Dzień 2 – Wenecja – Rzym

Pobudka o 4 rano. Ja już czuję się jak w innej strefie czasowej. Ponownie krótki marsz na lotnisko. Bagaż nadajemy od razu do Osaki, pani jeszcze prosi, abyśmy włożyli go do plastikowego worka, co jest dobrym rozwiązaniem. Sam o tym czymś podobnym myślałem przed wyjazdem.

Do Rzymu lecimy na pokładzie Embraera E175 Alitali. Lot trwa zaledwie czterdzieści parę minut. Obsługa roznosi napoje i krakersy. Powoli wschodzi słońce.

Do lotu do Osaki mamy ponad 7h, a zatem jedziemy autobusem (8€  powrotny) do centrum Rzymu, na dworzec Termini. Następnie metrem (1,5€) i już jesteśmy zaledwie parę kroków od Watykanu, dokąd się właśnie kierujemy. Przed wejściem do bazyliki św. Piotra kontrola bezpieczeństwa i prześwietlenie bagażu. Wewnątrz obchodzimy ją całą, począwszy od Piety Michała Anioła, przez nawę z grobem beatyfikowanego papieża Jana Pawła II, ołtarz z relikwiami św. Piotra oraz szopkę. Kolumnada Berniniego na placu św. Piotra jest częściowo w remoncie.

Wychodząc z Watykanu przechodzimy obok Zamku św. Anioła, mostem na drugą stronę Tybru na Piazza Navona, do fontanny Czterech Rzech – dzieła Berniniego. Parę zdjęć i idziemy dalej do Panteonu, pod fontannę di Trevi i Schody Hiszpańskie.

W drodze powrotnej na dworzec Termini mały posiłek, zakupy na drogę w Spaarze, ale autobus na lotnisko odjeżdża nam tuż sprzed nosa, więc w międzyczasie idziemy do pobliskiej bazyliki Santa Maria Maggiore. Kolejnym autobusem, pół godziny później jedziemy na lotnisko.

Jako pasażerom Alitali mamy możliwość skorzystania z przywileju szybkiej odprawy bezpieczeństwa, po czym kierujemy się do terminala G. Boarding rozpoczął się 50 minut przed odlotem i idziemy prosto w kierunku odpowiedniego terminala. Jeszcze tylko ciekawski celnik, który pyta dokąd lecimy, w jakim celu, na jak długo, skąd przylecieliśmy wcześniej oraz czy mieszkamy w Wenecji. Po tej serii pytań puszcza nas i idziemy dalej, dalej, dalej, aż obecny terminal się kończy i trzeba przejechać kawałek pociągiem prosto do terminala G.

W autobusie do samolotu prawie sami Japończycy, my i jeszcze paru innych Polaków. Jest nas nawet więcej niż Włochów.

Miejsca mamy prawie na samym końcu, z lewej strony na pokładzie Airbusa A330-200.

Jakiś czas po starcie obsługa serwuje obiad. Wybieramy danie japońskie – kurczak z ryżem, szpinak, rzepa, łosoś, a na deser kawałki ananasa z kiwi i jednym winogronem. Na ekranie osobistego centrum rozrywki obserwuję trasę i parametry lotu. Lecimy nad Splitem, Belgradem, przez Karpaty, poniżej Kijowa, Moskwy, pod Ufą, Czelabińskiem, pomiędzy Irkuckiem, a Ułan Bator, nad pokrytą śniegiem pustynią Gobi, Pekinem, zasypanym śniegiem Seulem i największą z japońskich wysp – Honsiu.

 

Dzień 1 – Wylot

Nadszedł dzień wyjazdu do Japonii. Jednak zanim tam dotrzemy musimy pokonać wcześniej parę etapów podróży.
Tak więc do Warszawy jedziemy pociągiem RegioEkspres z Katowic. Jest to pociąg bezprzedziałowy z wyświetlaczem pokazującym prędkość, najbliższe stacje, odległość do nich i czas przyjazdu. Działa również wifi i jest serwis pokładowy. W centrum Warszawy wrzucamy coś na ruszt i autobusem linii 175 spod dworca centralnego jedziemy na Okęcie lub lotnisko im. Fryderyka Chopina. Jak zwał tak zwał.
Bagaż wymaga trochę przepakowania, bo zamiast wykupionych 15kg mamy 18,5kg. Mimo wszystko udaje się przepchnąć 16,5kg bez problemów.
Z okna terminala, a później z płyty lotniska obserwuję nowego Dreamlinera 787 LOT’u. Coś przy nim majstrują.
Lot na pokładzie A320-200 linii AirOne jest spokojny. Tuż za Warszawą pojawiają się chmury i nie widać nic. Dopiero nad Słowenią poprzez białą watę przebijają się wierzchołki szczytów Alp Julijskich.
Pomimo lekko opóźnionego startu, w Wenecji na lotnisku Marco Polo jesteśmy przed czasem. Odbieramy bagaż i 20 minut piechotą idziemy do najbliższej miejscowości Tessara, gdzie mamy zarezerwowany nocleg (42€/2 os). Luca – właściciel, wyjaśnia w jaki sposób dotrzeć do centrum Wenecji. O ile autobus z lotniska kosztuje 6€, o tyle wsiadając jeden przystanek dalej, w Tessera Centro, już tylko 1,3€. Z Piazzale Roma, gdzie wysiadamy idziemy w stronę interesujących nas miejsc. Zagłębiamy się w wąskie uliczki Wenecji, poprzecinane kanałami i pospinane mostami. Dobrze, że mam GPS i trafiamy jak po sznurku na Plac św. Marka, choć pomiędzy wysokimi budynkami w ciasnych uliczkach ciężko jest złapać sygnał.
Oglądamy oświetlony nocą Pałac Dożów, bazylikę św. Marka z zewnątrz, robię parę nocnych zdjęć ze statywu i idziemy w stronę mostu Rialto nad Kanałem Grande. Kolorowe światła restauracji i latarni ulicznych odbijają się w wodzie tworząc barwny efekt.
W drodze powrotnej na Piazzale Roma kluczymy uliczkami prowadzącymi raz w prawo, raz w lewo, w labiryncie zdającym się nie mieć końca. Po godzinie 22 docieramy do pokoju. Szybkie przepakowanie plecaka i czas na krótki sen.