Dzień 18: Magnetic Island

Zbieramy się skoro świt i jedziemy do Bowen. Już w Noosa Heads zostaliśmy poinformowani aby podjechać do Bowen ze względu na ładną plażę i rzekomą bliskość rafy.

Przy Horseshoe Bay gotujemy sobie śniadanie i przez chwilę cieszymy oczy widokiem małej zatoczki z turkusową wodą.

Około południa dojeżdżamy do Townsville, gdzie decydujemy się na wycieczkę na Magnetic Island. Kupujemy bilety (21 AUD studencki w dwie strony), auto zostawiamy w porcie, zabieramy parę najpotrzebniejszych rzeczy do plecaka i płyniemy (ok 50 min).

Dobijamy do nabrzeża przy Nelly Bay i idziemy piechotą w stronę Picnic Bay. W drodze się tymczasowo rozdzielamy i ja idę dalej sam, a Maciek jedzie autobusem prosto do Horseshoe Bay (zbieżność nazw z zatoką w Bowen).

Godzinę później również łapię autobus w tamtym kierunku po czym najpierw wzdłuż plaży, a później przez las wędruję w stronę Balding Bay. Do zatoki schodzi się w dół po stopniach, mija parę większych głazów, za którymi plaża wyłania się w całej okazałości. Jest dość malutka, z dwóch stron zamknięta kamieniami i wysokim brzegiem.

Zbieram drewno na opał póki jest widno i rozpalam ognisko żeby było jaśniej i raźniej, a na kolację  gotuję na kuchence wołowinę z chili. Nieopodal rozkładam karimatę na piasku, przykrywam się kocem i rozkoszuję ciepłą nocą pod gołym niebem.


Reklamy

Dzień 17: Airlie Beach, Dingo Beach

Wstajemy wcześnie rano i jedziemy w stronę Airlie Beach, będące bazą wypadową na Whitsundays –zbiór wysepek u wybrzeży Queensland będący jednym z chętniej odwiedzanych miejsc przez turystów. W informacji turystycznej bierzemy katalogi i rozważamy czy skusić się na jakąś wycieczkę po Whitsundays połączoną z nurkowaniem.

W międzyczasie podjeżdżamy do Shute Harbour, robimy sobie wycieczkę przez las na plażę.

Od października/listopada do kwietnia/maja w ciepłych wodach otaczających Australię zaczynają pojawiać się meduzy, z których najgroźniejsze – Irukandji (carukia barnesi) oraz Osa morska (Chironex flcken) zwana również kostkomeduzą śmiercionością stanowią poważne zagrożenie dla życia osób wchodzących do wody. Właśnie z tego powodu, pomimo ciepłej, turkusowej i niezmiernie kuszącej wody ciężko uświadczyć w niej kogokolwiek.

Odpuszczamy zwiedzanie Whitsundays i udajemy się w kawałek dalej (w przypadku odległości i czasu w jaki się je pokonuje, 200-300 km to nadal jest kawałek), czyli w tym wypadku jakieś 50km na północ w okolice Dingo Beach.

Zbliża się noc, więc szukamy miejsca na nocleg. Postanawiamy rozbić się na jednej z dzikich plaż, pod niebem nasyconym gwiazdami.

Dzień 16: Noosa Heads – Seventeen Seventy

Ku naszemu zdziwieniu życie w Noosa rozpoczyna się bardzo wcześnie, bo już o 5 rano na ulicach jest pełno spacerowiczów, rowerzystów, biegaczy, matek z dziećmi w wózkach i ogólnie można rzec, że tłum.

Pakujemy się do auta i idziemy na spacer do parku narodowego położonego na samym cyplu. Tutaj spotykamy jeszcze większą liczbę ludzi uprawiających jakąś formę ruchu i rekreacji.

Po powrocie na parking robimy sobie małą przerwę, Maciek idzie na plażę, a ja zabieram się za przygotowanie spaghetti.

Po śniadaniu zmierzamy dalej na północ. Chcemy zahaczyć o miejscowość zwaną 1770 czyli Seventeen Seventy nazwaną tak na cześć drugiego przybycia Jamesa Cooka na te ziemie.

Krajobraz Queensland jest już zdecydowanie inny niż w Nowej Południowej Walii. Zdecydowanie bardziej suchy, mniej zielonych łąk, więcej plantacji trzciny cukrowej, mango i na pewno mniej chmur.

Do 1770 dojeżdżamy późnym popołudniem, spędzamy chwilę czasu w miasteczku położonym na kompletnym odludziu (2h jazdy do większego miasta) i ruszamy dalej w drogę. Pierwotnie planujemy znaleźć miejsce do spania gdzieś w okolicy i wjeżdżamy nawet do parku narodowego Eurimbula, gdzie są wyznaczone miejsca kempingowe, jednak nasz samochód nie za bardzo nadaje się na tą drogę i wracamy. W nagrodę natykamy się na kilkanaście kangurów pasących się na trawie co też wykorzystuję i robię im parę(naście/dziesiąt) zdjęć. Jedne są małe, szare, niektóre mają młode w torbach, a inne ogromne, żółte, prawie naszego wzrostu i stoją zdecydowanie na samym przedzie stada bacznie nas obserwując.

Nie znalazłszy miejsca do spania postanowimy pokonać większy odcinek nocą i nadrobić parę kilometrów. Wjeżdżamy na Bruce Highway, gotujemy sobie kolację przy drodze (fasolka z ziemniakami) i jedziemy kolejne 300km aż za Rockhampton, gdzie zjeżdżamy na miejsce wypoczynkowe by się trochę zdrzemnąć.

Dzień 15: Byron Bay – Noosa Heads

Dzień w Byron Bay spędzamy dość leniwie i zabijamy czas, jako że na 12 umówiliśmy się z moim znajomym – Mattem, którego poznałem rok wcześniej na indonezyjskiej Jawie.

Odwiedzamy bibliotekę publiczną, by sprawdzić co w sieci piszczy, kręcimy się po miasteczku i sklepach. Wciąż mając spory zapas czasu postanawiamy pojechać do sklepu zrobić już zakupy, żeby nie tracić czasu później i wracamy do centrum, w umówione wcześniej miejsce.

Miło jest zobaczyć w tak odległym kraju kogoś znajomego, kogoś z kim spędzało się miło czas w innym dalekim kraju. Upychamy Matta z tyłu naszego Hyundaia, który wymagał w tym celu przepakowania i jedziemy parę kilometrów za miasto, w jakieś odludne miejsce, które to tylko Matt mógł wynaleźć. Tym sposobem trafiamy na górę klifu, schodzimy parę metrów w dół do jego podnóża i oto jesteśmy sami na jednej z wielu przepięknych australijskich plaż. Spędzamy tam parę minut na rozmowie i wracamy, jako że nie mamy zbyt wiele czasu.

Matt jeżdżąc przez ponad rok po Australii opowiada o wszystkich zwierzętach, które spotkał, o delfinach skaczących w zatoce, gdy spał w swoim samochodzie na parkingu, o wielorybach przypływających na północ w celu urodzenia młodych i wielu, wielu innych.

Rozstajemy się w Byron Bay i jedziemy dalej na północ. Niewiele dalej mijamy Gold Coast ze słynnym Surfers Paradise – jednym z najlepszych miejsc do serfowania na świecie (rzekomo). Mijamy Brisbane, w którym lądowaliśmy niespełna dwa tygodnie wcześniej i już po zmroku docieramy do Noosa Heads. Świąteczne lampki i dekoracje na drzewach wprawiają nas w osłupienie. Jest 27C, wciąż miesiąc do Bożego Narodzenia i jakoś kompletnie nie czujemy atmosfery zbliżających się świąt.

Rozbijamy się z namiotem nieopodal parkingu, a na kolację pożywiamy się papają i mango.

Dzień 14: Waterfall Way – Byron Bay

Chmury, które nadciągnęły wieczór nad okolicę rano zniknęły prawie całkowicie. Pozostała tylko delikatnie parująca nad polami mgła. Jako, że jesteśmy dopiero na początku Waterfall Way to wiele wodospadów jest dopiero przed nami.

Odwiedzamy więc Dangar Falls, Ebor Falls i Wollombi Falls (jeden z najwyższych w Australii). W pobliżu tego ostatniego decydujemy się na parokilometrowy spacer ścieżką przez las i wzdłuż wąwozu.

Do Armidale podjeżdżamy zatankować i wracamy tą samą drogą, tyle że za Ebor odbijamy z głównej drogi na bardziej lokalną. Kolejny dzień serpentyn, zakrętów i jazdy po górach. Taka jest cała Australia. Albo długie, proste odcinki ciągnące się wzdłuż pół i farm albo zakręty po lesie deszczowym lub górach.

Mijamy Grafton i wjeżdżamy ponownie na Pacific Highway. Późnym popołudniem docieramy do Byron Bay. Przylądek Byron jest najbardziej wysuniętym punktem kontynentalnej Australii.

Wstępujemy na plażę pełną surferów oczekujących na wymarzone fale, kręcimy chwilę po okolicy i zastanawiamy co dalej robić. W końcu decydujemy się pojechać na kemping, rozbić pospiesznie namiot i wrócić przed zachodem słońca na przylądek, na którym stoi latarnia morska by porobić trochę zdjęć i nakręcić jakieś filmy.

Wydaje się nam, że zaczęły się właśnie wakacje, ponieważ pełno młodych ludzi w różnym wieku kręci się po całym miasteczku.

Dzień 13: Waterfall Way

Po nocy spędzonej na jednym z miejsc wypoczynkowych rano ruszamy dalej w drogę. Za Newcastle skręcamy w stronę wybrzeża, gdzie zatrzymujemy się na chwilę i robimy sobie śniadanie oraz suszymy wilgotny po nocy namiot. Po zatoce pływają pelikany, a na drzewach mnóstwo jest wszelakich ptaków.

Drogą szutrową objeżdżamy park narodowy Myall Lakes. Pomimo, że asfaltu brak to bez problemu można takimi drogami poruszać się nawet 80 km/h. Korzystając z pustej drogi ja wychylam się przez okno i kręcę parę filmików.

Jeśli to tylko możliwe to staramy się unikać głównych dróg i korzystamy z tych bardziej atrakcyjnych widokowo. Tak też docieramy do Lake Cathie, gdzie piękną lagunę widać dosłownie z drogi. Wchodzimy do wody, robimy parę zdjęć i jedziemy dalej. Od pewnego czasu mamy wrażenie, że samochód na tablicach z Victorii przyciąga pewną uwagę.

W Port Macquarie wstępujemy do szpitala dla koali, gdzie te urocze zwierzaki dochodzą do siebie po wszelakich urazach.

W Urandze skręcamy na zachód z Pacific Hwy i wjeżdżamy na Waterfall Way – czyli drogę stanową 78 biegnącą aż do Armidale. Przecina ona jedne z najbardziej sielskich krajobrazów w Nowej Południowej Walii. Została również uznana za trzecią najbardziej widokowo atrakcyjną trasę turystyczną.

Tuż przed Dorrigo znajdujemy kemping, rozbijamy się, po czym podjeżdżamy do parku narodowego o tej samej nazwie. Pomimo, że centrum turystyczne jest już zamknięte to wejście na ścieżkę jest otwarte, z czego też korzystamy.

Z początku ścieżka prowadzi na wysokości koron drzew, czyli typowa „tree top walk”, a później zmienia się w zwykłą asfaltową. Nie jest to może bardzo naturalne ale podyktowane to zostało względami bezpieczeństwa odwiedzających (slisko!) oraz zabezpieczeniem przed osuwaniem się ziemi.

Wieczór na kempingu mamy małą zagwozdkę, bo ni stąd ni zowąd pojawił się jakiś pies, który nie przypominał budową żadnej znanej nam rasy i mieliśmy pewne podejrzenia, że może to dingo. Jednak tak szybko jak się pojawił, tak też szybko zniknął i nie zdążyliśmy mu się lepiej przyjrzeć.

Dzień 12: Góry Niebieskie (Blue Mountains)

Z Royal National Park kierujemy się w stronę Gór Niebieskich, które nazwę swą wzięły od tego, że porastające je eukaliptusy wydzielają olejki tworzące niebieskawą mgiełkę unoszącą się nad górami. Jedziemy omijając Sydney, a następnie skręcamy na zachód w kierunku Penrith. W górach zastaje nas potężna ulewa z chwilowym gradem, która przynajmniej obmywa nam samochód z kurzu i pyłu.

Największa ilość wodospadów, dużych wodospadów znajduje się w okolicach miejscowości Katoomba (Wentworth Falls, Leura Falls, Bridal Veil Falls). W większości spływają one z wysokich klifów i spadają kilkadziesiąt metrów niżej do podnóża góry. Nieopodal wznoszą się „Trzy siostry” – formacja skalna powstała w wyniku erozji piaskowca stanowiąca lokalną atrakcję turystyczną, przy której gromadzi się sporo osób.

Wjeżdzamy jeszcze na Mt York Lookout podziwiać panoramę okolicy, po czym wracamy na Darling Causeway, pokonujemy przełęcz i Bells Line of Rd zjeżdżamy z gór. Droga wije się i kręci przez lasy i góry. GPS prowadzi nas bocznymi drogami wzdłuż farm i plantacji. Promem pokonujemy Mangrove Creek i zbliżając się do Newcastle zaczynamy poszukiwanie noclegu. Niestety na kilku kempingach całujemy klamkę jako, że jest już po 18 i wszystkie są pozamykane. Decydujemy się więc podjechać pod jedną z publicznych plaż, przy której są prysznice, umywalnie i tam rozbijamy namiot na uboczu.