Mapa podróży po Azji Środkowej

W ramach podsumowania i łatwiejszego zwizualizowania trasy przeze mnie przebytej dodaję mapę. Nie jest w 100% dokładna – z Murghabu do Khorogu nie jechaliśmy trasą M41 tylko przez Korytarz Wachański ale myślę, że daje ogólny obraz drogi.

Reklamy

Chodżent

Po dotarciu do głównej drogi trafiamy  na tłum kierowców chętnych nas zabrać dosłownie wszędzie. Pospiesznie ich wymijamy i idziemy na ostatnie wspólne śniadanie do restauracji po drugiej stronie ulicy. Zatrucie co raz bardziej zaczyna mnie męczyć i nie mam zbytnio ochoty jeść ale jako, że nigdy nie wiem kiedy będzie okazja na kolejny posiłek, decyduję się na jajecznicę z herbatą.

Cały czas rozważałem czy nie pojechać jeszcze samemu do jezior od drugiej strony ale zdaję się na los, a ten nasyła na mnie kierowcę jadącego do Chodżentu (zresztą nie czuję się już na siłach wracać w góry. Z 70s zbijam cenę do 50, wsiadam i ruszamy w drogę. Droga choć dobra, to cały czas wiedzie przez góry, przełęcze i tunele. Dopiero po jakichś 120km góry zostawiamy za sobą i po raz pierwszy od przyjazdu do Tadżykistanu widzę ten kraj tak płaski. Po obu stronach ciągną się pola uprawne, sady. Jednym słowem – rolniczy krajobraz choć ziemia wydaje się być sucha, jałowa i pozbawiona wody. Temperatura na termometrze już prawie przekroczyła 40C, a kierowca dopiero po 3h jazdy zdejmuje bluzę.

Wysiadam gdzieś w centrum miasta ale tak naprawdę nie mam pojęcia dokąd się udać. Chodżent nie obfituje w bazę noclegową. W Lonely Planet jest napisane, że marszrutka w kierunku Kanibodom, w stronę Doliny Fergany w Uzbekistanie jeździ tylko rano. Później trzeba złapać taksówkę do granicy, a następnie powtórzyć tę czynność po stronie uzbeckiej by dotrzeć do Kokand.

Postanowiłem spróbować wsiąść w jakąkolwiek marszrutkę jadącą w tamtym kierunku i ewentualnie wysiąść po drodze nad zbiornikiem wodnym Kairakum, gdzie mógłbym spokojnie rozbić namiot.

W ten sposób dotarłem do Ghafurov, gdzie wstąpiłem na stację kolejową zapytać czy może jakiś pociąg nie zmierza do granicy. Niestety, pociąg jeśli już gdzieś jedzie to raczej do Rosji czy Kazachstanu. Zatem nic lokalnego. W dodatku kasjerki powiedziały, że to przejście graniczne z Uzbekistanem w Dolinie Fergany jest zamknięte i muszę skorzystać z innego. Ciężko było mi w to uwierzyć bo nigdzie w Internecie nie natknąłem się na jakąkolwiek wzmiankę o tym fakcie, a niewątpliwie jakaś by była, gdyby to była prawda. W końcu o lawinie przed Khorogiem dowiedzieliśmy się bardzo szybko.

Wyczytuję w przewodniku informacje o jakimś niedrogim noclegu w centrum Chodżentu. Postanawiam wrócić do miasta i spróbować odnaleźć to miejsce, a mianowicie hotel Sharq. Co prawda, gdy pytam o drogę, ludzie odradzają mi to miejsce mówiąc, że nie jest za dobre ale mimo wszystko nie zaszkodzi przekonać się na własne oczy. Hotel mieści się rzekomo na pierwszym piętrze, nad bazarem Panchshanbe (z tadżyckiego czwartkowy). Gdy jeszcze raz dopytuję o to miejsce, już na samym targu, starszy pan mówi, że miejsce jest od co najmniej czterech lat zlikwidowane, choć informacja o nim widnieje w ubiegłorocznym wydaniu przewodnika, i postanawia mnie zaprowadzić do innego hotelu – tego, pod którym wysiadłem przyjeżdżając do miasta. Po drodze jednak proponuje nocleg u siebie w domu mówiąc, że ma wolny pokój i nie stanowi to dla niego żadnego problemu.

IMG_5311

W domu Misza – bo tak ma na imię częstuje mnie przepysznym, soczystym i słodkim arbuzem oraz melonem. Chwilę później dostaję obiad choć z każdym przełkniętym kęsem czuję jak skręca mnie w brzuchu z bólu. Rodzina postanawia umówić mnie ze znajomym lekarzem na konsultację. W praktyce wygląda to tak, że udajemy się do apteki za rogiem, gdzie aptekarz przez telefon rozmawia z lekarzem w międzyczasie badając mój brzuch. W efekcie dostaję kroplówkę. Na zapleczu kładę się na kozetce, a kroplówka wisi w prowizorycznym stelażu zrobionym z pustej, rozciętej butelki.

Drugiego dnia po śniadaniu, Ilja – syn Miszy zabiera mnie na zwiedzanie miasta. Chodżent, mimo że założony jeszcze przez Aleksandra Wielkiego, nie obfituje w zabytki. Mimo wszystkie kierujemy swe kroki na bazar Panchshanbe. Siła wyższa zmusiła mnie kupić kartę pamięci. Nowy Compact Flash firmy Kingston do aparatu przestał działać po 200 zdjęciach i musiałem kupić parę GB. Nie byłem na szczęście na straconej pozycji bo cały czas mogłem z działającej karty wgrywać zdjęcia do telefonu, co też czyniłem już w Górach Fan. Jednak i w telefonie miejsca zaczęło ubywać także zdecydowałem się dokupić kartę do telefonu i tam robić kopię zapasową. Oczywiście nie zdjęć, te są zbyt cenne by trzymać je na karcie kupionej na tadżyckim bazarze. Po zwolnieniu miejsca w telefonie zdjęcia kopiuję do pamięci telefonu, a resztę danych kopiuję na nową kartę pamięci. Naprzeciwko bazaru wznosi się XIV wieczny kompleks religijny Sheikh Massal ad-Din z XIX wiecznym minaretem. Tuż obok powstaje współczesna konstrukcja.

IMG_5302

IMG_5304

W drugiej części miasta, za rzeką Syr Daria mieści się pomnik Somoniego, który stanął na miejscu 22 metrowego posągu Lenina, który przeniesiono tu z Moskwy  1974r. Zwiedzamy ponadto jeszcze stadion miejski i sklep z tapetami, w którym pracuje Ilji ciocia. Takich ciekawych miejsc było jeszcze kilka, szczególnie gdy spotykaliśmy jego znajomych, którzy zapraszali nas na przykład do …sklepu AGD/RTV.

IMG_5329

Popołudniu pojechaliśmy nad zalew Kairakum choć do końca byłem przekonany, że będziemy oglądać jakieś ruiny. Ilja cały czas wspominał o „murach” (nie było to rosyjskie „mope” – morze) i nie było słowa o jeziorze. Jakież było moje zdziwienie kiedy przyjechaliśmy na plażę, gdzie można się kąpać, pływać, są parasole i cała tego typu infrastruktura. Tym większe było moje zdziwienie, bo dwa dni temu na stacji kolejowej pytałem o ten zalew i dowiedziałem się, że tu nie ma żadnego jeziora i że to tylko rezerwuar i tam nie ma gdzie nocować.

Ochłodziliśmy się w wodzie, posiedzieli niedługo w cieniu i wróciliśmy na obiad do domu.

Góry Fan

O 9 rano mamy umówiony samochód z kierowcą, który zabierze nas w Góry Fan. Jest to kuzyn Julii – współlokatorki Martina. Po drodze zabieramy jeszcze z jednego z hosteli Tilmana – Niemca w średnim wieku, którego znaleźliśmy wysyłając maile do hosteli z zapytaniem czy któryś z ich gości nie jest zainteresowany podzieleniem kosztu przejazdu. I tak na siebie trafiliśmy.

Płatna droga wylotowa jest w całkiem dobrym stanie. Jedzie się szybko i przyjemnie. Słynny tunel Anzob jest niestety albo i stety zamknięty i musimy jechać górami, przez przełęcz. Tracimy na tym około dwóch godzin ale nie ma tego złego, ponieważ widoki rekompensują wszystko. Wąską, szutrową drogą bez barierek wjeżdżamy mozolnie na wysokość prawie 3000 m n.p.m. Po drodze mijamy parę wraków samochodów, które najwidoczniej zjechały z drogi i spadły w przepaść.

IMG_4933 IMG_4946 IMG_4948

Przy jeziorze Iskander Kul płacimy opłatę wstępu do parku (6,5s/dzień) i jedziemy jeszcze parę kilometrów dalej – do wioski Sarytag. Po drodze mijamy daczę prezydenta wraz z dwoma lądowiskami dla helikopterów wybudowaną nad samym brzegiem jeziora.

Ostatnie kilometry to podjazd i nabieranie wysokości. Droga prowadzi momentami wąskim wąwozem pośród czerwonych skał, z których zbudowane są te góry.

W Sarym-tagu zarzucamy plecaki na plecy i ruszamy na szlak. Nie jest to jednak takie proste, bo najpierw musimy znaleźć most, który umożliwi nam przejście przez rzekę. Teraz dopiero zaczyna mi coś świtać w głowie a propos mostu, że gdzieś kiedyś czytałem, że zawalił się jakiś. Pierwszy albo drugi. Na pewno coś było o moście, jestem tego pewien choć nie mogę sobie teraz przypomnieć szczegółów, które mogłyby nam pomóc.

IMG_4977

Z pomocą miejscowych, którzy wskazują nam drogę do mostu, przedostajemy się na drugą stronę i ruszamy. Jak ruszyliśmy, tak też się zatrzymaliśmy bo urwał mi się pasek w plecaku mocujący namiot. Ten sam, który urwali mi podczas lotu do Kazachstanu i który szyłem na przystanku autobusowym, a później wraz z Ewą nićmi chirurgicznymi. Teraz nadszedł kres jego wytrzymałości. Paska, który się rozszedł i urwał, bo nici nie puściły. Przymocowałem więc namiot z boku plecaka, tracąc na stabilności i równowadze. Szliśmy więc dalej doliną, delikatnie nabierając wysokości. Szliśmy, szliśmy, aż nie zatrzymała nas rzeka Kaznok. A dokładniej brak mostu, który ewidentnie powinien być tam, dokąd prowadził szlak. I tutaj zaczęły się schody i pytania, co dalej robić? Wojtek wrócił się do tyłu szukać mostu, który może ominęliśmy. Ja poszedłem do przodu zboczem, wzdłuż rzeki szukając miejsca, w którym dałoby się przekroczyć rzekę. Każdy z nas wrócił z niczym. Zarówno kawałek wcześniej jak i dalej, rzeka jest wartka, szybka i głęboka, więc szanse na jej przejście są znikome. Padają pomysły aby narzucać kamieni lub zwalić jakieś drzewo i tak przejść na drugą stronę jednak zajęłoby nam to bardzo dużo czasu, a drzewa nie mamy nawet jak zwalić. Chyba, że wydrążyć dziurę w środku pnia i go przepalić. Podejmujemy jednak decyzję aby spróbować iść zboczem góry wzdłuż rzeki i szukać miejsca do przejścia na drugą stronę. Nie brzmi to jednak tak dobrze jak jest naprawdę. Zbocze jest strome, o kamienistym podłożu, które usypuje się spod nóg. Bardzo łatwo jest się poślizgnąć. Jeden nieostrożny krok i lecimy w dół do rzeki.

Miejsca do przejścia rzeki jak nie było tak nie ma. Posuwamy się powoli do przodu walcząc o każdy krok i dbając by dobrze postawić nogę. Raz idziemy wyżej rzeki, raz niżej. Wszystko w poszukiwaniu dobrego przejścia. W pewnym momencie noga mi objeżdża na kamieniach i zsuwam się kilka metrów po kamieniach w dół. Bardzo utrudnia niewyważony plecak z przymocowanym z boku namiotem, który teraz utrudnia wstanie na nogi. Może gdybyśmy mieli wyższe buty i kijki jak Tilman byłoby nam łatwiej. Jesteśmy zrezygnowani, źli i nie mamy ochoty iść dalej ale przechodzenie przez rzekę nadal byłoby bardzo ryzykowne. Nie tyle, że musielibyśmy wejść do lodowatej wody, płynącej prosto z lodowców, po szyję ale również dlatego, że ciężko byłoby przetransportować plecaki bez ich zmoczenia. Nie mówiąc już o tym, że nie mieliśmy żadnej liny na wypadek porwania przez rzekę.

IMG_4995

Gdy tak trwałem w bezsilności,Tilman machnął z oddali ręką i powlokłem się dalej nie zapominając by uważnie stawiać nogi. Sto metrów dalej była mała polana, w sam raz na rozłożenie namiotu, a tuż poniżej …most. Dobrze, że gdzieś pod koniec nie próbowaliśmy przechodzenia przez rzekę bo byłoby nam przykro, gdyby się okazało, że kawałek dalej szlak znów wraca na naszą stronę.

Przygotowujemy posiłek, jemy i idziemy spać w momencie, gdy akurat mocniej zaczyna padać deszcz.
IMG_5027 IMG_5029 IMG_5047

Rano jednak dzień wita nas ładną pogodą. Rozkładam panel słoneczny na plecaku, włączam GPS i kontynuujemy wędrówkę w górę doliny. Charakterystyką zarówno Gór Fan jak i Pamiru czy Tien Shanu jest to, że doliny są długie, mają od kilku do kilkudziesięciu kilometrów. Dodatkowo każda z takich dolin zawiera w sobie lub łączy się z innymi tworząc długą i rozległą sieć. Z tego właśnie powodu marsz samą doliną potrafi zająć kilka dni.

Idziemy cały czas wzdłuż rzeki. Tym razem szlak jej nie przekracza, a idzie wzdłuż prawego brzegu. Po drodze napotykamy jednak mniejsze dopływy, które trzeba pokonać. Mamy na to różne sposoby. Jeśli strumień jest wąski, a kamieni wystarczająco dużo to skaczemy z kamienia na kamień jak żaby. Gdy natomiast nie chcemy ryzykować poślizgnięciem i wpadnięciem do płytkiej lecz zimnej wody, zdejmujemy buty i przechodzimy boso.

Plan jest taki, aby dojść na przełęcz Kaznok i dostać się na drugą stronę do jezior Kuliakon. O 16 stwierdzamy, że może warto odpuścić wchodzenie dziś na przełęcz i odłożyć to na jutro. Znajdujemy kawałek płaskiego terenu nad rzeką i rozbijamy namioty. Obok nas stoi jakiś bardziej czasowy namiot ale nikogo nie ma w pobliżu i wejście do niego jest zasznurowane.

IMG_5146

Wieczór jest dość chłodny, w końcu nieopodal wciąż leży pokaźnej wielkości płat śniegu. Podczas gdy ja z Wojtkiem w zamkniętym namiocie siedzimy w kurtkach, Tilman beztrosko w klapkach i podkoszulku urządza sobie prysznic nad brzegiem strumienia, po czym w otwartym namiocie czyta książkę. Zahartowany.

Na kolację gotujemy spaghetti z sosem, a na deser raczymy się dużą porcją pysznego kisielu. Mniam!

Wieczór jest zdecydowanie piękny. Zachodzące słońce oświetla czerwone skały pięciotysięcznych szczytów, nierzadko pokrytych śniegiem. Zacny widok.

IMG_5118

Poranek ponownie przynosi piękną pogodę. Gdy słońce wychodzi zza gór robi się ciepło. Jemy śniadanie, pijemy kawę i przygotowujemy się do wyruszenia. Tilman wychodzi parę minut wcześniej. Po płacie śniegu służącym za most przechodzimy przez rzekę i skręcamy w jedną z dolin, która ma nas doprowadzić na przełęcz Kaznok. Korzystamy ze starych sowieckich map kartograficznych przekalibrowanych i wgranych do GPS’u. Ich skala to 1:50000 i przydałoby się w tym przypadku coś dokładniejszego ale nawet papierowa mapa Tilmana miała taką skalę. Po dłuższej debacie stwierdzamy, że nie ma możliwości aby to nie była ta dolina, szczególnie że na skale przy szlaku była umieszczona niewyraźna strzałka.

Szlak szybko zanika i idziemy do góry przed siebie. Kroczymy powoli po kamieniach i ziemi, która usypuje nam się z pod nóg. Płat śnieżny omijamy aby nie kusić losu. Przed nami w górze wznosi się ściana nagich skał, między którymi nie widać żadnej luki, gdzie mogłaby być przełęcz. Skręcamy lekko w prawo i kierujemy się na grań, z której jak sądzimy będzie można coś zobaczyć. Podejście robi się coraz gorsze i trudniejsze. Jest stromo i wszystko się sypie. Podłoże jest bardzo luźne. Jeśli tylko się da, staramy rękami chwytać się skał bo nie można ufać, że nagle nie osuniemy się w dół razem z kamieniami. Dochodzimy na grań, niestety nie widać śladu przełęczy. Jesteśmy już na 3850m n.p.m., czyli brakuje nam 200m, a przed nami nadal tylko skały bez żadnego wyraźnego przejścia między nimi. Dziwnym jest też to, że wyruszyliśmy ledwie 15 minut po Tilmanie, a nie spotkaliśmy go, ani nie widzieliśmy nigdzie po drodze.

Postanawiamy wracać. Próbujemy zejść drugą doliną, która wydaje się łagodniejsza, choć od razu przewiduję, że może nie był wcale tak łatwo jak się na pierwszy rzut oka wydaje. Rzeczywiście, dwadzieścia minut później okazuje się, że miałem racje i natrafiamy na dwa progi skalne, a jeden gorszy od drugiego. Wpadam na pomysł, że bez plecaków jest duża szansa aby spróbować zejść po jednym z nich, a plecaki opuścić na sznurkach od namiotu. Po rozwinięciu okazuje się, że sznurki są trochę krótkie ale przynajmniej sięgają do miejsca, w którym można je będzie przewiązać i opuszczać dalej. Wojtek jednak jest sceptyczny co do mojego pomysłu i obawia się schodzenia po skałach. Chyba ma rację. W przypadku upadku, jedyny bezpieczny sposób dotarcia do poszkodowanego to powrót na grań, zejście na dół i podejście od dołu. Najbliższa pomoc to w razie wypadku nie byłby helikopter ani jakakolwiek służba górska, która najzwyczajniej w świecie tutaj nie istnieje, a co najwyżej pan z osiołkiem, który pomógłby przetransportować uszkodzonego delikwenta (czyli w tym przypadku któregoś z nas) na dół.

IMG_5159 IMG_5167

 

Wracamy z powrotem na grań i mimo wszystko schodzimy pierwotną trasą. Robimy to na raty, ponieważ kamienie cały czas sypią się spod nóg i któryś z nas mógłby oberwać. Jest ciężko, nawet bardzo. Jedyny plus, że od dawna jesteśmy dobrze zaaklimatyzowani i wysokość na nas nie działa. Nie mniej jednak ubywa nam sił i jesteśmy bardziej zmęczeni. W pewnym momencie poślizgam się na kamieniach, osuwam parę metrów w dół, wpadam na płat śnieżny przez który przelatuję w mgnieniu oka obracając się dookoła własnej osi i ląduję po jego drugiej stronie na kamieniach. Miałem dużo szczęścia, że nic mi się nie stało poza drobnymi zadrapaniami. Ale to nic, od dawna mam poobijane i poobdzierane łydki od spadających kamieni.

Po kilku godzinach jesteśmy znów w punkcie wyjścia. Nie nocujemy w tym samym miejscu co ubiegłej nocy tylko powłócząc nogami schodzimy godzinę w dół do kolejnej polany, na której rozbijamy się przy strumieniu. Od dawna marzę o ciepłym budyniu na deser, a jak na złość kuchenka nie chce odpalić. Przy wysokości powyżej 3000m dało się zauważyć problemy z używaniem zapalniczek i musieliśmy korzystać w dużej mierze z zapałek. Kuchenka również zauważalnie gorzej działała ale zawsze odpalała. Tym razem jest jakiś problem, a mało kiedy jest tak potrzebna jak teraz. Nadchodzi wieczór, robi się chłodniej, a ja chodzę boso po trawie bo jedną nogą wpadłem do rzeki podczas przeskakiwaniu z kamienia na kamień i jest mi trochę zimno. Poza tym jedyne jedzenie jakie mamy to takie, które wymaga gorącej wody. Kwadrans spędzam rozbierając i czyszcząc kuchenkę, co jak widać pomaga bo kuchenka zaczyna działać, choć ciśnienie jest słabe mimo odkręcenie zaworu. To może być jednak kwestia słabej jakości paliwa kupionego jeszcze w Pamirze. W każdym razie udaje nam się ugotować pyszny, ciepły i pożywny posiłek.

IMG_5175 IMG_5185

Ostatniego dnia pozostało nam już tylko zejście do Sarytagu. Zajmuje nam to może pół dnia, choć już od wczoraj zastanawiamy się jak przejdziemy na drugą stronę rzeki. Żadnemu z nas nie uśmiecha się zmaganie po raz kolejny ze stromym, kamienistym, osuwającym się zboczem. Spotykamy jednak parę osób idących do góry i albo przechodzili w wodzie po pas trzymając się zwalonego pnia albo już od wioski szli drugim brzegiem.

IMG_5199

Natrafiamy również na pasterzy wypasających owce i kozy na zielonych polanach. Rozmawiamy parę minut o tym, jak nie udało nam się znaleźć przełęczy i dojść do jezior Kuliakon oraz Alaudin. Częstują nas suszonymi rodzynkami, które mają w woreczki. W drugim natomiast znajduje się coś, co wygląda jak resztki barana. Na szczęście tym nas nie częstują.

Idąc cały czas szlakiem, bez prób przejścia przez rzekę docieramy do wylotu doliny i praktycznie do wioski. Tam znajdujemy inny most, który wygląda jakby miał już długo nie pociągnąć ale przechodzimy bezpiecznie.

IMG_5241 IMG_5243 IMG_5248 IMG_5249 IMG_5264

Słońce grzeje niemiłosiernie. Tutaj na dole jest to jeszcze bardziej odczuwalne. Swe kroki kierujemy od razu do najbliższego i chyba jedynego otwartego sklepu w wiosce. Kupujemy zimne picie, siadamy na ławce i rozważamy co dalej robić; czy od razu próbować się dostać dalej i może dotrzeć do jezior Alaudin od drugiej strony czy też zostać w okolicy na noc. Od razu znajdujemy się też w centrum uwagi miejscowych, którzy proponują nam transport. Nie pytamy nawet o szczegóły bo na razie nie jesteśmy zainteresowani. Po prostu siedzimy i nawadniamy organizmy. Dopiero po godzinie spędzonej na ławce pod sklepem ruszamy dalej. Łapiemy stopa i jedziemy kilkanaście kilometrów do jeziora Iskander Kul. Tam natrafiamy na kierowcę z Sarytagu, którego widzieliśmy pod sklepem wcześniej. Deklaruje, że zwiezie nas rano do głównej drogi za 50s/os, a za 60s dostarczy Wojtka do Duszanbe. Do jezior Alaudin życzy sobie już 250s. Powtarza to wszystko kilkanaście razy. Ewidentnie jest lekko wstawiony i nachalny.

Namiot rozbijamy w ośrodku wypoczynkowym tuż nad samym jeziorem. Obok nas nocują Rosjanie, którzy wspinali się m.in. na Pik Energia (i jadą na Pik Lenina) i przeszli przez przełęcz Kaznok. Z drugiej strony jest podobno dużo śniegu i ciężko by nam było zejść bez raków.

IMG_5298

Iskanderkul

Iskanderkul

Na jeziorze widać charakterystyczną linię oznaczającą dokąd kiedyś sięgało lustro wody. Jednak za sprawą trzęsienia ziemi poziom wody opadł o kilkadziesiąt metrów.

W ośrodkowej stołówce wcinamy kolację, która jak się niedługo później okaże, będzie przyczyną mojego zatrudnia pokarmowego.

Noc także nie należy do najmilszych. Tuż obok naszych namiotów miejscowi sobie imprezę z głośną muzyką i krzykami do późnej nocy. Dopiero interwencja Wojtka przed 1 w nocy przynosi trochę spokoju. Trochę, bo o 6 rano budzą nas krzyki i hałasy.

Do głównej drogi planujemy dotrzeć stopem i nie korzystać z usług nieprzyjemnego kierowcy. Po 10 minutach przy drodze podjeżdża jakiś samochód i kierowca za 20s/os zgadza się nas podrzucić na dół.

Zapisy śladów trasy z GPS:

Dzień 1

Dzień 2

Dzień 3

Dzień 4

Duszanbe

Wstajemy po 10, choć wciąż czuję jak mam obite kości od całodniowej jeździe jeepem. W południe umawiamy się z Martinem na lunch. Jego lunch, nasze śniadanie. W małej knajpce nieopodal jemy kurtob, tym razem pół porcji, z kompotem (11s). Naprawdę można się najeść. Po posiłku Martin wraca do pracy, a my ruszamy na eksplorację miasta.

Kurtob

Kurtob

Zaczynamy od parku Rudaki, przed którym stoi się pomnik X wiecznego władcy Ismaila Somoniego. Nieopodal wznosi się kolejny pomnik, tym razem perskiego poety – Rudakiego.

Pomnik Ismaila Somoniego

Sam park jest dość przyjemnym miejscem z mnóstwem zieleni, idealnie przystrzyżonej trawy, nad którą piecze sprawuje rzesza ogrodników i sporą ilością fontann. Zbudowano nawet sztuczny wodospad, ale niestety wodę włączają dopiero od godziny 17.

Kawałek dalej stoi wielki, biały, prostokątny budynek będący pałacem prezydenckim. W parku wznosi się również najwyższy na świecie, mierzący 125m słup z flagą.

IMG_4806 IMG_4804 IMG_4810 IMG_4807

Po zwiedzeniu centrum udajemy się po prostu przed siebie. W ten sposób natrafiamy na mecz w budowie będący już prawie na ukończeniu. Można wejść do środka, ale nic szczególnego tam nie ma.

Kawałek dalej mieszczą się jednak ogrody botaniczne (5s), do których wchodzimy. Ogrody to po prostu duży park ze szklarnią na środku, w której upchano na dość niewielkiej powierzchni parę gatunków ciepłolubnych kwiatów i drzew. Bardziej przypomina to szkółkę krzewów i drzew aniżeli ogród. Zewnętrzna część to z kolei zwykły park, jednak bardzo przyjemny w odbiorze. Spacerujemy alejkami, a dookoła na trawnikach piknikują ludzie.

Popołudniu kierujemy swe kroki do położonego na wzgórzu Parku Pobiedy, z którego roztacza się widok na całe miasto. Uświadamiamy sobie, że Duszanbe jest położone w kotlinie otoczonej z każdej strony niewysokimi górami. Swego czasu do parku docierała kolejka linowa, po której została górna stacja. W pewnym momencie w podchodzi do nas strażnik z ochrony i mówi, że w nocy jest tutaj mniej bezpiecznie. Nie wiem na ile jest to prawdą ale przy głównej alejce są umieszczone kamery.

Tuż przed samym parkiem stoi browar, którego zapach czuć już z pewnej odległości. Wstępujemy na chwilę, aby dać odpocząć zmęczonym nogom i ochłodzić się przez chwilę w klimatyzowanym pomieszczeniu.

IMG_4797

Wieczór, porządnie wygłodniali zmierzamy na powrót do centrum na jakiś posiłek. Za radą przewodnika wybieramy Rokhat Teahouse, które również z tego miejsca mogę polecić bo warto. Wojtek zamawia szaszłyka i małe ciastko, które okazuje się być suchą bułką, a ja barszcz i lagman – gęstą zupę z wołowiny lub baraniny z makaronem i warzywami. Do tego oczywiście kompot.

IMG_4852

Drugiego dnia naszego pobytu w Duszanbe, który ponownie zaczynamy solidną porcją kurtobu z kompotem, idziemy ponownie zwiedzać co miasto ma do zaoferowania. A trochę tego jest.

Wojtek postanawia odwiedzić muzea, które mnie za bardzo nie interesują, więc po prostu czekam na niego, aż skończy.

Kawałek na zachód od centrum, za rzeką Varzob jest niewielki park rozrywki. Wesołe miasteczko rodem z lat ’80 z dość leciwym diabelskim młynem.

Idąc dalej docieramy do ogromnego gmachu zwanego Tea House czyli herbaciarnią. Wciąż w budowie, choć już na ukończeniu ma być największą herbaciarnią na świecie. Nie mieści nam się to w głowie, ponieważ budynek jest wielki. Bliżej mu rozmiarami do naszego sejmu aniżeli herbaciarni jakie znamy z rzeczywistości. Nie mniej jednak jest piękny.

Tea house. Cultural and entertainment center in Dushanbe. Tajikistan. Central Asia

Dostajemy wiadomość od dziewczyn, że dotarły do Duszanbe i czekają na Martina aż wróci do mieszkania. Pomimo, że poza Martinem mieszkają w nim jeszcze trzy osoby, a na couchsurfingu jest nas już szóstka – ja z Wojtkiem, Ania z Marysią i para Francuzów, którzy także jechali stopem z Khorogu, to nie jest jeszcze ciasno.

Wojtek w jednym z biur podróży kupuje bilet na samolot do Biszkeku (100€). Tak jak w przypadku mojego z Ewą lotu do Osz, czas podróży ulegnie skróceniu z dwóch dni do zaledwie godziny, a koszt niewiele większy niż w przypadku jazdy marszrutkami. W związku z tym, mamy jakieś pięć dni aby wybrać się w Góry Fan tak, aby Wojtek zdążył wrócić do Duszanbe na samolot.

Robimy więc zapasy na targu choć nie ma tutaj orzeszków czy bakalii. Na ulicy Puszkina natomiast znajduje się bardzo dobrze wyposażony supermarket z różnego rodzaju jedzeniem, także owsiankami i kaszkami.

Jednym z ciekawszych miejsc, jakie było nam dane zobaczyć w Duszanbe było muzeum instrumentów muzycznych – Gurminj. W małym domu, wciśniętym pomiędzy restauracje, sklepy i bloki, mieści się prywatny zbiór unikatowych instrumentów, w szczególności strunowych, takich jak sitar, banjo i wiele wiele innych, których nazw nie jestem nawet pewien.

Pamir

Dzień 1: W kierunku Karakul

Wczesnym rankiem odprowadzam Ewę na marszrutkę do Sary Tash, która okazuje się, że jest …o 13. Wczoraj, gdy pytaliśmy o godzinę odjazdu to była 7, a dziś nic przed 13 nie odjeżdża. W związku z tym wracamy i zaczynamy poszukiwania auta z kierowcą do Murghabu dla 6 osób. Od początku napotykamy pewne trudności bo wszyscy zgodnie odsyłają nas poza miasto. Z tym, że jedni kierują nas do „fashion center”, inni znów na „Tajik bazaar”. Raz jedno z tych miejsc jest tuż za miastem, dosłownie parę skrzyżować dalej, a innym razem jest to 5 lub 15km. Zależy kogo akurat o to pytamy. Oczywiście trafiamy też na ludzi, którzy o wyżej wymienionych miejscach nie mają zielonego pojęcia.

W końcu jednak trafiamy na taksówkarza, z którym zaczynamy od rozmowy o podwiezieniu te parę kilometrów za miasto, a kończymy na uzgadnianiu transportu do Pamiru. Cena, którą on proponuje jest 8 razy niższa aniżeli w hostelu, a dodatkowo będziemy mieli dwa samochody na 6 osób. Umawiamy się na 10 pod hostelem i wracamy ogłosić reszcie dobrą nowinę. A tam, okazuje się, że w nocy znalazł się kierowca, początkowo za wyższą kwotę, na którą dziewczyny się nie zgodziły i stanęło na cenie wyjściowej. Zatem trzeba zrezygnować z transportu poprzez hostel. Nie mamy poza tym ochoty korzystać z ich usług nie tylko dlatego, że są droższe ale również dlatego, że obsługa nie jest zbyt przyjazna.

Przed 10 wymeldowujemy się i oczekujemy na przyjazd naszego przyszłego kierowcy-taksówkarza. Jak łatwo się domyślić moment ten nie następuje. Zdzwaniamy się przez telefon i dowiadujemy, że on nie może jechać do Tadżykistanu, nie ma odpowiednich dokumentów i w ogóle, w ogóle.

Mówimy sobie trudno i już z plecakami ruszamy za miasto, aby tam poszukać jakiegoś auta. Wtem odzywa się telefon i kierowca jednak decyduje się z nami pojechać. Przyjeżdża z kolegą dwoma autami ale cena jest już znacznie wyższa niż rano. Po krótkich, acz intensywnych negocjacjach zgadzamy się na 230$ za przejazd do Murghabu z noclegiem po drodze nad jeziorem Karakul, a dodatkowo zabierzemy Ewę do Sary Tash – to i tak jest po drodze.

IMG_4321 IMG_4329

Początkowo wszystkie idzie dobrze, lecz aby nie było za różowo sytuacja ulega zmianie wraz z upływem kilometrów. Kierowca, z którym mamy nieprzyjemność podróżować robi się nachalny, oznajmia nam, że to jego auto i może robić co chce, a na jednym z postojów informuje nas, że cena wynegocjowana przez nas jest tylko za jeden samochód. Wszystko jest tak absurdalne, że aż śmieszne. Na domiar złego zatrzymujemy się co kilka-kilkanaście kilometrów i podwozimy dodatkowe osoby lub podrzucamy komuś jakieś przesyłki.

Na szczęście nie wszyscy jeszcze zapłaciliśmy. Daliśmy tylko zaliczkę na paliwo.

Po około dwóch godzinach takiej jazdy z nieustającymi postojami zatrzymujemy się na poboczu i w pewnym sensie zostajemy …sprzedani innemu kierowcy.

Jak to wszystko wyglądało? Ano mianowicie tak, że rzeczywiście te auta, którymi jechaliśmy nie dałyby radę wjechać do Tadżykistanu. Nie wiem czy z przyczyn formalnych ale z technicznych na pewno. Zatem nasi kierowcy zatrzymują jeepa na tadżyckich tablicach i wymieniają się pasażerami – czyli m.in. nami. Nie byłoby w tym nic złego ani dziwnego, gdyby nie to, że chcą więcej pieniędzy niż połowę pieniędzy, a przejechaliśmy dopiero 1/4 całej trasy. Na domiar złego domagają się zapłaty od Ewy, pomimo że umówiliśmy się na to, że jedzie z nami na zasadzie autostopu, a my płacimy za całość. Próbują nas trochę szarpać, straszą zabraniem plecaka ale tak naprawdę cała ta sytuacja jest bardziej dziwna i komiczna niż śmieszna. Pytamy tadżyckiego kierowcy czy ma świadomość, że dostanie nierówną część pieniędzy za przejazd ale nie ma nic przeciwko więc ruszamy już w kierunku granicy.

Pogoda robi się coraz bardziej ponura, niebo jest zasnute chmurami, a na widoki Piku Lenina nie mamy co liczyć. Po chwili z nieba zaczynają spadać pierwsze krople.

Pomimo, że granica kirgisko-tadżycka przebiega na przełęczy o wysokości ponad 4200m to posterunki graniczne znajdują się po dwóch jej stronach, oddzielone od siebie 20km pasem „ziemi niczyjej”.

Na granicy

Na granicy

Nie dziwię się zresztą dlaczego nikt nie chciałby siedzieć na takiej wysokości przez cały rok. Wyjeżdżając rano z Osz było ciepło, a teraz jest przeraźliwie zimno, wieje i pada.

Samo przekraczanie granicy przebiega bezproblemowo, czasem nawet nie musimy wysiadać z ciepłego samochodu bo kierowca załatwia za nas wszelkie formalności.

Po drugiej już stronie natrafiamy na rzekę przelewającą się przez drogę lub przez coś co wygląda jak droga. Mimo, że potok nie jest duży to prąd jest wartki i na jego brzegu utknął motocyklista, a raczej jego maszyna, której nie może wyciągnąć. Wysiadamy na pomoc i wspólnymi siłami w kilka osób wyciągamy motor na brzeg.

IMG_4342

Droga prowadzi wzdłuż granicy chińskiej wyraźnie zaznaczonej przez poprowadzony tędy płot. Tak naprawdę granica jest parę kilometrów dalej na wschód ale widać na tym kawałku płaskiego terenu było łatwiej taki płot postawić i utrzymać.

Płot oddzielający Tadżykistan od Chin

Płot oddzielający Tadżykistan od Chin

Mamy szczęście bo tuż przed zachodem chmury się rozwiewają, wychodzi słońce i pięknie oświetla ciepłymi promieniami otaczające nas góry. Tak naprawdę to niektóre z tych wzgórz mają pewnie 4500-5000m wysokości ale w stosunku do wysokości, na której już się znajdujemy (ok 4000m n.p.m.) to nie są przesadnie majestatyczne piki. W wieczornym świetle suche, wręcz pustynne i nieprzyjazne krajobrazy nabierają uroku.

IMG_4358 IMG_4366 IMG_4369

Godzinę przed zmrokiem dojeżdżamy do wioski Karakul położonej nad jeziorem o tej samej nazwie. Od 2014 roku, kiedy to pierwszy raz rozegrano tutaj regaty, jezioro stało się najwyżej położonym (3960m) żeglownym jeziorem na świecie, pokonując tym samym Tititacę.

Zajeżdzamy pod chyba jedyny w tym miejscu homestay, ponieważ Irlandczycy (Carl i Laura) i kierowca muszą gdzieś spać. My pierwotnie planowaliśmy przenocować nad jeziorem ale korzystamy z zaproszenie gospodarzy aby zostać w jurcie. Przyznam, że jest bardzo wygodnie, w miarę ciepło podczas gdy na zewnątrz wiatr dmucha ile sił. Wychodząc w nocy z czołówką do toalety widzę przed sobą tylko pył unoszący się w powietrzu. Taki właśnie jest Pamir.

IMG_4409

Jezioro Karakul

Jezioro Karakul

IMG_4366

Dzień 2: Murghab

O poranku pogoda nadal bez zmian, czyli pochmurno, pylasto i do tego kropi. Robimy krótki spacer po wiosce, w której centralnym miejscu, obok placu zabaw jak z filmów grozy stoi pompa. Korzystają z niej mieszkańcy, korzystamy i my do przygotowania posiłku i umycia naczyń.

IMG_4389

Zdobywanie wody

IMG_4408 IMG_4406

Po południu udajemy się w dalszą drogę w stronę Murghabu. Pokonujemy najwyższą przełęcz podczas naszej podróży – 4655m. Czuć jak od tej wysokości wszystko pod czaszką pulsuje.

IMG_4435

Podjazd pod przełęcz Akbaital na 4655

IMG_4442

Widoki z przełęczy

IMG_4374

Krajobraz dookoła iście księżycowy. Raz na kilkadziesiąt kilometrów mijamy pojedyncze zabudowania stojące przy drodze. Na pierwszy rzut oka zwykle wyglądają na opuszczone ale po bliższym przyjrzeniu się można dostrzec dookoła nich jakieś życie. Zastanawiające jest to, w jakich warunkach żyją ci ludzie. W miarę wjeżdżania do Pamiru nie tyle nie będę w stanie tego pojąć ale będę coraz bardziej temu nie dowierzał.

IMG_4450

Popołudniu docieramy w końcu do Murghabu – celu naszego dzisiejszego dnia. Z jednej strony fajnie zobaczyć w końcu jakąś ostoję cywilizacji, a z drugiej Murghab to nie żadna cywilizacja. Nawet prądu z sieci tutaj nie ma. Był parę lat temu ale linia została przerwana i dziś ludzie korzystają z generatorów i paneli słonecznych. Słyszeliśmy pogłoski, że w planach jest budowa elektrowni ale tak naprawdę ciężko w to uwierzyć.

IMG_4422

IMG_4461

W banku wymieniamy dolary na somoni (1$ = 6,45s) po czym wstępujemy do jakiejś knajpki na herbatę, zupę i ziemniaki z kapustą (18s). W sklepach pomimo tego, co czytaliśmy i czego spodziewaliśmy się wcześniej jest wszystko. Może ceny są nieznacznie wyższe ale tego można było oczekiwać. W jednym ze sklepów kupuję kartę SIM (5s), doładowuję ją za kolejne 30 (+3s prowizji) i aktywuję pakiet internetowy. Zasięg jest ale Internet działa bardzo słabo. Zwykłego maila trzeba wysyłać po parę razy zanim przejdzie.

Namioty rozbijamy na kawałku pola za rzeką, niedaleko miejsca, gdzie miejscowi wycinają z ziemi kostki i używają ich jako cegieł. Muszą sobie jakoś radzić pomimo ubogich warunków naturalnych w jakich przyszło im żyć. Murghab położony jest na wysokości 3600m, brak jakichkolwiek drzew czy krzewów. Jedynie skąpe kępki trawy. W dodatku zima trwa tu z osiem miesięcy w roku.

IMG_4427

Nawet teraz, w połowie lipca nie jest za ciepło. Wieczór ubieramy kurtki bo gdy tylko zajdzie słońce, którego i tak nie widać z powodu zachmurzenia i zapylenia, to momentalnie robi się zimno.

W nocy zaczyna męczyć mnie gorączka. Podejrzenie pada albo na jedzenie z lokalnego baru albo na warzywa ze spaghetti.

Dzień 3: Nocleg w dolinie

Rano nadal czuję się niewyraźnie i zostaję przy namiotach, podczas gdy reszta idzie do „miasta” rozeznać się w transporcie na dalszą drogę. Z początku plan zakładał dostanie się w jedną z pobliskich dolin i przejście pieszo przez przełęcz do drugiej, w której znajdują się gorące źródła. Ania, Marysia i Wojtek wracają jednak z inną propozycją. Mianowicie razem z Carlem i Laurą wypożyczamy auto z kierowcą na sześć dni (80$/os) i jedziemy do Khorogu zwiedzając po drodze. Chcemy przejechać przez korytarz Wachański, a teraz i tak nie mamy wyboru innej drogi, ponieważ na główną szosę pamirską zeszła lawina błotna niszcząc jedną z wiosek i tworząc dwukilometrowe jezioro. Wszystko to stało się zaledwie 15km przed Khorogiem. W związku z tą sytuacją ruch na drodze zmniejsza się jeszcze bardziej, o ile to w ogóle możliwe. Przestają jeździć chińskie ciężarówki i jakiekolwiek chęci złapania stopa maleją prawie do zera. Nie dlatego, że miejscowi nie chcą podwozić turystów ale dlatego, że praktycznie każde auto jedzie już zapakowane po dach.

Tak też robimy i my. Wrzucamy plecaki na dach, pakujemy się do środka i z naszym nowym kierowcą – Kadirem udajemy się w dalszą drogę. Tuż za Murghabem czeka nas punkt kontrolny i sprawdzenie paszportów. Mój niestety został w plecaku na górze, a że nie chce mi się go ściągać z dachu to po prostu nie wychodzę z samochodu. Zakładam, że ktokolwiek w tym budynku na punkcie kontrolnym siedzi to nie liczy ilu pasażerów jest w danym pojeździe.

IMG_4488 IMG_4479

Carl wymyślił, aby pierwszego dnia pojechać w jedną z dolin, odbijając z głównej drogi w kierunku południowo-wschodnim. Kadir nie za bardzo zna drogę – jeszcze nigdy tak nie jechał i prowadzimy go niejako na ślepo, ponieważ nasze mapy, zarówno te w GPS’ie jak i papierowe nie są aż tak dokładne. Początkowo dolina jest bardzo szeroka. Widać nawet coś co można nazwać drogą. Rzekomo kiedyś Sowieci kręcili tutaj film „Ziemia Apaczów”. W momentach gdy droga, a przynajmniej jej ślady na ziemi, się rozwidla mamy niemałe dylematy, w którą stronę dalej jechać. Napotykamy na na szczęście małe rzeczki, do których boso wchodzi Wojtek by sprawdzić poziom wody. Jest niski, możemy bezpiecznie przejeżdżać. Pod tym względem nasz kierowca jest bardzo ostrożny. Podobno kiedyś utknął w podobnej na dwa dni.

IMG_4509 IMG_4500

Po jakichś 50km, gdy zaczynamy już tracić nadzieję na cokolwiek w tej dolinie, naszym oczom ukazuje się małe jeziorko, a tuż zaraz, nieopodal – jedna jurta i dom z zagrodą dla jaków.

IMG_4512

Irlandczycy nocują w budynku, a my na skrawku niezanieczyszczonej odchodami trawy rozkładamy namioty. Jest bardzo zimno. Aura sprawia wrażenie jakby lada moment miało śniegiem sypnąć ale właściciel nas pociesza, że w lipcu nie powinna temperatura spaść poniżej zera. Ładna mi pociecha. Kilka dni wcześniej w Biszkeku były 42C. Gorączka nadal mnie męczy, przez co jest mi jeszcze zimniej. Nie mniej jednak znajduję w sobie dość sił by około godziny 23 wyjrzeć z namiotu gdy jaki powracają z pastwiska do zagrody.

Dzień 4: Bulunkul

Rano pogoda niewiele lepsza. Rezygnujemy z pierwotnego planu udania się na przełęcz, z której rzekomo widać Afganistan i jezioro Zorkul. Nie mamy zresztą pewności czy to w ogóle odpowiednia dolina, a okoliczne szczyty wyglądają na nie do wejścia bez chociażby raków. Tak w ogóle, to znajdujemy się na ponad 4400m n.p.m. Zatem rano idziemy tylko na spacer dalej w górę doliny, gdzie po 3km napotykamy na jeszcze jeden dom i pasterza wypasającego swe owce. Oczywiście jak wszyscy tutaj zaprasza nas do siebie na czaj. Ja dziękuję i idę dalej ale niektórzy korzystają z zaproszenia i dowiadują się m.in. że ów pasterz nie tylko nie myśli o wyprowadzce ale sprowadził się tutaj dopiero rok wcześniej. Ponadto prowadzi z sąsiadem (tym od jaków) wymianę zwierząt w stosunku pięć owiec za jednego jaka. W pewnym momencie dolina się rozdziela na dwie. Dziewczyny, Wojtek i Irlandczycy idą prosto, a ja sam skręcam w prawo. Pomimo, że idę bardzo szybko odległość zdaje się ubywać powoli choć jest tylko lekko pod górę. Po drodze mijam resztki kości i czaszek owiec Marco Polo, które żyją tutaj w okolicy. Tak jak i świstaki, które licznie biegają dookoła i kryją się, gdy zbliżymy się na odległość kilkunastu metrów.

IMG_4734

Z topografii terenu wynika, że góra/wzniesienie, które zaczyna się przy naszych namiotach i wzdłuż której szliśmy dalej doliną jest do obejścia i właśnie to robię. Zaczynam wspinać się po kamieniach wyżej i wyżej aby nabrać wysokości i przejść na drugą stronę ale im wyżej wychodzę tym widoki na przejście na drugą stronę stosunkowo szybko maleją. Nie mam zbyt dokładnej mapy, mimo że korzystam ze starych sowieckich map topograficznych wgranych do nawigacji ale odnoszę wrażenie, że musiałbym jeszcze sporo przejść aby dostać się na drugą stronę, a i tak nie miałem pewności czy będę mógł tędy dojść do namiotów. Decyduję wrócić bo czas mnie goni i nie chcę się spóźnić.

IMG_4527

Nawiasem mówiąc, po drugiej stronie doliny dostrzegam jedną przełęcz, zdecydowanie sporo powyżej 5000m, na którą dałoby się wejść przechodząc zaledwie po kilku płatach śniegu. Ale czy stamtąd roztacza się jakiś widok na Afganistan i jezioro Zorkul? Ciężko powiedzieć.

Tutaj znajduje się zapis śladu trasy z GPS.

Popołudniu żegnamy się z właścicielami i wracamy do głównej drogi. Pomimo lekkiej mżawki rzeki trochę zwiększyły ilości niesionej wody ale nie na tyle by utrudnić nam przejazdu.

Z krótkim postojem w przydrożnej stołówce docieramy do Bolonkul – najzimniejszej miejscowości w całym Tadżykistanie. Obawiamy się trochę tej nocy bo naprawdę nie jest zbyt ciepło, a znajdujemy się ponad kilometr niżej niż poprzedniej nocy. Tym razem Wojtek dołącza do Irlandczyków na nocleg w domu, a my z dziewczynami rozbijamy jeden namiot.

Wioska nie dysponuje nawet pompą i o wodę musimy prosić miejscowych, którzy nabierają nam jej do wiadra ze studni. Na kolację kolejne spaghetti z warzywami. Ileż można ale jakie mamy wyjście. Przezornie ubieramy się ciepło, pożyczamy koce z domu a tu noc nas zaskakuje – nie jest tak zimno jak się spodziewaliśmy.

Dzień 5: Korytarz Wachański

Rankiem wita nas znacznie lepsza pogoda. Niebo nie jest już tak zasnute chmurami i chwilowo nawet słońce zza nich się wychyla. Piękne oświetlenie do zdjęć. Szczególnie, że wioska jest pięknie położona u podnóża brązowych wzgórz z którymi ciekawie kontrastują białe domy i …wraki porzuconych samochodów. Leżą one sobie swobodnie i pięknie komponują się z otoczeniem.

IMG_4554 IMG_4568

Zanim na śniadanie zostaliśmy zaproszeni przez gospodarzy do domu, przygotowałem sobie danie liofilizowane. Jedno opakowanie jest tak sycące, że jeszcze sporą ilość oddaję Wojtkowi.

Po śniadaniu jedziemy nad jezioro Yashhilkul, które znajduje się ledwie parę kilometrów dalej. Widok jest przepiękny i od razu żałujemy, że nie przyjechaliśmy tutaj wieczór. I to wcale nie ze względu na widoki ale zaraz przy drodze znajduje się budynek, z niepełnymi ścianami i bez dachu, ale jednak budynek, w którym stoi wanna. Do tejże wanny wpływa sobie ciepła, górska woda.

Jezioro Yashilkul

Jezioro Yashilkul

Robimy zdjęcia, delektujemy się tym pięknym miejscem i odrobiną słońca i spacerujemy po wzgórzu. Niedługo potem wracamy i ku naszemu niemiłego zaskoczeniu zostajemy zatrzymani przez kogoś, kto podaje się za straż parku i domaga się naszych paszportów. Zaraz za wioską zaczyna się granica parku narodowego Badakhshanu, którą przekroczyliśmy nie mając doń biletów. Nie zgadzamy się jednak na oddanie paszportów jakiemuś człowiekowi przy drodze w zdezelowanym busie i mówimy, że co najwyżej możemy pojechać z nim do biura. Po chwili pokrzykiwania odpuszcza i ruszamy w dalszą drogę. Z Bulunkul najpierw wracamy parę kilometrów do głównej drogi M1, a następnie jeszcze kawałek do rozwidlenia w kierunku Wachanu. Jak już wspomniałem wcześniej, z powodu lawiny standardowa droga jest zablokowana.

Jadąc dalej pokonujemy kolejną przełęcz –Khargush (4344m n.p.m.), którą przejeżdżamy praktycznie niezauważalnie, ponieważ droga ani nie wznosi się stromo w górę, ani następnie nie opada gwałtownie. Ot, można powiedzieć takie lekkie przewyższenie.

Tuż za przełęczą zatrzymujemy się i idąc za radą przewodnika wspinamy się na pobliskie wzgórze, z którego rzekomo roztacza się widok na korytarz wachański i pokryte śniegiem wierzchołki Hindukuszu, skrytego tuż za paroma kilometrami ziemi afgańskiej. Ze względu na słabą widoczność nie wróżę sukcesów w podziwianiu widoków i wracam na dół. Przechodzę na drugą stronę doliny, po kamieniach przeskakuję rzekę i już jestem przy chatce pasterzy, do której wcześniej udała się Ania, a i chwilę po mnie przychodzi Laura.

Gospodarze częstują nas herbatą i serem po czym wracają spokojnie do rozmowy z naszym kierowcą.

Chatka jest naprawdę prymitywna. Zbudowana z kamieni i gliny, a za podłogę służy klepisko. W środku stoi metalowy piecyk służący zarówno do ogrzewania jak i gotowania. Dziwne to ale na tak zwanym parapecie leżał laptop. Zasilają go chyba z małego panelu słonecznego bo o żadnych innych źródłach elektryczności nie może być mowy. I tak oto w tej małej, jednoizbowej chatce mieszka czteroosobowa rodzina posiadającą stado kóz i owiec.

Półtorej godziny później Marysia, Carl i Wojtek schodzą z góry i potwierdzają brak widoków. Przez cały ten czas, jaki spędziliśmy w tym miejscu, minęły nas zaledwie dwa samochody. Taki tutaj ruch.

Postój na naprawdę wspomagania kierownicy

Postój na naprawdę wspomagania kierownicy

W Khargush dojeżdżamy do korytarza wachańskiego i zatrzymujemy się na kolejnym punkcie kontrolnym aby umożliwić wojsku sprawdzenie naszych paszportów.

W samochodzie za nami, także wypakowanym po dach i to w dosłownym tego słowa znaczeniu, ponieważ do dachu właśnie przywiązane są dwie kozy. Nie wątpię, że chyba jest im niewygodnie w takiej pozycji.

O ile wcześniej droga prowadziła raczej szerokimi dolinami, o tyle w Wachanie zaczyna robić się wąsko, stromo i niebezpiecznie. W dole płynie rzeka Pandż rozpoczynająca swój bieg na pograniczu Hindukuszu i Pamiru i stanowiąca granicę pomiędzy Afganistanem i Tadżykistanem na całej swej długości. Na dalszym odcinku i po połączeniu się z innymi rzekami tworzy Amur-darię.

Koryto zależy od miejsca, w którym akurat się znajdujemy, ponieważ raz rzeka płynie leniwie i szeroko rozlewając się prawie na całą szerokość doliny, by później wciskać się w wąwozy i kaniony, gdzie płynie wartko i rwiście. Od tego między innymi zależy czy też i nasza droga prowadzi bardziej w dole czy też wspina się wyżej i staje się kręta, wąska i niebezpieczna. Nie muszę dodawać, że jakichkolwiek barierek zabezpieczających tu brak, a kierowca czerpie wielką radość z tego, że pokazuje nam w dole wraki rozbitych samochodów. Robiąc to odwraca głowę do nas i nieświadomie zaczyna zbliżać się kołami w stronę przepaści.

Widok na stronę afgańską

Widok na stronę afgańską

Wachan jest zdecydowanie inny niż Pamir, który widzieliśmy dotychczas. Przede wszystkim z nieukrywaną radością witamy pojawienie się pierwszych drzew, pól z rosnącymi na nich ziemniakami i zbożami czyli ogólnie pojętej zieleni. Prawie jak nasze polskie Podlasie tylko w wąskiej dolinie otoczonej ośnieżonymi wierzchołkami kilkutysięcznych szczytów na pograniczy tadżycko-afgańskim z kryjącym się parę kilometrów dalej pakistańskim Hindukuszem. Ten ostatni można momentami dojrzeć w oddali gdy niektóre doliny otwierają się wystarczająco szeroko.

IMG_4711

Wieczór docieramy do Langaru, gdzie nasz kierowca ma swoją rodzinę, więc zostajemy wkręceni/zaproszeni najpierw na kolację (herbata, dwa talerze soczewicy z rzodkiewką, chleb, ciastka, cukierki), a później na nocleg. Dostajemy do dyspozycji tradycyjny tadżycki pokój z pięcioma filarami – symbolami Islamu i oknem dachowym obudowanym czterema kwadratami, każdy obrócony o 45 stopni względem poprzedniego.

W międzyczasie jedziemy jeszcze się umyć do publicznej bani położonej na wzgórzu. W tym i wszystkich innych przypadkach, bania w Tadżykistanie to po prostu ciepłe źródła znajdujące się najczęściej w jakimś małym budynku i służące za łaźnię dla całej wioski.

Do takiego przybytku wchodzi się nago (z podziałem na płcie) i zażywa kąpieli. Wspaniałe uczucie móc skorzystać z ciepłej wody po tylu dniach przebywania w górach. I to jeszcze w jakim miejscu! W bani umieszczonej na wzgórzu Korytarza Wachańskiego z widokiem na rzekę Pandż i znajdujący się za jej drugim brzegiem Afganistan.

Dzień 6: Fort Yamchun

Po równie pysznym jak kolacja śniadaniu jedziemy dalej. Wachan obfituje w stare forty, które czasem dość ciężko odnaleźć. Zwykle są to tylko ruiny, nagie ściany, które komponują się ze skałami sprawiając, że są trudne do odnalezienia i niewidoczne z daleka. Jedną z ciekawszych budowli tego typu jest fort Yamchun górujący nad doliną z powiewającą wewnątrz flagą. Kilometr dalej mieszczą się ciepłe źródła wraz z jakimś podrzędnym hotelem i stołówką. Za dwa dni ma się tu zjawić prezydent kraju więc przygotowania idą pełną parą. Sprzątają, zamiatają, wysypują ziemię, układają kamyczki i wykonują inne, różnie absurdalne prace. O wychodku jednak najwyraźniej zapomnieli bo nie da się bezpiecznie zbliżyć do niego na odległość mniejszą niż 20 metrów.

IMG_4726

Prezydent jest w tym kraju czczony na równi z bóstwem, a przynajmniej takie można odnieść wrażenie patrząc na stojące wszędzie bilbordy i plakaty z jego podobizną. Dzięki rodzimym mistrzom Photoshopa zawsze otaczają go góry, jeziora i łany zboża.

Na jego przyjazd gotowi są również faceci z miejscowych służb specjalnych i policji, którzy już dotarli do tego pomniejszego kurortu i odpoczywają w dresach czekając na swojego pracodawcę. Z twarzy rzeczywiście wyglądają jak ze służb specjalnych. Wojtek patrząc na nich skwitował, że ich wygląd sugeruje jakoby ich ulubionym zajęciem było kopanie ludzi po żebrach. Na szczęście obyło się bez tego, a byli oni całkiem przyjaźni i ciekawi nas. Naczelnicy policji z Duszanbe i Iszkaszimu poczęstowali nas nawet lokalną ziołową herbatą. Całkiem pyszna. Podobna do tej z czubrycy, którą piłem w Kazachstanie.

Namioty mieliśmy pierwotnie rozbić wewnątrz fortu, na kamieniach ale ostatecznie wybieramy kawałek trawy na końcu wzgórza kończącego się urwiskiem. Lepiej nie chodzić zbyt daleko do toalety w nocy.

IMG_4730

Dzień 7: Iszkaszim

Po śniadaniu, jakim jest jajecznica w lokalnej stołówce, idziemy skorzystać z uroków jakie oferują ciepłe źródła. Moczymy nasze nagie zwłoki w otoczeniu paru innych towarzyszy kąpieli i relaksujemy się paręnaście minut po czym wypełzamy z tej przyjemnie gorącej wody i pakujemy się do auta by ruszyć w dalszą drogę.

Od początku chcieliśmy dotrzeć na słynny niedzielny targ w Iszkaszim, którego ciekawą cechą jest to, że ma on miejsce w strefie bezcłowej pomiędzy Tadżykistanem, a Afganistanem. Wchodząc na targ zostawia się paszporty tadżyckim celnikom i udaje na zakupy. Niestety my nie mamy możliwości doświadczyć uroków tej lokalnej atrakcji ponieważ już w poprzednią niedzielę targ się nie odbył i nie wiadomo kiedy zostanie wznowiony. Powody tego są różne. Jedni tłumaczą to wizytą prezydenta w okolicy, inni niebezpiecznymi ruchami po stronie afgańskiej. Nie wiadomo w co wierzyć, a w co nie ale nie wydaje mi się aby w Wachanie było niebezpiecznie. Nawet po stronie afgańskiej. Jest to tak odizolowane od świata (i reszty kraju) miejsce, że samo dotarcie nastręcza niemałych trudności.

Droga wiedzie brzegiem rzeki i wystarczy chwila nieuwagi by się znaleźć w jej toni. To, że przy brzegu wydaje się płytka i o słabym nurcie może być złudne, o czym zapewne przekonali się pasażerowie auta, które leży w rzece od wczorajszego wypadku. Auto jest, ciał ów pasażerów jak dotąd nie odnaleziono.

Na nocleg zatrzymujemy się przy kolejnych ciepłych źródłach, w czymś co wygląda jak ośrodek, w którym obecnie zatrzymały się dzieciaki z kolonii. My standardowo rozkładamy namioty na trawniku restauracji, a Irlandczycy wynajmują pokój. Wieczór spędzamy na rozmowach siedząc na topchanie.

Dzień 8: Khorog

Pomimo, że nadszedł nasz ostatni dzień wspólnej jazdy przez Pamir to dzięki pogodzie, która wynagradza nam swe niedociągnięcia za poprzednie dni jesteśmy ukontentowani widokami. Jest bajkowo. Jedziemy wijącą się drogą brzegiem Pandżu, zamkniętego z obu stron wysokimi górami, w które od czasu do czasu wcinają się wąskie dolinki. Raz z jednej, raz z drugiej strony raz na jakiś czas pojawiają się małe osady, oazy wręcz, z kilkoma domkami. Przede wszystkim znów jest zielono, są drzewa i trawa. Ciekawe jak piękny byłby Pamir, gdyby słońce nie chowało się za chmurami, a przejrzystość powietrza nie przypominałaby tej z przed pustynnej burzy.

IMG_4755

IMG_4772

Khorog leżący tylko na 2100m n.p.m. wita nas na powrót wysoką temperaturą. W poszukiwaniu noclegu lub miejsca na nocleg rozdzielamy się i gubimy, by ostatecznie odnaleźć się ponownie w chyba jedynym hostelu w tym mieście. Plusem jest to, że możemy sobie rozbić namiot zamiast brać pokój, a suma summarum decydujemy się rozłożyć bezpośrednio na dywanie w korytarzu, który również służy na miejsce noclegowe.

W Khorogu

W Khorogu

W Khorogu, który jest stolicą Pamiru, regenerujemy siły spacerując po mieście, zajadając się lodami, hot-dogami i shakarobem (spotkaliśmy się również z nazwą kurtob lub kurtab).  To ostatnie to rodzaj dania-sałatki na bazie chleba lub jakiegoś ciasta, sera, pomidorów, cebuli, papryki, ogródka. Za ser często służy kurt tworząc tym samym potrawę bardziej nietypową, ponieważ kurt jest częściej spotykany w górach Tien Shanu.

2015-07-27 13.13.43

Dzień 9: Droga do Duszanbe

Nie byliśmy pewni jak będzie wyglądał dojazd do Duszanbe, ponieważ chodziły głosy, że i ta droga jest na pewnym odcinku zablokowana przez lawinę. Plus w tym wszystkim był taki, że zablokowana była tylko droga południowa – bardziej uczęszczana choć dłuższa, natomiast dało się przejechać górami drogą północną.

Po śniadaniu w hostelu udaliśmy się do centrum, skąd odjeżdżają auta do stolicy. Długo nie musieliśmy szukać, choć bardziej pasuje powiedzieć, że nie musieliśmy szukać w ogóle, bo wysiadając z miejskiej marszrutki zostaliśmy otoczeni przez tłum kierowców. Ceny zaczynały się od 300 somoni ale po niedługich negocjacjach stanęło na 250. Zapakowaliśmy plecaki na dach jeepa, pospiesznie zrobili zakupy na drogę i mogliśmy ruszać.

Jeep był 7-osobowy, a nam dostały się dwa miejsca z samego tyłu. Z początku wydawało się, że będzie nam tu wygodnie bo miejsca było dużo ale już po chwili, gdy okazało się, że z rozprostowania nóg nici, zrozumieliśmy że tak lekko nie będzie.

Pierwsze 80 kilometrów pokonaliśmy w niewiele ponad godzinę i doszliśmy do wniosku, że całą trasę, tj. ok 600km powinniśmy pokonać względnie szybko. Oj w jak wielkim błędzie byliśmy.

Kierowca jechał bardzo chaotycznie raz pędząc krawędzią drogi tuż nad rzeką i wyprzedzając inne pojazdy by następnie na względnie spokojnym odcinku drogi jechać całkiem normalnie.

Stwierdziliśmy zgodnie, że w przypadku wodowania nie mamy szans wydostać się z tego tyłu. Opracowaliśmy plan, że w razie czego wybijemy aparatem małe tylne okna i tamtędy ujdziemy z życiem.

Warto wspomnieć także o nieustannie lecących z głośników tadżyckich przebojach, które próbowaliśmy (mało skutecznie) wygłuszyć poduszką.

Jak na złość, tuż przed rozwidleniem dróg północnej i południowej, czekał nas przymusowy dwugodzinny postój, ponieważ prezydent wizytował okoliczną wioskę i cały ruch został wstrzymany.

Z jednej strony cała ta trasa była fascynująca bo tak naprawdę jechaliśmy przez góry, dolinami które ciągnęły się setki kilometrów. Mieliśmy możliwość obserwować skutki zejścia lawin na wioski i resztki luźno leżących kamieni na drodze, które ją wcześniej blokowały. Doświadczyliśmy wyprzedzania w najdziwniejszych miejscach i stylu jazdy, który polegał na najeżdżaniu na skraj drogi (ten od strony rzeki) pod dużym kątem i odbijaniu kierownicą w ostatnim momencie.

2015-07-28 13.23.57

Do Duszanbe dotarliśmy o 2:30 w nocy dnia następnego po ..18h jazdy. Zmęczeni ale szczęśliwi, że możemy wreszcie wyprostować nogi. Od razu też udaliśmy się do Martina z couchsurfingu, który zgodził się nas przenocować i przyjąć o tak dziwnej porze. Zasypiając wciąż słyszeliśmy w głowie tadżyckie przeboje.

Mapy Pamiru:


Mapa-Pamiru-szczegółowa
Map-of-Pamir







2015-07-20 17.15.42 2015-07-20 17.17.02 2015-07-20 17.17.07 2015-07-20 17.17.122015-07-20 17.16.57

Wiza do Tadżykistanu

Kraje Azji Środkowej, tzw. popularne „stany” z roku na rok kuszą co raz większą rzeszę podróżników wszelkiej maści. Linie lotnicze oferują tanie bilety czyniąc kraje byłego ZSSR łatwo i tanio dostępnymi.

Z dostaniem się jednak do większości z nich jest utrudnione ze względu na wymóg posiadania wizy. Obecnie można uzyskać wizę „on arrival” na lotnisku w Duszanbe, jednakże ja opiszę procedurę aplikowania o wizę bezpośrednio w ambasadzie.

Pierwszą trudnością jest fakt, że najbliższa ambasada Tadżykistanu znajduje się w Berlinie lub Wiedniu. Ja zdecydowałem się na tę drugą. Nie wiem dlaczego, może dlatego, że na stronie internetowej były wszystkie informacje w języku angielskim jak również temu, że za pierwszym razem udało mi się tam również dodzwonić i dopytać o to, czego nie wiedziałem. Poza tym w razie czego do Wiednia miałbym bliżej niż do Berlina.

Co potrzeba do aplikowania o wizę:

  • paszport ważny co najmniej 6 miesięcy od daty zakończenia wizy i z minimum dwoma wolnymi stronami,
  • jedno zdjęcie rozmiaru paszportowego,
  • wypełniony formularz (do pobrania w języku angielski, niemieckim lub rosyjskim ze strony ambasady),
  • kopia pierwszej strony paszportu (tej ze zdjęciem).

W moim przypadku potrzebowałem jeszcze zezwolenie na wjazd do Pamiru, więc w polu dodatkowe informacje wpisałem wszystkie siedem prowincji Górskiego Badachszanu. Koszt takiej ekstra pieczątki to 20€. Zapewne w Bishkeku, Ałmatach, Taszkiencie czy Duszanbe mógłbym uzyskać to taniej ale po pierwsze, nie chciałem już tracić czasu na dodatkowe formalności, a po drugie mógłbym nie uzyskać pozwolenia na cały okres ważności wizy tylko na 7-10 dni jak to mają w zwyczaju wystawiać.

W przypadku ubiegania się o wizę turystyczną do 45 dni nie jest wymagane zaproszenie tzw. „Letter of Invitation”, jednakże uzyskanie takiego obniża koszt wizy z 80€ do 20€.

Na rynku (azjatyckim) działa wiele agencji pośredniczących w załatwianiu LOI, więc napisałem do jednej z nich, z prośbą o wystawienie takiego listu. Podałem wszystkie dane osobowe plus podstawowe informacje o planowanej podróży, uiściłem opłatę (50€) i po niecałym tygodniu otrzymałem mailem LOI w formacie pdf. List był zaadresowany do ambasadora w Wiedniu zatem wnioskuję, że nie można już zmienić miejsca, w którym chce się aplikować.

Miałem zatem wszystko, czego potrzebowałem. Zmagałem się jednak wciąż z dylematem, w jaki sposób wysłać dokumenty oraz w jaki sposób zorganizować ich odbiór z ambasady na mój koszt. O ile to pierwsze nie jest trudne, o tyle w drugim przypadku rozpatrywałem m.in. opłacenie kuriera, który odbierze gotowy paszport. Inną opcją jest kupon pocztowy. Kosztuje to około 4,6 zł i umożliwia zagranicznemu nadawcy wymienienie go na znaczek pocztowy danego kraju. Suma sumarum zdecydowałem się po prostu włożyć 5€ do koperty. Napisałem przy tym również list po krótce objaśniający cel mojej podróży jak i przeznaczenie tych 5€. Całość wysłałem ubezpieczonym listem pocztowym.

Po około tygodniu podjąłem próbę kontaktu z ambasadą, ponieważ system pocztowy nie był w stanie odnaleźć mojej przesyłki. Na domiar złego telefon w ambasadzie przestał odpowiadać. Nie to, że nikt nie odbierał. Po prostu nie łączyło w ogóle. Na szczęscie w tym samym dniu dostałem maila z Wiednia, że wiza jest gotowa i wyślą ją nazajutrz.

Podsumowując, wizę do Tadżykistanu wraz z zezwoleniem na GBAO udało mi się otrzymać w ciągu 25 dni od dnia wysłania do momentu otrzymania paszportu.

Wiza

Wiza

Permit na GBAO

Permit na GBAO