Dzień 7, 8: Coban – El Remate

Z Coban jedziemy na północ drogą numer 5. Pierwsze 60km to zakręty i góry ale później droga się prostuje i jest bardziej łagodnie. Oczywiście prawie nigdzie nie ma żadnych drogowskazów, nawet na najbardziej ewidentnych rozstajach dlatego wspomagamy się nawigacją. Wieczór zaczęła się świecić kontrolka wspomagania kierownicy, które zaczęło mieć tendencję do wyłączania się po paru kilometrach jazdy. Przestał działać również prędkościomierz, który także przestaje działać tylko, że już po paruset metrach. Jakby tego było mało to do kompletu zaświeca się jeszcze pomarańczowa kontrolka silnika. Wszędzie jak okiem sięgnąć tylko pola, lasy i banany ale szczęśliwie auto jedzie dalej.

W niektórych wioskach po drodze natrafiamy na dzień targowy. Tyle tylko, że targ rozkłada się przy głównej ulicy, tej którą my jedziemy. W ten sposób ni stąd ni zowąd trafiamy w sam środek chaosu, stoisk z warzywami, owocami, mydłem i powidłem. Ruch zamiera, ludzie przechodzą ze wszystkich stron, busy ładują ludzi oraz towar i czekamy aż to wszystko się dokona, droga odkoruje i będzie można jechać dalej.

Wjeżdzając do Peten – regionu w północnej Gwatemali, przechodzimy kontrolę podczas której pobieżnie przeszukują nam samochód w poszukiwaniu bananów, których nie wolno przewozić na północ. Kwestie kwarantanny.
W Sayaxche aby przedostać się na drugą stronę rzeki wjeżdżamy na prom lecz cała przeprawa jest tak krótka, że mija w mniej niż 5 minut.

Im dalej na północ tym robi się cieplej. W zasadzie to mało powiedziane ponieważ jest bardzo wilgotno, do tego świeci słońce i zaczyna się robić upał bliski temu, z jakim zetknąłem się tylko dotąd raz w Indochinach.
W jednej z wiosek zatrzymujemy się i kupujemy (5Q) kubek świeżych owoców. Podjeżdżamy również do Flores, gdzie w supermarkecie korzystamy z bankomatu, kupujemy okulary przeciwsłoneczne ponieważ moje zostały w Coban i idziemy na obiad do jednej z lokalnych knajpek.

Na nocleg wybraliśmy położoną 30 kilometrów dalej miejscowość El Remate. Tym razem decydujemy się na łóżko w dormie, lecz po chwili okazuje się, że w tej samej cenie (150Q) dostajemy domek z hamakiem na tarasie. Domek ów jest po prostu zwykłą lepianką z oknami.

Wieczór relaksuję się i odpoczywam bujając się w hamaku jednak od tego kołysania o mało nie dostaję choroby lokomocyjnej. Niedługo później okazuje się jednak, że ta choroba to jakieś zatrucie, które funduje mi całonocne spacery/biegi do łazienki lub pod krzak i gorączkę.

Rano nie ma raczej mowy o wycieczce do Tikal, ponieważ jestem zbyt padnięty by wykrzesać z siebie jakikolwiek ruch. Nocleg przedłużamy o jedną dobę, a na wieść o moim zatruciu pani z baru proponuje mi wodę z sokiem z limonki. Mega kwaśne i mega pyszne – takie jak lubię.
Dopiero popołudniu dochodzę do siebie na tyle żeby wybrać się do centrum El Remate na obiad. Niestety ponownie nie ma prądu zatem shake odpada. Biorę więc tylko zupę cebulową, która smakuje jak rosół z cebulą i pieprzem – jest bardzo dobra.

Dzień 6: Semuc Champey

Zaraz z rana udajemy się do Semuc Champey czyli naturalnie utworzonych turkusowych jeziorek w formie skalnych progów na rzece Cohabon. Droga jest bardziej kręta i stroma niż ta do Lanquin ale po 40 minutach docieramy na miejsce. Gdzieś w głowie pojawia się nuta wątpliwości czy damy radę wyjechać pod te górki z powrotem ale odrzucamy te myśli i ruszamy na rozeznanie okolicy. Tuż po wejściu na teren parku (50Q) kierujemy się stromą ścieżką w stronę punktu widokowego, który osiągamy po 15 minutach. Z góry roztacza się piękna panorama na dżunglę i przecinający ją szmaragdową, krystalicznie czystą rzekę. Po zejściu udajemy się do miejsca, gdzie rzeka płynie wartko wąskim kanionem, a następnie znika pod ziemią. Na powierzchnię wypływa znów kilkaset metrów dalej., gdzie tworzą się wspomniane wcześniej małe jeziorka. W niektórych miejscach jest możliwość ześlizgnięcia się z progu jak ze zjeżdżali i zjechania do tych położonych niżej. Jest tak ciepło, że nie fatyguję się by zdjąć ubranie i wskakuję do wody tak jak stoję.

Idąc przez mały drewniany mostek słyszę, że coś spadło na ziemię. Gdy tam spoglądam, zauważam około 2,5-3 metrowego węża o bardzo jaskrawozielonym ubarwieniu, który po chwili odpełza w zarośla.

Tuż za mostem, z którego skaczą tubylcy mieszczą się jaskinie (70Q) jednak ze względu na brak chętnych nie udało mi się wejść. Wszędzie kręcą się dzieciaki sprzedające krążki czekolady zawinięte w folię aluminiową. Dookoła rosną kakaowce więc wszystko jest domowej produkcji. Kupujemy trzy (5Q). Czekolada w smaku zupełnie nie przypomina takiej jaką znamy ze sklepów. Przede wszystkim jest bardzo słodka, cienka i krusząca się. Krótko mówiąc pyszna.

Wbrew obawom dojazd do Lanquin zajmuje nam zaledwie 25 minut. Jest jeszcze wczesna godzina temu też decydujemy się pojechać do Coban co jest chyba słuszną decyzją, jako że nadchodzą ciemne chmury, a później ulewny deszcz.

Korzystając z obecności supermarketu w Coban kupujemy prawie 15 litrów napojów, które mamy potem ciężko donieść do samochodu, który zaparkowaliśmy bardziej w centrum. Wieczór udajemy się do kawiarenki internetowej (5Q/h), których jest w mieście na pęczki i kopiujemy zdjęcia. Wracamy już po zmroku. Ulice są zupełnie puste, sklepy pozamykane stalowymi kratami lub bramami. Na szczęście to tylko 300 metrów, a tuż obok znajduje posterunek policji.

Dzień 5: Chicicastenango, Lanquin

Z San Pedro wyjeżdżamy przed 6, ponieważ nie tyle droga daleka co czasochłonna.  Żeby dotrzeć do Panamericany pokonujemy ponownie kilkanaście kilometrów stromych podjazdów i zakrętów, z którymi nie równa się żadna europejska znana mi droga. Jednak w ciągu dnia odcinek ten wydaje się jakby krótszy niż podczas burzy w ciemną noc.

Pierwszym przystankiem jest Chichicastenango, do którego prowadzą, a jakżeby inaczej – serpentyny w górę i w dół. Co jakiś czas trafiamy na wlokące się powoli w górę ciężarówki, które nie sposób ominąć inaczej jak tylko wyprzedzać na ostrych zakrętach.

Chichi jak zwą je wszyscy, jest znane z czwartkowych i niedzielnych targów, na które zjeżdżają sprzedawcy i kupcy z całej okolicy. Nie brakuje również paru turystów spacerujących pośród straganów, fotografujących kolorowe koce, maski i inne drobiazgi.

Tuż obok targu mieści się XVII–wieczny kościół Santo Tomas. Schody do niego prowadzące nadal są używane do rytuałów, palenia świec, kadzideł, a w szczególnych sytuacjach nawet kurczaki w ofierze dla bóstw.

Z Chichi jedziemy w stronę Santa Cruz del Quiche, Sacapulas, Cunen. W jednej z przydrożnych restauracji postanawiamy coś wreszcie przekąsić. Ciężko jest się jednak porozumieć więc panie zapraszają mnie do kuchni abym zaglądnął go garnków i wybrał coś. Wybieram zupę a la rosół i ryż plus shake owocowy.
Najpierw dostajemy twarde jak skała placki, zupę z chilli, którą nawet mi jest ciężko przełknąć, więc ograniczam się tylko do paru łyżek. Później panie podają zupę z warzywami i kurczaka z ryżem. Nie można powiedzieć aby było tego mało, a zapłaciliśmy mniej niż w innych miejscach.

Droga cały czas prowadzi górami, dolinami, które ciągle pokonujemy. Raz w górę, raz w dół. Nieustanne zakręty i strome zbocza. Co ciekawe, krajobraz zmienia się na bardzo suchy, wręcz pustynny. Roślinności jest niewiele bądź jest bardzo uboga. Dopiero w okolicach Uspantan robi się bardziej zielono. Pojawiają się plantacje, przy których stojąc sklecone z desek chatki. Ostatnie 25km przed San Cristobal Verapaz to już nie asfalt lecz szuter. Nie jedzie się jednak źle, ponieważ droga jest w miarę utwardzona i niezbyt dziurawa. Odcinek ten przejeżdżamy w godzinę, zatem nie jest tak źle. Później zaczyna się już asfalt i docieramy do głównej drogi prowadzącej ze stolicy do Coban.  Stąd już tylko 60km do Lanquin, a droga jest świetnej jakości. Tylko ostatnie 10km to ponownie szuter i zjazd w dół do samego Lanquin.

Na nocleg wybieramy jedno z niewielu miejsc jakimi ta położona między górami wioska dysponuje – El Retiro Lodge (50Q/dorm). W całym miasteczku nie ma prądu więc w planach jest ognisko, ale z jakiegoś powodu nie dochodzi ono do skutku.


Dzień 4: Lago de Atitlan

Pobudka ponownie już o 5 rano. Po deszczu ani śladu. Jedna ściana naszego pokoju składa się prawie z samych okien, a budynek położony jest na stromym zboczu opadającym w stronę jeziora, w którym powoli zaczyna odbijać się wschodzące zza gór i wulkanów słońce. Dokładnie na wprost naszego pokoju, po drugiej stronie wody, wystaje wierzchołek wulkanu Atitlan, który co parę minut wypuszcza z siebie obłok dymu.
Schodami schodzimy w dół zbocza, gdzie tuż nad brzegiem mieści się restauracja. Otwarta dopiero od 8, więc wracamy do góry, gdzie leżąc w hamakach delektujemy się widokami i ciastem bananowym.
Na śniadanie zamawiamy naleśniki z owocami, posypką i dzbanek herbaty. Przy okazji wypytuję właścicieli o stan interesujących mnie dróg w Gwatemali. Pojawia się między innymi para Anglików, którzy od dwóch lat podróżują na motorze. Przez ten czas zdążyli przejechać już Afrykę, Amerykę Południową, a teraz zmierzają dalej na północ. Od nich dowiaduję się trochę więcej o stanie nawierzchni, ponieważ przed paroma dniami odwiedzili miejsca, do których my dopiero zmierzamy.
Po pysznym i sycącym śniadaniu kierujemy się na nasz następny nocleg do San Pedro la Laguna. Pomimo, że jest to ledwie ponad 10km to trafienie na miejsce zajmuje nam chyba trzy godziny. Wszystko przez to, że adres jest niedokładny i dość długo błądzimy po miasteczku z ciasnymi i jednokierunkowymi ulicami. Co więcej, sami miejscowi nie za bardzo orientują się gdzie jest szukana przez nas ulica. Uzyskując co raz to nowe wskazówki jedziemy wąskimi uliczkami, które w pewnym momencie stają się tak wąskie, że nie sposób dalej jechać. Nie można nawet zawrócić. Jedyne co pozostaje to cofać mając po 5cm między ścianami, a każdym z lusterek. I tak przez kilkaset metrów i parę zakrętów, do czasu aż udaje się zawrócić na jednym z zakrętów. W końcu decydujemy zadzwonić i zapytać o drogę. Okazuje się, że na początku byliśmy ledwie 100m od hotelu, a ktoś wskazał nam zupełnie przeciwny kierunek. Na szczęście jesteśmy na miejscu, zostawiamy bagaże w pokoju i idziemy na spacer po San Pedro la Laguna.
Miasteczko jest bardzo turystyczne. Co kawałek sklepy z pamiątkami, ubraniami w stylu Majów – czyli bardzo wzorzyste i kolorowe. Nie mogę się powstrzymać widząc właśnie takie spodnie i kupuję jedną parę. Jedząc burrito zauważamy przechodzącą Magdę i Karolinę, które również zwiedzają okolicę.
Po obiedzie wracamy do hotelu chwilę poleżeć na tarasie i znów popatrzeć przez chwilę na jezioro i otaczające je wulkany i góry. W wodzie przy brzegu kobiety piorą ubrania uderzając nimi o kamienie. Zastanawia nas dlaczego parę domów stoi w wodzie i pytamy recepcjonistkę o przyczynę tego stanu. Tłumaczy nam, że według Majów jezioro Atitlan ma pięćdziesięcioletnie cykle podczas których wody na zmianę ubywa i przybywa. Obecnie jednak na skutek być może ocieplenia klimatu poziom wody wyłącznie wzrasta.

 

Dzień 3: Antigua, Wulkan Pacaya

Za sprawą zmiany czasu wstajemy już o 5 rano. Powoli robi się widno. Z dziewczynami umówiliśmy się na około 6:30 więc idziemy się na szybko przejść po okolicy i rozeznać w terenie. Obchodzimy parę przecznic i wracamy. Poza tym wcale nie jest ciepło, a przynajmniej nie tak ciepło jak można było oczekiwać. Wracamy do mieszkania i chwilę później wszyscy razem idziemy na miasto. Właściwie to zaczynami od spaceru na górę z krzyżem – Cerro de la Cruz, skąd rozpościera się widok na miasto i przykryty chmurami wierzchołek wulkanu Agua. Spędzamy tam kilkanaście minut robiąc zdjęcia i czekając aż wyjdzie słońce lecz nic takiego nie następuje. Sam widok nie jest jakoś szczególnie oszałamiający, choć to nasza subiektywna opinia.

Wracamy na śniadanie, które przygotowała nam Evelyn. Jest kawa, tosty, dżem, miód, jajecznica i kawałek ciast(k)a z Wielkanocy. Poprzedniego wieczoru Fernando dał nam mapki miasta i teraz idziemy na spacer. Przechadzamy się brukowanymi uliczkami Antigua, oglądamy kolorowe domy, których nie tylko okna ale i domofony schowane są za kratami.

Powoli zaczyna się życie i ruch na ulicach, choć do tłoku jeszcze sporo brakuje. W banku wymieniamy dolary po dość dobrym kursie (1$ = 7,6Q). Wszędzie w drzwiach wita nas uzbrojony strażnik z karabinem. Z tego co zauważyłem to w całej Ameryce Środkowej (Gwatemala, Honduras, Salwador) strażnicy, ochroniarze, policjanci i wojskowi noszą broń większego kalibru i nierzadko trzymają ją w pogotowiu przed sobą. Mając quetzale w kieszeni szukamy i znajdujemy piekarnię Dona Luisa Xicoteneatl, gdzie kupujemy zachwalany, pyszny chleb bananowy (27Q). Tak naprawdę to jest to bardziej ciasto aniżeli chleb ale jego dużą zaletą jest to, że mamy go prawie tydzień i ciągle jest tak samo świeże jak zaraz po kupieniu. Dopiero w Tikal, gdzie upał daje się we znaki, chleb zaczął się psuć i fermentować.

Przed południem postanawiamy opuścić Antiguę jako, że miasto poza ładnym wyglądem szczególnie nie zachwyca – jest po prostu kolorowe z ładnymi uliczkami jakich pełno w wielu krajach na innych kontynentach.
Po około godzinnej jeździe docieramy do podnóża wulkanu Pacaya, na który mamy zamiar wejść. Przewodnik jest obowiązkowy (100Q + 50Q wstęp) choć droga na górę jest bardzo prosta i wejście zajmuje nam około 1,5h. Po drodze mijamy pole świeżej lawy – około miesiąc temu nastąpiła ostatnia erupcja. W wielu miejscach ziemia jest jeszcze ciepła lecz da się ją bezpiecznie dotknąć. Z oddali dochodzą odgłosy jakby grzmotów lecz to nie burza tylko sąsiedni wulkan wydaje takie dźwięki. Na samej górze jednak są miejsca, gdzie jest zbyt gorąco by się zbliżyć i tam właśnie pieczemy nabite na patyk pianki w stylu amerykańskim. Podczas schodzenia mijamy już przybyłe na miejsce wycieczki pokonujące drogę na grzbietach koni.

Wracając z wulkanu wysadzamy dziewczyny przy drodze wiodącej do Antigua, a my jedziemy dalej w stronę jeziora Atitlan. Jazda Panamericaną prowadzącą od Alaski po Chile (z przerwą w Darien) jest szybka i wygodna. Nie ma progów zwalniających, choć każdy jedzie tutaj swoim tempem i nierzadko się zdarza, że dwa auta jadą zarówno prawym jak i lewym pasem prawie równolegle i żadne z nich nie czuje potrzeby zrobienia miejsca dla innych pojazdów. Tuż przed zmrokiem docieramy do Solola i próbujemy przez Santa Cruz la Laguna dotrzeć w okolice Tzununa. Niestety z tego co się dowiadujemy, droga prowadząca dalej jest tylko dla samochodów z napędem 4×4, więc jesteśmy zmuszeni zawrócić i objechać jezioro. Próbując przejechać skrótem przez miasteczko natrafiamy na zbyt stromy podjazd, nawierzchnia szutrowa i auto nie jest w stanie nie tyle wyjechać, co nawet po zatrzymaniu i użyciu hamulca ześlizguje się do tyłu. W końcu jednak wyjeżdżamy na dobrą drogę i jedziemy na około.  W międzyczasie zaczyna się błyskać, a po dobrych trzydziestu minutach spadają pierwsze krople. Chwilę później zaczyna lać jak to ma w zwyczaju padać w tropikach. Droga natomiast prowadzi w stromo w dół, zjazdy przekraczają 30°, a zakręty prawie 180°. Poza tym wszędzie ciemno i nigdzie żywej duszy ale jedzie się przyjemnie. Od czasu do czasu trąbię żeby się upewnić, że nie jedzie nic z przeciwka. Jest dość zimno więc zamiast klimatyzacji jest włączone ogrzewanie. Za Sam Marcos La Laguna kończy się asfalt, choć już wcześniej droga była fragmentami dziurawa. W pewnym momencie rozdwaja się i na nasze nieszczęście wybieramy tę po prawej. Zjeżdżamy stromo po łuku w dół po czym 200m dalej zatrzymujemy się bo to koniec, trzeba wycofać. Jednak podjazd okazuje się zbyt stromy żeby dało się na niego wyjechać na wstecznym, a jest zbyt ciasno by zawrócić. Próbuję więc z rozpędu pokonać tę górkę. To jednak na nic, podjazd okazuje się zbyt stromy i zbyt kręty. Jedyne co pozostaje to po centymetrze próbować zawrócić na zakręcie co o dziwo udaje się dość szybko. Powoli i deszcz przestaje padać, a parę minut później docieramy szczęśliwie do naszego następnego noclegu.

Zapis śladu trasy z GPS podczas wejścia na Pacaya.

Dzień 1, 2: Berlin – Londyn – Madryt – Gwatemala City

Wcześnie rano w pierwszy dzień Wielkanocy wyjeżdżamy by dotrzeć na popołudniowy samolot z berlińskiego lotniska Tegel, z którego polecimy na londyńskie Heathrow, a następnie do Madrytu. Po drodze zabieramy jeszcze osoby z Katowic, Wrocławia i Legnicy i wspólnie jedziemy przez większą lub mniejszą część drogi.
Tegel położone jest tuż przy autostradzie więc dojazd nie nastręcza problemów. Nieopodal mamy zarezerwowany parking, z którego bezpośrednio na lotnisko dowozi nas już bus. Do odlotu mamy jeszcze trzy godziny ale odprawiamy się w miarę szybko, a następnie korzystając z Priority Pass idziemy do saloniku mieszczącego się na piętrze. Oczekiwanie w cichym i przytulnym pokoju jest zdecydowanie wygodniejsze niż na lotniskowych ławkach bądź krzesłach. Poza tym po wejściu możemy korzystać z napojów i przekąsek.

Startujemy punktualnie o 17, a chwilę po wzniesieniu się na wysokość przelotową załoga serwuje kanapki i napoje. Lot jest krótki i trwa niecałe dwie godziny. Z góry widać, że nad Londynem chwilę wcześniej padało, lecz teraz ponownie wyszło słońce.

Jeśli chodzi o Heathrow to jest ono ogromne. W niedługich odstępach czasu startują samoloty do Los Angeles, Johannesburga, Tokio czy Sydney. Siatka połączeń i częstotliwość samolotów jest wręcz niesamowita. Do tego sklepy, bary, restauracje, które razem tworzą małe miasteczko, szczególnie że z jednego terminala do drugiego jedziemy kilka minut pociągiem.

Podczas przejścia przez tranzyt pani ma problem ze znalezieniem naszej rezerwacji, naszego lotu do Madrytu, a także lotu, którym przylecieliśmy z Berlina. Po chwili przychodzi druga, która pomaga jej rozwikłać sytuację i dostajemy nasze karty pokładowe na dalszy odcinek lotu.

Tym razem lecimy hiszpańską Iberią, a raczej Iberią Express, w której nie serwuje się żadnych darmowych przekąsek. Na lotnisku Madrid Barajas jesteśmy z lekkim poślizgiem, który zwiększa się gdy czekamy przy taśmie na odbiór bagażu, którego nie ma. Idę do biura aby zgłosić ten fakt, po czym dowiaduję się, że nasze walizki zostały zapakowane do innego kontenera i powinny przybyć za 15 minut na inną taśmę. W międzyczasie dzwoni do mnie Karolina z Magdą, które przyleciały bezpośrednio z Berlina i z którymi później wspólnie jedziemy do Hotelu Osuna na nocleg.

Rano pogoda w Madrycie jeszcze gorsza niż wieczór – jest zimno i mocno pada. Przechodzimy do głównego budynku na śniadanie w formie bufetu. Wybór jest imponujący. Owoce, ciasta, pieczywo, jogurty, soki, kawy, płatki i jeszcze parę innych rzeczy, które najwidoczniej nie zwróciły mojej uwagi na tyle, by je zapamiętać.

Na lotnisko odwozi nas bus z hotelu. Podczas odprawy dostajemy oddzielne miejsca, ponieważ najwyraźniej wszystkie są już zajęte i nic nie da się zrobić. Dopiero po wejściu na pokład okazuje się, że każde z nas ma obok siebie przynajmniej jedno miejsce wolne i bez problemu możemy się przesiąść. Tym bardziej ciężko mi zrozumieć brak możliwości przydzielenia wspólnych miejsc przez panią podczas odprawy. Airbus A340-300, którym polecimy do Gwatemali jest już chyba trochę wysłużony, ponieważ nie ma osobistego systemu rozrywki, a jedynie kilka ekranów z przodu i na środku, na których leci odgórnie narzucony film. Dwanaście godzin lotu w ciągu dnia ciągnie się strasznie. Załoga roznosi posiłki. Ja dostaję zamówione wcześniej danie koszerne. Wpierw przychodzi stewardessa z pytaniem czy życzę sobie aby odpakować i odplombować pudełko samodzielnie ale odpowiadam, że może to zrobić za mnie. Później, po podgrzaniu dostaję już gotowe danie wraz z certyfikatem koszerności. W porównaniu do tego, co jest serwowane to moim zdaniem koszerny obiad jest smaczniejszy. Co do napojów to od czasu do czasu załoga roznosi wodę, soki, colę i alkohole ale nie ma problemu by zajść sobie samemu i poprosić o to, na co ma się ochotę.

Wypełniamy deklaracje celne po czym lądujemy pół godziny opóźnieni. Owe deklaracje składają się z dwóch stron – oryginał i kopia, z których jedna część jest odbierana podczas odprawy paszportowej, a druga po odbiorze bagażu. Nas o tę pierwszą nikt nie pytał więc oderwałem i przy wyjściu oddałem tylko stronę żółtą. Odbieramy bagaże, w których ułamane mamy nóżki w walizce i urwane zapięcia od zamków i kierujemy się w stronę wyjścia. Jeszcze tylko jakaś pani sprawdza zawieszki bagażowe i porównuje z nalepkami otrzymanymi podczas odprawy czy aby na pewno mamy swój bagaż.

Przed lotniskiem miał na nas czekać ktoś z wypożyczalni Alamo, która nie ma swojej siedziby bezpośrednio na lotnisku. Nikt jednak nie czeka, a numer telefonu, który mam na potwierdzeniu rezerwacji jest błędny. Dopiero mówiąca po angielsku pani w informacji szuka w książce telefonicznej i dzwoni do siedziby biura ale nikt nie odbiera. Chwilę później dzwoni do niej ktoś z innej wypożyczalni i informuje, że ktoś niebawem się zjawi. Czekamy zatem. Chcemy wymienić walutę ale w ogólnodostępnej części lotniska, już po wyjściu ze strefy odbioru bagażu nie ma żadnego kantoru czy bankomatu.

W biurze Alamo okazuje się, że samochód z ubezpieczeniem jest troszkę w innej cenie niż było to w internecie, ponieważ tamto nie obejmowało uszkodzeń szyb i opon. Cała papierkowa robota zajmuje sporo czasu i w konsekwencji wyjeżdżamy po 18. Dostaliśmy prawie nową Toyotę Yaris w wersji sedan. Wszystkie szyby przyciemniane co trochę utrudnia widoczność, szczególnie po zmroku. W Gwatemala City tworzą się duże korki, a niektóre auta lub motocykle poruszają się na światłach postojowych, które prawie nie sposób zauważyć przez te szyby. Pomimo, że do Antigua jest zaledwie 40km to docieramy do tej dawnej stolicy przed 20. Natykamy się na nieoznaczone progi zwalniające, które tutaj są niebotycznych rozmiarów i trzeba je pokonywać praktycznie zatrzymując się. Później okażą się one zmorą podróżowania samochodem i w wiele z nich zahaczymy podwoziem parokrotnie. Co więcej, w mieście drogi są jednokierunkowe, a oznaczenie informujące o tym znajduje się na murze. Zanim więc orientujemy się w tym wszystkim zdążamy trochę pojeździć pod prąd, co również będzie zdarzało się nierzadko w ciągu następnych kilkunastu dni.

Stosunkowo szybko znajdujemy nasz nocleg u Evelyn i Fernando, gdzie dostajemy własny pokój z łazienką, a gospodarze witają nas bardzo ciepło.