Qom, Kaszan, Abyanneh

Po bardzo krótkim locie z Baku, około północy lądujemy pod Teheranem na międzynarodowym lotnisku Imam Khomeini.

Przed przejściem wyrabiamy wizy (75€ lub 85$). Do wizy potrzebne jest ubezpieczenie potwierdzające ważność w Iranie. Pokazujemy EURO26, gdzie jest napisane, że obejmuje cały świat. Pan za ladą sceptycznie kręci głową. Próbuję go podejść, że jeśli Iran uważa się za kraj świata to ubezpieczenie jest jak najbardziej ważne. Ripostuje, że Iran to nie świat, Iran to księżyc. Na szczęście wszystko przechodzi bez przeszkód. Dostajemy wizy na miesiąc.

Dolary wymieniamy od razu w terminalu i ruszamy na pastwę losu taksówkarzy żeby jakoś się z tego lotniska w środku nocy wydostać. Mam jeszcze chwilę przyjemności negocjować po rosyjsku. Po dłuższych dyskusjach znajdujemy taksówkarza chętnego nas zabrać za 500 000 riali. Warto w tym miejscu nadmienić, że w Iranie obowiązują również tomany, które są.. rialami uciętymi o jedno zero lub więcej. 500 000 riali może być 50 000 tomanów lub po prostu 50 tomanami. W zależności na kogo się trafi. Trzeba się przyzwyczaić.

Z lotniska jedziemy wraz z dwójką chłopaków z naszego samolotu. My wysiadamy na bramkach przy autostradzie, oni jadą dalej. Kierowca wysadzając nas łapie nam od razu autobus do Qom. Nie musimy czekać ani minuty.

Autobus jest klasy VIP czyli wygodny, przestronny i ciepły. To jest moja trzecia noc bez porządnego snu i powoli zaczynam mieć dość. W wygodnym fotelu zapadam się coraz bardziej, robi się błogo sennie i.. właśnie wówczas trzeba wysiadać. Niestety na rogatkach miasta, a do centrum trzeba się jakoś dostać o tej 3 rano.

Idąc pustymi ulicami przez miasto po raz pierwszy stykamy się z Iranem. Mijamy puste parki, w których widać miejsca na piknik, parkingi, na których w samochodach lub na ziemi śpią ludzie. A noc do ciepłych nie należy. Jest może 12-15C. To i tak nieźle jak na listopad. W pewnej chwili obskakują nas taksówkarze stojący przy jednym ze skrzyżowań i ledwo udaje nam się przejść. Problemem jest, że nikt nie zna tu angielskiego i bariera językowa skutecznie utrudnia wszelkie kontakty. W końcu udaje nam się złapać stopa pod samą świątynię Fatimy, która nocą jest przepięknie oświetlona i mieni się kolorami.

2016-11-15 02.21.30_a

Ludzie śpiący na parkingach przy drodze

2016-11-15 03.27.52_a

Meczet Fatimy

Jak już wspominałem, kontakt językowy jest utrudniony ale dowiaduję się, że aby wejść do środka należy zostawić rzeczy w przechowalni, która jest otwarta dopiero od 5.

Zostawiam więc rzeczy na trawniku i wchodzę do środka. Meczet jest ogromny i przepiękny. Spaceruję bez przeszkód, przez nikogo niezatrzymywany. O ile jestem bez aparatu, o tyle widząc, że miejscowi robią zdjęcia telefonem, również po niego sięgam.

Wewnątrz znajduje się grób Fatimy – córki siódmego z dwunastu Imamów i siostry ósmego. Co roku tysiące Szyitów pielgrzymują do świątyni Fatimy by oddać jej cześć.

2016-11-15 03.31.52_a

Grób Fatimy

Po wyjściu robimy zmianę i ja zostaję na trawniku z rzeczami. Jestem tak śpiący, że w momencie zasypiam. Budzi mnie chłód. Listopadowa noc w Iranie nie jest tak ciepła jakbym chciał. Nie wiem na ile przysnąłem ale po przebudzeniu czuję się jeszcze bardziej niewyspany. Qom możemy uznać za zaliczone i nie ma tu po co dłużej zostawać. Starając się wydostać z centrum na obwodnicę pytamy kierowcy autokaru o drogę, a ten zaprasza nas do środka, częstuje herbatą, ciastkiem i podwozi na obwodnicę. Stamtąd po dłuższej chwili oczekiwania zabiera nas autobus do Kaszanu.

W Kaszanie mamy spotkać się z naszym gospodarzem z CouchSurfingu Amirem. Jednak najpierw idziemy zaopatrzyć się w lokalne karty SIM i… grzęźniemy w bagnie irańskich procedur. Jakby tego było mało, panie które nas obsługują robią ileś rzeczy na raz i tak naprawdę do końca same nie orientują się jak to wszystko ma działać. W każdym razie wszystkie sieci poza IranCell nie działają w iPhonach kupionych poza Iranem. U siebie w Samsungu nie mam żadnego problemu tylko zasięg LTE jest jedynie teoretyczny.

Gdy już zostawiliśmy swoje odciski palców, podpisy, kopie paszportów i wszystkie inne dane wrażliwe możemy zadzwonić po Amira. Mamy pewien problem ze zlokalizowaniem odpowiedniego ronda, przy którym jesteśmy umówieni. W końcu się udaje. Zapewne nie ciężko wyłowić nas z tłumu.

Wiele razy później zdarzało się, że każdego dnia mnóstwo ludzi podchodziło do mnie, zagadywało, prosiło o zrobienie zdjęcia. Do dziś nie wiem czy to dlatego, że byłem bardzo kolorowo ubrany i wyróżniałem się w ten sposób czy może jakiś inny. Nie mniej jednak było to bardzo miłe. Raz nawet udzielałem wywiadu do kamery na potrzeby jakichś badań dotyczących postrzegania Iranu za granicą.

Popołudnie w Kaszanie spędzamy kręcąc się i spacerując po mieście. Z zabytków jakie miasto ma do zaoferowania to m.in. Ogród Fin, bazar miejski, meczet Agha Bozorg i historyczne domy.

Ogród Fin przyznam szczerze trochę mnie rozczarował i zdecydowanie nie był wart swojej ceny. Postanowiłem wrócić te parę kilometrów do miasta piechotą i ledwo się rozpędziłem, a już ktoś zapraszał mnie do siebie. Pomyślałem, że to jest może ta irańska gościnność, o której tyle słyszałem i warto dać się porwać. Z tą myślą wsiadam do starego samochodu, pamiętającego jeszcze czasy sprzed rewolucji, którego kierowcą jest leciwy starszy dziadek. Pod nogami mam skrzynkę granatów (owoców!) przez co kolana sięgają mi do brody. Pan jechał na targ z zamiarem ich sprzedania ale póki co wracamy na herbatę do domu. Całkiem dobrze zna angielski, ponieważ swego czasu był związany z pracą przy wydobyciu ropy. Namawia mnie nawet żebym został ale wyjaśniam, że już mam gdzie spać. Po herbacie wracamy do miasta, w końcu granaty nadal nie sprzedane. Trochę atmosfera zaczyna się psuć gdy próbuje mnie podpytać ile mam przy sobie dolarów i ile z tego mu zostawię. Gość staje się nachalny i po dotarciu na targ odchodzę w swoją stronę.

IMG_4540_a_a

Ogród Fin

IMG_4557_a_a

IMG_4559_a_a

IMG_4575_a_a

Na koniec dnia, by zdążyć przed zmierzchem zachodzę do meczetu Agha Bozorog, który jest także medresą, czyli szkołą teologiczną. Poza dziedzińcem otoczonym dwupiętrowymi podcieniami wykończonymi standardowo wzorzystymi płytkami nie ma tu nic więcej do oglądania.

IMG_4568_a_a

Meczet Agha Bozorg

Nazajutrz ruszamy na wspólną wycieczkę do położonej w górach miejscowości Abyaneh. Wioska ta cieszy się zainteresowaniem krajowych i międzynarodowych turystów, którzy przybywają by podziwiać kaskadowo zbudowane na zboczu góry domy o intensywnie czerwonej barwie. Po drodze mijamy elektrownię atomową, której rzekomo nie można fotografować ale zawsze można się przyjrzeć na Google Maps. Kawałek dalej na skrzyżowaniu dróg stoją rozlokowane działka z lufami skierowanymi gdzieś na wschód.

Po zjeździe z autostrady droga jest pusta i nie mijają nas żadne samochody. Korzystam z sytuacji i wychodzę na okno żeby trochę pofilmować krajobraz. Przy 80km/h trochę wieje ale czego się nie robi dla dobrych ujęć. Przed wjazdem do Abyaneh uiszczamy opłatę za zwiedzanie i parę kilometrów dalej parkujemy na początku wioski. Wbrew pozorom znajdujemy się na wysokości ponad 2000m n.p.m. i jak na listopad to pogoda cały czas dopisuje. Krótki rękaw zdecydowanie wystarcza i gdyby nie prawo, które w tym kraju nakazuje noszenie długich spodni bardzo chętnie włożyłbym krótkie.

IMG_4586_a_a

Najpierw wspinamy się po zboczu, z którego rozpościera się panorama na okoliczne góry i miasteczko leżące pod stopami by po chwili zejść na dół i przejść wąskimi, brukowanymi uliczkami wśród gliniano-ceglanych domów. Abyaneh jest jedną z najstarszych miejscowości w Iranie co doskonale da się odczuć. Może to duch minionych epok i brak turystów ale atmosfera jaka panuje w miasteczku jest bardzo przyjemna. Jest tak pusto, cicho i spokojnie – wręcz błogo. Od czasu do czasu ciszę przerywa ryczenie poczciwego osła uwiązanego łańcuchem do ziemi. Nudzi się biedaczek tak stojąc bezczynnie cały dzień, a przynajmniej do chwili, gdy znów będzie potrzebny w transporcie. Takie to ciężkie życie osła – przydatny tylko gdy go potrzebują.

IMG_4600_a_a

Abyaneh

IMG_4662_a_aIMG_4667_a_a

Na przeciwległym zboczu leżą ruiny zamku. Ruiny to w tym przypadku trochę na wyrost powiedziane bo z zamku pozostała jedna wieża i mur okalający. Kawałek dalej natomiast jest coś co mogłoby przypominać sad w latach swojej świetności. Dziś jest to tylko kolejny kawałek muru otaczający suche, sterczące z ziemi patyki, które kiedyś były drzewami.

IMG_4683_a_aIMG_4688_a_a

Chodząc własnymi ścieżkami do wioski nie wracam tak jakby wypadało tylko próbuję na azymut trochę w dół. Liczę, że w ten sposób zrobię skrót i wyjdę w okolicach parkingu. Nie przewidziałem tylko, że droga którą podążam nie jest taka łatwa. Skaczę z jednego poletka obecnie porośniętego tylko suchą trawą na drugie obniżając się o parę metrów. Przedzieram się przez zarośnięte krzaki i lawiruję między drzewami. Już nie warto mi zawracać więc brnę przed siebie. Liczę tylko, że w tych trawach nie czai się żadna bestia i tej myśli się trzymam. Dobrze obliczyłem, że wyjdę tuż przed wioską tylko droga wcale nie była prostsza.

Po powrocie do miasta, a przed wyruszeniem w dalszą drogę odwiedzamy jeszcze jeden z słynnych domów  kupickich – Tabatabaei. Jest ich kilka (Khan-e Abbasian, Khan-e Boroujerdi,  Khan-e Ameriha). Tabatabaei jest rzekomo największym i najokazalszym z nich. Oglądałem tylko ten jeden więc nie mam porównania z pozostałymi.

IMG_4711_a_a

IMG_4695_a_a

Tabātabāei

Zbudowany we wczesnych latach 1880 ubiegłego wieku dom ten należał do wpływowej kupieckiej rodziny, której nazwisko nosi do dziś. Handlowali oni czym popadnie (herbatą, jedwabiami, itp.) ze wschodem i zachodem. Dziś rezydencja to tylko puste ściany, fontanna i dwie kondygnacje, po których można się swobodnie przemieszczać próbując sobie wyobrazić jak mogło funkcjonować życie pełne przepychu w czasach prosperity.

Robi się późno, a nas czeka jeszcze przejazd do Isfahanu. Żeby złapać autobus udajemy się na dworzec. Zamiast jednak skorzystać z taksówki łapiemy stopa i.. jedziemy na pace jakiegoś dostawczaka. Od pewnego czasu jest to moje ulubione miejsce w samochodzie i o ile nie jest zimno pozwala delektować się jazdą z panoramicznym widokiem w całkiem wygodnych warunkach.

Reklamy

Baku – miasto w depresji

Baku – wietrzne miasto. Stolica, największe miasto i zarazem wizytówka Azerbejdżanu. Co ma do zaoferowania, czym przyciąga i jakie jest?

Obserwując przez okno lwowskiej knajpki jaka aura panuje na zewnątrz miałem chwile zwątpienia czy wieczorny samolot do Baku ma szansę dziś wystartować. Spojrzałem szybko na stronę odlotów w internecie i większość samolotów, szczególnie w kierunku Unii Europejskiej była przełożona lub odwołana. Nie wróżyło to dobrze. Ale co tak właściwie działo się za tym oknem? Zatem od początku..

Wysiadając tuż po 6 rano we Lwowie z pociągu relacji Kijów – Iwano-Frankowsk przywitał mnie mróz, leżący na ulicach śnieg do kostek i wciąż sypiący, zacinający w twarz. Zazwyczaj lubię taką pogodę, ba uwielbiam jeśli w pobliżu mam narty i trochę stromego terenu. Tym razem jednak miałem lecieć do Iranu. Ciepłe ubrania ograniczyłem do minimum i jedyne co stało między mną, a pogodą była kurtka zimowa, czapka, szal i rękawiczki, z którymi już wkrótce miałem się rozstać.

O dziwo i na całe szczęście samolot do Baku jest jednym z niewielu, które przy takiej pogodzie startują. Ale jak startują! Pierwszy raz będąc na pasie startowym widziałem go w stanie nieodśnieżonym. Samolot dosłownie startował ze śniegu! Trzymałem w duchu kciuki żeby przed osiągnięciem prędkości startowej nie wpadł w poślizg bo, choć może to być fascynujące doświadczenie, driftowanie samolotem wolałem przełożyć na inny dzień.

Sam lot był o tyle ciekawy, że jego większość, włącznie z posiłkiem udało mi się przespać. Lądowanie o 2 w nocy to nie jest dobra godzina. Na szczęście po bezproblemowej odprawie paszportowej lotnisko przygarnia strudzonego wędrowca najlepiej jak umie – oferując niesamowicie wygodne sofy, w odludnej części lotniska. Przez nikogo nie niepokojony śpię do prawie 9!

Samo lotnisko jest nowe, bardzo przestronne, eleganckie i co najważniejsze – wygodne.

Autobus do centrum miasta odjeżdża przez całą dobę z różną częstotliwością (co 30 minut w ciągu dnia). Bilet kosztuje 2 manaty, a czas jazdy zależy od korków, które szczególnie w godzinach wieczornych paraliżują centrum miasta.

Wysiadam w okolicy dworca kolejowego i stamtąd ruszam piechotą zwiedzać miasto. Pogoda – jakże odmienna od tej lwowskiej. Co prawda Azerowie chodzą nawet i w czapkach, ale te 16C i słońce pozwala mi choć na chwilę pobyć w samej koszulce z krótkim rękawem.

Kieruję się w stronę placu Heydara Aliyeva – byłego prezydenta, który jakżeby inaczej, ma tu swój pomnik. Dalej mieści się Qis Park i bulwar, którego zwieńczenie stanowi ściana wieżowców. Manhattan to nie jest ale i tak prezentuje się bardzo ładnie.Wzdłuż alei ciągną się za to pięknie, zadbane, neoklasycystyczne budynki. Przyznam, że pierwsze wrażenie jakie wywiera Baku jest bardzo pozytywne.

img_4352_aimg_4353_aimg_4358_a

Iczeri-Szeher czyli Wewnętrzne Miasto to atrakcja sama w sobie. To serce i dusza Baku. Tutaj mieszczą się najważniejsze zabytki stolicy – Meczet Muhammada z XI w., Meczet Piątkowy, Baszta Dziewicza (Qiz qalasi) i Pałac szachów Szyrwanu (Sirvansahlar sarayi). Jednak to nie zabytki stanowią o uroku tego miejsca, a wąskie uliczki skrywające tajemnice i historie minionych epok. Warto dać się ponieść przygodzie i zagubić w tym labiryncie mijając po drodze małe sklepiki czy sklepy z pamiątkami, w których główne skrzypce stanowią dywany. Zdecydowanie duch Azji Środkowej jest tutaj obecny i daje o sobie znać.

img_4366_aimg_4378_a

img_4381_aimg_4383_a

Z zabytków i atrakcji Wewnętrznego Miasta decyduję się na Dziewiczą Wieżę i Pałac szachów (bilety studenckie do kupienia z kartą EURO 26). W tym miejscu warto nadmienić, że nazwa miasta pochodzi o perskiego Badkube, co oznacza „uderzenie wiatru”. Da się to odczuć szczególnie na szczycie wieży, która pomimo, że jest obudowana szybami to nadal nie powstrzymuje to całkowicie podmuchów. Widok jednakże rekompensuje tę małą niedogodność. Panorama miasta robi wrażenie. Soczyście błękitne niebo z jednej strony łączy się z ciemnym granatem Morza Kaspijskiego, a z drugiej z także morzem, tyle że budynków i kamienic.

img_4386_aimg_4391_aimg_4393_aimg_4415_a

img_4395_a

Dziewicza Wieża

U podnóża ciągnie się szerokie nabrzeże i park – wymarzone miejsce na spacer. Morze Kaspijskie leży w 28 metrów poniżej poziomu morza, stąd też i Baku znajduje się w depresji.

img_4426_a

img_4428_a

Flame Towers

img_4421_a

img_4448_aimg_4444_a

img_4442_a

Jednym z ostatnich miejsc jakie odwiedzam w mieście jest Centrum Heydara Aliyeva, które mieści w sobie halę audytoryjną, galerię i muzeum. Ważniejsze jest jednak to jak prezentuje się z zewnątrz, a robi to iście okazale. W ten sposób na stałe wpisało się w panoramę Baku i bardzo szybko stało się jednym z jego symboli.

img_4475_a

Centrum Heydara Aliyeva

img_4478_aimg_4485_a

Wracając już na powrotny autobus wstępuję jeszcze szybko na targ. Uwielbiam azjatyckie bazary, gdzie świeże, dojrzałe owoce mieszają się z zapachem przypraw. Feeria barw dla oka.

Mimo, że w Baku spędziłem zaledwie kilkanaście godzin, miasto bardzo przypadło mi do gustu. Zdaję sobie sprawę, że przy dłuższym pobycie ukazałoby swoje mniej turystyczne oblicze ale na pierwszy raz sprawiło bardzo pozytywne wrażenie. Jest czyste, zadbane, nowoczesne i bogate.

Słuchawka prysznicowa hansgrohe PowderRain – recenzja

Od kilkunastu dni w ramach projektu mam okazję testować słuchawkę prysznicową hansgrohe PowderRain z trzema trybami lania strumienia wody. Przyznam, że czas ku temu jest idealny. Po pierwsze, ponieważ moja stara słuchawka zaczęła przeciekać, a po drugie właśnie wróciłem z długiej wędrówki po górach i masaż ramion oraz pleców za pomocą mocnego strumienia wody jest idealny. Trzy tryby strumienia wody dają poza tym ciekawą różnorodność i urozmaicenie. W dodatku jest porządnie wykonana, wygląda bardzo elegancko i świetnie pasuje do naszej łazienki.

Główkę prysznicową hansgrohe Raindance Select S z PowderRain wyróżnia 3 rodzaje strumienia:

  • WhirlAir – uwolni napięcie i uspokoi mięśnie, dzięki skoncentrowanej technologii masażu
  • Rain – pozwoli zanurzyć się w deszczu stymulujących skórę kropelek wody
  • PowderRain – zrelaksuje Twoją skórę tysiącem drobnych i jedwabistych mikro-kropelek

Strumień PowderRain:

– jest cichszy 
Delikatny strumień prysznicowy zapewnia wyjątkową w swoim rodzaju, odprężającą przyjemność w kontakcie z wodą, ponieważ jest cichy. Ekspertom z laboratorium dźwięku hansgrohe udało się znacząco obniżyć poziom słyszalności prysznica. Aby podczas codziennej pielęgnacji ciała możliwy był absolutny odpoczynek.

– umożliwia skuteczne mycie włosów 
Dzięki znacząco zwiększonej ilości kropel ten strumień jest nie tylko delikatny, ale także skuteczny. Za jego pomocą mydło i szampon można spłukać doskonale.

– jest oszczędny i ekologiczny 
W przypadku PowderRain zredukowano zużycie wody. W ten sposób podczas kąpieli pod prysznicem można zaoszczędzić nawet 20 procent wody i energii.

AEP-GRU-MXP, BGY-KRK

Bardzo niestety nadszedł mój koniec, a raczej koniec mojej pierwszej wizyty w Ameryce Południowej. Wizyty, w którą bardzo długo nie mogłem się wczuć i zacząć nią żyć w pełni, jak to robiłem dotychczas podczas innych wyjazdów. Gdy jednak złapałem już to „coś”, tym trudniej jest mi teraz wrócić. Bo mimo tego, że wracam do domu to ciężko się cieszyć, gdy zostawia się znajomych, z którymi dzieliło się trudy drogi, którzy byli oparciem i służyli pomocą w trudnych chwilach oraz gdy najzwyczajniej wraca się z temperatury 35C do zaledwie marnych paru stopni. Nawet przesiadka na lotnisku w Sao Paulo Guarulhos to już nie to samo co w pierwszą stronę. Wasze zdrowie Maćku i Paulino!

Kilkanaście godzin lotów i tak oto ląduję w Mediolanie na lotnisku Malpensa. Nie mam jeszcze nigdzie znalezionego noclegu, więc zostaję chwilę dłużej w terminalu i rezerwuję coś na szybko. Nie wiem czy moje ociąganie się czy też coś innego przykuło uwagę tajniaków, którzy to postanawiają mnie sprawdzić bardzo dokładnie przy opuszczaniu strefy bagażowej lotniska. Co ciekawe nie sprawdzają w ogóle opakować z yerbą, w których mogłoby się kryć wszystko ale przeglądają dokładnie butelki z winem, czy w środku czasem nie pływa coś podejrzanego. Po paru minutach puszczają mnie dalej.

Przemieszczam się najpierw do centrum Mediolanu, a następnie do Bergamo, gdzie nieopodal lotniska mam nocleg. Nawet jak na Włochy pogoda jest bardzo przeciętna, żeby nie powiedzieć, że gorsza niż w styczniu.

Rano, gdy wyruszam na zwiedzanie Bergamo, chmury są zawieszone nisko, momentami lekko mży i jest zdecydowanie chłodno. Męczące są dla mnie ostatnio takie przesiadki, gdy wraca się już do domu z miejsca docelowego, gdy zobaczyło się już wszystko co się planowało i trzeba jakoś zabić czas pomiędzy lotami.

Na szczęście w końcu nadchodzi czas mojego lotu do Krakowa. Przepakowuję plecak nadając tylko 15kg bagażu, a resztę biorę do worka na śmierci, który dostałem od Rodrigo i zarzucam do wszystko pod ponczo, które jest dość długie. Przesiadanie się z tradycyjnych linii do tak zwanych tanich jest zawsze bolesne ze względu na mniejszą ilość miejsca do dyspozycji. Krótko mówiąc jest ciasno i taka przesiadka jeszcze bardziej uwypukla tę różnicę.

Zniżając się do lądowania przelatujemy nad Wisłą, Szczyrkiem, Beskidem Małym i już widzę, że ze śniegiem słabo i nie ma co liczyć na skitury. Zima znów się nie udała. Pozostaje czekać do lata, aż te 35C i u nas stanie się rzeczywistością.

img_2005-jpgimg_2000

 

Buenos Aires

W mieście dobrego powietrza (przyznacie, że chwytliwa nazwa. Dla Krakowa w sam raz) ląduje przed północą i kombinuję jak by tu się dostać do miasta. Na szczęście lotnisko Aeroparque Jorge Newbery jest położone bardzo blisko centrum, tuż obok wybrzeża, co stanowi jego duży plus w kwestii lokalizacji. Ciężko jednak o takiej godzinie złapać jakiś autobus, a według rozkładu te 6 km, które dzieli mnie od centrum autobus pokonuje w 1,5h z jedną przesiadką po drodze. Trochę długo jak na tak krótki dystans. Decyduję się na taksówkę by ograniczyć nocną wycieczkę po Buenos do minimum ale kolejka do postoju taksówek równa tej z Lidlla na święta gdy karp jest w promocji.

Idę na początek terminala z myślą, że może złapię jakąś, która będzie dopiero podjeżdżała. Moje szczęście trochę z początku kuleje bo trafiam na taxi, które właśnie ma zamiar odjechać z pasażerką. Jednak nie ma tego złego, bo pani zgadza się zabrać i mnie. Rozmawiamy przez te paręnaście minut, w trakcie których dowiaduję się, że wróciła właśnie z wakacji w Ushuaia i ma jakichś tam przodków z Europy. Czyli jak większość mieszkańców Argentyny czy Chile, których spotykałem.

Pomimo prawie pierwszej w nocy przez miasto przetaczają się głośne demonstracje. W ciągu dnia będę miał możliwość zobaczyć je w większej ilości. Protestują przeciwko nowemu prezydentowi i rządowi.
Gdy za dnia wyruszam na rekonesans po mieście, docieram do Plaza de Mayo, gdzie mam okazję zobaczyć protesty w pełnej okazałości. Przechodzę przez Plaza de la Republica, mijam 67 metrowy obelisk postawiony w 400 rocznicę osiedlenia się pierwszych hiszpańskich osadników. Tuż obok ciągnie się najszerszą droga świata – Avenida de 9 Julio. Posiada ona po siedem pasów w każdym z kierunków plus po dwa dodatkowe dla autobusów. Stamtąd spaceruję pod budynek kongresu.

img_1773_a

Plaza de Mayo

img_1775_a

Kongres Narodowy

Zbliża się południe, a na trzynastą jestem umówiony ze znajomymi z Mendozy, więc nie mając wiele czasu postanawiam wyruszyć na szybko do La Boca – portowej dzielnicy miasta, która swą nazwę (la boca – usta) zawdzięcza ujściu rzeki Riachuelo do rzeki dla Plata. W dzielnicy znajduje się jeden z najpopularniejszych klubów Argentyny – Boca Juniors. Najbardziej znanym jednak miejscem w La Boca jest uliczka Caminito, przy której stoją kolorowo pomalowane domy. Historia ich malowania jest podobna do tej z Valparaiso – wykorzystywano resztki farby pozostałej z malowania statków. Okolica jest naprawdę piękna i ma swój urok. Żeby nie było tak radośnie, warto dodać, że La Boca jest rzekomo bardzo niebezpieczną okolicą. Wszyscy ostrzegają, przestrzegają i zalecają by trzymać się Caminito, nie schodzić nigdzie w bok, a już na pewno nie oddalać się i nie iść stąd piechotą do centrum. Poza tym należy pilnować rzeczy osobistych i najlepiej nosić wszystko z przodu. U wlotu ulicy stoi patrol policji, który dba o bezpieczeństwo spacerowiczów. Jadąc autobusem do i z La Boca nie zauważyłem niczego podejrzanego ani nietypowego, ot zwykłe ulice zamieszkane przez zwykłych ludzi.

img_1781_a

img_1786_a

img_1793_a

img_1801_a

img_1795_a

Wracam za La Boca i pospiesznie jadę na Plaza Italia, gdzie jestem umówiony z Sofie, Clemence i Paulem ale wszechobecne korki uniemożliwiają mi dotarcie na czas. W połowie drogi, gdy widzę, że idzie to jak krew z nosa, przesiadam się na metro i w końcu docieram na miejsce. Miło jest znów zobaczyć się ze znajomymi i wspólnie włóczyć się po mieście. Wraz z Sofie wybieramy się piechotą na cmentarz La Recoleta, gdzie znajdują się groby najbardziej i najbardziej wpływowych mieszkańców Argentyny: naukowców, artystów, bohaterów wojennych, paru prezydentów i m.in. Evy Peron.  Cmentarz jest ciekawy dlatego, że miejsce zwykłych grobów zajmują mauzolea, niektóre rozmiarami dorównujące małym chatkom. Szkoda tylko, że przyszliśmy parę minut przed zamknięciem i musimy się bardzo sprężać by obejść większość.

img_1846_a

img_1852_a

Nieopodal Recolety, w jednym z parków przy Plaza de las Naciones Unidas i Av. Figuerora Alcorta, mieści się ciekawa rzeźba ze stali i aluminium – Floralis Generica, która swym kształtem przypomina wielki kwiat, a jego płatki otwierają się i zamykają automatycznie w zależności od pory dnia.

img_1838_a

Na wieczór wracamy w stronę Plaza Italia, gdzie nieopodal Clemence i Paul mają wynajęte mieszkanie. Z dachu budynku roztacza się półpanoramiczny widok na wschodnią część miasta, która jest teraz podświetlona przez ciepłe promienie zachodzącego słońca.

Od prawie samego początku mojego pobytu w Ameryce Południowej, a szczególnie w Argentynie, przymierzałem się do spróbowania tej słynnej wołowiny, nad którą wszyscy się tak zachwycają, jednak jakoś nigdy nie było ani czasu ani okazji. Tym razem jednak wszyscy jesteśmy zgodni co do tego by pójść na steki. Wybieramy w Internecie odpowiedni lokal i kierujemy do niego swe kroki. Przed restauracją kolejka oczekujących na pokierowanie do stolika ale nam jakoś udaje się znaleźć wolne stolik, a i menu dostajemy względnie szybko. Zamawiamy deskę mięs oraz steka z frytkami i wino. Po jakichś czterdziestu minutach dostajemy nasz posiłek, którego porcje są ogromne, więc bez problemu wystarczy dla nas czworga. Nie znam się zbytnio na mięsach, ani nie jestem ich wielkim zwolennikiem ale poza jednymi kiełbaskami, których nikt nie chce tknąć, wszystko jest przepyszne i szkoda, że tak szybko się kończy. Skoro nawet mnie urzekła argentyńska wołowina to jej reputacja nie może być w żaden sposób przesadzona. Z tego miejsca polecam każdemu bo smak jest niepowtarzalny. Nie ma się zresztą czemu dziwić, gdy krowy są wypasane na bezkresnych pastwiskach, gdzie trwa ciągnie się po sam horyzont, nie ma dróg, miast i powietrze jest przejrzysto czyste.

Podczas naszej kolacji dostaję dziwnego maila o przesunięciu mojego lotu o 4h wcześniej i przyznam, że nie za bardzo mi to pasuje bo umówiliśmy się by razem rano wybrać się do La Boca. Po powrocie do mieszkania weryfikuję tę dziwną wiadomość w liniach LAN i okazuje się, że wszystko jest bez zmian.

Rano zabieram już plecak ze sobą, w pobliskim sklepie robię zapas yerby i wina, co nie jest takie proste żeby znaleźć otwarty sklep przed 8 rano. Jak wspominałem, w Argentynie wszystko jest przesunięte. Życie rano zaczyna się znacznie później, w ciągu dnia jest przerwa, podczas której wszystko jest znów zamknięte. Zazwyczaj jakoś w godzinach 13-17. Nie jest niczym dziwnym z kolei, gdy zwykłe sklepiki są czynne do 21, a wyjścia ze znajomymi do klubów, restauracji czy normalne spotkania rozpoczynają się między 22-2 i trwają nawet do wczesnych godzin porannych.

Clemence i Sofie boją się reputacji La Boca, więc bierzemy taksówkę. Nadal jest jeszcze wcześnie i Caminito nie tętni życiem. Sprzedawcy i stragany dopiero się rozstawiają przed przybyciem turystów. Siadamy sobie na schodach i popijając świeżo wyciśnięty sok z pomarańczy obserwujemy okolicę i chłoniemy atmosferę tego barwnego miejsca o wątpliwej reputacji. Słońce mocno przygrzewa i ciężko nie polubić takiego gorącego lutego, kiedy to można wyłożyć się na trawie w parku jak to robiliśmy przy Floralis Generica z Sofie dzień wcześniej. Wracając z La Boca nadchodzi znów ten smutny moment, gdy musimy się rozstać. Ja wysiadam na przystanku, z którego złapię autobus na lotnisko, a dziewczyny jadą dalej. Kartę miejską mam doładowaną, zostaje mi zaledwie 30 peso, które próbuję wydać na swój ostatni posiłek. Wchodzę do bardzo ciekawego lokalu, który sprawia wrażenie jakby czas się w nim zatrzymał 30 lat temu jeśli chodzi o wystrój wnętrza, a jednocześnie jest czysto i jakoś tak swojsko. Poza tym nie może być źle, bo mieści się tuż obok szpitala, a przy stolikach siedzą lekarze w kitlach, którzy także wpadają tutaj coś przegryźć czy napić się kawy. W trakcie konsumpcji kanapki, gdy tak siedzę i obserwuję przez okno życie toczące się na ulicy próbując utrwalić sobie ostatnie obrazy Ameryki, Argentyny i Buenos, przed oknem przejeżdża limuzyna z prezydentem Francji, który przyleciał tu z wizytą, o czym i o którym wspominała ostatnio w negatywnych słowach Clemence.

img_1806_a

img_1807_a

img_1871_a

img_1883_a

img_1895_a

img_1875_a

img_1892_a

Wodospady Iguazu

W Iguazu pomimo późnej pory wita mnie gorące i parne powietrze. Widać (i czuć), że niewiele wcześniej padał deszcz, a mimo to jest duszno oraz ciepło. Witamy w dżungli. To właśnie pogoda jaką lubię – gdy gorące powietrze otula zewsząd swym ciepłem jak koc. Odpowiada za to wysoka wilgotność.20160223_113618-01

Od Ziemi Ognistej dzieli mnie już około 3500 km w linii prostej i dzień uległ znacznemu skróceniu. O ile w Ushuaia słońce zachodziło około 22:30, o tyle tutaj przed 20 jest już całkiem ciemno bo zmrok zapada bardzo szybko. To duża i odczuwalna różnica.

Z lotniska bus podowozi mnie pod same drzwi hostelu. Atmosfera tutaj już nie ta sama co w Mendozie. Przyznam, że było to chyba jedno z lepszych miejsc, w których przyszło mi się zatrzymać w całej mojej podróżniczej karierze.

Co się tyczy mojego celu tutejszej wizyty, dla którego przeleciałem właśnie 2000km to są nim wodospady Iguazu. Położone praktycznie na styku trzech granic – Brazylii, Argentyny i Paragwaju, przy czym ten ostatni jest trochę od nich oddalony, stanowią atrakcję na skalę światową i nieustannie wabią miliony turystów. Ich zwiedzanie możliwe jest zarówno od strony brazylijskiej jak i argentyńskiej. Granica między tymi dwoma państwami przebiega centralnie przez Diabelską Gardziel – największą kaskadę wodospadu. Woda w tym miejscu spada z wysokości aż  82m, a w słoneczną pogodę tworzą się tutaj tęcze. 80% wodospadu położone jest na terytorium Argentyny, a pozostałe 20% na obszarze Brazylii. Wodospad ma szerokość ok 2km i składa się z 275 odrębnych progów skalnych. Szum wody słyszalny jest w promieniu 20km, a średni przepływ wynosi 1756 m3/s. To mam nadzieję pozwala w jakimś stopniu wyobrazić sobie jego potęgę i rozmiar.

Z poznanym w hostelu Francisem wybieramy się na zwiedzanie zaczynając od bliższej nam strony – argentyńskiej. W parku poprowadzono szereg ścieżek spacerowo-widokowych. My kierujemy się najpierw ku dolnej, poprowadzonej skrajem dżungli, z której jak sama nazwa wskazuje, niejako od dołu i z przodu obserwujemy majestatyczną potęgę przyrody i wylewającej się z niej mas wody.

img_1629_a

img_1766_a

img_1551_a

Iguazu – jak to w dżungli bywa są pełne życia. Pod nogami przechadzają nam się gromadki coati, czyli ostronosy – poczciwe futrzaki z długimi, jak sama nazwa wskazuje nosami, dzięki którym wygrzebują sobie pokarm z pod ziemi. Momentami, gdy na naszej drodze zalegnie ich trzydzieści–czterdzieści sztuk musimy je przegonić by przejść. Poza tym w parku i przy drogach stoją znaki ostrzegające przed jaguarami, w powietrzu latają chmary wielkich jak dłonie motyli, a na brzegu strumienia wyleguje się krokodyl. Leży jak spetryfikowany i sprawia wrażenie martwego. Trzeba by zejść do niego i sprawdzić jak zareaguje na świeże mięso pchające mu się samo do paszczy. Do tego po drzewach hasają małpy.

20160222_110546-01
img_1684_a

img_1654_a

img_1739_a

Te uroczo i niewinnie wyglądające kreatury zajadają się świeżymi owocami. Dotychczas miałem głównie styczność z różnymi odmianami makaków (z wyjątkiem wyjców i czepiaków w Ameryce Środkowej) spotykanych w różnych miejscach Azji. Z doświadczenia wiem, że jakkolwiek przyjacielsko te zwierzęta nie wyglądały to najczęściej okazywały się podstępne, złośliwe lub po prostu ciekawskie. Tak czy siak potrafiły narobić niemałego ambarasu. Te jednak wyglądają naprawdę przyjacielsko i nie są zainteresowane naszą obecnością. Zajadają się owocami o słodkim grejpfrutowo-pomelowym zapachu. Zapachu tak intensywnym, wyrazistym, że nie możemy się oprzeć i postanawiamy podebrać im parę owoców na spróbowanie. Z tym, że jak to w dżungli bywa, nie wiemy na ile są one jadalne. Pachną jednak tak aromatycznie, że kosztujemy. Niestety w smaku już takie apetyczne nie są, a twardy środek i pestki sprawiają, że odpuszczamy. Widać trzeba być małpą by to jeść.

img_1736_a

Druga ze ścieżek – górna, umożliwia podziwianie wodospadów z poziomu ich progów stojąc niejako na samej krawędzi. Prawdziwą ich potęgę widać najbardziej nad Gardłem Diabła lub Diabelską Gardzielą; najwyższym – 82m wodospadem na granicy Brazylijsko-Argentyńskiej. Z platformy widokowej, do której po rzece Iguaçu  prowadzą prawie kilometrowej długości mosty, widać też cały kocioł, do którego spada woda. Nie tylko z Garganta del Diablo ale i z wszystkich otaczających ją wodospadów.

img_1698_a

Po drugiej stronie natomiast, jakby na wyciągnięcie ręki, znajduje się infrastruktura brazylijska. Właśnie tam udaję się następnego dnia. Już co prawda bez Francisa, bo Brazylia od obywateli USA wymaga posiadania wiz, które tanie nie są, więc przy wizycie na jeden dzień jest to absolutnie nieopłacalne. Potem się oczywiście okazało, że paszporty są sprawdzane tylko przez Argentyńczyków i nie planując pobytu w Brazylii na dłużej, poza Cataratas del Iguazu, nie dostaje się żadnej pieczątki. W związku z tym wydaje mi się, że Francis mógłby bez problemu udać się na jeden dzień na stronę brazylijską i po jego pobycie nie pozostałby żaden ślad.

Odrębną kwestią jest natomiast wymóg posiadania tych wiz, który osobiście uważam za bardzo sprawiedliwy. Gdy parę lat temu USA zaczęło wymagać od obywateli Brazylii posiadania międzynarodowego prawa jazdy, Brazylia w odwecie wprowadziła u siebie taki sam przepis. Następnie po wprowadzeniu przez Stany wiz dla Brazylijczyków, ci drudzy zrobili to samo. Podobną politykę stosują Chile (dla Australijczyków i Meksykanów) i Argentyna (dla Kanadyjczyków i Australijczyków). Wiza nie jest wymagana jednak należy uiścić opłatę w wysokości około 160$. Jest to tak zwana opłata wzajemności i jeśli rzeczywiście stosowana jest wzajemnie, ma sens.

lrm_export_20160921_145215

20160223_110640-01

Pomimo, że wodospadów po stronie brazylijskiej jest mniej, nie znaczy to, że są gorsze. Wręcz przeciwnie! Według obiegowej opinii widoki są znacznie ładniejsze niż te z Argentyny. Jest to kwestia bardzo subiektywna i wszystko według gustu. O ile w Argentynie ścieżki – górna i dolna, prowadzą wzdłuż progów wodospadów, czasem poniżej, czasem powyżej, o tyle w Brazylii jest jedna ścieżka wiodąca równolegle do rzeki Iguaçu. Raz wznosi się ona wyżej, a raz schodzi do samej rzeki, gdzie system kładek umożliwia wejście na rzekę i atrakcję w postaci zostania spryskanym delikatną mgiełką wody unoszącej się z nad wodospadu. Ostatni etap ścieżek to możliwość wyjazdu windą na górę do poziomu wodospadu.

Z powodu różnorodności widoków nie jest możliwym porównanie która ze stron jest lepsza, ciekawsza, bardziej interesująca, ponieważ każda oferuje inne widoki, inne atrakcje i inne doznania.

img_1651_a

Pogoda w trakcie mojego pobytu w Iguazu może i nie była najlepsza, tj. przez większą część dnia niebo było zasnute chmurami, które bardzo rzadko się rozsuwały ukazując piękny niebieski kolor i mnogość tęczy. Dodatkowo w trakcie zwiedzania łapał nas deszcz. O ile pierwszego dnia, w trakcie spaceru przez dżunglę deszcz padał może 15 minut i nie był intensywny, o tyle drugiego dnia to co lało się z nieba to już nie był deszcz ani ulewa, to po prostu woda lała się szerokim strumieniem z góry. Po kilku minutach jej poziom na ulicy zaczął sięgać krawężników, a warto w tym miejscu zaznaczyć, że w Ameryce Południowej i Środkowej niektóre krawężniki mogą sięgać nawet i powyżej kolan. W Iguazu był co prawda niższy ale lało i w konsekwencji płynęło srogo.

Po powrocie z wodospadów i ponownym wjechaniu do Argentyny wracam do hostelu, zabieram plecak, żegnam się z Francisem i wyruszam na lotnisko by udać się do Buenos Aires. Zwykle loty na tej trasie nie należą do tanich, jakimś jednak sposobem udało mi się kupić bilet za 340zł. Biorąc pod uwagę, że autobus nie kosztuje wiele mniej, a jedzie minimum 18h, wydaje mi się, że zdecydowanie warto.

Mendoza, Maipu

Nad ranem, po całonocnej jeździe docieram do Mendozy. Jest piąta rano i tak trochę nie mam pojęcia co ze sobą zrobić, dokąd się udać. Telefon pokazuje jakiś camping ale ciężko jest uzyskać więcej sensownych informacji na ten temat. Ponadto do poruszania się po mieście potrzebna jest karta miejska – coś na wzór SUBE z Bariloche i Buenos Aires. Siadam więc na ławce i rozważam różne opcje, gdy natrafiam na opinie hosteli. Przelatuję szybko wzrokiem przez hasła typu „głośny, ruchliwy”, gdy mój wzrok zatrzymuje się na „darmowe wino”! Wybrany hostel oferuje śniadania w cenie noclegu i od 19 do 21 hostel darmowe wino. Nie mam już już nad czym zastanawiać, szczególnie gdy po spojrzeniu na mapę wychodzi, że znajduję się zaledwie 100m od owego hostelu.

Tak jak o każdym z miejsc czytam sporo różnych informacji, tak i o Mendozie natknąłem się na wiele pozytywnych relacji. Spędziłem w tym mieście zaledwie lub aż trzy dni i pewnie gdybym mógł to zostałbym dłużej tylko, że wcale nie z powodu atmosfery miasta, ponieważ tu nie odczułem tej samej magii co w Valparaiso. Mendoza mnie osobiście niczym nie porwała – zrobili to poznani w niej luidzie. Ludzie, których poznałem w hostelu i z którymi spędziłem następne trzy dni, a po małej przerwie jeszcze trochę. Nie mówię, że miasto jest nudne bo gdybym miał więcej czasu to zapewne wybrałbym się na jakiś rafting, konie czy parę innych atrakcji, które oferuje okolica. Okolica oferuje jednak coś jeszcze, a mianowicie winnice. To właśnie stąd pochodzą najlepsze i najbardziej znane wina argentyńskie. W położonym parę kilometrów na południe Maipu znajduje się kilka z nich. Wsiadam więc w autobus, jadę do Maipu i wypożyczam rower od Hugo. Jest to bardzo standardowa wycieczka, a plan jaki wykonuję należy do typowych, tj. autobus, rower i winnice.

Na pierwszy ogień udaję się do Trapiche, gdzie zostaję oprowadzony po winnicy począwszy od skosztowania winogron (zbiory za dwa tygodnie), aż po hale produkcyjne i degustację na końcu. Nie miałem wcześniej okazji lub po prostu nie zwróciłem uwagi ale bardzo zasmakowały mi Malbecki oraz Shyrazy, które u nas nie są chyba tak popularne.

img_1514-2_aimg_1515-2_a

img_1522-2_a

img_1524-2_a

img_1536-2_a

img_1531-2_a

img_1534-2_a

img_1525-2_a

Postanawiam odpuścić pozostałe winnice bo jak się domyślam, proces produkcji wina raczej niczym się nie różni, jedynie efekt końcowy. Zamiast tego najpierw jeżdżę rowerem po okolicy, a następnie wybieram się na degustację, gdzie mam możliwość na wygodnej sofie delektować się paroma gatunkami wina zagryzanymi pysznymi empanadami.

2016-02-20-13-58-58_a

2016-02-20-14-40-52_a

Także wieczór w hostelu upływa nam pod znakiem empanad, jako że jeden ze znajomych postanawia przygotować cały ich talerz. Do wina w sam raz. A ono nie kończy się wcale o 21 lecz dostajemy kolejną karafkę tylko dla naszego stolika. Dlatego też jak wspomniałem wcześniej, to atmosfera tych wieczorów spędzanych ze znajomymi sprawia, że czas spędzony w Mendozie był czasem naprawdę przyjemnie wykorzystanym. Może i nie zobaczyłem wielu nowych, fascynujących miejsc ani też nie uczestniczyłem w żadnych nowych wydarzeniach gdzie zrobiłbym mnóstwo ciekawych zdjęć to i tak dobrze się tu bawiłem.

2016-02-20-23-04-31_a

img_1513-2_a

Jak zwykle moment, w którym trzeba się rozstać i udać każdy w swoją stronę jest tym najtrudniejszym to w tym przypadku nie ma tego złego, bo wszyscy zmierzamy w tym samym kierunku – do Bueno Aires. Z tym, że wyjeżdżamy na przestrzeni najbliższych dni, a ja przed Buenos lecę jeszcze do Iguazu.

Przyznam, że gdy po zaledwie półtorej godzinie lotu samolot zaczyna schodzić do lądowania trochę coś mi nie pasuje, skoro lot miał trwać cztery godziny. Na lotnisku byłem na delikatnie zaaferowany wykonaniem paru telefonów i nawet nie patrzyłem, gdzie idę. Sugerowałem się tylko numerem bramki, do której miałem iść. Co się więc okazuje? Ano to, że samolot leci do Rosario, gdzie ma międzylądowanie, następnie udaje się w dalszą drogę do Iguazu. Nie ma potrzeby nawet wysiadać. Plusem tego jest to, że dwa razy dostaję posiłek.

2016-02-21-16-28-35_a

2016-02-21-16-29-16_a

O ile do Rosario pogoda jest słoneczna, a niebo bezchmurne, o tyle dalej na północ, gdy już przelecimy rzekę Paranę, pojawiają się burzowe chmury. Są to chmury tak wielkie, burzowe, że zastanawiam się jaki Armagedon zgotowały mieszkańcom poniżej. Pierwszy raz też widzę tęczę z pokładu samolotu. Wracając jeszcze do Parany, to jej dwa brzegi ledwo widać z samolotu, a sam lot nad nią trwa dobre 5 minut. Tak ogromna jest ta rzeka!

2016-02-21-18-11-29