Dzień 4: Kazbegi – Meteostacja

Po przebudzeniu pierwsze co zrobiliśmy to wyjrzeliśmy za okno, by spojrzeć położony wysoko w górze kościółek świętej Trójcy, żeby mieć punkt odniesienia co do podstawy chmur.  Niestety nadal wisiały one nisko, na około 2900 m n.p.m. , choć to i tak trochę wyżej niż dnia poprzedniego. Optymistycznie nie nastrajały informacje od osób, którzy powrócili z meteostacji nie zdobywszy szczytu. Na górze rzekomo miało sypać śniegiem, a od przełęczy na szczyt szlak jest nieprzetarty, śniegu po kolana i w ostatnich dniach jakiekolwiek próby wyjścia wyżej kończyły się niepowodzeniem.

Na śniadanie robimy pożywną jajecznicę, w sklepie kupujemy ostatnie zapasy pożywienia na drogę i ruszamy. Pierwotny plan zakłada, że Kinga z Elkiem chcą dojść w okolice meteostacji, a następnie przeznaczyć jeden dzień na aklimatyzacjęi dopiero wówczas ruszyć na szczyt. Ja z kolei planuję wejść na Kazbek już następnego dnia ale tak naprawdę nie wiemy jak się wszystko ułoży i traktujemy nasze plany bardzo luźno.

Do kościółka św. Trójcy (Cminda Sameba) idziemy szlakiem, który w porównaniu z drogą jest bardzo stromy ale jako, że idziemy powoli, wręcz z nogi na nogę aby oszczędzać siły idzie się całkiem przyjemnie, a pogoda na taką wędrówkę jest w sam raz. Jedynym, co spędza mi sen z powiek jest temperatura tam na górze. Chcąc zaoszczędzić na wadze plecaka i zyskać na czasie marszu, a przy okazji trochę źle oceniając możliwe warunki pogodowe biorę zbyt lekkie ubrania tj. kurtkę, buty i rękawiczki.

Pobieżnie zwiedzamy kościółek, robimy parę zdjęć z nim i pasącymi się w pobliżu krowami i maszerujemy dalej. Nie jesteśmy jedynymi, którzy idą w góry, bo przed nami jest spora grupa, która wyjechała sobie autem.

Na widoki nie mamy co liczyć więc zostaje nam podziwianie kwitnących jeszcze rododendronów na wysokości ponad 2900 m n.p.m.

Przejście przez rzekę płynącą od lodowca jest bezproblemowe, choć obawiałem się tego. Pogoda jest pochmurna, więc i śnieg się nie wytapia za szybko i rzeka nie niesie dużo wody.

Na lodowcu Gergeti wchodzimy w chmury, choć momentami na kilkanaście sekund pojawia się słońce. W każdym razie jest tak jasno, że nie sposób iść bez okularów. Na tym odcinku jesteśmy zmuszeni wspomagać się GPS’em by iść zgodnie ze szlakiem.

Po godzinie 16 docieramy do meteostacji. Nie zatrzymujemy się jednak na długo. Chcemy tylko coś zjeść w ciepłym pomieszczeniu i ruszyć dalej, żeby wejść jak najwyżej i znaleźć miejsce pod namiot. Rozbicie namiotu w obrębie meteostacji jest obecnie płatne 10 lari. Z bieżącą, górską wodą, jak i z zasięgiem nie ma problemu. Termometr pokazuje -2C. Od Elka dostaję dodatkowe dwie koszulki, które natychmiast ubieram na siebie.

Idziemy jeszcze może pół godziny, mijamy biały krzyż i kawałek za nim, na śniegu znajdujemy kawałek płaskiego terenu pod namiot. Jest dopiero 18 ale zostawiamy wszystko w namiocie, bierzemy tylko czołówki i raki i idziemy jak najwyżej, żeby się zaaklimatyzować. Nie wybieramy drogi przez lodowiec tylko po kamieniach i piargach wspinamy się mozolnie pod górę jedną. Jesteśmy dokładnie u podnóża Kazbegu.

Z minuty na minutę zaczynam opadać z sił, cienkie rękawiczki nie są w stanie ogrzać mi palców i często przystaję żeby odpocząć i się trochę rozgrzać. Nie przynosi to zbyt wielkiego efektu i zamiast zagrzać dłonie, bardzo szybko tracę ciepło w innych miejscach ciała. Kinga z Elkiem idą jeszcze wyżej, a ja postanawiam wracać jak najszybciej do namiotu, żeby się zagrzać i odpocząć. Jestem tak padnięty, że zasypiam od razu po wejściu do śpiwora i dopiero budzę się po ich powrocie.

Nadal jestem całkowicie bez sił, że nawet ręką nie ruszam, nie mówiąc o tym, żeby coś zjeść, choć pyszne liofilizaty spoczywają w plecaku. Silę się jedynie na kilka łyków herbaty, pod spód ubieram bieliznę termoaktywną, następnie trzy koszulki, sweter puchowy i kurtkę. Nie chcę żeby mi buty zamarzły więc usiłuję się z nimi wcisnąć do śpiwora ale ciągle o coś zahaczam, więc rezygnuję z tego pomysłu w obawie przed potarganiem śpiwora. Zostawiam je po prostu wewnątrz namiotu.

Jeśli chcemy wyruszyć rano na szczyt to czasu na sen i odpoczynek nie zostało zbyt wiele, a ja jestem kompletnie wyczerpany i obawiam się, że za te parę godzin nadal nie będę choćby w połowie swoich sił.

Zapis śladu trasy z GPS’u. Kazbegi – stacja meteo.

Zapis śladu trasy z GPS’u. Od stacji meteo.

Reklamy

Dzień 3: Tbilisi – Kazbegi(Stepantsminda)

Zwiedzanie Tbilisi rozpoczynamy od przejazdu metrem na stację Rustaveli, a następnie idziemy główną ulicą o tej samej nazwie. Idąc w stronę Placu Wolności z posągiem świętego Jerzego na koniu walczącego ze smokiem. Po drodze mijamy operę, teatr, kościół Kashveti, budynek parlamentu i muzeum, w którym mieści się również informacja turystyczna. Z Tavisuplebis moedani (Placu Wolności) kierujemy się w górę, w stronę Świątyni Ognia Ateshgah zbudowanej w V-VII wieku. Nieopodal znajduje się kościół Betlemi z pięknymi freskami, a na zewnątrz rozciąga się panorama na znaczną część Tbilisi. Idąc dalej schodami do góry docieramy do podnóża Kartlis Deda – Matki Gruzji, która w jednej ręce trzyma miecz na wrogów, a w drugiej dzban wina dla przyjaciół.

Kilkadziesiąt metrów dalej znajduje się twierdza Nariquala zbudowana w IV wieku, kiedy to służyła Persom jako cytadela.
Na dół schodzimy po schodach, choć jest również możliwość zjechania na dół wagonikiem.

Abanotibani to stara dzielnica Tbilisi znana z łaźni siarkowych, których odwiedzenie jest ciekawym doświadczeniem.

Po południu jadę metrem na stację Didube, skąd odjeżdżają marszrutki do Kazbegi. Podobno co dwie godziny. Siadam z samego tyłu i od razu poznaję Kingę i Elka, którzy tak jak ja planują udać się na Kazbek.

Przejazd Gruzińską Drogą Wojenną zajmuje ponad trzy godziny. Jest to praktycznie jedyna powszechnie dostępna droga łącząca Gruzję z Rosję pozwalająca na pokonanie Kaukazu. Rozpoczyna się ona w Tbilisi, a kończy we Władykaukazie (Osetia Północna, Rosja). Nie licząc oczywiście przejazdu przez Abchazję, która dla wielu osób jest niedostępna.  W miejscowości Gudauri, którą mijamy znajduje się ośrodek narciarski z wyciągami krzesełkowymi, dobrym zapleczem noclegowym oraz 35 km tras o różnym stopniu trudności.

Najwyższym punktem na jaki wznosi się droga jest Przełęcz Krzyżowa – 2379 m n.p.m. Jednak im bardziej wjeżdżamy w góry, tym gorsza pogoda się robi. Pada deszcz, chmury zasłaniają widoki i robi się zimno.

O ile w Tbilisi było ponad 30C, o tyle w Kazbegi jest około 15C i wysiadając w krótkim rękawie i sandałach jest naprawdę zimno. Nocujemy na kwaterze prywatnej u Marii (15 lari) ale właścicielka nie pozwala nam nawet skorzystać z kuchni, żeby coś sobie ugotować. Dobrze, że bojler grzeje wodę do 85C oraz, że Elek ma kuchenkę benzynową więc na kolację możemy sobie przyrządzić pyszne spaghetti z pomidorami, cebulą, papryką słodką i ostrą, a do tego azerska herbata.

Dzień 2: Achalciche, Wardzia, Tbilisi

Rano w ostatniej chwili łapiemy marszrutkę do Achalciche bo gdy docieramy do miejsca, w którym stoją zaczęła już wyjeżdżać z pobocza na drogę i szczęśliwie jeden z naganiaczy, który zapytał dokąd chcemy jechać machnął na kierowcę by poczekał.

Droga wiedzie górami, skrajem parku narodowego Borjomi-Kharagauli u podnóża którego, nad rzeką Kurą mieści się znane gruzińskie miasto uzdrowiskowe. Miasto słynie z butelkowanej w tym uzdrowisku wody mineralnej „Borjomi”.

Przed południem docieramy do Achalciche. Jako, że najbliższa marszrutka do Wardzi odchodzi za prawie godzinę, wykorzystujemy ten czas na zwiedzenie XII wiecznego zamku-twierdzy położonego na wzgórzu. Został on niedawno odnowiony i prezentuje się bardzo ładnie.

Droga pomiędzy Achalciche, a Wardzią prowadzi dolinami pomiędzy górami Małego Kaukazu. Jak to zwykle bywa w tego rodzaju środkach transportu, marszrutka to nie tylko przewóz osób ale również towarów. Wieziemy więc drabinę, parę worków zboża, trochę kabli, a nasze plecaki przy tym wszystkim wydają się być zwykłem bagażem podręcznym. Przed dojazdem do skalnego miasta, gdy bus prawie całkowicie pustoszeje, kierowca poleca przesiąść się nam do przodu, zwalnia i opowiada parę słów o okolicy.

Niestety jeśli chcemy zdążyć na ostatni, powrotny bus do Achalciche to mamy tylko godzinę na zwiedzanie. Tutaj również kierowca przychodzi nam z pomocą i po zakupie biletów (3 lari) i zamienieniu kilku słów z obsługą podwozi nas kilkaset metrów za główną bramę i oszczędzając tym samym paru minut marszu.

Skalne miasto zaczęto budować za panowania Jerzego III w 1185 roku, a ukończone zostało pod rządami jego córki – Tamary. W średniowieczu Wardzia służyła jako schronienie podczas najazdów mongolskich. Mogła pomieścić od 20 do 60 tys. osób. Zawierała klasztor, salę tronową oraz ponad 6000 komnat umieszczonych na 13 kondygnacjach. W mieście zainstalowano skomplikowany system nawodnień pobliskich pól uprawnych. Jedyny dostęp do klasztoru był za pośrednictwem kilku dobrze ukrytych tuneli blisko rzeki Kury.

Zwiedzanie miasta rzeczywiście nie zajmuje całej godziny, więc nie ma potrzeby się spieszyć. Zwiedzamy zatem powoli przeróżne komnaty, zaglądamy na wyższe kondygnacje, skąd rozciąga się widok na resztę skalnego miasta, góry oraz rzekę.
W busie zostawiliśmy plecaki, a gdy schodzimy na dół do odjazdu pozostaje jeszcze parę minut.

Po dotarciu do Achalciche planujemy pojechać prosto do Gori, jednakże docelowo do Gori nie jedzie nic, więc wsiadamy do marszrutki w kierunku Tbilisi, a na pytanie o Gori kierowca kiwa głową „da, da, Gori”.

Paręnaście kilometrów za Khashuri zaczyna się szeroka, dwupasmowa autostrada. Znaki drogowe informują, że do Teheranu jest już tylko 1295 km, do Baku 600 parę, a do Erewania połowę mniej. Natomiast nigdzie nie widać znaków czy zjazdów w stronę Gori. Dopiero gdy włączam GPS okazuje się, że do Tbilisi jest już bliżej niż do Gori, które zostało daleko w tyle. Nic to jednak nie szkodzi, bo zawsze możemy tam pojechać w drodze powrotnej.

Wysiadamy na dworcu zaledwie parę metrów od stacji metra Didube. Problemem jest jednak to, że nigdzie nie ma żadnej mapy czy rozkładu stacji, a za bardzo nie wiemy dokąd chcemy jechać. Z pomocą przychodzi jakiś chłopak, który pokazuje nam, na której stacji w centrum możemy wysiąść, żeby znaleźć nocleg. Wysiadamy więc na Avlabari i idziemy brukowaną uliczką w dół, przy której za 25 lari od osoby znajdujemy przyzwoity pokój.

Wieczór idziemy jeszcze w kierunku starego Tbilisi, które mieści się dosłownie parę metrów dalej, za rzeką Kurą. Na kolację zamawiam sobie gruzińskie kebabi z baraniną ale muszę przyznać, że spodziewałem się czegoś w rodzaju kebabu, a dostałem baranią parówkę z dodatkiem cytryny w cieście.

Dzień 1: Okolice Kutaisi

Do Kutaisi na lotnisko imienia Dawida Budowniczego przylatujemy przed czasem, co w tanich liniach jest raczej normą, ponieważ w ten sposób poprawiają sobie one statystki i praktycznie nie spóźniają się. Dawno nie miałem możliwości lecieć Wizz Airem i zapomniałem już jak mało miejsca może być na nogi. Pomimo lotu odbywającego się w nocy trafił się wyjątkowo gadatliwy steward, który o nieludzkich godzinach zachwalał w dwóch językach promocje na przekąski ze zniżką 1€ lub paczką orzeszków gratis przy zakupach łączonych.

Podczas schodzenia do lądowania przywitały nas błyskawice na niebie i pogoda zapowiadała się paskudna, jednak po wylądowaniu nie było wcale źle. Co prawda upały zostały w kraju ale pomimo wiszących nisko ciemnych chmur przynajmniej nie padało, a poza tym wcale nie było zimno.

Przed terminalem stało kilka marszrutek, których kierowcy otoczyli szczelnie drzwi lotniska osaczając podróżnych i oferując przejazdy m.in. do Tbilisi, Batumi, Mestii. My jednak postanowiliśmy zwiedzić najpierw okolice Kutaisi, a dopiero później ruszyć w dalszą drogę. Umówiliśmy się z kierowcą taksówki, że objedziemy jaskinię Prometeusza, klasztor Motsameta, kościół Gelati oraz katedrę Bagrati co ma kosztować 75 lari.

Pierwsza na cel idzie jaskinia, która znajduje się 20 km od Kutaisi – w Kumistavi. W przewodniku czytam, że jaskinia jest otwarta od 10, a dochodzi dopiero 7, jednak kierowca mówi, że w książce źle jest napisane, bo jaskinia jest czynna. Po przyjeździe na miejsce okazuje się jednak, że Lonely Planet nie kłamał i wejście będzie możliwe dopiero za niespełna trzy godziny. W wielu informatorach natknąłem się na informacje, że wstęp jest bezpłatny, co już jest niestety nieprawdą. Bilet kosztuje 7 lari (3 lari studencki), a opcjonalny rejs łódką dodatkowe 6 lari.

Trasa zwiedzania liczy 1,2 km i zajmuje około godziny. Pani przewodnik niestety nie mówi po angielsku tylko po gruzińsku i niemiecku ale w naszej grupie znajduje się para Austriaków, która tłumaczy nam wszystko. Jaskinia jest naprawdę piękna, a poszczególne komnaty bardzo obszerne z licznie występującymi formami naciekowymi.
Po zwiedzaniu przychodzi czas na rejs łódką, jednakże nie jest tak ciekawy jak poprzednia część ponieważ nic ciekawego już nie widać i po chwili wypływamy na powierzchnię i dobijamy do brzegu.

Wracając do samochodu słyszę dochodzące zza krzaków odgłosy chrumkania i po chwili na drogę wybiega jedna świnia, a za nią kolejna.

Zwiedzanie rezerwatu Sataplia odpuszczamy ponieważ we wtorki jest nieczynny, a jak się później dowiadujemy zdecydowanie nie jest wart zwiedzania i rzekomo wcale nie przypomina rezerwatu w naszym rozumieniu tego słowa.

Kierujemy się natomiast do klasztoru Motsameta, który leży na zboczu klifu, ponad wąwozem, którym płynie rzeka Tskhaltsitela (Czerwona rzeka). Nazwa rzeki wzięła się od legendy o dwóch braciach, księciach Argveti  – Dawidzie i Konsantym Mkheidze, którzy sprzeciwili się jarzmowi tureckiemu i postwieni przed wyborem przejścia na islam celem zachowania życia odmówili. Ich ciała zostały wrzucone do rzeki, która od krwi zmieniała kolor na czerwony. Następnie rzekomo lwy miały wyciągnąć ich ciała i umieścić na wzgórzu, gdzie obecnie mieści się klasztor.
Podobno jeśli przeczołgać się trzy razy przed bocznym ołtarzem, gdzie znajdują się ich kości to spełni się nasze życzenie.

Pięknie położony kompleks klasztorny Gelati jest następnym miejsce, do którego się udajemy. Zbudowany przez Dawida Budowniczego w XII wieku służył za centrum chrześcijańskiej kultury. Wielu gruzińskich władców łącznie z samym Dawidem zostało tam pochowanych. W trakcie naszego zwiedzania klasztor spowijała delikatna mgła i nisko zawieszone chmury ale to tylko dodawało mu uroku i tajemniczości. Monastyr został w 1994 roku wpisany na Listę światowego dziedzictwa UNESCO i jest zdecydowanie warty zobaczenia.

Wracając już do miasta kierujemy się do ostatniego z miejsc, które chcemy zobaczyć – katedry Bagrati również położonej na wzgórzu Ukimerioni. Nim jednak będzie dane nam tam dotrzeć kierowca kolejny już raz nie ma pojęcia dokąd jechać i sprawia wrażenie jakby wszystkie te miejsca odwiedzał po raz pierwszy.
Rekonstrukcja katedry została ukończona w 2012 roku po jak Turcy zburzyli znaczną jej część w 1692 roku. Jednakże prace te spotkały się ze sprzeciwem ze strony UNESCO, ponieważ istniała obawa, że katedra straci przez to swą autentyczność.

Po powrocie do centrum rozstajemy się z naszym kierowcą i w tym momencie okazuje się, że cena za zwiedzanie to już nie 75, lecz 90 lari, a to tylko pierwszy przykład z wielu, że gruzińska gościnność w stosunku do turystów występuje, owszem ale niejednokrotnie trzeba sobie za nią zapłacić.

Popołudniu próbujemy przedostać się w okolice skalnego miasta Wardzia i łapiemy busa jadącego w kierunku Tbilisi, który wysadza nas w Khashuri przy skrzyżowaniu do Achalciche. O tej porze nie jedzie już nic w tamtym kierunku, a przejazd taksówką nas w żaden sposób nie urządza, więc postanawiamy tutaj przenocować.
Po drodze kupuję kartę SIM Geocell za 2 lari (1 lari do wykorzystania), plus pakiet internetowy 500 MB za kolejne 10 lari.