Szkocja

Powiadają, że zacząć zawsze jest ciężko. Pisać może i tak, ale wyruszyć w drogę już nie tak bardzo. No bo jak tu całą wyprawę ubrać mądrze w słowa, aby była ona dla czytelnika ciekawa, przez którą brnie się z rozpędem zdanie po zdaniu, linijka po linijce, jak ten niepohamowany wiatr przez pola i wrzosowiska. Jak zarazem oddać wierność faktów i zdarzeń, które nie zawsze są interesujące, a jednak konieczne dla spójności historii. Czasem są chwilę, które ciągną się jak przysłowiowe flaki z olejem, a które mimo to jakoś trzeba znieść. Nie raz sobie myślę, że gdybym tylko mógł przewijać czas tylko do tych wygodnych, ciepłych i ekscytujących momentów. Tylko czy wówczas, gdyby przyszły one tak beztrosko, bez trudu, znoju, wylanych hektolitrów potu czy zgrzytania zębami, czy wtedy także umiałbym je adekwatnie docenić? Szczerze wątpię.

Jestem w szkockim Aberdeen, skąd rowerem wraz z prawie 60kg bagażu i pełnymi sakwami wyruszam w drogę. Przede mną ponad miesiąc jazdy przez lasy, góry, łąki, miasta i miasteczka Wielkiej Brytanii. Wszystko to bez względu na warunki atmosferyczne czy z czym tam jeszcze przyjdzie mi się zmierzyć.

img_2078_a

Zastanawiające może wydawać się dlaczego cały mój bagaż tak dużo waży i czy musi aż tyle? Ano nie musi, ale stając przed koniecznością dokupienia drugiego bagażu nadawanego do luk postanawiam zabrać trochę dodatkowego prowiantu. Prawdą jest, że przecież każdy kilogram trzeba przecież siłą własnych mięśni wieźć, ale na rowerze nie odczuwa się tego aż tak bardzo jak gdyby to nieść w plecaku na plecach. Poza tym od razu po wylądowaniu chciałem się spakować i ruszyć w drogę, bez dodatkowego chodzenia po sklepach. Z każdym dniem, gdy sił będzie po trochu ubywać, kilogramów także. W ten sposób ekwilibrium zostanie zachowane.

IMG_2323_a.jpg

Rower obładowany sakwami

Szkocja nie wita mnie zbyt przyjaźnie. Najpierw w samolocie wybieram angielskie śniadanie, by po chwili żałować i myśleć sobie jak oni mogą to jeść. Potem padający deszcz i 14°C czekają na mnie na ziemi i sprawiają, że czuje jakbym przeniósł się w czasie do listopada. Nic nie mogę na to poradzić jak tylko jechać mając nadzieję, że niebawem przestanie. Kieruję się na zachód w stronę gór Cairngorms. Moim celem jest wyspa Skye położona na drugim brzegu kraju.

img_2091_a

Droga przez góry Cairngorms

img_2093_a

Dom wśród wrzosowisk w górach Cairngorms

img_2098_a

Znów pod górę

Zostawiam za sobą miasto i wjeżdżam na odludne tereny. Od czasu do czasy tylko mijam jakąś wioskę składająca się z kilku domów, która kończy się zanim zdąży zacząć. Dookoła mnie same pagórki, pola, a raczej wrzosowiska, które o tej porze roku są niesamowicie zabarwione na fioletowo.

img_2130_a

To tylko zwykłe krowy, które dają mleko, jedzą trawę i robią „muuu”

Dwa lata wcześniej objechałem rowerem Szwajcarię, kilkukrotnie pokonując alpejskie przełęcze o wysokościach przekraczających 2000m n.p.m. Szkocja w żaden sposób nie może równać się wysokością z Alpami, a mimo tego podjazdy są jakby bardziej wymagające. W Alpach niejednokrotnie osiągałem daną wysokość po nawet i dwudniowym, mozolnym wznoszeniu się. Tutaj natomiast jest to naprzemienne zmaganie się z większą ilością niższych, ale wiele stromszych podjazdów, które zdają się nie mieć końca. Zjazdy natomiast nie przynoszą żadnej ulgi czy wytchnienia bo nielicho dmący wicher zabiera i te resztki przyjemności. Rozważam nawet czy jest sens kontynuować te mizerne wysiłki i poczekać, aż wiatr się uspokoi. Jakoś jednak udaje się przejechać całe Cairngorms, dotrzeć do Aviemore, a potem jest już lżej. I mniej wietrznie.

img_2094_a

Usiłuje zrobić zapas benzyny do kuchenki, jednak na stacji zostaje odprawiony z kwitkiem, że niby nie można nalewać do butelki. Kupuję denaturat w butelce, który niedługo później okazuje się kompletnym niewypałem. Z Inverness na Skye wybieram drogę północną, która jak i piękna, jest niesamowicie odludna. Przez wiele, wiele kilometrów nie ma żadnych zabudowań, sklepów czy jakiekolwiek infrastruktury poza droga i linią kolejową. W dodatku dookoła fruwają te szkockie muszki, przed którymi wszyscy ostrzegali. Są niemożliwe, nie dają żyć, a najbardziej aktywne są wieczór i rano. Nie pomaga OFF, nie pomaga też moskitiera. Oczka są za duże i te potwory przechodzą przez nie bez trudu. A są tak małe, że wpadają pod powieki. W takich warunkach ciężko cokolwiek zrobić, a w szczególności rozłożyć namiot czy zjeść. W takiej też chwili kończy się benzyna i okazuje się, że denaturat wcale nie pali się tak dobrze jak miałem nadzieję. Na śniadanie zostaję z niedogotowanym, letnim makaronem bez sosu. W dodatku jest weekend, a następna stacja benzynowa oraz sklep są 60 km dalej. O ile będą jeszcze czynne nim tam dotrę. Droga za to jaka piękna. Wiedzie dolinami zwanymi tutaj „glen”, które charakteryzują się tym, że są długie, głębokie i U-kształtne z jakimś ciekiem wodnym przezeń płynącym. Na wrzosowisku udaje mi się dostrzec dostojnie kroczącego jelenia z majestatycznym porożem, który szuka sobie towarzystwa wśród niewzruszonych jego obecnością owiec. A tych tu nie brakuje. Pasą się wszędzie, a miejsca do dyspozycji mają tyle, ile sobie wymarzą.

img_2139_a

img_2156_a

Choć prognozy zapowiadają poprawę pogody, ta wiele się nie zmienia. Nisko zawieszone chmury i temperatura oscylująca w granicach 15°C. Na szczęście nie pada, ale za to na otwartej przestrzeni wiatru nie brakuje. Przynajmniej to skutecznie powstrzymuje meszki przed zjedzeniem mnie żywcem.

img_2176_a

Czasem bardzo miłym akcentem jest znalezienie wieczór uroczego miejsca na nocleg. Nic tak nie odpręża na koniec dnia jak dobry widok, a takim właśnie jest ten dzisiejszy. Namiot rozstawiłem na trawiastym brzegu jeziora Loch Duich, tuż na wprost majestatycznego zamku Eilean Donan. Starałem się dobrze obliczyć linię, do której sięgnie woda podczas przypływu i na szczęście się nie pomyliłem. Po chwili tuż obok, jak grzyby po deszczu, powstają kolejne namioty. Nie ma się czemu dziwić, bo to miejsce jest wyborne.

img_2186_a

Rano, w porannym świetle zamek prezentuje się jeszcze piękniej. Kamienna twierdza wznosi się na maleńkiej wyspie połączonej łukowym mostem z lądem. Góry i jezioro w tle stanowią pięknie komponujący się dodatek dla tej surowej budowli.

IMG_2243_a.jpg

Eilean Donan

img_2193_aimg_2205_a

img_2209_a

Loch Duich

O ile w ciągu poprzednich dni pogoda była bardzo kapryśna, o tyle na wyspie Skye robi się ciepło, słonecznie i nawet wiatr nie dokucza. A przynajmniej z początku, gdy wieje w plecy i dzień można zaliczyć do lekkich i przyjemnych. Dopiero kolejnego dnia, gdy zmieniam kierunek jazdy, wczorajszy wiatr w plecy jest dzisiejszym wiatrem w twarz. Cały czas jest ciepło. I to jeszcze jak ciepło! Momentami temperatura oscyluje w granicach 27-30C i utrzymuje się na tym poziomie przez kolejne trzy dni. W sam raz by objechać całą wyspę przez Portree, minąć skalną iglicy Old Man of Storr, przeciąć górski masyw Quiraing i dotrzeć do niezwykle fotogenicznej latarni położonej na wcinającej się w morze skale – Neist Point Lighthouse. Przez środek wyspy jadę na południe, momentami walcząc z czasem żeby tylko zdążyć na ostatni prom odpływający na stały ląd – do Mallaig.

img_2247_a

Most na wyspę Skye

img_2270_aimg_2272_aimg_2273_aimg_2279_a

img_2290_a

Krajobrazy Skye

img_2297_aimg_2315_a

img_2341_a

Neist Point Lighthouse

img_2354_aimg_2362_a

 

Glenfinnan to miejscowość warta zatrzymania się i zrobienia sobie małej przerwy. Jest to miejsce m.in. rozpoczęcia się ostatniego powstania Jakobitów w 1745 roku, a tutejsza niepowtarzalna sceneria starała się plenerem kilku filmów m.in. Harrego Pottera. Znajduje się tu słynny wiadukt, przez który parowy pociąg Jakobitów przejeżdża dwa razy dziennie. Wdrapuję się i przedzieram przez wrzosy na najwyższy pagórek w okolicy i z aparatem w ręce wyczekuję jego pojawienia się. Pierwszy z charakterystycznym „pufff puff” nadjeżdża od strony Fort William, przetacza się po wiadukcie i znika za górą. Gdy już myślę, że to wszystko, okazuje się, że z przeciwka jedzie drugi. Tym razem sunie wolniej przez wiadukt, a nawet zatrzymuje się na chwilę, więc dokładnie mogę mu się przyjrzeć z bliska.

img_2399_a

Glenfinnan Viaduct

img_2375_a

Glenfinnan Viaduct

img_2422_a

Glen Coe to glen, czyli dolina uważana za jedno z piękniejszych miejsc w Szkocji. Nie do końca jest mi dane doświadczyć tego odczucia, ponieważ przejeżdżając przez Glen Coe pada deszcz i dodatkowo wiejący wiatr zacina prosto w twarz.

img_2459_a

img_2474_a

Glen Coe

img_2512_a

Glen Etive

img_2543_a

img_2569_a

Trossachs

Mimo zdecydowanie niesprzyjającej aury, w pewnym momencie odbijam w bok do Glen Etive. Powód, dla którego skusiłem się tu wjechać jest prozaiczny. W Glen Etive kręcono sceny do filmu Skyfall z Danielem Craigiem w roli Jamesa Bonda. Zjeżdżam kilka kilometrów w dół wąską, prawie całkowicie pustą drogą, jeśli nie liczyć zaledwie paru samochodów, które mijam po drodze. Dolina jest rzeczywiście przepiękna i nawet padający deszcz nie odbiera jej uroku. Szkoda, że nie mam więcej czasu by zapuścić się w nią całkiem i sprawdzić, dokąd wiedzie i co jest na końcu.

img_2574_a

Zajazd przy drodze

img_2593_aimg_2596_aimg_2605_aimg_2606_a

img_2607_a

Grób Rob Roya

img_2633_a

img_2642_a

Zamek w Stirling

img_2644_a

Stirling

img_2655_a

Pomimo, że Glen Coe się kończy po kilkunastu kilometrach to droga nadal wiedzie górami, wzdłuż jezior, moczarów i wrzosowisk, a zła pogoda nie odstrasza też turystów, którzy spacerują po okolicznych wzgórzach.

To nie jest tak, że jazda na rowerze z sakwami ma same plusy bądź same minusy, w zależności od tego, jak na to spojrzeć. Oczywiście, że wszystko zależy od naszego podejścia do tematu, ale nawet ja, który wybieram się w dłuższe trasy potrafię dostrzec wady i zalety takiego podróżowania. Przede wszystkim kluczową rolę odgrywa pogoda. O ile przyjemniej jedzie się w bezwietrzny, ciepły, słoneczny dzień, gdy temperatura oscyluje w granicach 25C i trasa co rusz zachwyca widokami, a do tego jest prosta jak strzała. Teraz porównajmy sobie to do jazdy w deszczu, przy już chociażby 12C, wietrze w twarz i zmaganiu się z mnogością skrzyżowań w mieście i nieporadnej próbie nawigowania w tym labiryncie ulic. To są oczywiście dwa skrajne przypadki, ale jednak się zdarzają. Na szczęście z w miarę równą częstotliwością. Ponadto o ile pierwszą sytuację odczuwamy jako coś naturalnego, o tyle w drugim przypadku mamy wrażenie, że jedyne co się jeszcze może stać to lada moment otworzą się wrota piekieł i nas pochłoną w taką pogodę. A przecież można przebić oponę, uszkodzić rower czy sprzęt i nie ma zmiłuj – trzeba naprawiać nawet w taką pogodę. Nawet najprostsza czynność jak przerwa na posiłek czy wyjęcie mapy, telefonu w deszczu, w chłodzie jest utrudnione i nieprzyjemne. O ile jadąc, pozostając w ruchu, mięśnie są rozgrzane i jest względnie ciepło, o tyle każda przerwa wiąże się z wychłodzeniem organizmu, mięśni i najzwyczajniej w świecie trzeba się na tę chwilę czasem i ubrać.

Szkocja, jak i zresztą cała Wielka Brytania jest bardzo wdzięcznym miejscem do uprawiania turystyki rowerowej, ponieważ po pierwsze, kultura jazdy kierowców jest zdecydowanie odmienna od tej, którą znamy na co dzień. Sporo szkockich dróg jest jednojezdniowych i co jakiś czas są porobione zatoczki do mijania się. Pomimo, że na większości z nich rower zmieściłby się równolegle do samochodu, to spora rzesza kierowców woli zaczekać aż przejadę, a nie pchać się na siłę. Przyznam, że jest to dla mnie czasem uciążliwe, gdy sznur samochodów ciągnie się za mną aż dojadę do zatoczki. Co jakiś czas zjeżdżam z własnej inicjatywy na pobocze i przepuszczam cały ruch, ale nie jestem w stanie robić tak ciągle, bo to wybija z rytmu i nigdzie bym w ten sposób nie dojechał.

Co więcej, na skrzyżowaniach nikt nie wymusza pierwszeństwa, nie wpycha się, bo przecież zdąży. Może i zdąży, ale albo spowoduje u mnie hamowanie, a nie jest tak łatwo zatrzymać rozpędzony, załadowany rower. Ewentualnie dostanę spalinami w twarz. Żadne nie jest przyjemne.

Nie mniej jednak ruch samochodowy w Szkocji nie jest duży, szczególnie na terenach górskich i bardziej odludnych drogi są puste i można delektować się ciszą i spokojem. Z kolei bliżej miast pojawia się możliwość skorzystania z dość bogatej sieci ścieżek rowerowych, które umożliwiają spokojną i bezpieczną jazdę. Nie zawsze jednak nawierzchnia jest taka, o jakiej by się marzyło. Takim przykładem jest ścieżka prowadząca z Falkirk do Edynburga.

IMG_2694_a.jpg

Koło z Falkirk

Co do samego Falkirk jeszcze, to jest to miasto, w którym znajduje się „Diabelski młyn”, jak bywa czasem nazywane „koło z Falkirk”. Jest to po prostu winda obrotowa o funkcji śluzy służąca do pionowego transportu łodzi i innych jednostek pływających pomiędzy kanałem Forth and Clyde oraz kanałem Union.

img_2713_a

Ścieżka rowerowa wzdłuż kanału

img_2715_a

Właśnie prosto spod koła prowadzi ścieżka rowerowa do samego Edynburga. Nie jest może najlepszej jakości, bo prawie całkowicie nieutwardzona, momentami błotnista i kamienista. Wiedzie za to wzdłuż kanału, więc jest płasko, ale przy okazji szanse wpadnięcia do wody znacznie się zwiększają. Szczególnie w takich miejscach jak wjazdy do tuneli wiodących pod mostami, gdzie jest ciemno, ślisko i nie ma żadnych barierek zabezpieczających. Dodatkowo nigdy nie wiadomo czy nagle zza jakiegoś zakrętu ktoś nie nadjedzie.

img_2717_a

George Street

img_2720_aimg_2721_aimg_2731_aimg_2733_aimg_2752_a

 

img_2762_a

Victoria Street

 

img_2779_a

img_2794_aimg_2797_a

img_2803_a

img_2810_aimg_2817_aimg_2888_a

img_2912_a

Zamek w Edynburgu

img_2920_a

Niedżwiedź Wojtek

W Edynburgu w sierpniu trwa festiwal kulturalny, który tak naprawdę jest zbiorem siedmiu różnych festiwali (The Military Tattoo – festiwal orkiestr wojskowych, festiwal teatralny The Fringe, festiwal muzyki poważnej, w tym opery i baletu, Edinburgh International Festival, Film Festival, Book Festival oraz Television Festival). W związku z tym wydarzeniem miasto zalane jest ludźmi, główne ulice są pozamykane i to tam skupia się cała masa turystów. Na nich odbywa się nieustanne przedstawienie.

img_2842_aimg_2758_aimg_2764_a

Właśnie z Falkirk pędzę co rusz do Edynburga, gdy okazuje się, że pewne starsze małżeństwo zgodziło się dzięki platformie Warm Showers przenocować mnie i Ewę, z którą obecnie jadę. Zastanawialiśmy się jak będzie przebiegało nasze spotkanie, bo Jane i John mają odpowiednio 70 i 77 lat, więc nie wiedzieliśmy nawet jak sobie poradzili z obsługą Internetu. Gdy docieramy na miejsce wszystkie nasze wątpliwości zostają natychmiast rozwiane. Jane i John okazują się być bowiem przeuroczymi ludźmi, niezwykle gościnnymi, z którymi można porozmawiać na mnóstwo tematów. Okazuje się, że rocznie spędzają po kilka miesięcy podróżując na rowerach z sakwami – głównie po Francji i Nowej Zelandii, w której byli już piętnaście razy i za parę miesięcy lecą znów. Mają kredens pełen map i wiedzę nie mniejszą od książek stojących w tymże kredensie. Od razu z niej korzystam i omawiam plan mojego kolejnego wyjazdu – właśnie do Nowej Zelandii. Na takich rozmowach – o rowerach upływa nam czas podczas śniadań i kolacji, którymi raczy nas Jane. Nie muszę chyba dodawać, że są przepyszne. W ciągu dnia spacerujemy podziwiając Edynburg, bo jak na Szkocję to pogoda cały czas dopisuje.

IMG_2926_a.jpg

Kaplica w Roslin

Jak zwykle najtrudniejszy moment to ten, w którym się trzeba rozstać i ruszyć dalej, ale może szczęście nam dopisze i spotkamy się za parę miesięcy gdzieś w krainie kiwi.

img_2930_a

img_2934_a

Fragment ścieżki rowerowej

img_2935_a

img_2937_a

Najstarszy dom w Szkocji

Wyjazd z miasta, tak jak i wjazd, nie jest nazbyt skomplikowany i późnym wieczorem jesteśmy już kilkadziesiąt kilometrów dalej. Powoli zostawiamy Szkocję za sobą. Został nam tylko jeszcze jeden odcinek, trochę górzysty, ale za to niesamowicie piękny. Prawie pusta droga wijąca się poprzez wzgórza i łąki, w większości wąska i praktycznie wolna od ruchu samochodowego. Na dokładkę słońce nam przygrzewa i jazda w taką pogodę jest bardzo przyjemna. Nie licząc oczywiście ciężkiego bagażu, podjazdów pod górkę i delikatnego wiatru, który nigdy nie wieje tak, jakby się chciało.

img_2944_a

Szkockie wzgórza

img_2945_aimg_2947_aimg_2948_aimg_2950_aimg_2962_a

Opuszczamy Szkocję ze świadomością, że przejechaliśmy kawałek pięknego i momentami trochę dzikiego terenu, w nie zawsze idealnych warunkach pogodowych, choć trafiliśmy również na dni bardzo upalne, co w Szkocji jest rzadkością i jednocześnie zaszczytem dla nas. Mimo tego wyjeżdżamy zadowoleni i z ciekawością patrzymy w przód jak bardzo Anglia czy Walią będą od Szkocji inne lub do niej podobne.

Reklamy

Kopenhaga na weekend

Co można robić w nudny, pogodowo nieobiecujący październikowy weekend? Można siedzieć pod kocem, pić kakao/wino/herbatę (niepotrzebne skreślić), czytać książki, grać w gry planszowe bądź oglądać filmy. A można też wybrać się do Kopenhagi. Nie pytajcie dlaczego akurat Kopenhaga. To był pomysł Marty, która jęczała żeby lecieć właśnie tam, by parę dni przed wylotem przeprowadzić się na drugi koniec kraju co skutecznie przekreśliło możliwość dotarcia na lotnisko. Lecę więc sam, a loty mam tak ustawione, że wylatuje w piątek wieczór i wracam dwa dni później, co pozwala wykorzystać prawie całe dwa dni na miejscu.

Z lotniska Kastrup jeździ całodobowe metro, dzięki czemu stosunkowo szybko docieram do mojego gospodarza – Ibrahima. Na nogach jestem już znacznie ponad 20h i zmęczenie daje o sobie znać ale Ibrahim jest na tyle ciekawą i sympatyczną osobą, że rozmawiamy prawie do drugiej w nocy.

img_3876_a

Żółte domy przy Sankt Pauls Gade i Borgergade

img_3876

Żółte domy przy Sankt Pauls Gade i Borgergade

img_3851img_3857_a

Rano przyjeżdżają jeszcze trzy dziewczyny z Mińska i robi się bardziej tłoczno. Pogoda zachęca do wyjścia więc robię to czym prędzej zanim zdąży się zepsuć. Kopenhaga nie jest duża, a Ibrahim mieszka bardzo blisko centrum, więc spokojnie mogę udać się na całodniowy spacer. Z Fredriksburg idę przez Ørstedsparken, gdzie na jeziorze odbywają się zawody żeglarskie. Następnie przechodzę przez targ Torvehallerne, który dopiero zaczyna się rozkładać i niektóre stragany są jeszcze nieczynne.

img_3818_a

img_3826_a

img_3831_a

Rosenborg

Kawałek dalej są znajdują się ogrody botaniczne, zamek Rosenborg i galeria narodowa – Statens Museum for Kunst. Najbardziej jednak moją uwagę przyciąga Kastellet. Położony na pięcioramiennej wyspie otoczonej fosą stanowi przykład jednej z najlepiej zachowanych fortec w północnej Europie. Spaceruję po wałach, skąd mam z góry widok na całą twierdzę prezentującą się ładnie w jesiennym słońcu.

img_3836_a

Statens Museum for Kunst

img_3882_a

Kastellet

img_3889_a

Kościół w twierdzy Kastellet

 

img_3899_a

img_3892_a

 

Pogoda powoli zaczyna się psuć i słońce na coraz dłużej zaczyna chować się za chmurami. Dodatkowo wieje chłodny wiatr potęgujący odczucie zimna.

Kopenhaska syrenka jak zwykle oblegana jest przez turystów choć jej sława wielokrotnie przewyższa jej urok. Tyle tylko, że dawno stała się już symbolem miasta i piękna czy nie, duża bądź mała i tak stanowi atrakcję. Dopiero później może przyjść rozczarowanie, że to „to”.

img_3917_a

Mała Syrenka

Następnym miejscem, do którego spaceruję jest pałac królewski Amalienborg. Właściwie było by powiedzieć, że to cztery pałace otaczające plac. Królowej nie ma w domu o czym świadczy brak flagi na maszcie.

img_3986_a

Amalienborg

img_3919_a

img_3930_a

Kościół Marmurowy ze swą ogromną kopułą wznosi się na końcu ulicy odchodzącej bezpośrednio z Amalienborg, ale niestety jest dziś zamknięty. Wrócę jutro.

img_3933_a

Kilka przecznic dalej znajduje się Nyhavn – XVII wieczne nabrzeże, kanał i dzielnica rozrywkowa Kopenhagi. Rozciąga się od Konens Nytorv aż do portu na południe od teatru. Przy braku słońca oświetlającego kolorowe fasady kamienic nie daje już takiego efektu „wow”.

img_3942a

Nyhavn

img_3941_a

 

img_4002_a

Christiania znana również jako Wolne Miasto Christiania to kolejny punkt na mojej trasie zwiedzania. Zasłynęła ona na świecie głównie jako potężny ośrodek ruchu hippisowskiego i kultury alternatywnej. Dzielnica powstała na początku lat ’70, kiedy to grupa hippisów zajęła opuszczone koszary rozsiane na obszarze 40ha w byłej jednostce wojskowej Christianshavn. Osiedlający się tu przybysze otwierali szkoły i przedszkola dla własnych dzieci, a okolicę szybko zapełniły prowizorycznie sklecone domostwa, nierzadko ciekawe pod względem architektonicznym. Główną i słynną ulicą Christiani jest Ulica Dealerów (Pusher Street), położona niedaleko głównego wejścia, gdzie mimo zakazu wprowadzonego przez władze nadal ustawione są stragany z haszyszem i marihuaną.

img_3953_a

Wychodząc z Christianii wracam mostem na drugą stronę, skąd z daleka widać Czarny Diament – kopenhaską bibliotekę królewską. Dalej mijam Børsen – budynek giełdy powstały w latach 1619 – 1625 i kawałek dalej skręcam w stronę pałacu Christiansborg, który do 1794 r. stanowił siedzibę królów Danii w Kopenhadze. Muzeum narodowe, które mieści się dosłownie parę kroków dalej zostawiam na inny dzień. Robi się już chłodno, a i zmęczenie daje o sobie powoli znać. Czas wracać.

img_3918_a

img_3945_a

img_3961_a

Christiansborg

W drodze powrotnej mijam ogrody Tivoli, które są już zamknięte po sezonie i wznowią swą działalność na krótki okres podczas Halloween.

img_3970_a

img_3973_a

img_3976_a

Miałem w planie wybrać się do jakiegoś pubu na mecz Polska – Dania ale całodniowy spacer i mała ilość snu poprzedniej nocy zwala mnie dosłownie z nóg. Ważne, że wygraliśmy.

Rano drugiego dnia pogoda nie jest już tak piękna jak w sobotę. Na szczęście nie pada, na co wskazywały prognozy pogody. Mogę dzięki temu powłóczyć się jeszcze trochę na świeżym powietrzu.

img_3968_a

Wychodząc od Ibrahima zmierzam najpierw na południe w kierunku położonych tam parków, a później odbijam ponownie do centrum. Znajduję się na placu ratuszowym, skąd dalej idę przez Stroget – handlową uliczkę, przy której mieści się wiele butików i sklepów. Jedynym do którego wchodzę jest ten z LEGO, w którym można nabyć gotowe zestawy jak i luźne klocki w kubeczkach.

img_3966_a

Kościół Marmurowy, który wczoraj był zamknięty, dziś jest otwarty więc zaglądam do środka by podziwiać największą, wspierającą się na 12 kolumnach, kopułę w Skandynawii.

Czasu mam mnóstwo więc wchodzę jeszcze do Muzeum Narodowego. W zasobach muzeum znajdują się eksponaty od epoki kamienia, brązu, żelaza po czasy współczesne opowiadające historie związane z Danią na przestrzeni 14000 lat. Z braku laku można się przejść ale przyznam, że muzeum w żadnym stopniu nie porywa i niczym specjalnym nie oczarowuje.

img_3873_a

img_3841_a

Było to ostatnie miejsce w mieście, które chciałem odwiedzić i teraz zmierzam już prosto na lotnisko. Czasu mam mnóstwo, nie pada więc powoli idę piechotą. Odprawiłem się już rano także teraz tylko przechodzę przez bramki bezpieczeństwa i kieruję się do odpowiedniego wyjścia. Obłożenie samolotu nie sięga nawet 20% i miejsca jest mnóstwo. Zresztą i tak siedzę przy wyjściu awaryjnym, więc  na przestrzeń na nogi nie mogę narzekać.

Jedyne czego może trochę jest mi szkoda to tego, że w drugim dniu pogoda nie była idealna i wycieczkę do zamków w Helsingor i Hilerod zdecydowanie warto odłożyć na kolejny raz, gdy znów będę w Dani.

AEP-GRU-MXP, BGY-KRK

Bardzo niestety nadszedł mój koniec, a raczej koniec mojej pierwszej wizyty w Ameryce Południowej. Wizyty, w którą bardzo długo nie mogłem się wczuć i zacząć nią żyć w pełni, jak to robiłem dotychczas podczas innych wyjazdów. Gdy jednak złapałem już to „coś”, tym trudniej jest mi teraz wrócić. Bo mimo tego, że wracam do domu to ciężko się cieszyć, gdy zostawia się znajomych, z którymi dzieliło się trudy drogi, którzy byli oparciem i służyli pomocą w trudnych chwilach oraz gdy najzwyczajniej wraca się z temperatury 35C do zaledwie marnych paru stopni. Nawet przesiadka na lotnisku w Sao Paulo Guarulhos to już nie to samo co w pierwszą stronę. Wasze zdrowie Maćku i Paulino!

Kilkanaście godzin lotów i tak oto ląduję w Mediolanie na lotnisku Malpensa. Nie mam jeszcze nigdzie znalezionego noclegu, więc zostaję chwilę dłużej w terminalu i rezerwuję coś na szybko. Nie wiem czy moje ociąganie się czy też coś innego przykuło uwagę tajniaków, którzy to postanawiają mnie sprawdzić bardzo dokładnie przy opuszczaniu strefy bagażowej lotniska. Co ciekawe nie sprawdzają w ogóle opakować z yerbą, w których mogłoby się kryć wszystko ale przeglądają dokładnie butelki z winem, czy w środku czasem nie pływa coś podejrzanego. Po paru minutach puszczają mnie dalej.

Przemieszczam się najpierw do centrum Mediolanu, a następnie do Bergamo, gdzie nieopodal lotniska mam nocleg. Nawet jak na Włochy pogoda jest bardzo przeciętna, żeby nie powiedzieć, że gorsza niż w styczniu.

Rano, gdy wyruszam na zwiedzanie Bergamo, chmury są zawieszone nisko, momentami lekko mży i jest zdecydowanie chłodno. Męczące są dla mnie ostatnio takie przesiadki, gdy wraca się już do domu z miejsca docelowego, gdy zobaczyło się już wszystko co się planowało i trzeba jakoś zabić czas pomiędzy lotami.

Na szczęście w końcu nadchodzi czas mojego lotu do Krakowa. Przepakowuję plecak nadając tylko 15kg bagażu, a resztę biorę do worka na śmierci, który dostałem od Rodrigo i zarzucam do wszystko pod ponczo, które jest dość długie. Przesiadanie się z tradycyjnych linii do tak zwanych tanich jest zawsze bolesne ze względu na mniejszą ilość miejsca do dyspozycji. Krótko mówiąc jest ciasno i taka przesiadka jeszcze bardziej uwypukla tę różnicę.

Zniżając się do lądowania przelatujemy nad Wisłą, Szczyrkiem, Beskidem Małym i już widzę, że ze śniegiem słabo i nie ma co liczyć na skitury. Zima znów się nie udała. Pozostaje czekać do lata, aż te 35C i u nas stanie się rzeczywistością.

img_2005-jpgimg_2000

 

Mediolan

W końcu nadszedł ten dzień, w którym zmierzam do Ameryki Południowej. Dotychczas parę razy miałem w planach się tam wybrać, a ostatecznie jednak zawsze lądowałem w Azji, którą notabene uwielbiam, darzę ogromnym sentymentem, tęsknię i wspominam.

Zanim jednak moja stopa postanie na południowoamerykańskiej ziemi przyjdzie mi jeszcze trochę poczekać, ponieważ właśnie zmierzam do Mediolanu, skąd mam kolejny lot. Szykuje się długa podróż z długimi stopoverami. Niedziela to przelot z Modlina do Bergamo, poniedziałek z Mediolanu do Sao Paulo, wtorek z Sao Paulo do Buenos Aires i w środę z Buenos do Ushuaia. Szykuje się męcząca podróż, choć nie zdawałem sobie jeszcze sprawy jak bardzo.

Przyznam szczerze, że Mediolan średnio mnie pociągał, bo byłem w nim już dwukrotnie i już podczas drugiej wizyty postanowiłem odpuścić zwiedzanie miasta i wybrać się na północ, w Alpy. Teraz jednak miałem zamiar zostać w mieście.  Ale po kolei..

Pierwszy raz lecę z Modlina i wydawało mi się, że to lotnisko położone jest bliżej Warszawy, a tu trzeba sobie doliczyć prawie godzinę (autobusem) na dojazd. Okęcie pod tym względem jest zdecydowanie wygodniejsze i można dojechać autobusem miejskim znacznie taniej.

Co do samego lotniska to ani nie zachwyca, ani nie odrzuca, choć kolejka do security na 20 min stania. Dobrze, że do samolotu szło się pieszo bo pakowanie ludzi do autobusu aby ich przewieźć 50 metrów moim zdaniem mija się z celem.

Lotu Ryanairem nigdy nie można traktować w kategoriach rozrywki więc nie ma się nad czym rozczulać. Choć przyznam, że podobało mi się, gdy pilot na początku informował o dobrej pogodzie na trasie, a przy zejściu do lądowania był mały rollercoaster. Lubię takie atrakcje, przynajmniej się coś dzieje. Nie wiem tylko czy dziewczyna pod oknem, która leciała pierwszy raz i trochę się bała przed starem podziela moje upodobanie do turbulencji. Z kolei obok mnie siedział sympatyczny Włoch, który przylatuje sukcesywnie do Polski do dziewczyny i uczy się polskiego. Bardzo mnie zawsze ciekawiło jak wyglądają książki do nauki języka polskiego. Dziwnie się taką książkę ogląda, gdy rozumie się wszystko i nie trzeba czytać poleceń by wiedzieć jak rozwiązać dane ćwiczenie.

Z lotniska za 5€ autobusem jadę do centrum Mediolanu i zmierzam do hotelu. Po drodze wrzucam w siebie na szybko kanapki i maszeruję. Jest ładnych kilka stopni cieplej niż w Polsce ale nie wiem czy na tyle by o 22 jeździć na rolkach w krótkich spodniach.

Wejście do hotelu jest bardzo zamaskowane, ponieważ najpierw należy wejść do kamienicy i dopiero na dziedzińcu znajduje się wejście.

Następnego dnia, po skromnym śniadaniu wyruszam na zwiedzanie Mediolanu. Bardziej zależy mi na zabiciu czasu i przeczekaniu do wieczora aniżeli na zwiedzaniu miasta, w którym już bywałem wcześniej. Nie mniej jednak nie pierwszy ogień kieruję się do centrum, na Piazza del Duomo, przy którym mieści się słynna katedra – Duomo oraz Galleria Vittorio Emanuele II.

IMG_0069_a

IMG_0008

Poprzednim razem nie byłem na dachu katedry, więc tym razem wykupuję bilet na całość tj. katedrę wraz z kryptami, taras oraz jakieś dwa inne muzea (11€). Cena mało atrakcyjna ale zarazem niewiele wyższa niż gdybym kupił wstęp tylko do samej katedry. Zapomniałem już, że obok głównego wejścia do katedry znajduje się bezpłatne dla wiernych ale nie wiem w jakiej cenie jest wówczas wstęp na dach. Widok jest rzeczywiście piękny i pomiędzy gotyckimi wieżyczkami katedry, ponad dachami pokrytymi czerwoną dachówką rozciąga się przepiękna panorama sięgająca aż po ośnieżone alpy.

IMG_0035_a

IMG_0043_a

IMG_0050_a

Z Duomo udałem się przez Zamek Sforzów (Castello Sforzesco) i Park Sempione aż do Cmentarza Monumentalnego, który niestety był w poniedziałek zamknięty. W związku z tym wróciłem do centrum, a po drodze wstąpiłem na włoską pizzę – taką na cienkim cieście, bardzo odmienną od tego, co serwuje i jada się w Polsce. Tutaj szczerze muszę stwierdzić, że pizza niczym nie powalała i osobiście znam kogoś, kto robi znacznie lepsze – najlepsze!

IMG_0004

Podszedłem również pod kościół Santa Maria delle Grazie, w którym znajduje się obraz Leonarda da Vinci – Ostatnia Wieczerza. Tutaj byłem już przygotowany na rozczarowanie i wiedziałem, że kościół jest zamknięty. W drodze do hotelu po bagaż zahaczyłem o te dwa dodatkowe muzea, które przysługiwały (muzeum i kościół Św. Gottarda).

IMG_0063_a

Nie wiem jak, dlaczego ale czuję, że chyba naciągnąłem sobie jakiś mięsień czy ścięgno w nodze i zaczynam utykać, zaczyna boleć. Nie ma to jak pierwszego dnia, chodząc po mieście skrzywdzić sobie nogę. Zapis trasy marszu z GPS.

Na lotnisko docieram ponad 3h przed odlotem, pakuję niepotrzebne rzeczy do plecaka i odprawiam się. Pani w check-in pyta czy to jakaś większa wycieczka Polaków bo podobno sporo nas co rusz leci do Patagonii i Ziemi Ognistej. Odpowiadam, że nic zorganizowanego ale w najbliższym czasie pewnie sporo nas tam poleci.

Idąc do kontroli bezpieczeństwa zauważam, że jedna z kart pokładowych (dostałem od razu wszystkie trzy) jest wystawiona na Maćka i wracam ją wymienić. Po przejściu przez kontrolę rozsiadam się przed bramką i docierają do mnie głosy rozmów po polsku. Okazuje się, że na pokładzie Dreamlinera 787 LAN do Sao Paulo będzie nas spora grupka. Wszyscy lecimy dzięki jesiennej promocji LAN’u. Nie mogąc zasnąć w samolocie gromadzimy się między rzędami i rozmawiamy przez chwilę dzieląc się przeżyciami z poprzednich podróży i pomysłami na kolejne.

 

Deportacja z Rosji

Bardzo często mam niesłychane szczęście w różnych sytuacjach, np. zostaję przygarnięty przez jakąś rodzinę gdy jestem chory (Chodżent) lub ktoś mnie podwiezie kiedy cały inny transport zawodzi, a brak sił by iść dalej (stop w Kazachstanie). Przypadków kiedy mogło mi się coś stać, a kończyło się ledwie zadrapaniami jest mnóstwo (wypadek na skuterze w Wietnamie, bycie rzucanym przez fale oceanu po ostrych koralowcach w Indonezji, itd., itp.). Zdaję sobie sprawę także z tego, że jeśli coś ma się przytrafić to przytrafi się właśnie mi. Nie ubolewam z tego powodu, po prostu zdaję sobie sprawę, że im częściej będę wyjeżdżał, tym częściej coś się może zdarzyć. Ot, statystyka.

Z drugiej jednak strony każde takie zdarzenie to kolejne doświadczenie, przygoda, a wiem że moje szczęście i tak sobie z tym poradzi. Tak też było i tym razem. Ale od początku..

Z hostelu na lotnisko wyjechałem około 1 w nocy, mimo że wymeldowałem się już o 10 rano. Jednak właściciel Topchan hostel (warto wymienić tę nazwę) – Roman, był tak sympatyczny, że pozwolił mi zostać ile tylko chcę i nie krępować się. Skorzystałem więc z tego zaproszenia i po powrocie z nad jeziora ułożyłem się na matach i czekałem na odpowiednią godzinę, kiedy to będę mógł wyruszyć na lotnisko. W międzyczasie dostałem wiadomość od Joe i Leo, że są już w Londynie, a przecież rozstaliśmy się zaledwie rano. Joe bez przeszkód powrócił z bazaru i kupił mi papryki.

Na lotnisku ostatnie przepakowanie, zabezpieczenie wszystkiego i udanie się do odprawy. Sprawne przemieszczanie uniemożliwiał mi zestaw do herbaty składający się z glinianego dzbanka, ośmiu czarek i dużej podstawki. Pomimo, że miałem to wszystko bezpiecznie owinięte folią i pianką i tak musiałem nieść to w rękach i dbać jak o jajko. Zakup zrobiłem już w Chiwie i od tamtego czasu chodziłem z tym cały czas w rękach. Nie inaczej było teraz na lotnisku.

Ustawiam się w kolejce do odprawy, podaję paszport, czekam na wydrukowanie kart pokładowych i wtedy pani mówi do mnie, że bagaż mam do odbioru w Moskwie (lecę do Mińska). Odpowiadam, że raczej nie bo bez wizy rosyjskiej nie jestem w stanie tego zrobić. Ona z kolei, że takie są procedury i muszę go tam odebrać. Odbijam piłeczkę mówiąc kolejny raz, że nie ma opcji.

Po chwili prosi mnie o przejście na bok i zaczekanie, aż przyjdzie ktoś z Aeroflotu i rozwiąże moją sytuację. Wiem, że w każdym cywilizowanym kraju (poza USA oczywiście) na tranzycie nie jest potrzebna wiza. Okazuje się, że tutaj jest inaczej i Rosja ma specjalne porozumienie z Białorusią i loty na trasie Moskwa – Mińsk są traktowane jako krajowe więc wymagane jest przejście do terminala krajowego i posiadanie wizy. Mój błąd, nie wiedziałem, nie sprawdziłem, nie domyśliłem się ale i nikt mi nie powiedział.

Chwilę później przychodzi jednak ktoś z linii lotniczej i rozentuzjazmowanym głosem mówi, że nie ma sprawy, wszystko załatwione. Nadadzą z Taszkientu telegram (telegram! Serio) do Moskwy i tam zgłoszę się na tranzycie, powiem że ja to ja i wszystko będzie wiadomo. Odbiorą mój bagaż i nadadzą go w moim imieniu. Super! Zatem lecę, bo przez chwilę obawiałem się jak to się skończy, a co gorsza moja uzbecka wiza kończy się za 20h i jedyny kraj, do którego mógłbym wjechać bez wizy do Kirgistan.

Od zawsze bardzo ceniłem sobie loty Aeroflotem ze względu na komfort podróży i ciepły posiłek na trasach europejskich (3 miesiące później podczas lotu do i z Tokio trochę zmieniłem zdanie) ale ten A330-200 był naprawdę niesamowicie wygodny. Dużo miejsca na nogi, siedzenia oddzielone dużą konsolą, a nie jakimś podłokietnikiem. Prawie całe 5h przespałem.

Po wylądowaniu na moskiewskim lotnisku Sheremietievo udaje się na tranzyt po kartę pokładową do Mińska i już po 30 sekundach pani oznajmia mi, że tam to na pewno nie polecę. Sytuacja niejako się powtarza – potrzebuję wizę, której nie mam i nie mogę lecieć tam, dokąd bym chciał. Pani sięga po telefon, wykonuje parę telefonów, a z rozmowy wyłapuję m.in. pytania o wolne miejsca na loty przez Rygę, Warszawę i Kijów. Sugeruję, że mogą mnie wysłać przez jakieś inne miasto lub nawet przez Warszawę, gdzie wysiądę ale odpowiada, że nie jest to możliwe i jeśli chcę lecieć inaczej to muszę kupić nowy bilet. W zasadzie i tak muszę kupić nowy bilet aby wydostać się z tego międzynarodowego terminala. Trochę mi to nie w smak bo dlaczego mam kupować nowy bilet. A co jeśli nie miałbym na to żadnych środków. Oczami wyobraźni widzę siebie jak utykam na tym lotnisku na wieki wieków jak swego czasu bohater grany przez Toma Hanksa w filmie „Terminal”. Obawiam się tylko, że odprowadzając wózki nie nazbieram wystarczającej ilości monet na jedzenie.

W każdym razie biletu nie mam zamiaru kupować i pytam co dalej ze mną będzie. Pani odpowiada, że w takim razie czeka mnie deportacja. W sumie zawsze chciałem to przeżyć i dowiedzieć się jak to jest. Raz nawet miałem pomysł aby z Krymu popłynąć bez wizy do Rosji i spełnić zrealizować ten pomysł. Jak widać co się odwlecze to nie uciecze.

Zostałem poproszony o przejście na bok, oddanie paszportu i zaczekanie. W międzyczasie wpadłem na pomysł aby spróbować skontaktować się z ambasadą ale przed 9 nikt tam nie pracował, a po 9 nie byłem w stanie się dodzwonić. Olałem sprawę i czekałem. Godzinę później przyszła celniczka z dodatkowymi pytaniami typu miejsce zamieszkania, czy byłem w wojsku i czy świadomie przyleciałem bez wizy. Kolejne pół godziny później przyniosła pięć kartek papieru do podpisu (po rosyjsku). Z grubsza streściła mi poszczególne paragrafy, wytłumaczyła, że raz na jakiś czas trafia się im taka sytuacja i na moim miejscu też by wybrała deportację bo to najprostsze wyjście. Bałem się tylko czy trzy miesiące później w drodze do Tokio nie będę miał problemów w Moskwie ale powiedziała, że nie. Dostałem tylko do zapłaty mandat (30$). Miałem na to 60 dni więc tak naprawdę mogłem go wyrzucić do kosza i nigdy więcej nie próbować pojawić się w Rosji. Ale wiem, że pewnego dnia tam trafię, więc lepiej będzie zapłacić. Dodała jeszcze, że Aeroflot za niepoinformowanie mnie o konieczności posiadania wizy dostał także mandat – 700$.

Po wszystkich formalnościach zostałem przeprowadzony przez strefę tranzytową do terminala. Zadano mi pytanie dokąd chcę zostać deportowany. Tutaj miałem mały dylemat bo wahałem się między Vancouver, Seulem i Warszawą. Nie wiem czy by to przeszło ale pewnie gdybym wybrał Londyn bądź Madryt to nie byłoby problemu.

Niestety najbliższy lot Aeroflotu do Warszawy był dopiero za ponad 8h i tyle też przyszło mi czekać w terminalu. Miałem oczywiście swobodę poruszania się jak każdy inny pasażer, nie zostałem zatrzymany, przeszukany ani spałowany. Nie dostałem też żadnych talonów na jedzenie. Znalazłem sobie tylko jakiś koc bo klimatyzacja działała na pełnych obrotach i cierpliwie czekałem na swój lot.

Lwów, Kijów

To już kolejna moja wizyta na Ukrainie, a zarazem w Lwowie. Tym razem jednak było to podyktowane zbliżającym się lotem, które miałem odbyć z lwowskiego lotniska im. Daniela Halickiego.

Dojazd do samego Lwowa bardzo standardowy, czyli najpierw do Przemyśla, później autobusem do przejścia granicznego w Medyce. Szybka wymiana paru złotych na hrywny, żeby było na autobus, a później się zobaczy. Mrówek w postaci kobiet z wielkimi, wypakowanymi po brzegi siatami jest sporo ale to głównie w kierunku do Polski. Ja przechodzę bez kolejek. Z nudów chyba tylko ukraińska celniczka pyta mnie w jakim celu się do nich wybieram. Odpowiadam krótko, że pozwiedzać. Dostaję pieczątkę i jestem już na Ukrainie. Przestawiam zegarek o godzinę do przodu i idę przed siebie wymijając kantory wymiany walut, taksówkarzy i innych naganiaczy na transport do Lwowa. Po 100 metrach skręcam w lewo i idę na dworzec autobusowy. Na moje szczęście najbliższy autobus do Lwowa jest za 10 minut. Przy obecnym kursie koszt takiego przejazdu to coś około 6zł.

Ludzi pełno, z plecakiem trochę ciasno ale po ponad dwóch godzinach bez problemów docieram do centrum Lwowa. W drugim z kantorów (w pierwszym zabrakło hrywien) nieopodal dworca wymieniam jeszcze parę złotówek i tramwajem za 60 groszy jadę do hostelu. Bilety kupuję już w środku. Jest ciasno, a że stoję zaraz na samym początku, praktycznie w kabinie motorniczego to dostaję pieniądze od ludzi z tyłu tramwaju żeby kupić im bilet i przekazać z powrotem razem z resztą. Uśmiecham się pod nosem na myśl, że wracają znajome zachowania, niespotykane w Polsce i nigdzie na zachodzie, a niebawem będzie ich przecież jeszcze więcej.

Hostel mieści się bardzo blisko Prospektu Swobody, a więc w samym centrum turystycznym miasta. Jednak pierwsze co robię to kładę się by trochę odsapnąć po całej nocy w podróży i.. po chwili zasypiam.

Popołudniu gdy dochodzę do siebie idę na spacer po mieście. Pogoda dopisuje, pierwszy weekend wakacji więc turystów sporo. Na bulwarach prowadzących do jednego z najbardziej znanych budynków Lwowa jak zwykłe tłoczno. Poza spacerowiczami jest jak zwykle kilka stanowisk z osobami agitującymi na różne cele. Obecnie na czasie jest zbieranie funduszy na wsparcie ukraińskiej armii walczącej na wschodzie kraju z separatystami.

Opera we Lwowie

Opera we Lwowie

Rynek

Przy rynku

Spod opery kieruję swe kroki pod kościół św. Marii, którego fragmenty pochodzą aż z roku 1340. Nieopodal znajduje się jeszcze parę zabytków/kościołów wartych rzucenia okiem.

Jednak moim celem jest dotarcie na Wysokie Zamek, czyli.. wzgórze, z którego rozpościerają się panoramiczne widoki na całe miasto i okolicę. Przez krótki czas raczę się tym pejzażem, uwieczniam chwile na fotografiach po czym schodzę na dół i wracam do miasta.

Widok z Wysokiego Zamku

Widok z Wysokiego Zamku

Dochodzi późne popołudnie i najwyższa pora coś zjeść. Próbuję zajrzeć do kilku lokali polecanych w Internecie ale jak łatwo się domyślić – wszystkie stoliki są zajęte. Wynajduję więc inny lokal, ukryty w podwórzu jednej z kamienic. Przy obecnie niskim kursie hrywny wszystkie posiłki są bardzo tanie i na pewno nie pójdziemy z torbami nawet po obfitej uczcie.

Rano czeka mnie niestety bardzo wczesna pobudka. Trzeba zdążyć na samolot do Kijowa o 7 rano. Pod hostelem czeka już na mnie umówiona dzień wcześniej taksówka, która z około 12 zł zawiezie mnie na oddalone o 8 km lotnisko. O ile się orientuję nie ma innej alternatywy dla dojazdu tam o tak wczesnej porze. Odprawa bardzo standardowa. Bagaż nadaję od razu do Ałmatów. Przechodzę kontrolę bezpieczeństwa i zajmuję miejsce przed wyjściem do rękawa i przysypiam.

Lot także nie wyróżnia się niczym szczególnym. Nie serwują żadnego posiłku, wszystko przebiega bez zakłóceń. Lecimy nad złotymi łanami zboża i zielonymi łąkami, a gdzieniegdzie na horyzoncie wije się jakaś pomniejsza rzeczka. Po upływie niecałej godziny lądujemy na kijowskim lotnisku Boryspol.

Przed terminalem wsiadam do autobusu i za 35 UAH jadę do najbliższej stacji metra (Kijowska), a dalej za 2 UAH do centrum, na ulicę Chrzeszczatyk. Stamtąd ruszam na pieszą wędrówkę po mieście. Najpierw na Majdan, który był niedawno świadkiem tragicznych tragedii rozgrywanych w tym miejscu  w trakcie trwania kryzysu na Ukrainie. Dziś nie ma już śladu po tych wydarzeniach. Jedynie ze zniczy ułożony jest trójząb, a pod pomnikiem niepodległości i zegarem z kwiatów wystawione są portrety poległych bohaterów Ukrainy.

Majdan

Majdan

Godzina jeszcze wczesna więc mam spokojnie czas do popołudnia zanim będę musiał zbierać się na lotnisko. Z Majdanu idę dalej zwiedzać stolicę. Przez park Minsky Sad docieram do punktu widokowego, z którego rozpościera się panorama na północno-wschodni kijów i Dniepr, który leniwie płynąc przecina miasto. Niedaleko północnego wyjścia z parku znajduje się monaster św. Michała Archanioła o Złotych Kopułach.

Panorama Kijowa

Panorama Kijowa

Monastyr św. Michała



Monastyr św. Michała

Stamtąd podążam odchodzącą na południe aleją wprost pod plac z pomnikiem Bohdana Chmielnickiego na koniu, za którym wznosi się Sofia Kijowska czyli Sobór Mądrości Bożej. Po uiszczeniu opłaty za wstęp można wejść do środka i dokładnie obejrzeć średniowieczną budowlę. Dodatkowo bilet umożliwia wstęp na wieżę, z której rozciągają się widoki na wszystkie strony Kijowa. Szczególnie piękny jest ten w kierunku monasteru Michała, którego złote kopuły połyskują w letnim, ukraińskim słońcu.

Monastyr św. Michała

Sofia Kijowska

Sofia Kijowska

Z ciekawszych rzeczy została mi jeszcze do zobaczenia Złota Brama, która znajduje się parę przecznic dalej. Jest to średniowieczna drewniano-ceglana brama wjazdowa do kijowskiego grodu Jarosława.

Złota Brama

Złota Brama

Jako że zbliżało się już popołudnie, skierowałem swe kroki raz jeszcze w kierunku Majdanu, skąd metrem dotarłem ponownie na stację Kijowską, a następnie autobusem na lotnisko.

IMG_3709

Chrzeszczatyk

IMG_3712

Wejście na pokład rozpoczęło się niedługo przed planowaną godziną odlotu jednakże sam start opóźnił się prawie 50 minut.

Co do wrażeń lotu z Ukraine International Airlines to są one bardzo przeciętne. Jedzenie było względnie zjadliwe ale poza wodą i kawą, herbatą nie można było liczyć na nic. Tak samo gdy poszedłem zapytać o możliwość skorzystania z koca. Nie ma i tyle.

Weekend w Holandii – Amsterdam, Rotterdam, Delft

Długi weekend listopadowy był świetną okazją na wyjazd tym bardziej, że kończyła się ważność mil w FlyingBlue, a szkoda aby przepadły. Z tego powodu należało wykonać lot linią zrzeszoną w SkyTeam’ie. W naszej okolicy nie ma ich zbyt wiele, szczególnie jeśli wziać pod uwagę tylko loty bezpośrednie, krótkodystansowe umożliwiające wylot w piątek wieczór lub sobotę rano i powrót w okolicach poniedziałku-wtorku.

W Rzymie lub Mediolanie byłem stosunkowo niedawno (Alitalia) więc ten kierunek odpadał. Z podobnych względów również Paryż (AirFrance). Aeroflot do Moskwy byłby w porządku ale wyrabianie wizy na 4 dni nie miało według mnie sensu. Jedyną sensowną opcją jest zatem KLM i przelot do Amsterdamu, w którym nie byliśmy już parę lat zatem dobrze byłoby sobie odświeżyc Holandię. Jako miejsce wylotu wybraliśmy czeską Pragę, od której dzieli nas ledwie 100km więcej niż na Okęcie, a i cena była niższa.

Do Pragi wyruszamy w piątek o 23. W Cieszynie na przejściu granicznym kupujemy 10 dniową winietkę na autostrady i jedziemy. Ruch na drogach znikomy ale deszcz pada i utrudnia jazdę. Poza tym czeskie drogi nie są tak dobre jak mi się wydawało. Co rusz są zwężenia do jednego pasa, a w przypadku gdy dwa są wciaż dostepne to lewy jest tak wąski, że czasem nie sposób wyprzedzić ciężarówki. Prawy pas natomiast na na niektórych odcinkach jest tak wybity, że nie sposób nim jechać. Zostawiwszy auto na parkingu, na lotnisku jesteśmy około 5 rano. Korzystając z zapasu czasu i Priority Pass idę do saloniku na pierwszym piętrze coś przegryźć. Kanapki mogą być na później, a na dobry początek dnia wybieram chipsy z herbatą.

Embraer 190 KLM’u stoi zaparkowany przy rękawie, a podróżując bez bagażu nadawanego cała procedura jest znacznie prostsza i szybsza. Mając wydrukowane karty pokładowe lub drukując je sobie samemu wchodzimy praktycznie z ulicy do samolotu.

Na śniadanie obsługa oprócz ciepłych i zimnych napojów serwuje kanapkę z kurczakiem i jajkiem. Lot przebiega spokojnie, czasem tylko trochę zatrzęsie, a z braku chmur ziemia jest dobrze widoczna. Na wschodzie powoli wschodzi słońce, więc gdy przelatujemy nad Amsterdamem słońce już świeci po chmurach i promienie powoli zbliżają się do ziemi.

Z lotniska do hotelu jedziemy shuttlebusem, jako że to tylko kawałek. Proszę o pokój z widokiem na lotnisko i taki też dostajemy. Nasze okno mieści się pomiędzy dwoma pasami startowymi, więc raz z lewej, a raz z prawej obserwujemy wznoszące się w powietrze maszyny. Przy idealnie słonecznej pogodzie i bezchmurnym niebie zaiste piękny widok.

Shuttlebusem wracamy ponownie na Schiphol skąd pociągiem (4€) jedziemy na stację Amsterdam Centraal. Niewątpliwym plusem lotniska jest to, że położone jest ono na południe od miasta przy, a raczej na linii kolejowej, dzięki której dojazd czy do Amsterdamu czy też Bredy, Hagi, Rotterdamu, ale nawet Brukseli, Paryża nie wymaga nigdzie przesiadki.

W punkcie informacji przed dworcem kupujemy mapkę miasta (2,5€) i ruszamy na spacer po centrum. Idziemy między innymi na Dam, przy którym wznosi się pałac królewski oraz pomnik pamięci ofiar II Wojny Światowej. Kawałek dalej docieramy do Bloemenmarkt czyli jedynego targu kwiatów na wodzie, założonego w 1862 roku. Krótko mówiąc cały dzień spędzamy spacerując po Amsterdamie chodząc wzdłuż kanałów wąskimi uliczkami połączonymi mostami. Na każdym kroku można się natknąć na przypięte do czegoś rowery, a zapięcie jakich używają to potężne, grube łańcuchy o dużej średnicy. Powodem tego jest oczywiście realne ryzyko kradzieży, która w Amsterdamie jest bardzo nagmina. Sam ruch rowerowy odbywa się nieustannie w każdym kierunku i niejednokrotnie miałem poczucie, że przechodząc przez ulicę czułem się pewniej aniżeli przekraczając ścieżkę rowerową.

Wracając w stronę dworca przechodzimy przez dzielnicę czerwonych latarni, przez którą przewija się spora ilość turystów; może dlatego, że zbliża się wieczór. Przy jednym z budynków mamy okazję obserwować próbę wciągniecia sofy na linie na pierwsze piętro. Zgromadzony tłum gapiów dopinguje zmagania.

Do hotelu wracamy również pociągiem. Jest ciemno, więc z okna doskonale widać kolejkę samolotów schodzących do lądowania na lotnisku Schiphol.

Plan na drugi dzień zakłada wycieczkę w kierunku Rotterdamu i zwiedzanie bardziej południowej części Holandii. Ponownie na lotnisku Schiphol wsiadamy w pociąg, którym jedziemy prosto do Rotterdamu. Przez niedawno wybudowany budynek dworca wychodzimy na miasto i idziemy się przespacerować. W czasie wojny Rotterdam bardzo ucierpiał dlatego obecnie dominuje nowoczesna zabudowa, dużo szkła i stali. Przez wiszący Erasmusbrug przechodzimy na drugą stronę Nowej Mozy – odnogi w Delcie Renu i Mozy. Obchodzimy nabrzeże i wracamy mostami Koninginnenbrug, pod którym akurat przepływał żaglowiec oraz Willemsbrug. Przy ulicy Oberblaak oglądamy domy w kształcie kostek, a kawałek dalej bibliotekę przypominającą swym stylem nieco paryskie Centrum Pompidou. Naprzeciwko znajduje się z kolei ogromna hala targowa warta odwiedzenia.

W drodze powrotnej zatrzymujemy się w Delft, uroczym chciałoby się napisać małym miasteczku ale zamieszkiwanym przez prawie 90 000 osób. Jednak na ulicach nie widać tłumów, a stare miasto poprzecinane licznymi kanałami i rynek można obejść w kilkanaście minut. Bardzo urocze miejsce.

Kilka kilometrów dalej jest Haga – siedziba rządu, parlamentu i rodziny królewskiej. Robimy sobie tutaj krótką przerwę na spacer po okolicy, a z racji tego, że robi się powoli ciemno postanawiamy wracać do hotelu.

Nadszedł dzień powrotu ale to dopiero wieczór. Przed sobą mamy jeszcze cały dzień, który przeznaczamy ponownie na Amsterdam. Rozpoczynamy od muzeum van Gogha, a raczej od godzinnej kolejki do kasy biletowej przed muzeum. Obrazy są porozwieszane chronologicznie, tak że zwiedzając od parteru w górę powoli poznajemy twórczość van Gogha od początku.

Nieopodal mieści się kolejne muzeum – Rijks z dziełami m.in. Vermeera czy Rembrandta, a przed samym muzeum stoi słynny napis I amsterdam oblegany przez mnóstwo ludzi pozujących do zdjęć. Popołudniu przechadzamy się raz jeszcze uliczkami wzdłuż kanałów zaglądając w różne zakamarki Amsterdamu. Tuż przed powrotem idziemy do położonej przy dworcu biblioteki, z której najwyższych pięter roztacza się panorama na miasto.

Z hotelu odbieramy bagaże i udajemy się na lotnisko. Do odlotu jeszcze ponad godzina, więc udaję się do saloniku uzupełnić stracone kalorie.

Lot przebiega spokojnie i bez zakłóceń. Pomimo, że trwa półtorej godziny, czyli krótko jest taką esencją podróży. Espresso wśród przelotów. W ciągu tej półtorej godziny zawiera się wszystko od startu poprzez serwis pokładowy, krótkie podziwianie widoków i ekscytację nim ta przejdzie w znudzenie, aż po lądowanie.

W hotelu meldujemy się po 23 i dość szybko padamy ze zmęczenia.

Rano po szybkim śniadaniu idziemy, a raczej jedziemy tramwajem by przespacerować się po Pradze rozpoczynając od Letenskich sadów, czyli parku położonego w centrum miasta, na wzgórzu Letna. Stąd już blisko do praskiego zamku – siedziby prezydenta Czech i znajdującej się tuż „za płotem” katedry św. Vita. Spod zamku schodzimy schodami na Małą Strane i przez Most Karola dochodzimy na stary rynek. W pobliskiej gospodzie raczymy się prażonym serem, zupą czosnkową i knedlikami. Nie mogło zabraknąć również Kofoli. Po sycącym i pysznym obiedzie zbieramy się i wyruszamy w drogę powrotną do domu.