne na góry. Trwało to zaledwie kilka minut bo gdy promienie doszły do połowy góry słońce zaszło za chmurę i straciło na sile.

IMG_0671_a

Cerro Torre

Po śniadaniu pakujemy wszystko i idziemy w kierunku Fitz Roy’a. Pogoda jest już mniej słoneczna, przeważają chmury choć są wysoko i nie powinno być najgorzej. Po 10km marszu przez lasy, łąki docieramy do rozwidlenia. W jedną stronę ścieżka prowadzi w górę – pod Fitz Roya, a w drugą w dół – do El Chalten. Na razie wybieram tę pierwszą i żwawo ruszam do góry. Nie chcę zostawiać plecaka w trawie więc niosę go ze sobą. Mijam bazę namiotową, rzekę i zaczynam wspinać się ostro w górę. Znak pokazuje coś około godziny na górę. Idąc swoim szybkim tempem zdołałem dotrzeć tam w 40 minut. Pod ścianą Cerro Fitz Roy także, a jakby inaczej, jest jezioro i spływający doń lodowiec. Piękna lazurowa woda dodaje koloru krajobrazowi surowych gór. Robię kilka zdjęć i pospiesznie schodzę na dół. Liczę, że może uda nam się jakoś wieczór wydostać z El Chalten w kierunku północnym.

IMG_0700_a

Fitz Roy

Z upływem kilometrów robię się co raz bardziej ciężko i czuję zmęczenie. W dodatku ubrałem niedosuszone skarpetki i zrobił mi się odcisk na podeszwie stopy. Dalej idę stając na jej krawędzi lekko utykając. Nieznacznie tylko zwalniam i na chwilę przystaję by wrzucić w siebie ostatnie resztki suchego pokarmu jaki mi pozostał w plecaku. Woda też się skończyła ale do dołu już niedaleko. Po 25 kilometrach i niespełna 6h marszu jestem na powrót na kempingu. Jest ciepło i słonecznie, że po wyjściu spod prysznica z mokrymi ubraniami ubieram je od razu na siebie i w kilkanaście minut wysycham.

IMG_0720_a

IMG_0722_a

El Chalten

Myślimy, że może uda nam się złapać stopa na wylocie z miasta ale stopowiczów jest już kilkunastu, a stojąca tam dwójka Francuzów czeka już dwie godziny bez powodzenia. Postanawiamy kupić bilety na wieczorny autobus do Los Antiguos (ok 1100 ARS).

Wolne godziny do odjazdu autobusu spędzamy w knajpce popijając yerba mate.

Przyznam, że od dłuższego czasu jeszcze będąc w domu chciałem spróbować tego tradycyjnego południowoamerykańskiego napoju i wstrzymywałem się z tym mówiąc, że pewnego dnia spróbuję go w jego ojczyźnie – Argentynie. Wszyscy też na to stwierdzenie mówili, że zdecydowanie nie będzie mi smakowało, że jest cierpkie i gorzkie. Pierwszy łyk wziąłem jeszcze jadąc dwa dni wcześniej samochodem i od razu polubiłem ten smak. Ba, zakochałem się w nim. Od tamtej pory, szczególnie po powrocie, nie wyobrażałem już sobie dnia bez yerby, a ostatnie wolne miejsce w plecaku wypakowałem różnymi jej gatunkami.

PS Wydostanie się z El Chalten stopem jest dość trudne i jest to opinia powszechna. Można jednak natrafić na głosy, że nie jest to niemożliwe. Niedługo później spotkałem znajomych, którym się to udało, jednak i oni nie mieli lekko. Żeby dostać się z El Chalten do Ruta 40 (90km) ustawili się na wylocie z miasta bladym świtem i niedługo później załapali się na transport jako pierwsi z kolejki. Nie przypuszczali jednak, że na poboczu słynnej Ruta 40 przyjdzie im spędzić ponad dobę! W dodatku nie mieli ze sobą zbyt dużo jedzenia i picia więc sytuacja zbliżała się do trudnej. Dopiero następnego dnia rano, po ponad 24h czekania złapali okazję, którą już notabene pokonali kolejne 1200km aż do El Bolson.

Zapisy śladów trasy marszu z GPS:

http://www.sports-tracker.com/workout/maslanka/56b1e83be4b08eca091d9de3

http://www.sports-tracker.com/workout/maslanka/56b4fcc0e4b0fd60246859b9

 

Perito Moreno, Patagonia

Wysiadając z autobusu w Cerro Castillo podjęliśmy ryzykowną decyzję licząc, że złapiemy jakiegoś stopa przez granicę do Argentyny. Tylko jak tu złapać stopa skoro jesteśmy na odludzi, przy jakimś pomniejszym przejściu granicznym i wszystkie auta (czyli trzy), które jadą w stronę Argentyny są pełne. Dla dopełnienia obrazka brakuje kul roślin (z ang. tumbleweed) przetaczających się przez ulicę.

W końcu szczęście się do nas uśmiecha i pod granicę podjeżdża jeep, który zaraz wraca na stronę Argentyńską wraz z zabranym z granicy kolegą. Szybko przechodzimy odprawę paszportową, wskakujemy na pakę z tyłu i jedziemy!

Na drugim posterunku trafiamy na kolejkę z autobusu i wszystko zajmuje sporo czasu. Niestety kierowca autobusu nie jest w stanie nas zabrać. Rozmawiamy więc z pasażerami zabijając czas w oczekiwaniu na odprawę, gdy z tyłu słyszymy głosy, że jeśli chcemy jechać do El Calafate to możemy się zabrać. Wow! Nie spodziewaliśmy się mieć aż tyle szczęścia. Jorge i Marcela – małżeństwo z Santiago, które jest na wakacjach w Patagonii zabiera nas ze sobą i wspólnie jedziemy. Mówią, że kilka lat wcześniej podróżowali podobnie jak my – z plecakami i stopem i wiedzą jak to jest być w naszych butach. Są przesympatyczni. Droga upływa nam na rozmowach o wspólnych podróżach, historii Chile i stosunkach z sąsiednimi krajami.

IMG_0563_a

Do El Calafate docieramy tuż przed zmrokiem, szybko ruszamy na camping ale z Jorge i Marcelą umawiamy się na następny dzień, ponieważ ich celem jest także pobliski lodowiec Perito Moreno i mamy szansę zabrać się tam wspólnie.

Po tygodniu w górach doprowadzamy się do porządku w cywilizacji. Aż się boję ilości powiadomień, które dostanę po byciu offline przez tydzień i mam rację. Zostaję nimi zasypany.

Rano Jorge w biurze podróży zapisuje się z Marcelą na spacer po lodowcu (ok 1000ARS) na godzinę 15. Mamy więc jeszcze trochę czasu żeby wyruszyć. Obchodzimy pobliskie sklepy z pamiątkami ale ceny są.. patagońskie.

Lodowiec Perito Moreno leży niecałe 80km na zachód od miasta. Najłatwiej dotrzeć tam własnym środkiem transportu, skorzystać z wycieczki organizowanej lub.. wynająć taksówkę. W przypadku większej liczby osób ta opcja wbrew pozorom się opłaca. Dodatkowo wjeżdżając na teren parku Los Glaciares wcześnie rano nie trzeba płacić wstępu (300ARS).

Parę kilometrów przed końcem trasy ukazują nam się pierwsze widoki na lodowiec. Jest przeogromny. Zatrzymujemy się na parkingu i robimy zdjęcia. Chwilę później jedziemy parę kilometrów dalej, gdzie zostawiamy samochód i busem podjeżdżamy do końca trasy.

Dokładną możliwość przyjrzenia się lodowcowi zapewnia sieć pomostów i kilku poziomowych kładek, które umożliwiają zbliżenie się do tego lodowego potwora na odległość paru metrów. Czoło lodowca ma około 40-50 metrów wysokości i szerokość 5 kilometrów. Z przodu przyrasta on około 2m dziennie, natomiast po bokach jest to „zaledwie” kilkadziesiąt centymetrów. Takie przyrastanie powoduje, że Perito Moreno łączy się co jakiś czas z lądem w miejscu, gdzie zamontowane są barierki i blokuje przepływ wody w jeziorze. Po jakimś czasie, gdy nacisk na zaporę z lodu jest zbyt duży, pęka ona i cały proces zaczyna się od początku. Zdarza się to średnio raz na 4-5 lat. Prawdopodobnie z tego powodu platforma widokowa na najniższym poziomie – najbliżej lodowca jest zamknięta dla turystów. Ostatnie takie pęknięcie zapory miało miejsce 10 marca 2016 roku, a już w lutym poziom wody podniósł się o 5,6m.

IMG_0617_a

IMG_0604_a

O 15 Jorge i Marcela idą na wycieczkę po lodowcu, a my z Barbarą siedzimy nad brzegiem jeziora i relaksujemy się. Korzystając z ciepłej, słonecznej pogody rozkładam panel słoneczny na trawie i ładuję baterie. Obok nas kręci się lis, a że praktycznie jesteśmy tam sami, nie licząc co chwilę przypływających i odpływających łodzi to nie jest przez nikogo niepokojony.

IMG_0634_a

Pod wieczór wyjeżdżamy z parku, wracamy do El Calafate na szybkie zakupy, ponieważ jak słusznie się obawiamy, w El Chalten może nie być tak dobrze zaopatrzonych sklepów, co potwierdza Jorge, który będąc tam ostatni raz kilkanaście lat temu opisuje El Chalten jako małe, odludne miasteczko bez asfaltowych dróg.

Gdy wjeżdżamy ponownie na słynną Routa 40 słońce zaczyna się już zniżać i kierować w stronę nieboskłonu. Jesteśmy w sercu Patagonii więc ruch jakby wcale. Auta mijają nas raz na kilkadziesiąt minut. Przez te ponad 200km, które dzieli oba te miasteczka, nie mijamy żadnych zabudować, wiosek, stacji benzynowych. Nic, zupełna pustka. Tylko trawa i góry na horyzoncie. W radiu leci „Sleeping on the sidewalk” i „On the road again”. Nic lepiej nie pasuje do tego momentu gdy suniemy pustą drogą przed siebie śpiewając klasyki muzyczne i rozmawiając na temat historii Chile oraz Argentyny. Jedną z ciekawostek jest zaznaczony na mapie kwadrat zamiast prostej linii oznaczającej granicę. Wzięło się to stąd, że granica została wyznaczona na najwyższym szczycie w okolicy – w tej sytuacji na Fitz Roy’u. Jednak dzięki nowoczesnej technologii może się okazać, że najwyższym szczytem jest jakaś inna góra położona bardziej na zachód dlatego ten kawałek jest potraktowany jako do późniejszej interpretacji. Może się jeszcze okazać, że Argentyna uzyska dostęp do Pacyfiku.

Słońce na tej szerokości geograficznej w styczniu zachodzi dość późno i jeszcze o 22 nie jest całkiem ciemno. Wysoko na niebie szybują idealnie okrągłe i płaskie jak dyski chmury. Pierwszy raz takie zdarza mi się widzieć i nie występowały one już nigdzie dalej na północy.

Torres del Paine, Patagonia

Po przepłynięciu Cieśniny Magellana, nazwanej na cześć wielkiego odkrywcy, który planował opłynąć ziemię, a został zadźgany przez tubylców na Filipinach, oficjalnie jesteśmy w Patagonii, na kontynencie amerykańskim. Patagonia – kraina, która rozpala wyobraźnię podróżników, wspinaczy jak i zwykłych turystów.

Do Punta Arenas zawitaliśmy głównie celem odwiedzenia Isla Magdalena, czyli wyspy, na której znajduje się kolonia pingwinów Magellana. Dotrzeć można tam płynąc promem z Punta Arenas. W pobliżu znajduje się również inna kolonia – w Seno Otway. Tam można dotrzeć drogą z Punta Arenas pokonując ok 60km.

IMG_0280_a

Niestety z powodu deszczowej pogody i silnego wiatru rejsy na wyspę są wstrzymane, a prognozy nie zapowiadają poprawy, dlatego nie ma co czekać i liczyć na szczęście, że się uda. Jak to ktoś stwierdził, przynajmniej zaoszczędziłem 30$, bo tyle kosztuje rejs i mogę sobie kupić konia. Ano przyznaję, jest to jakiś pomysł.

Nie zwlekając dłużej, po zrobieniu zakupów i zapasów na trekking postanawiamy wyruszyć w kierunku parku narodowego Torres del Paine – wizytówki Chile, Patagonii i jednego z większych symboli kontynentu. Kierujemy się na rogatki miasta i próbujemy łapać stopa. O ile kiedyś przeszedł mi pomysł by spróbować wybrać się do Patagonii na rowerze, o tyle widząc teraz tych biednych rowerzystów z mozołem pedałujących pod wiatr zmieniam zdanie. A wiatr, wiatr jest.. intensywny. Wieje tak, że ciężko ustać, a gdy tylko słońce na chwilę chowa się za chmury robi się dodatkowo zimno. Założone mam już wszystkie możliwe warstwy ubrań, a nadal mi zimno. Dla poprawy komfortu cieplnego wykorzystuję znaleziony na poboczu styropian i karton, które wkładam sobie pod kurtkę i pod spodnie. Pomaga. Na szczęście niedługo później łapiemy auto dostawcze, które podwozi nas 20km dalej, na miejsce, w którym odbywają się jakieś wyścigi samochodowe. Szczęście nam sprzyja, bo nie musimy stać długo, gdy zabiera nas rodzina udająca się na wycieczkę do Puerto Natales – bazy wypadowej do TdP.

W Puerto Natales jedyne co kupuję to pocztówki i znaczki ale nie chcąc ich wypisywać w pośpiechu zabieram ze sobą. Owijam je w tekturę z naszego znaku z napisem Puerto Natales i wkładam do plecaka.

Ponownie wyruszamy stanąć na drodze z nadzieją, która jednak z minuty na minutę gaśnie. Jest późne popołudnie i wszyscy turyści, którzy by mogli jechać do parku już stamtąd wracają. Mamy jednak na tyle szczęścia, że udaje nam się dostać do Cerro Castillo, mieściny położonej pośród wzgórz i pol. Docierając tu mamy wrażenie jakbyśmy znaleźli się na kolejnym z końców świata, bo na odludziu to jesteśmy na pewno. W miasteczku jest rondo, które stanowi swoiste centrum, przy którym stoi restauracja-kafeteria rodem wyjęta z westernów i filmów o dzikim zachodzie. Obok znajduje się kolejna wraz ze sklepem z pamiątkami, sklepem spożywczym, posterunkiem straży granicznej oraz samo przejście graniczne. Przez kilkanaście minut stoimy pod budynkiem restauracji przy samym rondzie chroniąc się przed wiatrem i próbując złapać stopa, ale gdy po 20-30 minutach czekania nie przejeżdża w kierunku parku żaden samochód odpuszczamy. Usiłujemy rozbić namiot za kawiarnią, choć wiatr nam skutecznie w tym przeszkadza. W końcu się udaje. Jest to zarazem pierwsza noc w nowym namiocie, który kupiłem niedawno i zobaczymy jak się sprawdzi podczas tego wyjazdu. Zdecydowaną zaletą MSR Hubba Hubba HP jest jego niska waga i dobra wentylacja. Czy to drugie nie będzie przy takich porywistych wiatrach zbyt uciążliwe?

IMG_0283_a

IMG_0292_a

Cerro Castillo

Wstajemy dość wcześnie, pakujemy się i jeszcze na drogę dostajemy od pani z kawiarni ciastka dulce de leche zawinięte w serwetki. Dulce de leche to taki argentyński przysmak. U nas występuje pod nazwą kajmak.

Stajemy ponownie przy rondzie i już po chwili zabiera nas pusty bus jadący po turystów do parku. Po minięciu pagórków na horyzoncie zaczynają pojawiać się strzeliste góry, przy drodze spacerują swobodnie stada guanaco, które wydają się czuć swobodnie i nie przeszkadza im to, że do parku TdP w sezonie spieszą tłumy ludzi.

IMG_0293_a

Docieramy do Laguna Amaraga, gdzie przesiadamy się na kolejny autobus, który podwozi nas do Pudeto, skąd przepływamy katamaranem (30min, 12000CLP OW) przez Lago Pehoe. Pogoda jest mało zachęcająca i wszyscy kryją się na dolnym pokładzie. Nisko zawieszone chmury osłaniają wierzchołki gór, silnie wiejący wiatr tworzy fale na jeziorze, a w połączeniu z drobno padającym deszczem zacina on po oknach. Nie lepiej jest gdy wysiadamy przy Refugio Paine Grande. Do Refugio Grey, gdzie dziś zmierzamy czeka nas około 11km marszu. Wydawałoby się, że to tyle, co nic, a idzie się ciężko. Plecaki wyładowane zapasami jedzenia i sprzętem turystycznym, wiatr zwalający z nóg i te pojedyncze krople deszczu, które uderzają w twarz z mocą rzucanych kamieni. Poza tym szlaki są bardzo proste, idealnie oznaczone i nie ma możliwości by się pogubić. Różnie w wysokościach są znikome więc to wszystko czyni park Torres del Paine łatwo dostępnym i mało wymagającym dla turystów. Nie ma także problemów z infrastrukturą turystyczną i zaopatrzeniem. W schroniskach można zakupić w jedzenie, gaz lub inne akcesoria niezbędne w górach. Istnieje możliwość skorzystania z pełnego wyżywienia i nie trzeba się o nic martwić.

IMG_0305_b

Wieje!

IMG_0315_b

Po około godzinie marszu docieramy do punktu widokowego położonego jakby na przełęczy, a z którego rozpościera się widok na Lago Grey. Po jeziorze pływają małe góry lodowe oderwane od lodowca o tej samej nazwie (Glacier Grey), który zaczyna się parę kilometrów dalej i potężnym jęzorem spływa do wody. Lodowiec jest szeroki na 6km, wysoki na 30m i długi na 28km. Zajmuje powierzchnię 270km2.

IMG_0337_a

Lodowiec Grey

Do Refugio Grey docieramy wczesnym popołudniem i dzięki temu mamy dość duży wybór miejsca na polu namiotowym (6000 CLP/os.). W miarę upływu czasu robi się coraz bardziej tłoczno. Między 19, a 21 jest możliwość skorzystania z ciepłej wody pod prysznicem i pierwszy raz kolejkę do męskiej łazienki widzę kilkukrotnie dłuższą niż do damskiej. Pomimo, że nikt nie spędza pod prysznicem więcej niż 5 minut to i tak w oczekiwaniu na swoją kolej czekam półtorej godziny.

Gotować można tylko w wyznaczonych dotego miejscach, czyli zazwyczaj w kuchni. Związane jest to z paroma pożarami, które w poprzednich latach, przez nieuwagę turystów strawiły znaczne połacie parku. Co prawda kuchnia jest zamknięta, wszyscy używają kuchenek gazowych, a tylko ja posiadam benzynową, co wygląda trochę interesująco gdy podczas rozpalania jej płomień nierzadko osiąga metr wysokości. Plusy gotowania na benzynie – jest tanio, wysoce energetycznie i łatwa do zdobycia. Niestety okazuje się, że mamy trochę mniej benzyny niż wypadałoby i podpinamy kartusz z gazem. Na specjalnej półce stoją produkty spożywcze i przedmioty zostawione przez innych turystów, którymi można się częstować, więc stamtąd bierzemy gaz. Plusem kuchenni Primus Omnilite Ti jest nie tylko lekka waga ale również możliwość podłączenia kartusza z gazem jak i gotowania na każdym rodzaju paliwa płynnego. Nie wiedzieć czemu jednak płomień gazu jest tak znikomy, że nie sposób podgrzać wodę. Na szczęście od jednego z turystów pożyczamy palnik i tam podpinamy gaz.

IMG_0330_a

Niestety rano problem się powtarza i kuchenka, która miała działać na wszystkim, tak naprawdę nie działa na niczym. Ani z gazu nie ma pożytku, ani powrót do benzyny nie pomaga. Wyraźnie coś nie działa, czyszczenie nic nie daje. W Tadżykistanie, gdy był problem z kuchenką problemem było najprawdopodobniej zanieczyszczone paliwo. Tutaj nie wydaje mi się, aby powód był ten sam, a jednak nie mogę wyeliminować problemu. Ponownie pożyczam palnik i podłączam własną benzynę.

Drugiego dnia pogoda jakby nieznacznie lepsza. Przynajmniej na tyle, by zrezygnować z kurtki. Z Refugio Grey wracamy tym samym szlakiem, którym wczoraj przyszliśmy. Po porannych walkach z uruchomieniem kuchenki wychodzę dopiero tuż przed 10, ale do przejścia nie jest wiele – około 17km do Compartamento Italiano mijając po drodze punkt, z którego wczoraj rozpoczęliśmy, czyli Refugio Paine Grande. Po drodze doganiam Alizée – dziewczynę z Francji, z którą idę aż do samego kempingu. Po minięciu Refugio Paine Grande szlak prowadzi przez moment brzegiem jeziora o skandynawsko brzmiącej nazwie – Skottsberg. Z tego miejsca powoli zaczyna pojawiać się widok na strzeliste, masywne skalne wierze Curneos del Paine, które przekraczają 2000m wysokości.

IMG_0351_b.jpg

Nocleg w Compartamento Italiano jest bezpłatny, aczkolwiek wymagana jest uprzednia rezerwacja. Można mieć szczęście i liczyć, że ktoś z rezerwacją pójdzie dalej, ponieważ następny camping jest zaledwie 5,5km dalej. Italiano położony jest u wylotu doliny – Valle Frances i z dwóch stron zamknięty wysokimi górami. Dołem rwąco płynie rzeka, z której czerpiemy wodę. Od czasu do czasu słychać potężne grzmoty, jednak nie okazują się one zwiastunem nadchodzącej burzy tylko są to odłamujące się bloki lodu z lodowca (Glaciar del Frances).

Słysząc znajomy dźwięk piły łańcuchowej dostaję olśnienia, że skoro jest piła to jest i gdzieś benzyna. Idę do obsługi z prośbą o poratowanie małą ilością i po paru podejściach się udaje. W tajemnicy, ukradkiem dostaję pełną butelkę i mogę znów gotować na benzynie. Oby tylko Primus nie nastręczał jakichś problemów.

W nocy pada deszcz, a że namiot rozłożony jest w lesie, na miękkiej ziemi to rano cały tropik jest brudny. Pojawia się dylemat co robić dalej. Plan zakładał pójście w górę doliny Frances, aż do Compartamento Britanico i punktu widokowego, ale wizja kolejnych opadów trochę poddaje te plany pod zapytanie. Na niebie wciąż wiszą ciężkie chmury, namiot stoi mokry więc ani go zwinąć, ani zostawić i iść w górę. Na szczęście ciekawość wygrywa, plecak zostaje na dole i ruszam szybko do góry. Tempo mam zawrotne, zaczynam się wkręcać w chodzenie. Naciągnięty mięsień po Mediolanie już przestał boleć. Mapa wskazuje 3h marszu (7,5km) ale udaje mi się wyrobić w niecałe 2h. Szlak wiedzie cały czas w górę, po wyjściu ponad las pokazują się widoki na Lago Nordenskjold z małymi wysepkami i położone w tle góry ciągnące się jak okiem sięgnąć. Po półtorej godziny marszu docieram do czegoś w rodzaju dużego płaskowyżu otoczonego z każdej strony strzelistymi ścianami, których wysokości względne przekraczają znacznie 1000 metrów. Ostatni odcinek szlaku jest zamknięty. Oficjalnie. Mimo tego próbuję podejść jeszcze trochę wyżej. Na górze spotykam jednego Chilijczyka, którego namawiam na dalszą wędrówkę. Widać, że szlak z jednej strony nie jest dobrze utrzymany i sprawia wrażenie troszkę zniszczonego, a drugiej widać sporo świeżych śladów butów. Z początku przedzierając się przez kosówkę i karłowate drzewka, później brodząc i wpadając butami w mokry mech lub torf dochodzę jeszcze wyżej, na kolejny kawałek bardziej płaskiego terenu. Przede mną z przodu jakby kolejna przełęcz ale odpuszczam sobie i robiąc małą pętlę na górze schodzę z powrotem. Tym razem wędruję drugą stroną strumienia, gdzie jest więcej wydeptanych śladów i na luźnej ziemi obsuwając się stawiam wielkie kroki i bardzo szybko jestem na dole. Ze wspomnianym wcześniej Chilijczykiem idziemy wspólnie do Compartamento Italiano, gdzie zostały plecaki. Pogoda się też już wyklarowała i jest słonecznie.

IMG_0367_a

IMG_0395_a

IMG_0400_a

Dojście do Compartamento Los Cuernos to zaledwie krótki – 2 godzinny spacer. Szlak momentami prowadzi brzegiem jeziora Nordenskjold, którego piaszczysto-kamieniste plaże przypominają bardziej krajobraz Bałkanów, a nie serce surowej Patagonii.

Sam camping jest położony trochę nieco powyżej jeziora, a namiot (8000CLP/os) rozbijam jeszcze wyżej, ponad campingiem. Dzięki temu widok, jaki się roztacza jest oszałamiający. Z prawej strony, praktycznie na wyciągniecie ręki znajdują się pionowe ściany Cuernos del Paine. Nieco dalej wciąż widoczny Lodowiec Frances z wierzchołkami Punta Bariloche (2800m n.p.m.), Cumbre Central (2730m n.p.m.), Cumbre Principal (3050m n.p.m.) i schowanym Cumbre Norte (2750m n.p.m.). Na wprost Lago Nordenskjold, a w tle cały grzebień pagórków, gór, wierzchołków i lodowców.

IMG_0459_b.jpg

Zaledwie parę kroków od namiotu znajduję balię pełną ciepłej wody. Ciepłej, ponieważ do środka włożony jest metalowy piec z długim kominem, w którym pali się ogień co podgrzewa wodę. Postanawiamy skorzystać i pomoczyć się trochę. Jest perfekcyjnie. O ile nie można powiedzieć by Patagonia czy TdP było bardzo zalesione, a już nie na pewno przez wysokie drzewa, o tyle jedno z takich akurat stoi na wprost nas i przysłania widok centralnego planu. Musimy z tym żyć.

Moczenie się upływa nam beztrosko i w ostatniej chwili orientuję się, że dosłownie za parę minut kończy się czas ciepłej wody pod prysznicem i biegiem lecę do kolejki. Nigdy nie wiadomo kiedy będzie następna okazja na prysznic (tak, na pewno nie codziennie).

Po kolacji, jaką jest liofilizowane danie mam jeszcze trochę miejsca w sobie by zmieścić tradycyjny przysmak, bez którego nie ruszam się nigdzie, a mianowicie kisiel. Oprócz dokumentów, pieniędzy i aparatu, kisiel jest obowiązkowy!

Czwarty dzień marszu to kierunek Compartamento Torres. Pogoda tym razem dopisuje na całego – jest ciepło, słonecznie i jakże odmiennie od tego co działo się jeszcze parę dni temu. Dobrze, że Torres del Paine jak i cała Patagonia są położone niewiele ponad poziomem morza i warunki atmosferyczne są względnie znośne. Gdyby Patagonia znajdowała się na 2-3 tysiącach metrów to byłaby w całości pokrywa lodowcami, a wiatr który by nią targał byłby jeszcze bardziej zuchwały niż jest obecnie. Teraz jest co prawda słońce i wręcz upał ale parę dni temu słyszeliśmy od osób, które przechodziły przez przełęcz Johna Gardnera (1421m n.p.m.), że zastał ich tam świeży opad śniegu.

IMG_0473_a

Lago Nordenskjold

Widok na jezioro i góry jeszcze piękniejszy niż w poprzednich dniach bo dochodzą do tego ukwiecone pola i łąki. Z początku szlak prowadzi bliżej jeziora, by w końcu sukcesywnie oddalać się w głąb gór, w dolinę Ascencio. Tempo marszu mam dziś nieziemsko dobre. W końcu się rozkręciłem i o ile pierwszego dnia szło mi się ogólnie mało przyjemnie, męczyło mnie, o tyle teraz sunę jak po lodzie, bez żadnych trudności. Drewnianym mostkiem przechodzę na drugą stronę rzeki, mijam Compartamento Chileno, kolejnym mostem znów na drugą stronę i podchodząc w górę w niecałe 4h jestem na miejscu.  Będąc jednym z pierwszych mam przywilej wybrania sobie miejsca. Pozostanie na noc wymaga uprzedniej rezerwacji, którą rzekomo zrobiła znajoma ale ponieważ przychodzę wcześniej to mam żadnego kwitka. W końcu dostaję kartkę do wpisania się i sprawa załatwiona. Niestety zapasowa butelka benzyny została nie w moim plecaku i ponownie wyruszam do obsługi campingu z prośbą o trochę mililitrów. Ponownie tłumaczę, że nie mam, że znajoma ma, że głodny jestem i że nikomu nie powiem. Że wystarczy mi ciut ciut, na obiad tylko, a wieczór oddam. W końcu dostaję od serca pełną butelkę, że leje się aż po palcach.

 

IMG_0491_aIMG_0500_aIMG_0505_a

Pod wieczór wybieram się do punktu widokowego – Mirador de Las Torres. Szlak prowadzi paręset metrów w górę zbocza by po 20-30 minutach dotrzeć nad jezioro polodowcowe, do którego wciąż wielkim jęzorem spływa lodowiec. Smutny to co prawda widok, bo tak jak i wszędzie na ziemi, tak i tutaj widać jak lodowce topnieją, o ile się skurczyły i tam, gdzie wcześniej był lód teraz zostały nagie, gładkie kamienie. Tuż z jeziora wyrastają jakby bezpośrednio kolejne skalne wieże, o jakże unikalnej nazwie – Torres del Paine. Oczywiście w skład masywu wchodzą Torre Sur, Torre Central, Torre Norte, Cerro Nido de Condor. Nad jeziorem ludzie robią sobie zdjęcia, a ja dla odmiany postanawiam pójść bardziej do tyłu, nieco wyżej, skąd mam szerszą perspektywę. Siadam na kamieniu i w ciszy obserwuję. Niedługo później mija mnie lis, który krząta się pomiędzy głazami by po chwili usiąść na piasku i odpocząć. Przysuwam się parę metrów bliżej by go móc lepiej obserwować. Tak sobie siedzimy w ciszy jakby zatrzymani w czasie będąc uczestnikami jakiegoś surrealistycznego obrazu. Ja obserwując góry i lisa, lis obserwując kamienie i drapiąc się po tyłku łapą, a dalej ludzie spacerują nieświadomi niemej sceny rozgrywanej między nami.

Mirador de Las Torres robi szczególne wrażenie o świcie, gdy wyłaniające się zza gór słońce oświetla ciepłym światłem skalne iglice. Słyszę, że wiele osób wybiera się już o 4 rano na wschód słońca. Trochę dziwnie to brzmi skoro słońce wschodzi o 6:36 (sprawdzone w aplikacji), a wyłania się zza gór znacznie później. Choć przyznaję, że przemiana nocnego, ciemnego, gwiaździstego nieba w poranne czerwonawe, a później niebieskie musi być spektakularna.

IMG_0528_a.jpg

W punkcie widokowym jestem jakoś po 7 i zanim zejdę na dół, na chwilę wdrapuję się na skalny grzbiet by z wyższej pozycji oglądać okolicę. Jest zaprawdę zjawiskowo. Poza mną jest tu tylko jeden Izraelczyk, który na dodatek słucha klimatycznej piosenki. Zwykle preferuję dźwięki natury w górach i unikam wszelkich sztucznych szumów ale ta piosenka pasuje idealnie do momentu. Robimy kilka zdjęć podziwiając w ciszy, a gdy utwór dobiega końca rozdzielamy się i idę dalej nad jezioro.

Pogoda ponownie dopisuje, niebo jest bezchmurne, a słońce mocno dokazuje. Co prawda TdP leży mniej więcej na 51 równoleżniku szerokości południowej i mimo, że klimatem dorównuje północnej Skandynawii to słońce operuje jak to ma w zwyczaju w środku lata. Szykuje się więc konkretny upał na dziś, choć o 7 rano bez kurtki ciężko się obyć. Jedna z dziewczyn, którą spotykałem już w poprzednich dniach była tu od 4 rano i mówiła, że było bardzo zimno. Czekała do rana przykryta śpiworem i marzła.

Zejście na dół doliną to w zasadzie tylko formalność. Nabieram tempa i w 1,5h jestem przy Hosteria Las Torres. Hotel, który się tu znajduje to osobny temat ale część ziemi w parku jest w rękach prywatnych i stąd też ten hotel, w którym notabene ceny za noc są oszałamiające.

IMG_0557_a.jpgLeżąc na trawie i racząc się styczniowymi promieniami słońca czekamy na autobus do Laguna Amaraga, skąd kolejny autobus kursuje do Puerto Natales. My jednak postanawiamy zaryzykować i ponownie wysiąść pośrodku niczego, gdzieś między polami i pagórkami. Wysiadamy przy znanym już nam rondzie w Cerro Castillo. Co tu dalej począć? Gdzie się udać? Tuż obok jest granica z Argentyną ale jak się tam dostać? Wpierw trzeba pokonać 10km strefy niczyjej. A potem jak się wydostać? Granica jest nadal pośrodku niczego i najbliższe wioski, główne drogi są dziesiątki kilometrów dalej..

Zapisy śladu tras z GPS:

Dzień 1

Dzień 2

Dzień 3

Dzień 4

Dzień 5

Ziemia Ognista

Lot z Sao Paulo do Buenos Aires, na lotnisko Aeroparque Jorge Newbery upłynął nam nie wiedzieć kiedy. Wychodząc z samolotu po chybotliwych schodach wita nas ciepłe, wilgotne argentyńskie powietrze, po czym udajemy się do kontroli paszportowej. Zmęczenie podróżą i Sao Paulo daje nam się we znaki i pozornie staramy się wyglądać przytomnie.

Na lotnisku ponownie spotykamy resztę towarzyszy podróży z pierwszego samolotu, którzy dla odmiany dzień spędzili w Buenos. Lot do Ushuaia mamy dopiero za parę godzin – o 4:40 rano więc spokojnie można się przespać. Ponieważ musieliśmy również odebrać bagaż by później nadać go ponownie, nic nie stoi na przeszkodzie bym wyciągnął materac, śpiwór i przespał te kilka godzin w bardzo komfortowych warunkach. Tak to mogę spać wszędzie!

Większość lotu do Ushuaia także przesypiam. Oglądam tylko nocny widok Buenos, który jest przepiękny i następnie budzę się długo po wschodzie słońca, który o tej porze roku następuje tutaj około 5:30. Lecimy wzdłuż lądu, brzegiem oceanu. Z jednej strony rozpościera się bezkresna toń wody, a z drugiej podobny ocean, tyle że traw, które dalej na południu przechodzą w góry. Hen na horyzoncie próbuję wypatrzeć kraniec ziemi, najdalszy punkt kontynentu – Przylądek Horn. Następnie samolot robi skręt o 90° przez prawe skrzydło, ocean zostaje za plecami, a za oknem mam same góry, jeziora oraz lasy. I ta pustka, ogrom przestrzeni nieskażonej ręką człowieka.

Lotnisko w Ushuaia jest nie tylko najbardziej na południe wysuniętym lotniskiem świata (jak i całe miasto), ale także pięknie położonym. Znajduje się na półwyspie, na kanale Beagle, więc podchodząc do lądowania ma się góry z obu stron, pod sobą wodę i dosłownie na sekundy przed dotknięciem pasa kołami woda znika i pojawia się asfalt. Ushuaia jest bramą do Antarktydy. Od tego najbardziej odludnego i bezludnego kontynentu dzieli ją tylko 1000km (to o 1500km mniej niż Australijskie Hobart, 1200km niż nowozelandzka Isla Stewart, 188km mniej niż chilijskie Punta Arenas czy 3200km mniej niż południowoafrykańskie Ciudad del Cabo). W związku z tym jest przystosowane do przyjmowania największych samolotów włącznie z 747 jak i francuskim Concordem, który lądował tu niegdyś.

IMG_0147_b

Widok od strony lotniska

Z lotniska do miasta idziemy piechotą, bo jest na tyle blisko, że chcemy się przejść. Rozstajemy się przy rondzie i każdy rusza w swoją stronę, choć niedługo później spotkamy się ponownie w centrum. Ja kieruję się w przeciwnym kierunku, gdzie jestem umówiony z Barbarą, która zatrzymała się na CouchSurfingu u Cynthii. Przyznaję, że ze znalezieniem odpowiedniego domu miałem sporo problemów, bo choć znałem dokładny adres to dość długo krążyłem po okolicy nie mogąc trafić.

Pierwsze, co rzuca mi się w oczy w Argentynie to kosze na śmieci zrobione ze starych beczek oraz wałęsające się psy. Mnóstwo psów.

Popołudniu wymieniam gotówkę w banku – odkąd Argentyna uwolniła kurs dolara nie ma potrzeby robić tego na tzw. niebieskim rynku. Kurs w banku jest praktycznie równy z tym ulicznym.

Po zakupach i śniadaniu decydujemy się na wycieczkę do Laguna Esmeralda, położonej 15km na północ od miasta. Busy odjeżdżają z dworca autobusowego, jednak nam przyjdzie poczekać, aż nazbiera się więcej pasażerów.

Ruszamy z parkingu ścieżką prowadzącą przez las, wśród traw w terenie otoczonym górami. Krajobraz przypomina ten skandynawski – podobna roślinność i ukształtowanie terenu. Po godzinie marszu docieramy do jeziora – Laguna Esmeralda. Na piaszczystej plaży relaksują się rodziny z dziećmi, studenci i turyści. Moje zdziwienie wywołuje fakt, że prawie wszyscy mają przy sobie yerba mate i kuchenkę, na której grzeję wodę. Nie mogę zrozumieć, jaki jest sens noszenia palnika, który daleki jest od lekkiego, tylko po to aby napić się mate w górach. Czy nie można się przez parę godzin obyć bez picia tego napoju? Jak widać nie można, o czym sam się wkrótce przekonam.

IMG_0173_a.jpg

IMG_0165_a.jpg

IMG_0161_a

Jezioro obchodzimy dookoła i po drodze natykamy się na gęś magelankę. A w zasadzie na całą rodzinę wraz z młodymi. W ogóle się nie boją i mam okazję przyjrzeć im się z bardzo bliska.

IMG_0184_b

Jezioro i otoczenie, w którym się znajduje bardzo przypomina mi Wielkie Jezioro Ałmatyńskie tylko w lepszym wydaniu. Nikt nie pilnuje by nie przekraczać barierek (których tutaj nie ma) i można swobodnie się poruszać.

IMG_0182_b

IMG_0176_a

Do parkingu wracamy tą samą drogą – szlak jest tylko jeden, a następnie łapiemy stopa do miasta. Mając do dyspozycji w pełni wyposażoną kuchnię przyrządzamy sobie prawdziwą ucztę na kolację – pizzę sztuk dwie!

Rano wybieramy się na kolejną wycieczkę – do parku narodowego Ziemi Ognistej, który znajduje się na zachód od Ushuaia. Aby tam dotrzeć należy skorzystać z jednego z wielu jeżdżących w tamtym kierunku autobusów. My jednak próbujemy szczęścia i z racji, że mieszkamy bliżej zachodniej części miasta idziemy na stopa. Stajemy tuż przed końcem asfaltu, bo dalej już tylko szuter i kurz. Nie czekam długo i już po 20 minutach łapiemy się na transport do parku. Wybieramy szlak prowadzący ścieżką wzdłuż oceanu. Szczerze mówiąc szlak, jakich wiele, widoki także. Nie był jakoś szczególnie powalający i oszałamiający widokami. Ot, po prostu las nas wodą, zatoka i góry gdzieś w tle. To nie tak, że było nieładnie, ale obiektywnie patrząc zachwytu jakoś nie było. Może to ja pozostawałem niewzruszony i niewrażliwy na piękno okolicy, a może po prostu zabrakło tego efektu ‘wow’.

IMG_0206.jpg

Najbardziej na południe wysunięta poczta

IMG_0216_a.jpg

IMG_0217_a

Spectacular scenic Lapataia Bay in Tierra del Fuego National Par

Gdy przysiadamy odpocząć na kamieniach podchodzi do nas jakiś ptak drapieżny z rodziny jastrzębiowatych. Wyraźnie się nie boi, jest młody i do przemieszczania bardziej używa nóg jak kura, aniżeli skrzydeł. Siedzimy tak kilkanaście minut obserwując się nawzajem.

IMG_0240_a.jpg

Koniec szlaku wieńczy Zatoka Lapataia. Tutaj również, po 3045km ma kres droga krajowa numer 3, która ciągnie się od Buenos Aires. Ponownie łapiemy stopa i wracamy do miasta z sympatycznym małżeństwem. Styczeń-luty to sezon wakacyjny i z jednej strony popularne miejsca przeżywają większe natężenie turystów, a z drugiej łatwiej złapać stopa.

IMG_0252_a.jpg

Zatoka Lapataia

IMG_0247_a.jpg

Nieopodal portu w Ushuaia stoi słynna tablica ‘Ushuaia – fin del mundo’ – czyli koniec świata w dosłownym tłumaczeniu. Nie wiem czy Ushuaia jest końcem świata, bo w końcu dalej jest Antarktyda. Z drugiej strony coś się tu zdecydowanie kończy. Kończy się kontynent amerykański, dalej jest już tylko woda i nie ma nic, pustka w naszym rozumieniu świata. Ale czy takich miejsc na kuli ziemskiej nie jest mnóstwo? Czy odizolowane góry Pamiru, puste stepy Kazachstanu, gdzie jak okiem sięgnąć pustka, trawa i nicość to nie jest także koniec świata? Miejsce, w którym jest tylko wiatr, bo i życia w rozwiniętej formie brak. Czy Nordkapp, Syberia to nie jest także koniec świata, w którym świat jaki znamy zmienia się, na taki zupełnie obcy, dziki i… po prostu inny. Wychodzi z tego, że świat nie jak kij, ma wiele końców.

IMG_0153_bIMG_0158_a

Nieopodal stoi kolejna tablica, tym razem mniej turystyczna, choć może bardziej wymowna. Napis na niej: „Prohibido el amarre de los buques piratas ingleses” oznajmia, że zabronione jest przybijanie do brzegu pirackich statków brytyjskich. Związane jest to bezpośrednio z wojną o Falklandy/Malwiny. Ta druga nazwa żywo funkcjonuje w Argentynie, która rości sobie prawa do wysp, bezprawnie okupowanych przez Brytyjczyków – jak twierdzą Argentyńczycy. Na każdym kroku widać, jak podkreślają swój związek z Malwinami oraz jaką urazę żywią na tym tle do Brytyjczyków. Podobnie sytuacja ma się w odniesieniu do bezludnych wysp Sandwich Południowy i Południowa Georgia.

IMG_0258_a.jpg

Ushuaia

IMG_0260_a.jpg

IMG_0263_a.jpgTrzeciego dnia pobytu w najbardziej wysuniętym mieście na ziemi (nie licząc chilijskiego Puerto Williams i Puerto Toro, które uznawane są za osady) postanawiamy się stąd wydostać i udać do Punta Arenas. Ponownie próbujemy szczęścia stopem i w tym celu wybieramy miejsce poza miastem. Choć świeci słońce to ciepło nie jest. W dodatku wieje. Po parunastu minutach stania z kartonem i wypisaną na nim nazwą miejscowości robi się chłodno i ubieram dodatkowo bieliznę termoaktywną. Jak łatwo przewidzieć, gdy jestem jedną nogą bez spodni podjeżdża i zatrzymuje się ciężarówka. Następuje pospieszne pakowanie, wrzucanie wszystkich ciuchów do plecaka, zakładanie spodni i butów. Kierowca zgadza się nas zabrać aż za Cieśninę Magellana, czyli 460km dalej – do Chile. Po drodze mamy okazję obserwować Ziemię Ognistą wraz ze wszystkimi jej urokami i pięknymi widokami.

W pewnym momencie na asfalcie widzę narysowaną żółtą gwiazdę. Jakby w Strażniku Teksasu tylko z wypisanym pod nią imieniem. Można by pomyśleć, że ktoś się podpisał, był tutaj, coś w stylu „tu byłem, Jorge”. Z tym, że te żółte gwiazdy oznaczają miejsca, w których ten ktoś zginął na drodze. Są malowane ku przestrodze. Jak nasze czarne punkty. Zresztą nie musimy długo czekać, bo po przekroczeniu granicy, gdy zaczyna się szuter i prędkość jazdy maleje do 10 km/h – przynajmniej naszej ciężarówki, mamy okazję obserwować wraki samochodów na poboczu, a w pewnym momencie nawet widzimy jak ze świeżo rozbitego samochodu wyciągają zawinięte w koc ciało. Dopiero 20 minut jazdy później mijamy nadjeżdżającą z przeciwka karetkę. Na szybką pomoc nie ma tu co liczyć. Powodem jest nadmierna prędkość, szuter i zakręty, które w połączeniu dają niebezpieczną kombinację i nietrudno wypaść z drogi.

IMG_0270_a.jpg

IMG_0273_a

Przeprawa promowa przez Cieśninę Magellana trwa krócej niż oczekiwanie w kolejce do wjazdu na tenże prom i niedługo później znajdujemy się po drugiej stronie. Na skrzyżowaniu się rozstajemy i pozostaje nam łapanie kolejnego stopa do Punta Arenas. Od miasta dzieli nas tylko 150 km ale znajdujemy się dosłownie pośrodku niczego, jest godzina 21 i jedyne na co możemy liczyć to łaska mijających nas kierowców, a tych w Patagonii jest jak na lekarstwo. Samochody mijają nas ledwie co kilkanaście minut. Rozważamy już rozbicie namiotu, aby nie robić tego po ciemku, choć do zmroku mamy jeszcze spokojnie dwie godziny czasu. W pewnym momencie jakieś małe futerkowe zwierzątko przechodzi przez drogę żwawo przebierając łapkami. Podchodzę bliżej by zrobić zdjęcie, a stworzonko prycha na mnie próbując być groźne. Nie żebym się bał ale jest to skunks patagoński i nie chcę zostać trafiony jego cuchnącą wydzieliną.

Ponownie szczęście nam sprzyja i już po niedługim czasie mamy transport do Punta Arenas, gdzie docieramy w 1,5h – jeszcze przed zapadnięciem nocy. Tym razem droga była prosta, asfaltowa, więc jazda minęła szybko.

Zapisy śladów tras z GPS:

Laguna Esmeralda

Park Narodowy Tierra del Fuego

 

Sao Paulo

Przed 6 rano, gdy jest jeszcze ciemno, lądujemy na międzynarodowym lotnisku Guarulhos na przedmieściach Sao Paulo. Jest to najbardziej ruchliwe lotnisko nie tylko w Brazylii ale
i również w całej Ameryce Południowej. Z ciekawości dodam, że na drugim miejscu znajduje się El Dorado w Bogocie, a na kolejnych miejscach ponownie lotniska Brazylijskie.
Wg. statystyk z 2013 roku w pierwszej 20 znalazło się aż 12 lotnisk brazylijskich.

Tutaj też rozdzielamy się z grupą, ponieważ połowa leci od razu dalej do Buenos, a my
z Pauliną i Maćkiem mamy cały dzień w Sao Paulo i postanawiamy wykorzystać ten czas na zwiedzenie miasta. Niepotrzebne rzeczy zostają w szafkach na lotnisku, wybieramy trochę reali na pobyt i tutaj niestety moja wyrobiona specjalnie na ten cel karta w T-mobile banku się nie sprawdziła, ponieważ przy próbie podjęcia z bankomatu kwoty 80 reali (ok 80zł) pojawiła się informacja o prowizji rzędu ¼ wypłacanej kwoty. Z początku myślałem, że to może kwestia bankomatu, skoro karta miała pozwalać na bezprowizyjne wypłaty na całym świecie. Później jednak po przetestowaniu kilkunastu dodatkowych bankomatów
w Argentynie, Chile i Włoszech wszędzie chciało pobrać prowizję. Tak więc z kartą od
T-mobile jest coś nie tak.

Do miasta dostajemy się korzystając najpierw z autobusu na dworzec/stację metra Tatuape
i stamtąd z jedną przesiadką jedziemy na stację Se. Wychodzimy tuż przy samej katedrze, którą od razu zwiedzamy.

IMG_0075_a

Pogoda w Sao Paulo nie zachwyca. Jest coś około 24C, a przez chwilę nawet pada deszcz. Z drugiej strony nie ma co narzekać przylatując w styczniu
z Europy. Robiąc sobie chwilę przerwy od zwiedzania wpadamy do kawiarni by spróbować brazylijskiej kawy ale tak naprawdę nie jesteśmy w stanie wyłapać różnicy. Po dłuższej przerwie idziemy dalej i zaglądamy na miejscowy targ. Atakuje nas feeria barw i zapachów. Stoiska z przeróżnymi owocami, czyli coś co lubię najbardziej. Za 2-3 reale kupujemy sałatki owocowe i ananasa na patyku. Tego mi brakowało, choć poprzeczka postawiona przez laotańskie ananasy jest postawiona wysoko.

IMG_0101_a

IMG_0099_a

W jednym z budynków przy Av. Sao Joao wyjeżdżamy na taras widokowy by podziwiać panoramę miasta. Jest to nasze kolejne już podeście bo za pierwszym razem zostaliśmy poinformowani, że wejścia na taras jest dopiero o 9:30, natomiast o 9:30 dowiedzieliśmy się, że i owszem, wejście jest od 9:30 ale nie dziś i mamy przyjść o 10. Wyjeżdżamy windą
na 26 piętro, pan z obsługi informuje nas tylko aby nie siadać na murku. Jest to bardzo dobra rada, w stylu dla amerykanów, bo w życiu byśmy nie wpadli aby na 26 piętrze nie siadać na murku, który nie jest wyższy niż poręcz przeciętnego balkonu. O żadnych innych zabezpieczeniach nie ma tu mowy. Jeśli ktoś chce skoczyć to polecam Sao Paulo. Miasto
z góry to jedna wielka betonowa dżungla. Spotkałem się z określeniem Gotham City i pasuje ono trafnie. Jest to moje pierwsze spotkanie z Brazylią, a Sao Paulo zdecydowanie nie jest wizytówką kraju. Przekładając to na grunt naszych żartów można by to przyrównać do wizyty w Sosnowcu, Radomiu czy Warszawie.

IMG_0089_a

W drodze z targu kupujemy sobie po dużym, zielonym kokosie prosto z wózka i radośnie popijamy przez słomkę orzeźwiający sok wprost z wnętrza owocu. Ananasy i kokos zdecydowanie ratują wizerunek miasta w moich oczach. Przed powrotem na lotnisko idziemy wydać ostatnie reale na obiad bo nie wiadomo kiedy będzie kolejna okazja by zjeść ciepły posiłek. Mamy problem z wybraniem zamówienia bo nic nie rozumiemy z menu więc bierzemy na ślepo. Okazuje się, że wybraliśmy całkiem smaczny posiłek z kategorii tych standardowych tj. mięso, ryż, fasola, a do tego jakiś kompot o konsystencji lekkiej galaretki.

Próbowaliśmy znaleźć w dobrej cenie caipirinha, czyli brazylijski koktajl alkoholowy na bazie alkoholu z trzciny cukrowej zwanym cachaca ale przyznam, że ceny były dla nas trochę zaporowe – 15-20 reali za drinka. Jednak co się odwlecze to… mieliśmy okazję pokosztować trochę alkoholi po powrocie na lotnisko. O ile miasto nie zachwyca to lotnisko pod tym względem jest bardzo przyjazne podróżnym!