Dzień 50 – Mount Papandayan

W nocy komary nie dawały mi spać. W dodatku prawie wszystkie ubrania miałem w praniu, klimatyzacja była włączona i trochę zmarzłem. Planowaliśmy wstać o 5, ale już o 4 obudził mnie nawołujący imam z pobliskiego meczetu.

Najpierw podjechaliśmy jeszcze pod Baya uniwersytet, skąd zabraliśmy czterech jego kolegów i już wszyscy razem jedziemy na podbój Mount Papandayan (2630 m n.p.m.). Pomimo niewielkiej odległości (+/- 300 km) na miejsce docieramy dopiero przed godziną 16. Ostatnie paręnaście kilometrów pokonujemy jadąc w górę zniszczoną drogą, mijając uprawy kawy i tytoniu.

Na parkingu wita nas rześkie, chłodne powietrze. Kupujemy ryż z jajkiem na obiad, do tego dostajemy solone kawałki manioku i już jesteśmy gotowi do marszu. W oddali widać unoszące się w górę białe obłoki pary. W miarę zbliżania się widzimy ich coraz więcej, a także czujemy intensywny zapach siarki.
W pewnym momencie szlak zmienia kierunek, ponieważ w górze widnieje ogromna wyrwa. Tylko nigdzie nie widać leżącej ziemi i kamieni, które niegdyś mogły stanowić jej fragment, więc pozostaje to dla nas zagadką.

Po zaledwie 3 km rozstawiamy obóz na polu biwakowym (czyt. kawałek płaskiego terenu). W miarę jak robi się ciemniej (zmierzch zapada zaraz po zachodzie słońca) chmury ustępują, pojawiają się pierwsze gwiazdy, by niedługo później całe niebo było nimi usiane. Podziwiamy drogę mleczną i zauważamy spadającą gwiazdę. Jest również niebywale zimno. Znajdujemy się zaledwie 7° na południe od równika, a ja mam na sobie krótkie i długie spodnie, koszulkę z krótkim i długim rękawem, bluzę, kurtkę przeciwdeszczową z kapturem, a i tak nie jest mi za ciepło. Jest bardzo wilgotno, pojawia się rosa i nawet ognisko nie chce się za dobrze palić. Nie przeszkadza to jednak w pieczeniu batatów i manioku. Piecze się je w ognisku tak samo jak zwykłe ziemniaki i po jakieś godzinie są gotowe do jedzenia. Cała reszta je bez skórki, a tylko ja tradycyjnie ze skórką. Niebo w gębie.

Nie mogę zrozumieć  Yohanesa, która trzęsie się z zimna, bo ma na sobie tylko krótki rękaw, a na nogach klapki i za nic nie chce się ubrać. Odstępuje mi nawet swój śpiwór, bo ja nie zabrałem ze sobą żadnego, a on sam śpi wsuwając się do swojego plecaka. Śpiwór jest w rozmiarze azjatyckim tzn. albo proste nogi albo głowa w środku ale i tak pozwala zasnąć.

Jeśli chodzi o sam biwak to może i sprzęt nie jest światowej klasy, bo chłopaki mają ogromny namiot, który wymaga jednej osoby i pełnego plecaka, żeby go dźwigać. Kuchenki także nie są małe i lekkie, ale tak naprawdę niczego więcej nam nie potrzeba. No może poza większą ilością batatów i manioku, które rozeszły się w mgnieniu oka.

Trasa na Sports Tracker

Dzień 49 – Medan (Sumatra) – Jakarta (Jawa)

Już o 7:30 miałem jechać do miasta razem z Nitą. Samolot dopiero o 11:30, ale zważywszy na nieogarnięty ruch w mieście wolałem wyjść wcześniej. O 8 nadal nie zapowiadało się, by Nita była gotowa w ciągu najbliższej godziny, więc odprowadziła mnie tylko do głównej drogi, pomogła złapać busa i pojechałem sam. Na dworcu przesiadka na kolejnego busa jadącego w stronę lotniska. Kierowca zapomina sobie, żeby wysadzić mnie jak najbliżej i dopiero gdy włączam GPS orientuję się, że jestem już ładnych parę przecznic od miejsca, w którym zamierzałem pierwotnie wysiąść. Wysiadam i wracam podążając za wskazaniami GPS’u. W pewnym momencie przystaje obok mnie jeden z kierowców, wypytuje dokąd idę i tłumaczy mi, że tędy nie dojdę do lotniska, ponieważ jest to droga awaryjna. Zabiera mnie więc do swojego samochodu, zmienia swoją trasę z mojego powodu i podwozi mnie pod sam terminal.

Ponownie lecę liniami Mandala Airways. Dostaję miejsce środkowe przy wyjściu bezpieczeństwa – wyjątkowo dużo miejsca na nogi. Dwie godziny lotu szybko upływają na czytaniu książki i spokojnie ląduję na lotnisku Soekarno–Hatta w Jakarcie. Wsiadam w jakiś autobus (IR 20000/1,5h) i jadę na drugi koniec miasta, skąd odbiera mnie chłopak z CS – Bayu.

Nareszcie mam możliwość ponownie nagrać zdjęcia na DVD (to już 9 płyta), odetchnąć spokojnie, wyprać ubranie, wziąć prysznic oraz uzupełnić braki kalorii, bo rodzice Baya zamawiają dwie pizze i skrzydełka kurczaka z KFC. Nic lepszego jak pizza po prawie dwóch miesiącach spędzonych w Azji nie mogło mi się przytrafić tego dnia.

Baya tata wyciąga mapy, zdjęcia i opowiada o różnych miejscach w Indonezji, szczególnie o tych, do których planuję dotrzeć i wyjaśnia mi jak najlepiej to zrobić. Rano mamy zaplanowany wyjazd w góry i Bayu robi przygotowania.

Dzień 48 – Samosir – Medan

Dziś wracam na stały ląd. Prom mam o 8 rano, a autobus o 9:30. Co prawda restaurację otwierają dopiero o 8, ale udaje mi się załapać wcześniej na chapatti z serem i pomidorami, naleśnik z czekoladą i herbatę z imbirem – przepyszne jak za każdym razem.

Odjazd trochę się przeciąga, bo kierowca jeszcze nie dojechał, ale to nic bo i tak mam cały dzień wolny. Maikela zostawiłem na wyspie, zresztą swoją pelerynę także suszącą się dalej na sznurku, a w busie poznaję za to parę Holendrów, którzy przylecieli do Indonezji zaledwie na dwa tygodnie.

Z kilku możliwości zatrzymania się w Medan dzięki uprzejmości osób z Couch Surfing postanawiam zatrzymać się u Rose, z którą wcześniej byłem w kontakcie, i której siostra – Nita odebrała mnie z lotniska. Wysiadam zatem kilkanaście kilometrów przed miastem na jakimś dworcu i muszę od razu oganiać się od natrętów. Odbiera mnie Nity kolega i skuterem jedziemy do niego jakieś 100 metrów zaledwie. Na Rose muszę poczekać do 17 aż wróci z pracy.

Gdy już wróciła to okazało się, że nie posiada klucza do domu, ale jako że drzwi  bardziej przypominały wejście do garażu niż do domu i były zamykane na kłódkę, więc Rose postanowiła odgiąć śrubokrętem skobel i w ten sposób weszliśmy do środka. I tak musieliśmy do wieczora siedzieć na zewnątrz, przed domem, ponieważ nikogo innego nie było w domu i jeszcze ludzie mogliby zacząć plotkować gdybyśmy byli sami w środku. A komary sobie poużywały.

Dom jest bardzo skromny i prosty. Ja śpię w pokoju, który raczej wypada nazwać izbą, jako że bardziej przypomina garaż, tylko bez samochodu. Żeby nie było mi samotnie to w rogu jest jeszcze kogut z kurą, które musieliśmy wpierw zagonić do środka, załapać, wrzucić do worka i umieścić w pudełku.
Łazienka z kolei to nagie betonowe ściany i kamienny zbiornik z kapiącą się doń zimną wodą, którą należy się polać w celu umycia.

Przed snem stoczyłem jeszcze małą dyskusję czy w ramach wyjątku mogę zamknąć drzwi do pokoju, których nikt nigdy nie zamyka oraz czy jest możliwość, aby wyjątkowo odstąpiły od codziennego rytuału śpiewania o 5 rano.

Przeglądając Internet przed snem znalazłem ofertę hotelu Novotel w centrum Bangkoku za 60 zł ze śniadaniem, ale postanowiłem, że zamiast w czterogwiazdkowym hotelu wolę zatrzymać się u Aleksa albo pójść do jakiegoś hostelu, gdzie w pokoju wspólnym będę miał okazję zamienić z kimś parę słów.

Dzień 47 – wyspa Samosir

Drugiego dnia na wyspie także wypożyczamy skutery. Tym razem w cenie IR 70000, także zatankowane. Na początku objeżdżamy półwysep, na którym mieszkamy – Tuc Tuc, a po wyjechaniu na główną drogę kierujemy się na północ. Słońce grzeje w plecy i w spalony dnia poprzedniego kark.

Zatrzymujemy się przy kamiennych krzesłach liczących sobie około 300 lat, na których odbywały się narady plemienne i gdzie oskarżano winnych wszelakich zarzucanych im czynów, którym następnie zasłaniano oczy, nacinano skórę, a w rany wkładano chili i czosnek. Później obcinano im głowy, krojono i zjadano. Ciężko wyczuć na ile te przyprawy stanowiły torturę, a na ile były dodawane dla poprawienia smaku.

Kawałek dalej znajdują się kolejne kamienne krzesła. Za wejście do jednych z nich trzeba zapłacić IR 3000. Co prawda można dodatkowo obejrzeć chaty Bataków, które my już widzieliśmy dzień wcześnie i to w normalnych warunkach, w których żyją do dziś ludzie, a nie w muzeum. Bez wątpienia pierwsze miejsce, które obejrzeliśmy było najmniej skomercjalizowane, a do tego położone na skraju małego zagajnika, w bardzo ustronnym i cichym miejscu.

Po postoju dalej kierujemy się na północ, a potem lekko na zachód wzdłuż brzegu wyspy. Słońce ciągle mocno grzeje, szczególnie podczas postoju, gdy pęd powietrza przestaje chłodzić ciało. Od czasu do czasu zatrzymujemy się dla uwiecznienia ładnych widoków na zdjęciach.

Przed miasteczkiem Pangururaran skręcamy w prawo na wąską groblę, która łączy wyspę ze stałym lądem i jedziemy na ciepłe źródła. Już w okolicy śmierdzi siarką. Same ciepłe źródło to kompletnie nic ciekawego – basen wybudowany na tyłach restauracji z ciepłą wodą wlewającą się z jakiejś rury.

Zaczyna padać i po upale oraz słońcu nie ma już śladu. Jest za to zimno i mokro. Czekamy chwilę w restauracji, zjadamy małe co nieco i decydujemy się na powrót. Nie pada już szczególnie mocno ale na skuterze łapie się wszystkie krople. Dobrze, że po jakimś czasie przestaje całkiem. Zdejmuję pelerynę, która działa jak spadochron w czasie jazdy, bo w dodatku poziom paliwa drastycznie spada i obawiam się czy wystarczy na powrót. Gdy zatrzymujemy się, żeby oglądnąć podwójną tęczę wychodzącą wprost z wody w całej okazałości, sprawdzam poziom paliwa w zbiorniku i na oko wydaje się być wciąż w połowie pełny, mimo że wskazówka schodzi już na czerwone pole.
Nie mniej jednak postanawiamy zaryzykować i nadłożyć parę kilometrów, żeby podjechać ponownie do Tombok do restauracji na kolację.

Wieczór rozgrywamy kolejne partie bilardu z przerwą na kolację – pyszne curry z ryżem i ziemniakami.

Ciepłe źródło.

Dzień 46 – wyspa Samosir

Po pysznym śniadaniu (naleśniki z miodem i czekoladą, roti z pomidorami oraz herbata z imbirem) idziemy z Maikelem poszukać jakichś skuterów do wynajęcia. Znajdujemy za IR 75000 od razu z pełnym bakiem. Ja mam z ręczną skrzynią, a on dostał jakiś starszy automat, jako że nie jeździł do tej pory i był pełen obaw. Nie powiem, żeby poszło mu dobrze, ponieważ zjechał z drogi, przejechał przez trawnik i zatrzymał się w jakimś dole. Wtedy też właścicielka zorganizowała dla niego inny skuter z obawy przed uszkodzeniem jej. Kierujemy się na południe wyspy. Mijamy pobliską wioskę Tomok i jedziemy dalej. Droga robi się gruntowa, wyboista i pełna kamieni. Wjeżdżamy do jakiejś wioski. Drewniane domy na palach i dachy w kształcie łodzi to wioska lokalnego plemienia Bataków. Żyją oni bardzo prymitywnie i prosto ale tak jak wszyscy poznani do tej pory Indonezyjczycy są bardzo sympatyczni. Wsiadamy na skutery i jedziemy dalej drogą pnąc się w górę. O dziwo po jakimś czasie pojawia się dobrej jakości asfalt. Od czasu do czasu zatrzymujemy się, robimy zdjęcia i podziwiamy widoki z góry. Można odnieść wrażenie, że wysokie brzegi i jezioro w dole to fiord.
Z tyłu gonią nas ciemne chmury. Nie chcemy zmoknąć więc jedziemy dalej prosto na południe wyspy. Co rusz dostajemy potwierdzenie pozytywnego podejścia mieszkańców w stosunku do nas. Ludzie machają, wołają „hello”, czasem ktoś zatrąbi, co nie ma tym razem nic wspólnego z manewrem wyprzedzania skuterem. Z lewej lub prawej strony ciągną się pola ryżowe, tarasy, mijamy wszelakie zwierzęta – kurczaki, gęsi, świnie, bawoły wodne. Drewniane domki z wyglądające jak szałasy pasterskie, w które służą jako knajpki dla tubylców oraz miejsca, gdzie w razie potrzeby można kupić trochę benzyny w plastikowej butelce.

Wracając zauważamy, że pomimo chmur i chłodu jesteśmy opaleni, wręcz czerwoni, a najbardziej Maikel. Na jednym z postojów wyłapujemy dwa słowa, którymi określają nas miejscowi – „bule goreng” co znaczy ni mniej ni więcej jak „smażeni biali”. Słowem „bule” określa się właśnie osoby o jasnej karnacji. Generalnie uważa się, że słowo to ma wydźwięk neutralny, aczkolwiek może być użyte w formie obrazy. Natomiast „goreng” znaczy smażony. Np. smażony ryż to „nasi goreng”. I rzeczywiście byliśmy trochę przysmażeni.

Ciemne chmury nadal gdzieś tam wisiały, ale świecące jednocześnie z drugiej strony słońce sprawiało, że widoki stały się jeszcze piękniejsze.

Tym razem zatrzymujemy się w pobliskiej wiosce Tombok i zwiedzamy grobowce pierwszego, drugiego i trzeciego króla Bataków. Kosztujemy smażonych bananów na targu (IR 1000) i wstępujemy do restauracji na obiadokolację.

Wieczór w Bagus Bay – naszym guesthousie jest organizowane przedstawienie Bataków. Przerywamy zatem partię bilarda i oglądamy różne rytualne tańce i słuchamy regionalnych pieśni.

Dzień 45 – Bukit Lawang – Parapat, Wyspa Samosir, Jezioro Toba

O poranku kupiłem bilet na „tourist bus”, czyli po prostu 8-osobowy van do Parapat nad Jezioro Toba. Na Sumatrze miałem w sumie spędzić zaledwie niecały tydzień więc szkoda było czasu na korzystanie z wolnego i niepewnego transportu publicznego. Cena biletu – IR 150000 z wliczonym promem na wyspę Samosir.

Jazda przypominała wyścig połączony z torem przeszkód. Kierowca wyprzedzał przez większą część drogi. Duży ruch i ciąg samochodów nie był problemem, bo wystarczyło zatrąbić, żeby wyprzedzany samochód zjechał bardziej na pobocze, a nadjeżdżający z przeciwka zwolnił lub wręcz stanął, abyśmy mogli ukończyć bezpiecznie manewr. Obowiązuje zasada, nie tyle kto większy, ale samochody osobowe pomiędzy ciężarówkami, autobusami i skuterami nie są tak popularne i najwidoczniej nie każdy może sobie na nie pozwolić, dlatego lepiej ich właścicielom usunąć się z drogi.

Do Parapat dojeżdżamy późnym popołudniem i chwilę później wchodzimy na czekający na nas prom. Spotykam na nim Maikela – Holendra, z którym zamieniłem parę słów rano przed odjazdem.
Na wyspie wspólnie też idziemy szukać noclegu i znajdujemy przyjemne miejsce – Bagus Bay Guesthouse tuż nad brzegiem jeziora. Bierzemy dwie jedynki po IR 30000. Pokoje są dość skromne i wyposażone zaledwie w łóżko, lampę i szafkę, ale nic więcej nam nie trzeba, a w dodatku tuż obok jest ciepły prysznic. Tak jak w poprzednim miejscu, tak i tutaj restauracja znajduje się w następnym budynku, a dania typu naleśniki z miodem i czekoladą, omlety oraz roti z pomidorami, herbaty z imbirem, goździkami i innymi lokalnymi przyprawami  w pełni mnie satysfakcjonują.

Maikel po kilkunastomiesięcznym pobycie w Australii rozpoczął podróż od indonezyjskiej wyspy Flores i przez Lombok, Bali, Jawę przemieszczał się przez dwa miesiące, aż dotarł na Sumatrę. W momencie naszej rozmowy nie miał jeszcze sprecyzowanych dalszych planów, ale chciał jeszcze spędzić trochę czasu na Sumatrze, a później odwiedzić Tajlandię, Laos, Kambodżę, Birmę i przemieszczać się w sobie jeszcze nieznany sposób w kierunku Europy.

Dzień 44 – Bukit Lawang (Gunung Leuser National Park)

Za IR 300000 decyduję się na trekking po dżungli, żeby zobaczyć orangutany. Moim przewodnikiem jest Ando i idziemy tylko we dwóch, ale po drodze napotykamy inne grupy. W jednej z nich jest Matt i Gem. Oglądamy drzewa kauczukowe, z którymi spotkałem się już w Kambodży. ANdo opowiada, że są one nacinane specjalnym, zakrzywionym nożem i wydzielają białe mleczko, które zbiera się raz w tygodniu i zawozi na targ, skąd odbiera je jakiś przedstawiciel z miasta. Farmerzy sprzedają kilogram za około IR 10000-12000, co w przeliczeniu daje około 1,5$. Drzewa wydzielają ów sok przez trzydzieści lat, a później zwykle są ścinane i zastępowany nowymi, które po około pięciu latach są ponownie dojone.
Obejrzeliśmy jeszcze inne drzewo, z którego robi się chociażby maty, tzn. z jego liści, które się zaplata.
Ando pokazuje jeszcze drzewo ratanowe i ogromne gniazda termitów.

Po pewnym czasie krążenia po dżungli dostrzegamy wysoko w koronach dwa orangutany – samicę z młodym. Chwilę później kolejną dwójkę. Jeden z tych maluchów próbuje co rusz wspiąć się wyżej, a matka za każdym razem zrzuca go na dół ciągnąć za futro.
Przewodnik jednej z grup wyciągnął banany i zaczął nawoływać. Po chwili samica z małym uczepionym jej nogi zeszła na dół, wzięła banany z ręki i wróciła na górę.

Na zimny prysznic w pokoju jest rada – hot shower, jak miejscowi nazywają sikające z drzew orangutany.

Dalej poszliśmy z Ando sami, usiedliśmy gdzieś na ścieżce i zabrali się za jedzenie lunchu. Był smażony ryż, plasterki pomidora, ogórka i.. chrupki. Oczywiście żadnych sztućców, także jest to mój pierwszy raz, gdy jem ryż palcami.

Mieliśmy niebywałe szczęście, bo później zobaczyliśmy jeszcze pięć orangutanów – dwie mamy z małymi i jednego samca. Samice przyciągnęliśmy na jedną marchewkę. Małe orangutany są w różnym wieku; jeden jest bardzo malutki i uczepiony pleców matki, a drugi trochę większy i momentami porusza się o własnych siłach.

Orangutany jako gatunek są bardzo podobne do ludzi. Dzielimy ze sobą 96,4% genów, jednakże z pośród małp są mimo wszystko nam odległe. Samce osiągają do 1,8m wysokości i 80 kg wagi. Samice są niższe – mają odpowiednio w granicach 1,3m i 40 kg. Żyją mniej więcej po równo – około 55 lat.
Co 5-6 lat samice zachodzą w ciążę, która trwa tyle ile u ludzi. Młode po urodzeniu żyją z matką przez 6-9 lat, a potem idą w swoją stronę. W przypadku gdy matka umrze zanim zdąży odchować malucha, musi się on usamodzielnić wcześniej. Prowadzą samotny tryb życia i każdego dnia budują nowe gniazda na drzewach, do których już nie wracają. Jak na takie inteligentne zwierzęta to mogłyby sobie zbudować bardziej stałą siedzibę, zamiast co chwilę targać gałęzie na nową.

Muszę powiedzieć, że to było jedno z niewielu spotkań, które miałem z małpami, a podczas którego nie doszło do żadnych dziwnych sytuacji. Chociaż mijaliśmy po drodze sporą grupę makaków, które trzeba było odstraszyć, bo zbliżały się zbyt blisko pewnie myśląc, że mamy jakieś jedzenie. Mieć może i mieliśmy, ale nie zamierzaliśmy się nim z nimi dzielić. O ile agresywne makaki można jakoś przeboleć, o tyle stanie oko w oko z ponad półtorametrowym orangutan lub samicą, która obawia się o swoje dziecko stanowiłoby nie lada doświadczenie.
Co więcej, nie należy się zbliżać do tych zwierząt, jako że są one bardzo podatne na choroby i zwykły ludzki kaszel może okazać się dla nich fatalny w skutkach. Wycinanie lasów i zastępowanie ich plantacjami kauczuku także przyczynia się do zmniejszenia ich populacji.

Po powrocie z dżungli już nie obeszło się bez mycia butów, więc wylądowały pod prysznicem. Trzeba przyznać, że pomijając pijawki i inne potencjalne paskudztwo to sandały, klapki lub bose stopy są najlepsze w takim terenie. Do nabycia w okolicy były jeszcze „dżunglowe” buty. Z wyglądu przypominające trampki z korkami, wykonane z gumy, bardzo lekkie i łatwe do wyczyszczenia – do kupienia za 2$.

Późnym popołudniem poszedłem przejść się po okolicy i tak trafiłem do Bat Cave (IR 5000). Jaskinia składała się z trzech komat. Pomiędzy pierwszą, a drugą przejście było na tyle wąskie, że trzeba było kucnąć i wolno przesuwać się do przodu. Poza tym, że szczelina była mała, to odnalezienie jej w drodze powrotnej nie należało do łatwych, a to było jedyne wyjście z jaskini. Nie licząc tego przez otwarte sklepienie kilkanaście metrów nad ziemią. Z sufitu zwisały małe nietoperze, które wyglądały jak chomiku. Gdy się w nie przyświeciło (tym razem zabrałem telefon z latarką, czołówka nadal w plecaku) to zaczęły się ruszać i odlatywać. Im bardziej w głąb jaskini tym te nietoperze jakieś takie większe były.
Samo dojście do jaskini też było bardzo ciekawe. Najpierw ekologiczno-przyrodniczą ścieżką, potem obok drzew kauczukowych i drewnianych domów mieszkalnych.

Wieczór w restauracji tubylcy i turyści połączyli siły i urządzili wspólne biesiadowanie przy gitarze i piosenkach U2, Stonesów czy Beatlesów. Teraz trochę żałuję, że nie pokusiłem się o nagranie tego, bo atmosfera jak i wykonanie były naprawdę świetne.

http://www.sports-tracker.com/#/workout/Maslanka/2dsqajat4dnjh5eu

Dzień 43 – Singapur – Medan

Pobudka przed 7, aby zdążyć na samolot na Sumatrę. Patryk ratuje mnie śniadaniem (płatki z mlekiem), którego nie miałbym szans nigdzie kupić po drodze na lotnisko.

Tym razem lecę z Budget Terminal, który jest oddalony od reszty lotniska i trzeba podjechać bezpłatnym autobusem. Nie jest tak olśniewający jak terminal 1 i 2, ale zamiast wifi są dwa komputery, z których można skorzystać.

Przelot bez większych rewelacji, choć dźwięk skrzypiącego, chowającego się podwozia bezcenny. Podobnie jak niezwykła wydaje się para woda wydobywająca się z wlotów pod sufitem. Wygląda to jak wydobywający się dym, który zasnuwa górną połowę pokładu, a to pewnie jakieś intensywne nawilżacze powietrza.

Na lotnisku Polonia w Medan wykupuję 30-dniową wizę za 25USD i czekam w kolejce do odprawy celnej.

Rose z CS miała mnie odebrać, ale nigdzie jej nie widać, więc z chwilę wcześniej poznaną parą bierzemy taksówkę w kierunku dworca autobusowego. Moja przejażdżka nie trwa długo, bo już przy wyjeździe z parkingu okazuje się, że w Medan jest kilka dworców autobusowych, w zależności dokąd chce się pojechać. Wracam zatem na dworzec i idę do informacji dowiedzieć się co i jak. Kupuję również kartę SIM i aktywuję pakiet internetowy. Trochę to trwa, bo przy zmianie karty ciągle uruchamia się blokada całego telefonu, której nie można wyłączyć przy pomocy kodu PIN, bo nie pokazuje się klawiatura ekranowa. W między czasie odnajduje mnie Nita – siostra Rose, ale wyjaśniam jej, że chcę jak najszybciej wyjechać z Medan do Bukit Lawang.
W informacji dowiedziałem się, że na dworzec Pinang Baris mogę od świateł podjechać busem 24, ale Nita mówi, że 64 też będzie dobry. I tak idziemy, idziemy ponad 20 min, a autobusu nigdzie nie ma.

Po przylocie z Singapuru, ale również po wcześniejszym pobycie w Malezji i Tajlandii, Medan jest jednak dużym szokiem, wiadrem zimnej wody wylanym na głowę. Na drogach panuje totalny chaos, każdy trąbi, odnosi się wrażenie, że ręki z klaksonu nie zdejmują. Jeżdżą jak chcą i ten azjatycki brak chodników sprawia, że musimy iść ulicą obok tego całego ruchu.
W końcu nadjeżdża bus 64, a wygląda on tak, że z przodu jest szoferka, wewnątrz z tyłu po obu stronach znajdują się ławki, okien brak, a drzwi są i tak otwarte.

Droga na dworzec zajmuje jakieś20 min. Od razu po wyjściu z busa znajduje się chętny, ba nawet kilku chętnych, aby jechać do Bukit Lawang. Cena IR 50000 (ok 5 USD), odjazd za 5 min. Niech będzie.
I tak parę kilometrów dalej zatrzymujemy się i czekamy, aż bus się zapełni. Obok za to mają pyszne drożdżówki i sok. Mniam.

W miarę upływu czasu i kilometrów droga robi się spokojniejsza, węższa, a miasto zastępuje las i plantacje palm. W dodatku zaczęło porządnie lać. Wysiadam i o dziwo kierowca bierze ode mnie tylko połowę wcześniej ustalonej kwoty.  Pewnie to i tak więcej niż zwykle kosztuje ten kurs.

Od razu zaczepia mnie jakiś miejscowy i prowadzi do guesthouse (Bukit Lawang Indah Guesthouse and Restaurant). Nic mi nie szkodzi pójść i zobaczyć. Okazuje się całkiem nieźle, za IR 50000. Szkoda tylko, że nie ma ciepłej wody, ale za to 10 metrów dalej jest restauracja ze świetnym jedzeniem i ogromnym wyborem. Z tarasu restauracji lub wprost z okna mojego pokoju roztacza się widok na rzekę, która płynie zaledwie parę metrów dalej. To jest zupełnie inna Indonezja – spokojna, leniwa, zielona i cicha. Momentami przypominająca Laos.

Wieczór poznaję Matta i Gem, którzy w swoją podróż wyruszyli w maju i w maju też wrócą do Anglii. Na ich trasie jest jeszcze Singapur i wyścig F1, a później Australia, Nowa Zelandia oraz Ameryka Południowa.

Dzień 42 – Singapur

Rano wymeldowuję się z hostelu, plecak zostawiam na korytarzu pod ławką i idę do metra. Piekarnia na dole jeszcze jest zamknięta, więc na śniadanie będą dwa kawałki ananasa. Jadę do City Hall i podążam w odwrotnym kierunku jak wieczór. Ponownie przez Quays w głąb miasta, tylko, że chwilę później przechodzę przez most na drugi brzeg, pod South East Asia Museum.
Dalej przez Clarke Quay idę w kierunku Chinatown, które to już z pewnej odległości rzuca się w oczy wiszącymi nad ulicą lampionami. Poza kolejnymi centrami handlowymi znajduje się tam miejsce wpisane na listę UNESCO, a jest to parę przecznic, w obrębie których znajdują się stare domu z kolorowymi okiennicami ciągnące się po obu stronach ulic. A także sklepy z pamiątkami, restauracje, zakłady krawieckie i inne. W okolicy znajduje się Sri Mariamman Temple – hinduistyczna świątynia, jednak na mnie wrażenie wywarła Buddha Tooth Relic Temple z wielkimi posągami w środku oraz mnóstwem różnego rodzaju złotawych figurek poustawianych symetrycznie na ścianach.

W pobliżu świątyni i Chinatown znajduje się City Gallery (bezpłatnie), gdzie można się dowiedzieć paru ciekawych rzeczy na temat miasta. Jeszcze paręset metrów dalej mieszczą się kolejne dwie świątynie, ale bardzo podobne do wszystkich innych.

Stamtąd decyduję udać się pieszo do ogrodu botanicznego i w tym celu muszę przebyć ładnych parę kilometrów na drugą stronę centrum Singapuru. Po drodze mijam Orchad Road – ulicę, przy której mieści się kilkanaście centrów handlowych. Fast foody, restauracje, rozrywka i sklepy ze wszystkim. Od Nike po Pradę.
po dotarciu do ogrodu idę w kierunku jeziora łabędziego z pomnikiem podrywających się łabędzi do lotu na środku. W wodzie pływają ogromne ryby i żółwie. Zataczam rundkę i wracam z powrotem, żeby dotrzeć o zmierzchu w okolice Quays.

Czekam, aż bardziej się ściemni i rozkładam statyw. Wędruję tą samą drogą co rano, do Fullerton Hotel, a później przechodzę na drugą stronę, żeby tam zrobić parę ujęć Marina Bay Sands. Obchodzę zatokę. Chyba budują trybuny na zawody Formuły 1, mające się odbyć za paręnaście dni.

Wracam po plecak do hostelu i metrem jadę na drugą stronę miasta do Patryka z CS na nocleg. Trochę zajmuje mi odnalezienie drogi, ale w konsekwencji się udaje i spotykamy się na dziedzińcu, pod akademikiem.

Tego dnia przeszedłem ponad 33 kilometry spacerując po całym mieście. Nie licząc wieczornego przejazdu do Patryka, kiedy to już wyłączyłem GPS.
Dwa dni to zdecydowanie za mało, żeby dobrze poznać miasto, jednak wystarczająco dużo, aby poczuć jego atmosferę i panujące w nim zasady. Singapur nie przypomina innych azjatyckich miast i bliżej mu do świata zachodniego, szczególnie że wiele ludzi tam pracujących i mieszkających to obcokrajowcy. Z tego i innych względów w Singapurze obowiązują aż cztery języki urzędowe – angielski, chiński mandaryński, tamilski i malajski. Dodatkowo w państwie-mieście panuje niesamowity porządek i obowiązują surowe zasady.

http://www.sports-tracker.com/#/workout/Maslanka/7lvfjci3b9c64n6h

Dzień 41 – Miri – Singapur

Sean, Chris i Michael lecą o 9 rano do Bori – w głąb Bornego, a ja o 10 do Singapuru, więc razem z Seanem jedziemy na lotnisko, gdzie spotykam po raz ostatni dwójkę jego znajomych.

Dwugodzinny lot linią AirAsia przebiega spokojnie i przed południem ląduję na Changi International Airport. Lotnisko od razu rzuca się w oczy swoją czystością i nowoczesnością.

Po rutynowej kontroli paszportowej, przy której mają cukierki, kieruję się do terminala drugiego, skąd metrem, zieloną linią EW jadę do stacji Aljunied. Jane poleciła mi tutaj jeden z hosteli. Jego zaletą jest niewątpliwie bliskość do metra. Na tym koniec zalet. Nie można liczyć na żadną kawę czy herbatę, jak widnieje w opisie, a łóżko pod „materacem z 5 gwiazdkowego hotelu” skrzypi przy najdelikatniejszym ruchu. Dodatkowo właścicielka sprawia mało miłe wrażenie.

Szybko jednak opuszczam hostel i piechotą idę do centrum. Na początek spacer po dzielnicy Little India i przegląd lokalnych świątyń. W większości przypadków, mimo że ładne, kolorowe, bogato zdobione, to jednak bardzo podobne. W oczekiwaniu na otwarcie jednej z nich (ponownie od 16), zatrzymuję się w lokalu po drugiej stronie ulicy na mały posiłek. Ryż z curry , kurczakiem i ziemniakami – całkiem dobre.

Z Little India idę na dół ulicą w kierunku meczetu, a następnie na Waterloo Street do dwóch kolejnych świątyń.
Do Canon Park wchodzę, a raczej wjeżdżam po ruchomych schodach, gdy jest już późno i wszystko jest zamknięte. Wychodzę z drugiej strony i kawałek dalej docieram do nabrzeży ciągnących się wzdłuż Singapore River. Do deptaku przylegają wszelkiego rodzaju knajpki i restauracje. Na końcu Clarke Quay, po prawej stronie mieści się Fullerton Hotel, niegdyś budynek poczty.
Z mostu po przeciwnej stronie ulicy rozciąga się widok na Marina Bay Sands – budynek na trzech nogach z ogromną łodzią wieńczącą całość. Tuż obok stoi Merillon – pół lew, pół ryba – symbol Singapuru. Obecnie ogrodzony do połowy wysokości na czas jakichś prac.