Mediolan

W końcu nadszedł ten dzień, w którym zmierzam do Ameryki Południowej. Dotychczas parę razy miałem w planach się tam wybrać, a ostatecznie jednak zawsze lądowałem w Azji, którą notabene uwielbiam, darzę ogromnym sentymentem, tęsknię i wspominam.

Zanim jednak moja stopa postanie na południowoamerykańskiej ziemi przyjdzie mi jeszcze trochę poczekać, ponieważ właśnie zmierzam do Mediolanu, skąd mam kolejny lot. Szykuje się długa podróż z długimi stopoverami. Niedziela to przelot z Modlina do Bergamo, poniedziałek z Mediolanu do Sao Paulo, wtorek z Sao Paulo do Buenos Aires i w środę z Buenos do Ushuaia. Szykuje się męcząca podróż, choć nie zdawałem sobie jeszcze sprawy jak bardzo.

Przyznam szczerze, że Mediolan średnio mnie pociągał, bo byłem w nim już dwukrotnie i już podczas drugiej wizyty postanowiłem odpuścić zwiedzanie miasta i wybrać się na północ, w Alpy. Teraz jednak miałem zamiar zostać w mieście.  Ale po kolei..

Pierwszy raz lecę z Modlina i wydawało mi się, że to lotnisko położone jest bliżej Warszawy, a tu trzeba sobie doliczyć prawie godzinę (autobusem) na dojazd. Okęcie pod tym względem jest zdecydowanie wygodniejsze i można dojechać autobusem miejskim znacznie taniej.

Co do samego lotniska to ani nie zachwyca, ani nie odrzuca, choć kolejka do security na 20 min stania. Dobrze, że do samolotu szło się pieszo bo pakowanie ludzi do autobusu aby ich przewieźć 50 metrów moim zdaniem mija się z celem.

Lotu Ryanairem nigdy nie można traktować w kategoriach rozrywki więc nie ma się nad czym rozczulać. Choć przyznam, że podobało mi się, gdy pilot na początku informował o dobrej pogodzie na trasie, a przy zejściu do lądowania był mały rollercoaster. Lubię takie atrakcje, przynajmniej się coś dzieje. Nie wiem tylko czy dziewczyna pod oknem, która leciała pierwszy raz i trochę się bała przed starem podziela moje upodobanie do turbulencji. Z kolei obok mnie siedział sympatyczny Włoch, który przylatuje sukcesywnie do Polski do dziewczyny i uczy się polskiego. Bardzo mnie zawsze ciekawiło jak wyglądają książki do nauki języka polskiego. Dziwnie się taką książkę ogląda, gdy rozumie się wszystko i nie trzeba czytać poleceń by wiedzieć jak rozwiązać dane ćwiczenie.

Z lotniska za 5€ autobusem jadę do centrum Mediolanu i zmierzam do hotelu. Po drodze wrzucam w siebie na szybko kanapki i maszeruję. Jest ładnych kilka stopni cieplej niż w Polsce ale nie wiem czy na tyle by o 22 jeździć na rolkach w krótkich spodniach.

Wejście do hotelu jest bardzo zamaskowane, ponieważ najpierw należy wejść do kamienicy i dopiero na dziedzińcu znajduje się wejście.

Następnego dnia, po skromnym śniadaniu wyruszam na zwiedzanie Mediolanu. Bardziej zależy mi na zabiciu czasu i przeczekaniu do wieczora aniżeli na zwiedzaniu miasta, w którym już bywałem wcześniej. Nie mniej jednak nie pierwszy ogień kieruję się do centrum, na Piazza del Duomo, przy którym mieści się słynna katedra – Duomo oraz Galleria Vittorio Emanuele II.

IMG_0069_a

IMG_0008

Poprzednim razem nie byłem na dachu katedry, więc tym razem wykupuję bilet na całość tj. katedrę wraz z kryptami, taras oraz jakieś dwa inne muzea (11€). Cena mało atrakcyjna ale zarazem niewiele wyższa niż gdybym kupił wstęp tylko do samej katedry. Zapomniałem już, że obok głównego wejścia do katedry znajduje się bezpłatne dla wiernych ale nie wiem w jakiej cenie jest wówczas wstęp na dach. Widok jest rzeczywiście piękny i pomiędzy gotyckimi wieżyczkami katedry, ponad dachami pokrytymi czerwoną dachówką rozciąga się przepiękna panorama sięgająca aż po ośnieżone alpy.

IMG_0035_a

IMG_0043_a

IMG_0050_a

Z Duomo udałem się przez Zamek Sforzów (Castello Sforzesco) i Park Sempione aż do Cmentarza Monumentalnego, który niestety był w poniedziałek zamknięty. W związku z tym wróciłem do centrum, a po drodze wstąpiłem na włoską pizzę – taką na cienkim cieście, bardzo odmienną od tego, co serwuje i jada się w Polsce. Tutaj szczerze muszę stwierdzić, że pizza niczym nie powalała i osobiście znam kogoś, kto robi znacznie lepsze – najlepsze!

IMG_0004

Podszedłem również pod kościół Santa Maria delle Grazie, w którym znajduje się obraz Leonarda da Vinci – Ostatnia Wieczerza. Tutaj byłem już przygotowany na rozczarowanie i wiedziałem, że kościół jest zamknięty. W drodze do hotelu po bagaż zahaczyłem o te dwa dodatkowe muzea, które przysługiwały (muzeum i kościół Św. Gottarda).

IMG_0063_a

Nie wiem jak, dlaczego ale czuję, że chyba naciągnąłem sobie jakiś mięsień czy ścięgno w nodze i zaczynam utykać, zaczyna boleć. Nie ma to jak pierwszego dnia, chodząc po mieście skrzywdzić sobie nogę. Zapis trasy marszu z GPS.

Na lotnisko docieram ponad 3h przed odlotem, pakuję niepotrzebne rzeczy do plecaka i odprawiam się. Pani w check-in pyta czy to jakaś większa wycieczka Polaków bo podobno sporo nas co rusz leci do Patagonii i Ziemi Ognistej. Odpowiadam, że nic zorganizowanego ale w najbliższym czasie pewnie sporo nas tam poleci.

Idąc do kontroli bezpieczeństwa zauważam, że jedna z kart pokładowych (dostałem od razu wszystkie trzy) jest wystawiona na Maćka i wracam ją wymienić. Po przejściu przez kontrolę rozsiadam się przed bramką i docierają do mnie głosy rozmów po polsku. Okazuje się, że na pokładzie Dreamlinera 787 LAN do Sao Paulo będzie nas spora grupka. Wszyscy lecimy dzięki jesiennej promocji LAN’u. Nie mogąc zasnąć w samolocie gromadzimy się między rzędami i rozmawiamy przez chwilę dzieląc się przeżyciami z poprzednich podróży i pomysłami na kolejne.

 

Deportacja z Rosji

Bardzo często mam niesłychane szczęście w różnych sytuacjach, np. zostaję przygarnięty przez jakąś rodzinę gdy jestem chory (Chodżent) lub ktoś mnie podwiezie kiedy cały inny transport zawodzi, a brak sił by iść dalej (stop w Kazachstanie). Przypadków kiedy mogło mi się coś stać, a kończyło się ledwie zadrapaniami jest mnóstwo (wypadek na skuterze w Wietnamie, bycie rzucanym przez fale oceanu po ostrych koralowcach w Indonezji, itd., itp.). Zdaję sobie sprawę także z tego, że jeśli coś ma się przytrafić to przytrafi się właśnie mi. Nie ubolewam z tego powodu, po prostu zdaję sobie sprawę, że im częściej będę wyjeżdżał, tym częściej coś się może zdarzyć. Ot, statystyka.

Z drugiej jednak strony każde takie zdarzenie to kolejne doświadczenie, przygoda, a wiem że moje szczęście i tak sobie z tym poradzi. Tak też było i tym razem. Ale od początku..

Z hostelu na lotnisko wyjechałem około 1 w nocy, mimo że wymeldowałem się już o 10 rano. Jednak właściciel Topchan hostel (warto wymienić tę nazwę) – Roman, był tak sympatyczny, że pozwolił mi zostać ile tylko chcę i nie krępować się. Skorzystałem więc z tego zaproszenia i po powrocie z nad jeziora ułożyłem się na matach i czekałem na odpowiednią godzinę, kiedy to będę mógł wyruszyć na lotnisko. W międzyczasie dostałem wiadomość od Joe i Leo, że są już w Londynie, a przecież rozstaliśmy się zaledwie rano. Joe bez przeszkód powrócił z bazaru i kupił mi papryki.

Na lotnisku ostatnie przepakowanie, zabezpieczenie wszystkiego i udanie się do odprawy. Sprawne przemieszczanie uniemożliwiał mi zestaw do herbaty składający się z glinianego dzbanka, ośmiu czarek i dużej podstawki. Pomimo, że miałem to wszystko bezpiecznie owinięte folią i pianką i tak musiałem nieść to w rękach i dbać jak o jajko. Zakup zrobiłem już w Chiwie i od tamtego czasu chodziłem z tym cały czas w rękach. Nie inaczej było teraz na lotnisku.

Ustawiam się w kolejce do odprawy, podaję paszport, czekam na wydrukowanie kart pokładowych i wtedy pani mówi do mnie, że bagaż mam do odbioru w Moskwie (lecę do Mińska). Odpowiadam, że raczej nie bo bez wizy rosyjskiej nie jestem w stanie tego zrobić. Ona z kolei, że takie są procedury i muszę go tam odebrać. Odbijam piłeczkę mówiąc kolejny raz, że nie ma opcji.

Po chwili prosi mnie o przejście na bok i zaczekanie, aż przyjdzie ktoś z Aeroflotu i rozwiąże moją sytuację. Wiem, że w każdym cywilizowanym kraju (poza USA oczywiście) na tranzycie nie jest potrzebna wiza. Okazuje się, że tutaj jest inaczej i Rosja ma specjalne porozumienie z Białorusią i loty na trasie Moskwa – Mińsk są traktowane jako krajowe więc wymagane jest przejście do terminala krajowego i posiadanie wizy. Mój błąd, nie wiedziałem, nie sprawdziłem, nie domyśliłem się ale i nikt mi nie powiedział.

Chwilę później przychodzi jednak ktoś z linii lotniczej i rozentuzjazmowanym głosem mówi, że nie ma sprawy, wszystko załatwione. Nadadzą z Taszkientu telegram (telegram! Serio) do Moskwy i tam zgłoszę się na tranzycie, powiem że ja to ja i wszystko będzie wiadomo. Odbiorą mój bagaż i nadadzą go w moim imieniu. Super! Zatem lecę, bo przez chwilę obawiałem się jak to się skończy, a co gorsza moja uzbecka wiza kończy się za 20h i jedyny kraj, do którego mógłbym wjechać bez wizy do Kirgistan.

Od zawsze bardzo ceniłem sobie loty Aeroflotem ze względu na komfort podróży i ciepły posiłek na trasach europejskich (3 miesiące później podczas lotu do i z Tokio trochę zmieniłem zdanie) ale ten A330-200 był naprawdę niesamowicie wygodny. Dużo miejsca na nogi, siedzenia oddzielone dużą konsolą, a nie jakimś podłokietnikiem. Prawie całe 5h przespałem.

Po wylądowaniu na moskiewskim lotnisku Sheremietievo udaje się na tranzyt po kartę pokładową do Mińska i już po 30 sekundach pani oznajmia mi, że tam to na pewno nie polecę. Sytuacja niejako się powtarza – potrzebuję wizę, której nie mam i nie mogę lecieć tam, dokąd bym chciał. Pani sięga po telefon, wykonuje parę telefonów, a z rozmowy wyłapuję m.in. pytania o wolne miejsca na loty przez Rygę, Warszawę i Kijów. Sugeruję, że mogą mnie wysłać przez jakieś inne miasto lub nawet przez Warszawę, gdzie wysiądę ale odpowiada, że nie jest to możliwe i jeśli chcę lecieć inaczej to muszę kupić nowy bilet. W zasadzie i tak muszę kupić nowy bilet aby wydostać się z tego międzynarodowego terminala. Trochę mi to nie w smak bo dlaczego mam kupować nowy bilet. A co jeśli nie miałbym na to żadnych środków. Oczami wyobraźni widzę siebie jak utykam na tym lotnisku na wieki wieków jak swego czasu bohater grany przez Toma Hanksa w filmie „Terminal”. Obawiam się tylko, że odprowadzając wózki nie nazbieram wystarczającej ilości monet na jedzenie.

W każdym razie biletu nie mam zamiaru kupować i pytam co dalej ze mną będzie. Pani odpowiada, że w takim razie czeka mnie deportacja. W sumie zawsze chciałem to przeżyć i dowiedzieć się jak to jest. Raz nawet miałem pomysł aby z Krymu popłynąć bez wizy do Rosji i spełnić zrealizować ten pomysł. Jak widać co się odwlecze to nie uciecze.

Zostałem poproszony o przejście na bok, oddanie paszportu i zaczekanie. W międzyczasie wpadłem na pomysł aby spróbować skontaktować się z ambasadą ale przed 9 nikt tam nie pracował, a po 9 nie byłem w stanie się dodzwonić. Olałem sprawę i czekałem. Godzinę później przyszła celniczka z dodatkowymi pytaniami typu miejsce zamieszkania, czy byłem w wojsku i czy świadomie przyleciałem bez wizy. Kolejne pół godziny później przyniosła pięć kartek papieru do podpisu (po rosyjsku). Z grubsza streściła mi poszczególne paragrafy, wytłumaczyła, że raz na jakiś czas trafia się im taka sytuacja i na moim miejscu też by wybrała deportację bo to najprostsze wyjście. Bałem się tylko czy trzy miesiące później w drodze do Tokio nie będę miał problemów w Moskwie ale powiedziała, że nie. Dostałem tylko do zapłaty mandat (30$). Miałem na to 60 dni więc tak naprawdę mogłem go wyrzucić do kosza i nigdy więcej nie próbować pojawić się w Rosji. Ale wiem, że pewnego dnia tam trafię, więc lepiej będzie zapłacić. Dodała jeszcze, że Aeroflot za niepoinformowanie mnie o konieczności posiadania wizy dostał także mandat – 700$.

Po wszystkich formalnościach zostałem przeprowadzony przez strefę tranzytową do terminala. Zadano mi pytanie dokąd chcę zostać deportowany. Tutaj miałem mały dylemat bo wahałem się między Vancouver, Seulem i Warszawą. Nie wiem czy by to przeszło ale pewnie gdybym wybrał Londyn bądź Madryt to nie byłoby problemu.

Niestety najbliższy lot Aeroflotu do Warszawy był dopiero za ponad 8h i tyle też przyszło mi czekać w terminalu. Miałem oczywiście swobodę poruszania się jak każdy inny pasażer, nie zostałem zatrzymany, przeszukany ani spałowany. Nie dostałem też żadnych talonów na jedzenie. Znalazłem sobie tylko jakiś koc bo klimatyzacja działała na pełnych obrotach i cierpliwie czekałem na swój lot.

Lwów, Kijów

To już kolejna moja wizyta na Ukrainie, a zarazem w Lwowie. Tym razem jednak było to podyktowane zbliżającym się lotem, które miałem odbyć z lwowskiego lotniska im. Daniela Halickiego.

Dojazd do samego Lwowa bardzo standardowy, czyli najpierw do Przemyśla, później autobusem do przejścia granicznego w Medyce. Szybka wymiana paru złotych na hrywny, żeby było na autobus, a później się zobaczy. Mrówek w postaci kobiet z wielkimi, wypakowanymi po brzegi siatami jest sporo ale to głównie w kierunku do Polski. Ja przechodzę bez kolejek. Z nudów chyba tylko ukraińska celniczka pyta mnie w jakim celu się do nich wybieram. Odpowiadam krótko, że pozwiedzać. Dostaję pieczątkę i jestem już na Ukrainie. Przestawiam zegarek o godzinę do przodu i idę przed siebie wymijając kantory wymiany walut, taksówkarzy i innych naganiaczy na transport do Lwowa. Po 100 metrach skręcam w lewo i idę na dworzec autobusowy. Na moje szczęście najbliższy autobus do Lwowa jest za 10 minut. Przy obecnym kursie koszt takiego przejazdu to coś około 6zł.

Ludzi pełno, z plecakiem trochę ciasno ale po ponad dwóch godzinach bez problemów docieram do centrum Lwowa. W drugim z kantorów (w pierwszym zabrakło hrywien) nieopodal dworca wymieniam jeszcze parę złotówek i tramwajem za 60 groszy jadę do hostelu. Bilety kupuję już w środku. Jest ciasno, a że stoję zaraz na samym początku, praktycznie w kabinie motorniczego to dostaję pieniądze od ludzi z tyłu tramwaju żeby kupić im bilet i przekazać z powrotem razem z resztą. Uśmiecham się pod nosem na myśl, że wracają znajome zachowania, niespotykane w Polsce i nigdzie na zachodzie, a niebawem będzie ich przecież jeszcze więcej.

Hostel mieści się bardzo blisko Prospektu Swobody, a więc w samym centrum turystycznym miasta. Jednak pierwsze co robię to kładę się by trochę odsapnąć po całej nocy w podróży i.. po chwili zasypiam.

Popołudniu gdy dochodzę do siebie idę na spacer po mieście. Pogoda dopisuje, pierwszy weekend wakacji więc turystów sporo. Na bulwarach prowadzących do jednego z najbardziej znanych budynków Lwowa jak zwykłe tłoczno. Poza spacerowiczami jest jak zwykle kilka stanowisk z osobami agitującymi na różne cele. Obecnie na czasie jest zbieranie funduszy na wsparcie ukraińskiej armii walczącej na wschodzie kraju z separatystami.

Opera we Lwowie

Opera we Lwowie

Rynek

Przy rynku

Spod opery kieruję swe kroki pod kościół św. Marii, którego fragmenty pochodzą aż z roku 1340. Nieopodal znajduje się jeszcze parę zabytków/kościołów wartych rzucenia okiem.

Jednak moim celem jest dotarcie na Wysokie Zamek, czyli.. wzgórze, z którego rozpościerają się panoramiczne widoki na całe miasto i okolicę. Przez krótki czas raczę się tym pejzażem, uwieczniam chwile na fotografiach po czym schodzę na dół i wracam do miasta.

Widok z Wysokiego Zamku

Widok z Wysokiego Zamku

Dochodzi późne popołudnie i najwyższa pora coś zjeść. Próbuję zajrzeć do kilku lokali polecanych w Internecie ale jak łatwo się domyślić – wszystkie stoliki są zajęte. Wynajduję więc inny lokal, ukryty w podwórzu jednej z kamienic. Przy obecnie niskim kursie hrywny wszystkie posiłki są bardzo tanie i na pewno nie pójdziemy z torbami nawet po obfitej uczcie.

Rano czeka mnie niestety bardzo wczesna pobudka. Trzeba zdążyć na samolot do Kijowa o 7 rano. Pod hostelem czeka już na mnie umówiona dzień wcześniej taksówka, która z około 12 zł zawiezie mnie na oddalone o 8 km lotnisko. O ile się orientuję nie ma innej alternatywy dla dojazdu tam o tak wczesnej porze. Odprawa bardzo standardowa. Bagaż nadaję od razu do Ałmatów. Przechodzę kontrolę bezpieczeństwa i zajmuję miejsce przed wyjściem do rękawa i przysypiam.

Lot także nie wyróżnia się niczym szczególnym. Nie serwują żadnego posiłku, wszystko przebiega bez zakłóceń. Lecimy nad złotymi łanami zboża i zielonymi łąkami, a gdzieniegdzie na horyzoncie wije się jakaś pomniejsza rzeczka. Po upływie niecałej godziny lądujemy na kijowskim lotnisku Boryspol.

Przed terminalem wsiadam do autobusu i za 35 UAH jadę do najbliższej stacji metra (Kijowska), a dalej za 2 UAH do centrum, na ulicę Chrzeszczatyk. Stamtąd ruszam na pieszą wędrówkę po mieście. Najpierw na Majdan, który był niedawno świadkiem tragicznych tragedii rozgrywanych w tym miejscu  w trakcie trwania kryzysu na Ukrainie. Dziś nie ma już śladu po tych wydarzeniach. Jedynie ze zniczy ułożony jest trójząb, a pod pomnikiem niepodległości i zegarem z kwiatów wystawione są portrety poległych bohaterów Ukrainy.

Majdan

Majdan

Godzina jeszcze wczesna więc mam spokojnie czas do popołudnia zanim będę musiał zbierać się na lotnisko. Z Majdanu idę dalej zwiedzać stolicę. Przez park Minsky Sad docieram do punktu widokowego, z którego rozpościera się panorama na północno-wschodni kijów i Dniepr, który leniwie płynąc przecina miasto. Niedaleko północnego wyjścia z parku znajduje się monaster św. Michała Archanioła o Złotych Kopułach.

Panorama Kijowa

Panorama Kijowa

Monastyr św. Michała



Monastyr św. Michała

Stamtąd podążam odchodzącą na południe aleją wprost pod plac z pomnikiem Bohdana Chmielnickiego na koniu, za którym wznosi się Sofia Kijowska czyli Sobór Mądrości Bożej. Po uiszczeniu opłaty za wstęp można wejść do środka i dokładnie obejrzeć średniowieczną budowlę. Dodatkowo bilet umożliwia wstęp na wieżę, z której rozciągają się widoki na wszystkie strony Kijowa. Szczególnie piękny jest ten w kierunku monasteru Michała, którego złote kopuły połyskują w letnim, ukraińskim słońcu.

Monastyr św. Michała

Sofia Kijowska

Sofia Kijowska

Z ciekawszych rzeczy została mi jeszcze do zobaczenia Złota Brama, która znajduje się parę przecznic dalej. Jest to średniowieczna drewniano-ceglana brama wjazdowa do kijowskiego grodu Jarosława.

Złota Brama

Złota Brama

Jako że zbliżało się już popołudnie, skierowałem swe kroki raz jeszcze w kierunku Majdanu, skąd metrem dotarłem ponownie na stację Kijowską, a następnie autobusem na lotnisko.

IMG_3709

Chrzeszczatyk

IMG_3712

Wejście na pokład rozpoczęło się niedługo przed planowaną godziną odlotu jednakże sam start opóźnił się prawie 50 minut.

Co do wrażeń lotu z Ukraine International Airlines to są one bardzo przeciętne. Jedzenie było względnie zjadliwe ale poza wodą i kawą, herbatą nie można było liczyć na nic. Tak samo gdy poszedłem zapytać o możliwość skorzystania z koca. Nie ma i tyle.

Weekend w Holandii – Amsterdam, Rotterdam, Delft

Długi weekend listopadowy był świetną okazją na wyjazd tym bardziej, że kończyła się ważność mil w FlyingBlue, a szkoda aby przepadły. Z tego powodu należało wykonać lot linią zrzeszoną w SkyTeam’ie. W naszej okolicy nie ma ich zbyt wiele, szczególnie jeśli wziać pod uwagę tylko loty bezpośrednie, krótkodystansowe umożliwiające wylot w piątek wieczór lub sobotę rano i powrót w okolicach poniedziałku-wtorku.

W Rzymie lub Mediolanie byłem stosunkowo niedawno (Alitalia) więc ten kierunek odpadał. Z podobnych względów również Paryż (AirFrance). Aeroflot do Moskwy byłby w porządku ale wyrabianie wizy na 4 dni nie miało według mnie sensu. Jedyną sensowną opcją jest zatem KLM i przelot do Amsterdamu, w którym nie byliśmy już parę lat zatem dobrze byłoby sobie odświeżyc Holandię. Jako miejsce wylotu wybraliśmy czeską Pragę, od której dzieli nas ledwie 100km więcej niż na Okęcie, a i cena była niższa.

Do Pragi wyruszamy w piątek o 23. W Cieszynie na przejściu granicznym kupujemy 10 dniową winietkę na autostrady i jedziemy. Ruch na drogach znikomy ale deszcz pada i utrudnia jazdę. Poza tym czeskie drogi nie są tak dobre jak mi się wydawało. Co rusz są zwężenia do jednego pasa, a w przypadku gdy dwa są wciaż dostepne to lewy jest tak wąski, że czasem nie sposób wyprzedzić ciężarówki. Prawy pas natomiast na na niektórych odcinkach jest tak wybity, że nie sposób nim jechać. Zostawiwszy auto na parkingu, na lotnisku jesteśmy około 5 rano. Korzystając z zapasu czasu i Priority Pass idę do saloniku na pierwszym piętrze coś przegryźć. Kanapki mogą być na później, a na dobry początek dnia wybieram chipsy z herbatą.

Embraer 190 KLM’u stoi zaparkowany przy rękawie, a podróżując bez bagażu nadawanego cała procedura jest znacznie prostsza i szybsza. Mając wydrukowane karty pokładowe lub drukując je sobie samemu wchodzimy praktycznie z ulicy do samolotu.

Na śniadanie obsługa oprócz ciepłych i zimnych napojów serwuje kanapkę z kurczakiem i jajkiem. Lot przebiega spokojnie, czasem tylko trochę zatrzęsie, a z braku chmur ziemia jest dobrze widoczna. Na wschodzie powoli wschodzi słońce, więc gdy przelatujemy nad Amsterdamem słońce już świeci po chmurach i promienie powoli zbliżają się do ziemi.

Z lotniska do hotelu jedziemy shuttlebusem, jako że to tylko kawałek. Proszę o pokój z widokiem na lotnisko i taki też dostajemy. Nasze okno mieści się pomiędzy dwoma pasami startowymi, więc raz z lewej, a raz z prawej obserwujemy wznoszące się w powietrze maszyny. Przy idealnie słonecznej pogodzie i bezchmurnym niebie zaiste piękny widok.

Shuttlebusem wracamy ponownie na Schiphol skąd pociągiem (4€) jedziemy na stację Amsterdam Centraal. Niewątpliwym plusem lotniska jest to, że położone jest ono na południe od miasta przy, a raczej na linii kolejowej, dzięki której dojazd czy do Amsterdamu czy też Bredy, Hagi, Rotterdamu, ale nawet Brukseli, Paryża nie wymaga nigdzie przesiadki.

W punkcie informacji przed dworcem kupujemy mapkę miasta (2,5€) i ruszamy na spacer po centrum. Idziemy między innymi na Dam, przy którym wznosi się pałac królewski oraz pomnik pamięci ofiar II Wojny Światowej. Kawałek dalej docieramy do Bloemenmarkt czyli jedynego targu kwiatów na wodzie, założonego w 1862 roku. Krótko mówiąc cały dzień spędzamy spacerując po Amsterdamie chodząc wzdłuż kanałów wąskimi uliczkami połączonymi mostami. Na każdym kroku można się natknąć na przypięte do czegoś rowery, a zapięcie jakich używają to potężne, grube łańcuchy o dużej średnicy. Powodem tego jest oczywiście realne ryzyko kradzieży, która w Amsterdamie jest bardzo nagmina. Sam ruch rowerowy odbywa się nieustannie w każdym kierunku i niejednokrotnie miałem poczucie, że przechodząc przez ulicę czułem się pewniej aniżeli przekraczając ścieżkę rowerową.

Wracając w stronę dworca przechodzimy przez dzielnicę czerwonych latarni, przez którą przewija się spora ilość turystów; może dlatego, że zbliża się wieczór. Przy jednym z budynków mamy okazję obserwować próbę wciągniecia sofy na linie na pierwsze piętro. Zgromadzony tłum gapiów dopinguje zmagania.

Do hotelu wracamy również pociągiem. Jest ciemno, więc z okna doskonale widać kolejkę samolotów schodzących do lądowania na lotnisku Schiphol.

Plan na drugi dzień zakłada wycieczkę w kierunku Rotterdamu i zwiedzanie bardziej południowej części Holandii. Ponownie na lotnisku Schiphol wsiadamy w pociąg, którym jedziemy prosto do Rotterdamu. Przez niedawno wybudowany budynek dworca wychodzimy na miasto i idziemy się przespacerować. W czasie wojny Rotterdam bardzo ucierpiał dlatego obecnie dominuje nowoczesna zabudowa, dużo szkła i stali. Przez wiszący Erasmusbrug przechodzimy na drugą stronę Nowej Mozy – odnogi w Delcie Renu i Mozy. Obchodzimy nabrzeże i wracamy mostami Koninginnenbrug, pod którym akurat przepływał żaglowiec oraz Willemsbrug. Przy ulicy Oberblaak oglądamy domy w kształcie kostek, a kawałek dalej bibliotekę przypominającą swym stylem nieco paryskie Centrum Pompidou. Naprzeciwko znajduje się z kolei ogromna hala targowa warta odwiedzenia.

W drodze powrotnej zatrzymujemy się w Delft, uroczym chciałoby się napisać małym miasteczku ale zamieszkiwanym przez prawie 90 000 osób. Jednak na ulicach nie widać tłumów, a stare miasto poprzecinane licznymi kanałami i rynek można obejść w kilkanaście minut. Bardzo urocze miejsce.

Kilka kilometrów dalej jest Haga – siedziba rządu, parlamentu i rodziny królewskiej. Robimy sobie tutaj krótką przerwę na spacer po okolicy, a z racji tego, że robi się powoli ciemno postanawiamy wracać do hotelu.

Nadszedł dzień powrotu ale to dopiero wieczór. Przed sobą mamy jeszcze cały dzień, który przeznaczamy ponownie na Amsterdam. Rozpoczynamy od muzeum van Gogha, a raczej od godzinnej kolejki do kasy biletowej przed muzeum. Obrazy są porozwieszane chronologicznie, tak że zwiedzając od parteru w górę powoli poznajemy twórczość van Gogha od początku.

Nieopodal mieści się kolejne muzeum – Rijks z dziełami m.in. Vermeera czy Rembrandta, a przed samym muzeum stoi słynny napis I amsterdam oblegany przez mnóstwo ludzi pozujących do zdjęć. Popołudniu przechadzamy się raz jeszcze uliczkami wzdłuż kanałów zaglądając w różne zakamarki Amsterdamu. Tuż przed powrotem idziemy do położonej przy dworcu biblioteki, z której najwyższych pięter roztacza się panorama na miasto.

Z hotelu odbieramy bagaże i udajemy się na lotnisko. Do odlotu jeszcze ponad godzina, więc udaję się do saloniku uzupełnić stracone kalorie.

Lot przebiega spokojnie i bez zakłóceń. Pomimo, że trwa półtorej godziny, czyli krótko jest taką esencją podróży. Espresso wśród przelotów. W ciągu tej półtorej godziny zawiera się wszystko od startu poprzez serwis pokładowy, krótkie podziwianie widoków i ekscytację nim ta przejdzie w znudzenie, aż po lądowanie.

W hotelu meldujemy się po 23 i dość szybko padamy ze zmęczenia.

Rano po szybkim śniadaniu idziemy, a raczej jedziemy tramwajem by przespacerować się po Pradze rozpoczynając od Letenskich sadów, czyli parku położonego w centrum miasta, na wzgórzu Letna. Stąd już blisko do praskiego zamku – siedziby prezydenta Czech i znajdującej się tuż „za płotem” katedry św. Vita. Spod zamku schodzimy schodami na Małą Strane i przez Most Karola dochodzimy na stary rynek. W pobliskiej gospodzie raczymy się prażonym serem, zupą czosnkową i knedlikami. Nie mogło zabraknąć również Kofoli. Po sycącym i pysznym obiedzie zbieramy się i wyruszamy w drogę powrotną do domu.

Szwajcaria na rowerze

Pierwotny plan zakładał przelot do któregoś ze Szkockich miast, a następnie jazdę poprzez Szkocję połączoną ze zwiedzaniem i powrót z Anglii. Jednak za sprawą sporej ilości mil do wykorzystania w Alitalii postanowiłem polecieć do Mediolanu skąd w planie miałem przejazd na północ, objechanie Szwajcarii i powrót środkami transportu publicznego z zachodniej Austrii.

Pierwszy raz miałem okazję lecieć wraz z rowerem i na czas podróży musiałem odkręcić pedały. przekręcić kierownicę, wypuścić powietrze z kół i zdjąć siodełko. Owinąłem go w całości folią stretchową i po uprzednim uiszczeniu opłaty za rower udałem się do pomieszczenia do nadawania ponadwymiarowego bagażu. Tam okazało się. że rower nijak nie chce się zmieścić i powstał mały problem, który celnik skwitował stwierdzeniem “jak się nie prześwietli to nie leci”. Gdy zabrałem się do zdejmowania folii i odkręcania koła wpadliśmy na pomysł aby spróbować go włożyć pod skosem co przyniosło pozytywne rozwiązanie. Wszystkie pozostałę sakwy wrzuciłem do wielkiego worka wojskowego i nadałem jako jeden bagaż. Po udanej odprawie korzystając z Priority Pass przeszedłem przez fast track do kontroli bezpieczeństwa i udałem się do jednego z dwóch saloników na Okęciu, gdzie czytając książkę oczekiwałem na mój lot. Jakieś 25 minut przed planowym odlotem zauważyłem ostatnie wezwanie wyświetlane na tablicy więc pozbierałem wszystkie swoje rzeczy w pośpiechu i skierowałem się do pobliskiego rękawa.

Samolot był wypełniony ledwie w połowie i obok siebie, a także w przeciwnym rzędzie były wszystkie wolne miejsca. Po osiągnieciu wysokości przelotowej obsługa podała to co zwykle Alitalia serwuje na lotach krótkodystansowych, czyli malutką paczkę krakersów i napój.

Na lotnisku Mediolan Linate wylądowaliśmy o czasie, a bagaż odebrałem kilka minut później. Z rowerem sprawa miała się inaczej ponieważ nie było go nigdzie widać, a nie wiedziałem za bardzo gdzie miałbym się po niego zwrócić, jako że nie było nigdzie stosownej informacji. Kolejka do biura/informacji bagażowej zapowiadała kilkudziesięciominutowe oczekiwanie. Parę minut później jednak zauważyłem, że ktoś go po prostu postawił z boku pod ścianą więc zabrałem się za odwijanie z folii, a po wyjściu z lotniska montowanie sakw na przednim i tylnym bagażniku. Z napompowaniem miałem mały problem ale po wyjściu poza teren lotniska zapytałem na postoju taksówek o pompkę i dostałem kompresor podłączany do gniazda zapalniczki.

Na stacji benzynowej napełniłem butelkę benzyną do kuchenki i można powiedzieć, że byłem gotowy do jazdy i biwakowania, choć tego dnia nie oddaliłem się za bardzo w żadnym kierunku bo zanim to wszystko ogarnąłem nadszedł czas by poszukać miejsca na nocleg.

Jako, że wieczór było wciąż ponad 25C to i noc należała do wyjątkowo ciepłych.

Rano wyruszyłem w dalszą drogę postanawiając pominąć Mediolan, w którym byłem niewiele ponad rok wcześniej i jechać prosto na północ w kierunku Jeziora Como, które było moim celem na ten dzień. Aż do 13 przedzierałem się przez aglomerację jadąc ulicami przyległych do Mediolanu miast i usiłując ominąć drogi niedostępne dla rowerów. Przyznam, że bez nawigacji nie byłoby to takie proste. Całe szczęście, że telefon mogłem nieustannie ładować z dynama i o brak zasilania nie musiałem się martwić. Póki co.

Pogoda dopisywała aż nadto ponieważ temperatura dochodziła do 35C więc długo się nie zastanawiając postanowiłem orzeźwić się krótką kapielą w jeziorze. Na praktycznie całej długości zachodniego brzegu jezioro było zabudowane stylowymi willami i ciężko było o kawałek wolnej przestrzeni. Nierzadko droga prowadziła wąskimi ulicami pomiędzy zabudowaniami, a ruch był tylko jednokierunkowy, regulowany światłami.

Wieczór nadciągnęły ciemne chmury sprowadzając trochę deszczu. Poranek był już znacznie chłodniejszy od poprzedniego dnia. O ile wzdłuż jeziora Como panował dość spory ruch, o tyle od Jeziora Mezzola zaczęła się ścieżka rowerowa, która omijała między innymi tunele samochodowe i prowadziła wałem wzdłuż rzeki i terenów rolniczych. W ten sposób dotarłem do miejscowości Chiavenna, gdzie droga rozwidlała się na tę prowadzącą w kierunku St. Moritz i tę w kierunku przełęczy Spluga (2114m n.p.m.), którą wybrałem ja. Zastanawiając się nad teraz nie wiem co skłoniło mnie do jazdy w stronę przełęczy zamiast wybrać drogę prowadzącą mniej więcej w porządanym przeze mnie kierunku, a zdecydowanie na niższych wysokościach.

Abstrahując jednak od kierujących mną wtedy pobudek zacząłem mozolny podjazd. Już od samego początku droga zaczęła piąć się ostro w górę dając mi ostro w kość. Pomimo, że do przełęczy Spluga miałem ledwie 30km to dotarcie na nią zajęło mi całe popołudnie. Co ciekawe, im było więcej serpentyn i na krótkim odcinku zyskiwałem znacznie na wysokości tym lepiej mi się jechało. Jadąc pośród alpejskich łąk nieustannie towarzyszył mi gwizd hasających beztrosko świstaków.

Na przełęcz dotarłem dopiero o 18, a temperatura wynosiła wtedy 12C. Pospiesznie się ubrałem i rozpocząłem zjazd na stronę Szwajcarska. Po paru minutach naprzemiennego rozpędzania się i hamowania i kilkunastu prawie 180 stopniowych zakrętów byłem już na dole. Jako, że te wyższe górskie przełęcze są zwykle od jesieni do wiosny niedostępne dla samochodów to droga prowadziła poprzez stok narciarski. Kilka kilometrów dalej, gdy ścieżka rowerowa prowadziła lasem dotarłem do Jeziora Sufner, nad którego brzegiem postanowiłem rozbić namiot. Jako, że byłem w dolinie otaczały mnie wysokie góry, przed sobą miałem jezioro, a na drugim jego brzegu leżała urokliwa wioska, jakich pełno w Szwajcarii, wraz z widoczną z oddali wieżą kościoła.

Rano pogoda popsuła się całkiem i padał deszcz dlatego też po namyśle postanowiłem trochę zaczekać. Problemem było to, że rozłożyłem namiot na twardym podłożu i śledzie nie trzymał zbyt mocno, jesli w ogóle, a odciągi całkowicie pominąłem. Spowodowało to, że od czasu do czasu zaczęły do wnętrza spadać kropelki wody. Około godziny 11 przyszło dwóch policjantów, prawdopodobnie zaalarmowanych przez kogos ze spacerowniczów, którzy postanowili mnie wylegitymować. Schowali się pod drzewem i zaczęli gdzieś dzwonić, a po skończonej weryfikacji oddali mi dokumenty i powiedzieli, że jeśli o nich chodzi to nie ma żadnego problemu. Patrząc na mokry namiot zapytali jeszcze czy u mnie wszystko w porządku i pojechali.

Szcześliwie po 12 przestało padać więc mogłem coś ugotować na zewnątrz, spakować rzeczy i ruszyć w dalszą drogę. Jak tylko zjechałem niżej pogoda zaczęła się poprawiać, aż w końcu wyszło piękne słońce i zrobiło się ciepło. W Thusis wymieniłem baterię w liczniku, który sygnalizował, że jest już na wyczerpaniu i ruszyłem w dalszą drogę w dół doliny. Podążając ścieżką rowerową prowadzącą już bardziej górami niż dnem doliny byłem zmuszony w pewnym momencie wybrać trasę dla rowerów górskich aby pojechać w interesującym mnie kierunku. Byłem zmuszony z całym swoim ładunkiem jechać wąską ścieżką, po kamieniach, korzeniach stromo w dół zbocza. Na szczęście tylko na krótkim odcinku. Po dotarciu na dół skierowałem się na zachód, ponownie pnąc się wysoko pod górę. Przez chwilę nawet padał deszcz ale bardzo lokalnie, a przynajmniej nad jedną z mijanych wiosek i całą doliną powstała piękna tęcza. Za kolejnym pagórkiem udało mi się znaleźć camping, gdzie na idealnie przystrzyżonej trawie rozbiłem swój namiot.

Następny dzień przyniósł piękną, słoneczną i ciepłą pogodę oraz nieustanny lecz łagodny podjazd w stronę kolejnej przełęczy – Oberalppass(2046m n.p.m.). Z początku ścieżka rowerowa prowadziła przez pola, łąki, lasami wzdłuż torów, choć czasem nie wiedzieć czemu pięła się wysoko na zbocza gór co wymagało wykrzesania trochę więcej sił. Co do nawierzchni tychże ścieżek to czasem pozostawiały wiele do życzenia. Szczególnie wtedy gdy zamiast twardego, ubitego podłoża było błoto cz luźno rozrzucone duże kamienie, co znacznie spowalniało ogólne tempo jazdy. Asfalt też się zdarzał ale najczęściej na obrzeżach miasteczek i wsi – generalnie na nizinach. Jeśli chodzi natomiast o oznaczenie to było bardzo dobre, co nie stało na przeszkodzie bym kilkukrotnie pojechał w złą stronę. Generalnie na każdym rozjeździe, skrzyżowaniu bądź rozwidleniu stał słup ze znakami przydatnymi dla turystów, które można podzielić na trzy kategorie:

-dla rowerzystów dzielące się na oznaczenia zwykłych tras rowerowych i dla rowerów góskich, wśród których można jeszcze wyróżnic jednocyfrowe ścieżki krajowe, dwucyfrowe regionalne i trzycyfrowe lokalne

-dla pieszych dzielące się na trasy krótkie trasy spacerowe w łatwym terenie, dłuższe spacery i wędrówki po górach

-trasy dla rolkarzy

Po drodze, na jednym z postojów spotkałem trójkę chłopaków, którzy jechali na Matterhorn. Pogadaliśmy parę minut i ruszyłem w dalszą drogę bo było już późne popołudnie, a mnie czekało pokonanie przełęczy. Może za sprawą pokonanej wcześniej przełęczy Spluga i jakiejś tam szczątkowej aklimatyzacji, a może byłem już przyzwyczajony do jazdy bo wjeżdzało mi się nieporónywalnie łatwiej. Oczywiście, że wlokłem się powoli, stopniowo w górę pokonując zakręt za zakrętem ale nie było to już tak męczące. Z niektórych mijających samochodów pozdrawiali mnie ludzie machając i wołając, że już niedaleko. Rowerzystów także było sporo. Najwięcej na kolarzówkach, choć i takich jadących z sakwami też spotykałem. Na Oberalppass nie było tak zimno jak na Spluga jednak i tak się ubrałem przed zjazdem do Andermatt. Na dole już zauważyłem, że coś mi pedał trzeszczy i domyśliłem się, że rozsypało się łożysko. Postanowiłem zastanowić się nad tym już rano co by sobie wieczór nie zaprzątać głowy niczym poza zasłużonym odpoczynkiem.

Rano i tak niczego nie wymyśliłem ponieważ przede mną czekała kolejna przełęcz – Furka (2436m n.p.m.) i żadnego większego miasta, nie mówiąc już o serwisie. Jednak trzeszczenie się uspokoiło, pedał zaczął równo chodzić i problem przestał być dokuczliwy. Wspinając się do góry jechałem drogą, na której kręcono sceny pościgów w jednym z filmów z Jamesem Bondem – “Goldfinger”.

Jeszcze około kilometra przed Furką jechałem rozgrzany w którym rękawie, podczas gdy temperatura powietrza wynosiła nawet 15C. Na przełęczy natomiast pogoda była już zgoła odmienna. Dosłownie 100m dalej padał deszcz, a na zjeżdzie lało już konkretnie przy zaledwie 9C. Nie było to przyjemne biorąc pod uwagę chłodzący pęd wiatru i wodę wlewającą się do butów, które jako jedyne nie były za dobrze chronione przed deszczem. Zjeżdzałem tak prawie 20km, a dalej droga nadal prowadziła w dół, tyle że łagodniej. Jadąc w dół podłączyłem telefon do ładowania, bo szkoda by było zmarnować tyle energii i okazało się, że nie działa to tak jak powinno. Z początku myślałem, że coś zamokło, szczególnie gdy w czasie jazdy wziąłem do ręki wciąż jeszcze wilgotny telefon i przeszedł mnie prąd. Okazało się jednak, że problem jest bardziej skomplikowany i prawdopodobnie wyrobiło się gniazdo micro USB w telefonie, a że to był jedyny kabel jaki miałem ze sobą zostałem bez możliwości ładowania telefonu. Dopiero wieczór, już w namiocie, po parudziesięciu minutach usilnych prób zdołałem ustawić ładowanie i naładować telefon.

Nazajutrz planowałem podjechać do oddalonego o niespełna 20km Zermatt’u by z bliska zobaczyć Matterhorn jednak niskie chmury nie zwiastowały widoków. W każdym razie po krótkim namyśle zdecydowałem aby jednak sie wybrać zobaczyć samo miasteczko. W miarę jak jechałem w głąb doliny, chmury zaczęły się podnosić i pół godziny po moim przybyciu do Zermatt’u ustąpiły prawie całkowicie i na własne oczy zobaczyłem Matterhorn z bliska. Co prawda jeździłem kilka lat wcześnie na nartach u jego podnóża lecz po włoskiej stronie, a wracając swego czasu z Japonii przez Mediolan również miałem mozliwość go dostrzeć ze względu na jego charakterystyczną piramidalną sylwetkę.

W towarzystwie najwyższych alpejskich szczytów usiadłem na pewien czas na łące, ugotowałem sobie mały posiłek po czym ruszyłem w drogę powrotną.

W miarę jak jechałem bardziej na zachód i obniżałem się, na zboczach doliny zaczęły pojawiać się coraz liczniej winnice, a następnie kolejne plantacje – moreli, jabłek, gruszek, truskawek, malin, kapusty, śliwek i kto wie czego jeszcze. Szczególną reklamą cieszyły się morele, które rosną tylko w kantonie Vallais.

Miejsce na nocleg znalazłem nad przyjemnym jeziorem Lac de la Breche, nieopodal pola golfowego. Woda była zadziwiająco ciepła choć spodziewałem się temperatury rodem z polodowcowych rzek.

Niestety w nocy pogoda się popsuła, zaczęło padać i tak kropiło do rana. Z tego też powodu wyruszyłem trochę później niż zwykle czyli około 10. Nie ujechałem jednak daleko gdy znów zaczęło padać i zostałem zmuszony ubrać się odpowiednio na deszcz. Cały czas jechałem wzdłuż Rodanu w dół doliny. Na wysokości Martigny rzeka jak i droga skręca pod kątem prostym i płynie w kierunku Jeziora Genewskiego. Ścieżka rowerowa od pewnego momentu prowadzi wałami po obu stronach rzeki i jest połączona z trasą dla rolkarzy. Mimo tego, że delikatnie cały czas traciłem wysokość nie było to odczuwalne więc wiatr w twarz skutecznie mnie hamował, uprzykrzał jazdę i summa summarum był chyba najgorszym dniem pod względem komfortu jazdy.

Ledwie co wyjechałem z doliny i dotarłem do Jeziora to nad okolicę, w której byłem jeszcze paręnaście minut wcześniej nadciągnęły potężne, ciemne chmury i lunęło deszczem. Tam gdzie ja byłem, czyli w Montreux wcale nie było lepiej bo fale uderzające o brzeg potrafiły zalać kilkumetrowej szerokości deptak. Bardzo fajnie, że gdy czekałem z aparatem w gotowości wymierzonym w zamek to chociaż na chwilę zza chmur wyszło ciepłe, popołudniowe słońce i delikatnie oświetliło kamienne mury.

Wyjeżdżając z Vevey zorientowałem się, że przednia przerzutka zaczyna szwankować. Już myślałem, że manetka przestaje łapać linkę jak to miało miejsce w tylnej przed wymianą ale po chwili zorientowałem się, że problem tkwi w samej lince, która jak się okazało trzyma się na dwóch ostatnich nitkach i już długo nie pociągnie. Póki co ograniczona liczba przerzutek mi nie przeszkadzała ponieważ jechałem wciąz pod górę zostawiając za plecami Jezioro Genewskie i z największej przedniej zębatki nie korzystałem.

Szczęśliwie następnego dnia tuż przy ścieżce rowerowej znalazłem sklep i serwis, gdzie wymieniłem linkę wraz z pancerzem, przykręciłem jeden z nosków do pedałów, który niedługo wcześniej odpadł i ruszyłem w dalszą drogę. Łożyska w pedale nie naprawiłem, ponieważ nie mieli na stanie. Pierwszy raz oddaliłem się wysokich Alp i straciłem je całkowicie z oczu. Jechałem poprzez delikatnie pofalowane pagórki, z wiatrem w plecy. Bez większego wysiłku dotarłem tak do Frybourga, przez które pobieżnie przejechałem zwierzając stare miasto i gotrycką katedrę św. Mikołaja.

Następnym miastem na mojej trasie przejazdu była stolica Szwajcarii – Berno. Miasto stosunkowo spokojne i małe porównując je do innych europejskich stolic. Głównie zależało mi aby przejechać się ulicami Kramgasse i Marktgasse, na których w odległości 150 m od siebie usytuowanych jest jedenaście ΧVІ-wiecznych fontann z figurami, w tym najpopularniejsza z nich Fontanna Wielkoluda przedstawiająca olbrzyma pożerającego małe dzieci. Wzdłuż ulic, na odcinku 6 km ciągną się arkady. Przy Kramgasse wznosi się również Zeitglockenturm, wieża zegarowa z 1530 roku, która niegdyś była częścią bramy miejskiej. Cztery minuty przed każdą pełną godziną poruszają się figurki zegara, odgrywając kilkuminutowe przedstawienie. Ulice doprowadziły mnie do Niedźwiedzich Jam czyli Bärengraben, gdzie utworzono swoisty park dla niedźwiedzi brunatnych nad rzeką Aare z małym parkiem i fosą. Te niezwykłe drapieżniki można obserwować z góry jak i z dołu z bardzo bliskiej odległości. Misie nic sobie nie robią z rzeszy spacerujących i podglądajacych ich turystów i powoli przechadzają się po swoim wybiegu, gryzą trawę lub kąpią się i pływają w fosie.

Jadąc z Berna w kierunku miejscowości Thun zauważyłem, że nad dolinę nadciągają z obu jej boków ciemne chmury niechybnie zwiastujące deszcz, który a jakże by inaczej, dopadł mnie w samym Thun. Na parę minut postanowiłem przysiąść na ławce, poczytać książkę i przeczekać deszcz. Kilkanaście minut później mogłem ruszyć w dalszą drogę lecz z racji na zbliżający się wieczór musiałem rozejrzeć się za miejscem na nocleg. Pobieżnie przejechałem przez Thun robiąc parę zdjęć i postanowiłem wdrapać się na jedno zbocze, z którego jak miałem nadzieję będzie rozciągał się ładny widok. Droga wiodła stromo pod górę, a napotkany na podjeździe tubylec, z którym zamieniłem parę zdań uświadomił mnie, że stromo to dopiero będzie!

Z wolna piąłem się w górę, gdy w mijanym właśnie domu zauważyłem wychylającą się zza krzaków głowę i po chwili usłyszałem głos. Była to starsza pani, która po chwili rozmowy powiedziała, że mogę skorzystać z jej kawałka pola, gdzie nikt nie powinien mieć nic przeciwko rozbitemu namiotowi. Nie był to płaski teren ale o taki byłoby tutaj ciężko.

Powiedziała również abym rano przyszedł na kawę czy herbatę i skorzystać z łazienki jeśli mam ochotę. Umówiliśmy się na 9-10 i parę minut po 9 następnego dnia zjawiłem się u jej progu.

Odświeżyłem się po czym zostałem poczęstowany śniadaniem. Opowiadała jak dzień wcześniej zbierała wraz z sąsiadkami jagody w lesie, czego dowodem było kilka dużych pojemników owoców schowanych w lodóce. Miałem również okazję skosztować dżemu jagodowego z ubiegłego roku. Porozmawialiśmy tak ze dwie godziny po czym odpowiednio się poubierałem ze względu na padający deszcz. Zrezygnowałem z pierwotnego planu powrotu do Thun bo przy tej pogodzie nie było sensu i dałem się skusić na jazdę przez góry i górskie wioski. Droga nadal pięła się bardzo stromo. W zasadzie słowo to nie oddaje tego nachylenia ale na 1300m odległości zyskałem 200m wysokości. Ujechawszy kawałek zatrzymałem się by jednak przeczekać deszcz i przy okazji poczytać książkę.

Dwie godziny później ruszyłem w dalszą drogę, osiągnąłem wysokość jakichś 1100m n.p.m. i jechałem górami wzdłuż jeziora Thun wąskimi drogami raz w górę raz w dół.

Dookoła wisiały ciemne chmury, gdzieniegdzie padało, a mi szczęśliwie udało się póki co unikać deszczu choć w wielu miejscach asfalt nadal był mokry i wolałem jechać wolniej aby się nie schlapać. Poza tym nie było za ciepło na szybkich zjazdach.

Pod wieczór dotarłem do Interlaken, przez które dość szybko przejechałem. Pierwszy raz od dłuższego czasu przydarzył mi się upadek po tym jak się zatrzymałem i nie zdążyłem wyciagnąć jednej nogi z noska i mnie przechyliło na tyle skutecznie, że nie zdołałem się utrzymać, przechyliło mnie i z całym bagażem przyłożyłem w chodnik. Sakwy trochę zamortyzowały upadek ale kolano i łokieć trochę bolało.

Wieczór na biwaku spotkałem dwóch Niemców, którzy zatrzymali się na nocleg w drodze do Włoch. Przyjechali Land Roverem Defenderem z podnoszonym dachem i zrobionym wewnątrz łóżkiem. Porozmawialiśmy na temat samochodów terenowych, obejrzałem ich maszynę, którą swego czasu jeździli po afrykańskich wydmach. Fajny sprzęt.

Rano trochę pogoda się poprawiła ale na niebie w większości było wciąż przysłonięte chmurami. Licząc, że popołudniu się przejaśni i z okolice Grindelwald zobaczę słynne trio czyli Eiger, Monch i Jungfrau wybrałem się wpierw do Lauterbrunnen leżące w dolinie zwanej doliną wodospadów. Z wysokich skalnych klifów spływa ich 72 a sama nazwa Lauterbrunnen oznacza z niemieckiego “wiele fontann”. Najbardziej imponującym jest chyba Staubbach o swobodnym spadku wody przekraczającym 300m co czyni go jednym z najwyższych na Starym Kontynencie. Pod sam wodospad prowadzi ścieżka z wybudowanymi oraz wydrążonymi tunelami w skale, którymi płynie warto woda. Im dalej tym więcej wody i leje się ona szerokim strumieniem wprost na głowę dlatego też decyduję się wrócić by bardziej nie moknąć.

Kolejnym oglądanym przez mnie wodospadem jest Trummelbach – jedyny podziemny wodospad lodowcowy na świecie dostępny za pomocą systemu wind. Jego łączna wysokość wynosi 140m. Zwiedzanie rozpoczyna się od wyjazdu windą na górę, a następnie podchodzi się do poszczególnych balkonów, z których roztacza się widok na spadającą między skałami z hukiem wodę.

Z Lauterbrunnen jest możliwość dotarcia do słynnej obrotowej restauracji Piz Gloria znajdującej się na szczycie Schilthorn. To właśnie tam były kręcone sceny do filmu z Jamesem Bondem “W tajnej służbie Jej Królewskiej Mości”.

Z Lauterbrunnen pojechałem do Grindelwald – wioski u podnóża słynnych trzech szczytów, o których wspominałem wcześniej. Wypogadza się na tyle, że fragmentarycznie obserwuję słynną północną ścianę Eigeru i okoliczne lodowce znajdujące się wysoko w górach. Grindelwald leży na wysokości ok 1034m n.p.m, a żeby dotrzeć do Meiringen – mojego następnego celu podróży, a zarazem miasteczka nieopodal którego w wodospadzie Reichenbach żywota dokonał jeden z najsłynniejszych detektywów Sherlock Holmes, dzieli mnie wysoka, prawie 2000 metrowa przełęcz. Zastanawiam się czy nie przejechać przez nią ale nadciągają chmury i zaczyna lekko kropić więc decyduję się zjechać ponownie do Interlaken, a następnie jechać wzdłuż jeziora. W mieście odbywają się chyba jakieś zawody parolotniarzy, którzy lądują na boisku, a w powietrzu wciąż unosi się ich znaczna ilość. Samo Interlaken jest opanowane przez tłumy turystów, głównie ze wschodniej Azji i krajów Arabskich. Tych drugich jest naprawdę mnóstwo, a co poniektórzy posprowadzali sobie samochody na tablicach z Kuwejtu czy ZEA.

Poza tym na jeziorze Brienz mają z kolei miejsce zawody hydroplanów, które przelatują co jakiś czas nad taflą jeziora, a następnie nań lądują.

W stronę Brienz jechałem ścieżką rowerową prowadzącą lokalną, w miarę pustą drogą wzdłuż jeziora, która następnie wznosi się trochę wyżej i prowadzi bardziej lasem.

Noc nieopodal była jedną z najzimniejszych do tej pory. Temperatura rano na zewnątrz wynosiła 8C. Pomimo tego pogoda zapowiada się idealnie. Bezchmurne błękitne niebo i już po pewnym czasie robi się ciepło. Jeszcze cieplej gdy ścieżka rowerowa prowadzi na kolejną przełęcz i pokonuję ponad 500m w pionie po czym dojeżdzam do głównej drogi i zjeżdżam w stronę jeziora Lungerner, na które wpierw rozpościera się piękny widok z góry.

W Lucernie jestem popołudniu, zatrzymuję się w pobliżu Mostu Młyńskiego (Spreuerbrücke) i Mostu Klasztornego (Kapellbrücke), chyba dwóch najbardziej charakterystycznych i rozpoznawalnych mostów, głównie kojarzonych z Lucerną. Tłumy spacerowiczów przechadzają się wzdłuż brzegu Jeziora Czterech Kantonów po którym pływają łabędzie i statki wycieczkowe. Opuszczając Lucernę zostawiam Alpy za plecami. Pierwszy raz od dłuższego czasu Szwajcaria robi się delikatnie pofałdowana, można powiedzieć że wręcz płaska.

W Zurychu mam umówiony nocleg poprzez Couch Surfing u Dominika. Przyjeżdzam trochę zmęczony bo ostatnie 50km dzielące Lucernę od Zurychu przejeżdzam względnie jednym ciągiem.

Rano wracam do centrum aby zobaczyć trochę miasta ale szczerze mówiąc nie porywa mnie ono. Robię parę zdjęć i jadę dalej na północ. Na wylocie przejeżdzam tuż obok lotniska, gdy nagle tuż nad głową przelatuje mi startujący A380 Singapore Airlines. Z bliska ten kolos robi niesamowite wrażenie. Rheinfall – największy wodospad w Europie pod względem przepływu wody jest moim następnym celem. Nawet nie zauważam, że droga prowadząca w tamtym kierunku prowadzi w pewnym momencie na odciunku paru kilometrów przez Niemcy. Orientuję się dopiero po innych znakach ścieżek rowerowych.

Rheinfall oświetlony południowym słońcem wygląda naprawdę ładnie. Może nie jest jakiś szczególnie wysoki ale położony między dwoma zamkami, z których można go obserwować.

Popołudniu ostatecznie opuszczam Szwajcarię i kieruję się na Jezioro Bodeńskie oblegane przez wypoczywających turystów. Nie jest jednak tak tłoczno jak nad Jeziorem Como, a i zabudowa nie jest taka gęsta.

Z początku planowałem z nad jeziora udać się do zamku Disneya w Bawarii – Neuschwanstein ale wymagałoby to przyspieszenia żeby tam dotrzeć, a później szybkiego powrotu na południe. Dlatego mając w zapasie jeszcze niecałe dwa dni zwalniam tempo i przysiadam nad jeziorem żeby coś przegryźć i poczytać książkę. Jadąc już całkiem bez pośpiechu dojeżdzam do Liechtensteinu, gdzie mam zaplanowany kolejny nocleg na Couch Surfingu. Liechtenstein jest zarazem ostatnim miejscem, do którego docieram, bo nie można powiedzieć abym cokolwiek zwiedzał w tym malutkim kraju wciśniętym między Austrię i Szwajcarię. Dokładnie ostatniego dnia rano, po ostatnim posiłku skończyła mi się benzyna w kuchence. Można powiedzieć, że na styk, choć gdy siedząc popołudniu na ławce i czytając książkę chciałem sobie coś ugotować na mojej wszystko-spalającej kuchence użyłem ropy naftowej. Płomień z tego może i buchał konkretny ale dymu przy tym było co nie miara.

Z austriackiego Feldkirch położonego tuż przy granicy mam bilet na pociąg do Innsbrucku, a następnie do Wiednia. Cztery godziny w austriackiej stolicy spędzam leniwie, zważywszy że nie tak dawno tam byłem. Podjeżdzam na chwilę do Schonbrunn, gdzie robię kilka świeżych zdjeć od strony ogrodów i to samo powtarzam w Belwederze. Nocnym autobusem wracam do Polski. Cudem udaje mi się wraz z rowerem zmieścić do Polskiego Busa bo pomimo czwartku obłożenie wynosi 100%.

Ilosc przejechanych kilometrow

Rowerem po Bornholmie

Od ostatniej wizyty na Bornholmie minęło już ładnych parę lat i nadszedł czas, aby odświeżyć sobie wspomnienia związane z tą malutką wyspą. Kilka lat temu Polferries zlikwidował rejsy na trasie Świnoujście – Ronne i w tej chwili pozostają tylko z niemieckiego Sassnitz lub w sezonie letnim z Kołobrzegu lub Darłowa do Nexo. Jedyny dogodny termin jaki mi odpowiadał w miarę pokrywał się z wypłynięciami i przypłynięciami z Kołobrzegu, a więc padło na to miasto. Dzień przed planowanym wypłynięciem udałem się do biura Polskiej Żeglugi Bałtyckiej celem zakupienia biletów i usłyszałem, żę ..brak miejsc. Zacząłem szybko w głowie układać plan alternatywny uwzględniający próby dotarcia do oddalonego o około 280 kilometrów Sassnitz lub przejażdżki przez całą Polskę w kierunku domu. Nie poddając się jednak poszedłem do biura raz jeszcze i zapytałem czy jest jakaś szans, że coś się zwolni lub ktoś odwoła rezerwację. Tym razem miałem więcej szczęścia bo pani zrobiło się mnie żal i powiedziała, że coś wymyślimy. Tak też się stało, bilety były moje.

W sobotę zjawiłem się już po 6 na nabrzeżu i rzeczywiście pasażerów zarówno z rowerami jak i bez trochę jednak było.  Morze tego dnia było wyjątkowo niespokojne, na niebie chmury, bujało okropnie. Po około półtorej godziny rejsu kapitan ogłosił, że szwedzki jacht nadał sygnał Mayday i płyniemy na pomoc. Okazało się, że miał złamany maszt i przez następne pół godziny, czyli do czasu przypłynięcia jednostki ratunkowej z Kołobrzegu krążyliśmy wokół niego.

Na Bornholmie byłem zatem nie o 11, a dwie godziny później. Mój pobyt zakładał pięć dni na wyspie, a więc nie miałem się co spieszyć. Spokojnie powinien ten czas wystarczyć na objechanie jej dookoła i odwiedzenie najciekawszych miejsc. Będąc akurat na rynku w Nexo i widząc bankomat postanowiłem wybrać parę koron na początek co okazało się zbawienne, jako że pół godziny później w związku z nieautoryzowanym użyciem kart musiałem je wszystkie zablokować.

Bornholm objeżdżałem według wskazówek zegarka kierując się najpierw na południe, później na zachód, północ i wschód aczkolwiek moja jazda przypominała momentami zygzak, ponieważ często jechałem gdzieś, by później przejechać w niewielkiej odległości od miejsc, w których już byłem. Czasu miałem sporo, nie spieszyłem się, gdy znudziłem się jazdą znajdowałem sobie miejsce piknikowe z ławkami, na których mogłem usiąść, odpocząć i coś przegryźć. Aparat miałem nieustannie na szyi żeby nie wyjmować go i chować co chwilę dlatego gdy tylko zauważyłem jakieś ładne miejsce, a takich było pełno co kawałek, przystawałem robiłem zdjęcie i jechałem dalej nierzadko przemierzając dany odcinek dwukrotnie w poszukiwaniu lepszego ujęcia lub światła.

Mimo, że nocowanie na dziko na Bornholmie jak i w całej Danii jest zabronione to mijałem wyznaczone miejsca z ławkami, szałasami i terenem pod ognisko oznaczone jako „prymitywny teren noclegowy”. Poza wszechobecnymi kempingami niektórzy mieszkańcy oferują kawałek swojego trawnika za około 25 koron. Nie należy jednak liczyć na coś więcej, ponieważ z tego co czytałem do dyspozycji jest najczęściej jakaś forma zimnej wody.

Przez pierwsze dwa i pół dnia gdy kierowałem się na zachód w stronę Ronne wiatr wiał mi cały czas w twarz, a temperatura wahała się między 13C-22C. Trzeciego dnia natomiast gdy byłem w okolicach Hasle, ochłodziło się, zaczęło padać, a niecałą godzinę później świeciło już słońce i były 24C. Taka też pogoda pozostała do końca mojego pobytu na wyspie.

Jeśli chodzi o samą jazdę to jest to można powiedzieć raj dla rowerzystów jako, że wyspę pokrywa gęsta sieć ścieżek rowerowych, których jest 235 kilometrów. Ścieżki wytyczono poboczami dróg, między polami, pośród lasów na starych nasypach kolejowych, po których pół wieku temu kursowały jeszcze pociągi. Wszystkie są ponadto dobrze oznaczone i naprawdę ciężko się jest zgubić, a ze względu na mały ruch samochodowy i wyjątkowe względy jakimi cieszą się cykliści jazda jest niewątpliwie przyjemna, spokojna i bezstresowa.

Jakby tego było mało, wszelkie źródła jednoznacznie twierdzą, że klimat na Bornholmie jest cieplejszy niż u polskich wybrzeży. Między innymi dlatego można w przydomowych ogródkach natknąć się na morwy bądź figi. Co więcej, woda jest cieplejsza, czystsza i bardziej przejrzysta, a piaszczyste południowe plaże zachęcają do kąpieli.

Mimo tego, że wyspa jest stosunkowo niewielka to na tak małej przestrzeni oferuje sporo. Począwszy od pól golfowych, wszelakich aktywnościach na świeżym powietrzu, w wodzie i pod wodą po muzea, festyny i inne wydarzenia kulturalne. Może dlatego Bornholm bywa nazywany Skandynawią w pigułce bo można tam znaleźć ciszę, spokój, bezpośredni kontakt z przyrodą i mieszkańcami, którzy są otwarci i przyjaźni dla turystów.

Zapisy śladu trasy z GPS:

Dzień 1

Dzień 2

Dzień 3

Dzień 4

Dzień 5

2013.05.09 – 12 – Chorwacja, Bośnia i Hercegowina

Decyzja o wyjeździe do Chorwacji była bardzo spontaniczna. Zobaczyłem ofertę przelotu z Warszawy do Zadaru w cenie 49 zł w dwie strony z bagażem rejestrowanym i wahałem się ledwie kilkadziesiąt sekund. Wylot był bardzo blisko, ponieważ już następnego dnia musiałem jechać do Warszawy by zdążyć na samolot. Na miejscu nie miałem zbyt wiele czasu – ledwie cztery dni, dlatego chciałem go wykorzystać jak najlepiej.

Po wymianie kilkunastu maili udało mi się porozumieć z paroma osobami poprzez forum internetowe i ustaliliśmy, że wspólnie wypożyczymy samochód i objedziemy trochę Chorwacji, a jeśli będzie to możliwe to wstąpimy również do Bośni i Hercegowiny.

Na lotnisku w Zadarze wynajęliśmy samochód na cztery dni (94€ + 40€ dodatkowe ubezpieczenie) i ruszyliśmy wybrzeżem w kierunku południowym, co rusz zatrzymując się by podziwiać widoki lub wejść do morza.

W Biogradzie wsiedliśmy na prom (12 HRK w jedną stronę) płynący na wyspę Pasman, gdzie spędziliśmy trzy godziny krążąc po okolicznych wzgórzach. W ten sposób dotarliśmy do klasztoru Benedyktynów, który mieścił się na jednym z nich. Niestety godziny otwarcia (16-18) nie pozwalałby nam na wejście do środka.

Pod wieczór docieramy do Trogiru – malowniczego małego miasteczka wpisanego na listę dziedzictwa narodowego UNESCO. Pomarańczowe słońce oświetla jasne budynki nadając im ciepłych barw, co czyni je wręcz idealnymi do fotografowania. Przechadzanie się wąskimi, kamiennymi uliczkami z jasnego kamienia to również wielka przyjemność. Maj to jeszcze okres zdecydowanie przed sezonem, więc okoliczne lokale są w przeważającej mierze puste, a miasto nie jest zatłoczone.

Rano jedziemy do Splitu, w którym również zwiedzamy stare miasto. W moim odczuciu jest ono podobne do Trogiru, tzn. nadmorski deptak obsadzony palmami z poustawianymi ławkami, wąskie, wysokie uliczki i tylko ludzi jakby więcej.

Jadąc dalej na południe, docieramy do Omisa, w którym to zmieniamy kierunek i serpentynami jedziemy wgłąb lądu, w stronę gór. Drogi są tutaj węższe ale i spotykamy na nich mniej samochodów. Po kilkudziesięciu kilometrach ponownie docieramy do wybrzeża zjeżdżając ku Riwierze Makarskiej.

Aby dotrzeć do Dubrovnika musimy przejechać przez wąski (14 km) pas lądu będący terytorium Bośni i Hercegowiny. Jednak kontrola graniczna jest pobieżna i ogranicza się do szybkiego sprawdzenia naszych paszportów.

Dubrovnik, czyli miejsce kręcenia popularnego ostatnio serialu  „Gra o tron” na podstawie książki o tym samym tytule to filmowa Złota Przystań. Tutaj turystów jest już zdecydowanie więcej, szczególnie na głównych ulicach starego miasta, gdzie gromadzą się dodatkowe tłumy w związku z jakąś paradą, która się dziś odbywa. Ja szukam dla siebie ciekawych ujęć, w związku z czym zaglądam w najwęższe uliczki, które notabene świecą pustkami i chronią przed południowym słońcem.

Z Dubrovnika do granicy z Bośnią i Hercegowiną jest ledwie kilkanaście kilometrów, a i kontrola paszportowa jest trochę dłuższa, choć bez większych trudności. Na pierwszy rzut oka kraj ten jest bardziej spokojny, senny i pusty niż Chorwacja. Droga prowadząca od granicy wiedzie poprzez góry i prawie nie mija się żadnych zabudowań. W miejscowości Stolac próbujemy wymienić walutę, jednakże w sobotę po godzinie 13 wszystkie urzędy są już pozamykane. Okazuje się, że nie jest to problemem ponieważ w Bośni i Hercegowinie oprócz ichniejszych marek można płacić w euro lub chorwackich kunach.

O ile na wybrzeżu pogoda była słoneczna, o tyle tutaj niebo zasnuły chmury i zrobiło się chłodniej. Od czasu do czasu na przednią szybę spada parę kropli deszczu.

Do Mostaru – naszego celu w Bośni i Hercegowinie docieramy we wczesnych godzinach przedpołudniowych. Miasto słynie ze starego mostu rozpiętego nad rzeką Naretwą. Na moście kotłuje się tłum turystów i przejście tych kilkunastu metrów z jednej strony na drugą zajmuje długie minuty, szczególnie że kostki są śliskie i wiele osób idzie powoli.
Stary most jest popularnym miejscem, z którego oddaje się skoki do wody. Za tę chwilę „przyjemności” należy uiścić opłatę w wysokości 25€ w klubie skoczków, który ma swoją siedzibę na jednym z końców mostu.

Wieczór postanawiamy kierować się już na północ, tym razem jednak jadąc przez Bośnię i Hercegowinę, aby w miarę wcześnie dotrzeć do Jezior Plitwickich. Żałuję tylko, że trzeba było jechać nocą, ponieważ gdy jeszcze było widno, droga prowadziła wąwozami wzdłuż rzek. Raz pięła się serpentynami w górę na przełęcz by następnie łagodnie opaść po drugiej stronie. Z każdej strony góry, lasy, a widoki musiały zapierać dech.

W okolice parku docieramy już w środku nocy, ponieważ jazda po drogach Bośni i Hercegowiny to sama przyjemność – tak samo jak po Chorwacji. Nawet w dzień nie ma tłoku, jazda auto za autem to naprawdę rzadkość – tak samo jak dziury. W dodatku wszyscy przestrzegają przepisów i nie jeżdżą szybko. Trzeba tylko uważać na Bośniackie fotoradary, które są w żaden sposób nieoznaczone.

Pogoda rano jest fatalna. 8C i pada mocny deszcz. Niestety zwiedzanie nie tyle w takich warunkach, co w letnim ubraniu nie ma sensu. Dzięki uprzejmości obsługi parku udaje nam się wejść jedynie na taras widokowy i zrobić parę zdjęć, po czym pospiesznie wracamy do samochodu i kierujemy się w stronę wybrzeża.

Ledwie pół godziny później i kilkanaście kilometrów dalej deszcz powoli ustaje, temperatura się podnosi, a niebo wypogadza. Gdy docieramy ponownie do Zadaru jest już bardzo ciepło, choć wietrznie. Ostatni dzień spędzamy na kręcenie się po mieście i okolicach. W wielu domach można bez problemu kupić wino i rakiję domowej roboty (20-30 HRK) z czego również i my korzystamy.

O 21 jesteśmy umówieni na oddanie samochodu na lotnisku, więc pomimo, że odlot dopiero mamy po północy to udajemy się tam wcześniej. Na szczęście czas szybko mija, a w związku z małym ruchem na zadarskim lotnisku odprawa zaczyna się 3,5 h przed odlotem.

Tak oto kończy się mój pierwszy pobyt na Bałkanach, choć bez wątpienia nie ostatni, ponieważ zostało parę miejsce, których nie udało mi się odwiedzić podczas tych intensywnie spędzonych czterech dni i cieszę się, że miałem możliwość bycia w tylu nowych miejscach

2010.06.15 – 30 – Szwecja

Plan wyjazdu rowerem do Skandynawii zrodził się w mojej głowie już znacznie wcześniej. Wcześniej nawet niż wycieczka do Budapesztu, Bratysławy i Wiednia. Gdy zbliżała się wiosna uznałem, że najwyższa pora go zrealizować. Jednak zanim wyruszyłem w drogę musiałem odpowiednio do tego celu przygotować zarówno siebie jak i rower. Trochę przekornie postanowiłem prawie w ogóle nie jeździć na rowerze, bo w najbliższym czasie będę miał go powyżej uszu, a zamiast tego skupić się intensywnie na bieganiu i wzmocnieniu kondycji. Co się tyczy natomiast sprzętu, to zdecydowania tylna sakwa była za mała, aby spakować się do niej na bliżej nieokreślony okres czasu. Zakupiłem zatem bagażnik na przód z sakwami MSX, zmieniłem przednią piastę i założyłem z wbudowanym dynamem i podłączyłem urządzenie, za pomocą którego mogłem ładować GPS i telefon. Przy okazji wymieniłem opony, zmieniłem kasetę i wyregulowałem przerzutki. I to by było na tyle.
Pakowanie czas zacząć. Nie wiedziałem jeszcze jak długo planuję przemierzać skandynawskie ziemie, ale wiedziałem, że muszę być jak najbardziej samowystarczalny i przygotowany na różne sytuacje.
Do roweru zabrałem tylko trzy zapasowe dętki i linki hamulcowe, a do tego dwa klucze imbusowe, którymi mogę wyregulować większość rzeczy. Ułożyłem także menu, w skład którego wchodziły m.in. owsianki, kaszki Nestle, mleka w proszku, musli, kuskus, makaron spaghetti i sosy, pasztety oraz zupki chińskie, gorące kubki, jakieś batony, czekolady i Plusssz w proszku. Samo jedzenie ważyło ponad 11 kilogramów. Do tego zestaw garnków oraz palnik i kartusze z gazem.

Co do ubrań, to tutaj także musiałem się liczyć z bardzo zmiennymi i różnorodnymi warunkami atmosferycznymi, dlatego poza zwykłymi koszulkami i spodenkami rowerowymi zabrałem także kurtkę jesienną i zimową na rower, spodnie zimowe, ocieplacze na buty, rękawiczki rowerowe, czapkę i na wszelki wypadek także folię NRC. Namiot, ciepły śpiwór, karimata, aparat oraz kosmetyczka. Jadąc parę lat wcześniej z Węgier na Słowację, zmęczony, obolały i pod wiatr miałem ze sobą tylko trzy bandaże elastyczne, a jak na złość od pedałowania bolały mnie dwie kostki i dwa kolana, dlatego tym razem postanowiłem się lepiej zaopatrzyć w rzeczy, które mogą okazać się nieocenione podczas nadwyrężenia mięśni, ścięgien czy stawów i umożliwią mi dalszą jazdę. Z grubsza to wszystko.

Tak się złożyło, że akurat w podobnym okresie znajomi jechali swoim kamperem na ryby do Szwecji i zaoferowali, że mnie podwiozą, więc postanowiłem skorzystać i zabrałem się z nimi.

Ruszyliśmy wspólnie do Gdańska, skąd wieczór zaokrętowaliśmy się na prom do Nynashamn – miejscowości 60 km na południe od Sztokholmu. Po niecałych 20 godzinach spokojnego rejsu dopływami na miejsce. Wypakowuję rower z luku, składam rower w całość, zakładam sakwy i od tego momentu jestem skazany sam na siebie. Wstępnie założyłem sobie, aby dziennie przejechać średnio 140 km.

Pierwsze parę noclegów miałem upatrzonych z Google Earth, za pomocą którego znalazłem sobie parę przyjemnych jak mi się wtedy wydawało, polan nad jeziorami, gdzie będę mógł spokojnie rozbić namiot i przenocować. Dzięki skandynawskiemu prawu swobodnego dostępu do natury mogłem nocować prawie wszędzie na łonie natury, gdzie miałem tylko ochotę, byle trzymać się 100 m od najbliższych zabudowań i nikomu nie przeszkadzać. Jakie był moje rozczarowanie, gdy dotarłszy na przedmieścia Sztokholmu, nad upatrzone wcześniej jezioro, okazało się, że nie ma tam za bardzo miejsca na rozbicie namiotu i cudem znalazłem kawałek płaskiego terenu ze znośnym zejściem do jeziora, gdzie w konsekwencji rozbiłem namiot. Obok przebiegała droga prowadząca do pobliskich domów, ale zarówno ja jak i prawdopodobnie mieszkańcy również, postanowiliśmy nie zwracać na to uwagi. Ugotowałem sobie kuskus z sosem i zabranym z domu mięsem na pierwszy posiłek i położyłem się wcześniej spać, żeby odpocząć i nabrać sił na następny dzień.

Już około piątej rano potrzeba toalety zbudziła mnie i wyszedłem tak jak spałem – w bluzie i spodenkach. Założyłem tylko buty. Pech chciał, że pszczoły czy osy upodobały sobie okolice mojego namiotu i jak tylko wysunąłem się z niego zostałem zaatakowany. Butów oczywiście nie ubrałem porządnie, bo nie planowałem w nich odchodzić daleko, więc od razu je zgubiłem i zacząłem uciekać aż na drogę w samych skarpetkach. Jedyną radą na to było rozpalić ognisko. Byłoby miło, gdyby się udało, ale od wieczora wszystko zdążyło zawilgnąć i tyle z tego było. Żebym nie popadł w monotonię, to pod kamieniem odkryłem jakieś wijące się małe węże. Tego było już za wiele. Podjąłem decyzję, że czas się zbierać. Ugotowałem sobie śniadanie, ubrałem się, spakowałem i pojechałem zwiedzać Sztokholm.

Miałem oczywiście mapę ze sobą, ale korzystanie z GPS’u okazało się nieocenione i pozwoliło mi zaoszczędzić sporo czasu na błądzenie po mieście. Jako, że jest to moja druga wizyta w stolicy Szwecji, ograniczyłem się do małej rundki po mieście, przejeździe pod pałac królewski i na stare miasto (Gamla Stan).

Jadąc dalej, w jednym ze sklepów kupuję kiełbasy i wieczór rozpalam ognisko. I tak bym je rozpalił, bo ilość komarów uniemożliwia swobodne poruszanie się wokół namiotu, a pierwszą rzeczą po zatrzymaniu się, a przed rozbiciem namiotu jest zakrycie jak największej powierzchni ciała i posmarowanie całej reszty środkiem na komary.

Ruch na drogach jest znikomy, zresztą nie ma się to dziwić, to Szwecja. Mimo tego GPS prowadzi mnie w jeszcze bardziej boczne i mniej uczęszczane drogi, co nie oznacza pogorszenia się jakości nawierzchni. To wciąż jest południowa Szwecja, dlatego stosunkowo często mijam gospodarstwa rolne i farmy. W pewnym momencie kończy się asfalt i jestem zmuszony wjechać na drogę szutrową. Pomimo tego nadal jedzie się dobrze i utrzymuję w miarę szybkie tempo, na tyle na ile szybko można jechać rowerem ważącym 50 kg. Niespodziewanie w lesie mijam łosia, a właściwie łosicę, która przygląda mi się tak samo jak ja jej.

W Falun postanawiam odpuścić zwiedzanie kopalni miedzi, dlatego że byłbym zmuszony czekać do godziny 12 na wejście z przewodnikiem angielskojęzycznym. Postanawiam jechać dalej, w końcu Falun to nie koniec świata i jeszcze tu pewnie wrócę.
Im bardziej oddalam się od głównych dróg i jadę w kierunku północno-zachodnim, tym drogi robią się pustsze. Nie jest to jeszcze całkowita pustka, bo samochody mijają mnie od czasu do czasu, ale kto zna Skandynawię, ten wie, że duży ruch w naszym rozumieniu się nie zdarza.

Moim celem jest park niedźwiedzi Gronklitt w Orsie. Dobrze, że zdecydowałem się tam dojechać jeszcze tego samego dnia, ponieważ dwunastokilometrowy podjazd wymęcza mnie doszczętnie i nie jestem w stanie znaleźć odpowiedniego miejsca na rozbicie namiotu. Decyduję się zatem na kawałek płaskiej powierzchni w pobliżu samego parku. Obok jest wielka rura a la przejście pod drogą, w której zostawiam rower, ponieważ zaczyna padać. Tej nocy ubieram na siebie prawie wszystkie ubrania, począwszy od trzech par skarpet, krótkich spodni, dwóch par długich, koszulkę, bluzę, kurtkę jesienną, zimową, czapkę i rękawiczki. Śpiwór powinien zapewniać komfort w granicach +5C, ale jest piekielnie zimno i decyduję się jeszcze na okrycie się folią NRC. Jak się okazuje nie był to najlepszy pomysł, ponieważ para wodna zaczyna się skraplać na śpiwór, który robi się w efekcie mokry.
Jakoś wytrzymuję do rana, a o godzinie 10, termometr w ośrodku niedźwiedzi pokazuje 9C. Nie wiem ile mogło być w nocy, ale zważywszy, że zaspy śniegu obok toru biegowego utrzymują się jeszcze w połowie czerwca, to mówi samo przez się.

W ośrodku oprócz niedźwiedzi brunatnych są także niedźwiedzie polarne, tygrysy, ryś, wilki oraz rosomaki. Rysia niestety nie udaje mi się dostrzec, rosomaki sobie wesoło hasają po wybiegu, tygrysy leżą albo leniwie przechadzają, wilk, bo tylko jednego widziałem, pokonuje właśnie jakiś życiowy dystans i z równą częstotliwością przebiega wzdłuż ogrodzenia przy którym stoję.
Niedźwiedzi brunatnych jest kilka i w różnym wieku. Jest samica z małymi, są młodociane niedźwiedzie oraz w pełni dorosłe. Największe są te przywiezione z Kamczatki – Piotr i Sonia.
Polarne z kolei skaczą na główkę do stawu i zajadają się jabłkami i pomarańczami.
Cały ośrodek jest tak zbudowany, że pomimo stosunkowo niewielkiej ilości zwierząt zajmuje bardzo dużą przestrzeń i jego domownicy mają naprawdę sporo miejsca dla siebie. Co więcej, ścieżki prowadzą tak, że z każdej strony można podglądać zwierzęta, nawet jeśli w danej chwili przebywają gdzieś daleko od ogrodzenia.

Temperatura na szczęście rośnie, wychodzi słońce i długie ciepłe ubrania zamieniam ponownie na krótkie. Kontynuuję jazdę prosto na północ. Za sobą zostawiłem miasteczka i wioski, a przede mną tylko las, las i las. Oraz pagórki, z których roztacza się widok na ten las. Nie ma żadnych sklepów, stacji benzynowych i tylko raz na dwadzieścia kilometrów mijam parę domów. Przy drodze stoi znak ostrzegający o niedźwiedziach, a z wizyty w ośrodku przypominam sobie mapę z zaznaczonymi trasami niedźwiedzi odczytanymi z ich obroży z GPS’em oraz to, że droga którą się poruszam przecina ten teren mniej więcej w środku.

Co wieczór dochodzę do większej wprawy w znajdowaniu sobie ciekawych miejsc na nocleg i tym razem wybrałem niewielki półwysep położony nad jednym z okolicznych jezior. Cisza, spokój, w pobliżu prawie żywej duszy nie ma. Namiot rozbijam niecały metr od krystalicznie czystej ale zimnej wody. Dochodzi 23, gdy słońce chowa się poniżej linii drzew.

Skręcam w kierunku północno-wschodnim. Droga, którą jadę jest wyjątkowo odludna. W ciągu godziny mija mnie zaledwie jedenaście samochodów. Dopiero gdy zbliżam się do miasta pojawia się cywilizacja. Do sklepów wstępuję głównie po to, aby kupić coś do picia i ewentualnie pieczywo. Cały czas korzystam z własnych zapasów, wodę nabieram z jezior albo z przydrożnych toalet. Świetne jest to, że w wielu miejscach, co ileś kilometrów znajdują się miejsca wypoczynku przy drogach. Poza stołami, ławkami znajdują się tam zazwyczaj toalety z ciepłą wodą i gniazdkiem. Świetnie miejsca. Zdecydowanie lepsze to niż kąpiel w lodowatych wodach jeziora.

Zataczam koło i kieruję się ponownie na południe, w kierunku Falun. Mówiłem, że znów tam się kiedyś wybiorę. Trochę mam pecha i droga na odcinku trzydziestu kilometrów jest w remoncie. Bez asfaltu o żwirowej nawierzchni. Nie dość, że spod kół samochodów unosi się kurz i pył, to jeszcze koła zapadają się w tym żwirze. Wiatr, jakżeby inaczej, wieje w twarz, a droga prowadzi pod górkę. Z uczuciem ogromnej ulgi wjeżdżam ponownie na asfalt i docieram do miasta. Rozbijam się w tym samym miejscu co poprzednio – przy wjeździe do miasta, nad jeziorem i w pobliżu toalet. Czego chcieć więcej.

Tym razem już jadę pod kopalnię i idę na wycieczkę z przewodnikiem. Rower zostawiam przed budynkiem, ale w Szwecji się nie obawiam, że ktoś sobie przywłaszczy moje jedzenie bądź ubranie.
Kopalnia rozpoczęła wydobycie miedzi już prawdopodobnie około IX wieku, a największy rozwój przypada na wiek XVII.  Była motorem napędowym budowy pobliskiego szpitala i rozwoju medycyny, jako że urazów nie brakowało. W miarę jak kopalnia stawała się głębsza, górnicy musieli pokonywać większe odległości żeby się do niej dostać. Jednym ze sposobów było zejście po drabinach trzymając w zębach pochodnie, co nierzadko skutkowało utratą zębów. Drugim natomiast jazda ogromną beczką poruszającą się z góry na dół. O ile drugi sposób może wydawać się wygodniejszym, o tyle owa beczka nie zatrzymywała się na poszczególnych poziomach i trzeba było do niej wskoczyć i następnie z niej wyskoczyć. A szyb był głęboki, więc lepiej nie spudłować. Obecnie kopalnia jest zamknięta, ale jednym z produktów ubocznych jest czerwony składnik, którego używa się jako pigmentu do farb, które stały się szwedzkimi farbami narodowymi.

W miarę przemieszczania się na południe tereny stawały się bardziej zaludnione. Lasy ustępowały miejsca polom uprawnym, częściej pojawiały się wioski i miasteczka i nawet jakoś bardziej płasko było. Jednego wieczoru miałem nawet wiatr w plecy. Najwyższa pora zresztą.

Po drodze zatrzymywałem się oczywiście i zwiedzałem różne miejsca, które wydawały mi się ciekawe. M.in. przejeżdżałem obok jednej ze śluz na śródlądowej drodze wodnej łączące Sztokholm z Goeteborgiem.  Poza tym moje dni sprowadzały się do bardzo prostych czynności. Wstać, przygotować śniadanie, złożyć namiot w międzyczasie i ruszyć w drogę. Jechać, jechać, jechać. Przerwa na posiłek i to nie koniecznie dlatego, że byłem głodny, ale opadałem z sił. Dlatego niezmiernie ważnym było dostarczać do organizmu odpowiedniego paliwa. Problem pojawiał się, gdy byłem już tak najedzony, a mimo to słabłem. Najgorsze były poranki, ponieważ w perspektywie miałem kilka ładnych godzin pedałowania. Wbrew pozorom najbardziej bolały dłonie –od trzymania kierownicy, która z kolei była tak dociążona sakwami, że jazda bez trzymania nie wchodziła w grę. Im bliżej wieczoru tym lepiej mi się jechało. Może świadomość, że już niedługo i rozbiję ponownie sobie namiot, zjem kolację i się położę dodawała mi sił. O ile w dzień jechałem w okularach przeciwsłonecznych, o tyle wieczór nie miałem nic do ochrony oczu i wpadające owady stanowiły problem, ponieważ nie sposób było je później wyjąć zakurzonymi palcami bez żadnego lusterka.

Jednego wieczoru znalazłem sobie również bardzo piękne miejsce na nocleg. Na idealnie przystrzyżonej trawie, nad brzegiem jeziora i pod drzewem stojącym na samym środku trawnika. Uznałem, że pod tym drzewem będzie w sam raz. Nie przewidziałem tylko, że przez całą noc będą z niego spadały szpilki wprost na mój namiot wywołując tym samym uporczywe odgłosy.

W ostatnie trzy dni, kiedy zarezerwowałem to zarezerwowałem już prom, musiałem się trochę sprężać. Nie żebym do tej pory się ociągał, ale od tej chwili miałem wyznaczoną datę i godzinę, kiedy to miałem stawić się w porcie, do którego jeszcze prawie 420 km i zaledwie trzy dni na ich pokonanie.  O dziwo tak się rozpędziłem, że jechałem od świtu do zmierzchu i pokonanie ponad 170 km na załadowanym rowerze nie stanowiło większego problemu. Nie wiem na ile to kwestia tego biegania przed wyjazdem, bo już po pierwszych dniach jazdy stwierdziłem, że do jazdy takim czołgiem potrzeba znacznie więcej sił. Pogoda dopisywała i poza jednym dniem, kiedy to padało może dwie godziny, panował upał jak na Szwecję. Prawie od rana do wieczora jechałem ubrany na krótko i zauważyłem też o ile zwiększyłem masę mięśniową ud.

Ostatniego dnia pozostało mi już tylko dojechać do Karlskrony i o ile poprzedniego dnia pierwszy raz przeciętna prędkość wyniosła ponad 19 km/h, o tyle tym razem przekroczyłem 20.

W Karlskronie obowiązkowe lody na rynku, ostatnie zakupy w supermarkecie, a przez resztę czasu odpoczynek nad ciepłym Bałtykiem z miską spaghetti.

Do Gdyni przypływam nad ranem i już przy wyjeździe z terminala promowego jakiś samochód wymusza na mnie pierwszeństwo i skręca tuż przed moim kołem. W Szwecji takie rzeczy nie mają prawa się zdarzyć. Na tamtejszych drogach byłem jak święta krowa. Nawet jeśli do skrzyżowania miałem jeszcze ze 100 metrów, to samochody spokojnie czekały aż dojadę, a mogły skręcić bezpiecznie parę razy. Jeśli z kolei jechałem ścieżką rowerową przez skrzyżowanie na wprost nikomu nie przyszło do głowy, aby skręcać w prawo zanim przejadę. Z tego też powodu hamulce były najmniej eksploatowanym elementem roweru.

Pociąg mam dopiero wieczór, więc postanawiam pojeździć trochę po Trójmieście. Najpierw ścieżką rowerową wzdłuż morza jadę do Gdańska na stare miasto. Wracając zahaczam o Sopot, gdzie spędzam popołudnie, a przed udaniem się na dworzec w Gdyni jadę na Skwer Kościuszki, gdzie stoi m.in. Dar Pomorza i ORP Błyskawica.

Wejście do pociągu przez wąskie drzwi z rowerem to też jest sztuka w polskich kolejach. Jakoś się udaje dotargać do przedziału i położyć na górnych półkach. Obawiam się trochę czy nie spadnie mi na nogi, co staje się też chwilę później. Ale montuję go raz jeszcze, tym razem pewniej i sam w pustym przedziale jadę już do domu.

Pomimo, że wycieczka była naprawdę wymagająca pod względem wytrzymałościowym, zarówno jeśli chodzi o kondycję fizyczną jak i ze strony psychicznej, aby nie rzucić tym wszystkim w trzy diabły, gdy przez cały dzień wiał w twarz wiatr i zrzucał z drogi to pozwoliła mi doświadczyć ciekawych przygód w tak pięknym kraju jakim niewątpliwie jest Szwecja. Przebyte odległości może nie zwalają z nóg, ale biorąc pod uwagę ciężar całego bagażu wraz z rowerem, który przyszło mi przemieszczać i tak uznaję to za niezły wynik. Zresztą nie o odległości i czasy mi chodziło, a o nacieszenie się piękną przyrodą, spokojem jazdy i niedźwiedziami rzecz jasna.

Trochę statystyk

Trochę statystyk

Berlin

Berlin – czyli krótki oddech i powrót do cywilizacji podczas pobytu w Parku Narodowym Ujście Warty. Jako, że będąc tam do Berlina nie było daleko (ok 80km) tak więc warto było sie wybrać. Samochód zostawiliśmy na przedmieściach co by nie było problemów z parkowaniem w centrum i przemieszczeniem się, bądź co bądź 4mln ludzi to nie mało, a jako środek lokomocji wybraliśmy rowery, tym bardziej, że słońce miło przygrzewało. Jednak po całym dniu podziwiania miasta byłem bardzo pozytywnie zaskoczony. Po pierwsze , dużym plusem jest bardzo rozwinięta sieć ścieżek rowerowych, co zresztą nie jest zaskoczeniem w takim mieście, w takim kraju. Jednakże Niemcy nie są tak zasadniczy jak na przykład Holendrzy czy Belgowie i poruszają się nie tylko po ścieżkach ale także po pasach dla busów lub po torowiskach tramwajowych, co sprawia, że to miasto jest naprawdę przyjazne rowerzyście i nie sprawia wrażenia nudnego, a rower jest tam bardzo popularnym i co bardzo ważne szanowanym środkiem, z punktu widzenia innych uczestników ruchu środkiem lokomocji. Mimo, że wzięcie roweru nie było błędem to miasto zaskoczyło mnie duża przepustowością ruchu, brak jakichkolwiek korków w centrum, oraz co więcej mnóstwem miejsc parkingowych w samym centrum. Kolejnym zaskoczeniem, jakże pozytywnym było dla mnie sporo terenów zielonych także w centrum tego ogromnego miasta, m.in pod Reichstagiem czy Katedrą Berlińską gdzie ludzie w samym środku miasta odpoczywali i opalali się. Co więcej nie dalej jak kilkaset metrów za Bramą Brandenburską można było zobaczyć kawałek lasu oraz berlińczyków przy grillu.
Spośród wielu zwiedzonych europejskich stolic Berlin zaskoczył mnie bardzo pozytywnie. Niestety nie wiem jak wygląda tam życie w środku tygodnia, jednakże podczas weekendu, wywarł na mnie dość miłe wrażenie.