Rowerem przez kraj kiwi

Prawie 4000 przejechanych kilometrów i siedem tygodni spędzonych w Nowej Zelandii zaowocowało sporą ilością materiału, z którego na początek wyszło taki oto film.

Reklamy

Nowa Zelandia – przygotowania i sprzęt

Wyjazd do Nowej Zelandii zbliża się wielkimi krokami. Po nowym roku czas jakby jeszcze bardziej przyspieszył, więc mimo tych kilku pozostałych tygodni jest to najwyższa by ruszyć z przygotowaniami. Nową Zelandię planuję przemierzyć rowerem zaczynając w Queenstown na Wyspie Południowej i dotrzeć po niespełna dwóch miesiącach do Auckland. Według wstępnych obliczeń trasa powinna wynieść w granicach 3000-3500 kilometrów.

Jako, że po powrocie z Wielkiej Brytanii rower wymagał zwiększonej uwagi, paru wymian i ulepszeń zwróciłem się z prośbą o wsparcie m.in. do firmy Centrum Rowerowe, od której taką pomoc uzyskałem. Przed paroma dniami otrzymałem przesyłkę pełną niezbędnego sprzętu, a znalazły się w niej rzeczy takie jak:

  • tylne sakwy Ortlieb,
  • torba na bagażnik Ortlieb,
  • torba na kierownicę Merida,
  • opona Schwalbe Marathon Plus,
  • pedały PSD Force,
  • podpórka Pletscher,
  • ochraniacze na buty Force,
  • pompka Force,
  • bagażnik wyprawowy Sport Arsenal,
  • licznik rowerowy z GPS Mio,
  • koszulka rowerowa,
  • korba Shimano Deore,
  • kaseta Shimano,
  • łańcuch Deore.

2017-01-18-20-12-58

Dzięki powyższemu wyposażeniu mam w 100% skompletowany sprzęt i rozpoczynam przygotowania i testowanie sprzętu.

centrumrowerowe-pl

Baku – miasto w depresji

Baku – wietrzne miasto. Stolica, największe miasto i zarazem wizytówka Azerbejdżanu. Co ma do zaoferowania, czym przyciąga i jakie jest?

Obserwując przez okno lwowskiej knajpki jaka aura panuje na zewnątrz miałem chwile zwątpienia czy wieczorny samolot do Baku ma szansę dziś wystartować. Spojrzałem szybko na stronę odlotów w internecie i większość samolotów, szczególnie w kierunku Unii Europejskiej była przełożona lub odwołana. Nie wróżyło to dobrze. Ale co tak właściwie działo się za tym oknem? Zatem od początku..

Wysiadając tuż po 6 rano we Lwowie z pociągu relacji Kijów – Iwano-Frankowsk przywitał mnie mróz, leżący na ulicach śnieg do kostek i wciąż sypiący, zacinający w twarz. Zazwyczaj lubię taką pogodę, ba uwielbiam jeśli w pobliżu mam narty i trochę stromego terenu. Tym razem jednak miałem lecieć do Iranu. Ciepłe ubrania ograniczyłem do minimum i jedyne co stało między mną, a pogodą była kurtka zimowa, czapka, szal i rękawiczki, z którymi już wkrótce miałem się rozstać.

O dziwo i na całe szczęście samolot do Baku jest jednym z niewielu, które przy takiej pogodzie startują. Ale jak startują! Pierwszy raz będąc na pasie startowym widziałem go w stanie nieodśnieżonym. Samolot dosłownie startował ze śniegu! Trzymałem w duchu kciuki żeby przed osiągnięciem prędkości startowej nie wpadł w poślizg bo, choć może to być fascynujące doświadczenie, driftowanie samolotem wolałem przełożyć na inny dzień.

Sam lot był o tyle ciekawy, że jego większość, włącznie z posiłkiem udało mi się przespać. Lądowanie o 2 w nocy to nie jest dobra godzina. Na szczęście po bezproblemowej odprawie paszportowej lotnisko przygarnia strudzonego wędrowca najlepiej jak umie – oferując niesamowicie wygodne sofy, w odludnej części lotniska. Przez nikogo nie niepokojony śpię do prawie 9!

Samo lotnisko jest nowe, bardzo przestronne, eleganckie i co najważniejsze – wygodne.

Autobus do centrum miasta odjeżdża przez całą dobę z różną częstotliwością (co 30 minut w ciągu dnia). Bilet kosztuje 2 manaty, a czas jazdy zależy od korków, które szczególnie w godzinach wieczornych paraliżują centrum miasta.

Wysiadam w okolicy dworca kolejowego i stamtąd ruszam piechotą zwiedzać miasto. Pogoda – jakże odmienna od tej lwowskiej. Co prawda Azerowie chodzą nawet i w czapkach, ale te 16C i słońce pozwala mi choć na chwilę pobyć w samej koszulce z krótkim rękawem.

Kieruję się w stronę placu Heydara Aliyeva – byłego prezydenta, który jakżeby inaczej, ma tu swój pomnik. Dalej mieści się Qis Park i bulwar, którego zwieńczenie stanowi ściana wieżowców. Manhattan to nie jest ale i tak prezentuje się bardzo ładnie.Wzdłuż alei ciągną się za to pięknie, zadbane, neoklasycystyczne budynki. Przyznam, że pierwsze wrażenie jakie wywiera Baku jest bardzo pozytywne.

img_4352_aimg_4353_aimg_4358_a

Iczeri-Szeher czyli Wewnętrzne Miasto to atrakcja sama w sobie. To serce i dusza Baku. Tutaj mieszczą się najważniejsze zabytki stolicy – Meczet Muhammada z XI w., Meczet Piątkowy, Baszta Dziewicza (Qiz qalasi) i Pałac szachów Szyrwanu (Sirvansahlar sarayi). Jednak to nie zabytki stanowią o uroku tego miejsca, a wąskie uliczki skrywające tajemnice i historie minionych epok. Warto dać się ponieść przygodzie i zagubić w tym labiryncie mijając po drodze małe sklepiki czy sklepy z pamiątkami, w których główne skrzypce stanowią dywany. Zdecydowanie duch Azji Środkowej jest tutaj obecny i daje o sobie znać.

img_4366_aimg_4378_a

img_4381_aimg_4383_a

Z zabytków i atrakcji Wewnętrznego Miasta decyduję się na Dziewiczą Wieżę i Pałac szachów (bilety studenckie do kupienia z kartą EURO 26). W tym miejscu warto nadmienić, że nazwa miasta pochodzi o perskiego Badkube, co oznacza „uderzenie wiatru”. Da się to odczuć szczególnie na szczycie wieży, która pomimo, że jest obudowana szybami to nadal nie powstrzymuje to całkowicie podmuchów. Widok jednakże rekompensuje tę małą niedogodność. Panorama miasta robi wrażenie. Soczyście błękitne niebo z jednej strony łączy się z ciemnym granatem Morza Kaspijskiego, a z drugiej z także morzem, tyle że budynków i kamienic.

img_4386_aimg_4391_aimg_4393_aimg_4415_a

img_4395_a

Dziewicza Wieża

U podnóża ciągnie się szerokie nabrzeże i park – wymarzone miejsce na spacer. Morze Kaspijskie leży w 28 metrów poniżej poziomu morza, stąd też i Baku znajduje się w depresji.

img_4426_a

img_4428_a

Flame Towers

img_4421_a

img_4448_aimg_4444_a

img_4442_a

Jednym z ostatnich miejsc jakie odwiedzam w mieście jest Centrum Heydara Aliyeva, które mieści w sobie halę audytoryjną, galerię i muzeum. Ważniejsze jest jednak to jak prezentuje się z zewnątrz, a robi to iście okazale. W ten sposób na stałe wpisało się w panoramę Baku i bardzo szybko stało się jednym z jego symboli.

img_4475_a

Centrum Heydara Aliyeva

img_4478_aimg_4485_a

Wracając już na powrotny autobus wstępuję jeszcze szybko na targ. Uwielbiam azjatyckie bazary, gdzie świeże, dojrzałe owoce mieszają się z zapachem przypraw. Feeria barw dla oka.

Mimo, że w Baku spędziłem zaledwie kilkanaście godzin, miasto bardzo przypadło mi do gustu. Zdaję sobie sprawę, że przy dłuższym pobycie ukazałoby swoje mniej turystyczne oblicze ale na pierwszy raz sprawiło bardzo pozytywne wrażenie. Jest czyste, zadbane, nowoczesne i bogate.

Bieszczady

Bieszczady zimową porą. Jak tam jest?IMG_9129.jpg

Czy śnieg po pas to już prawdziwa zima? Dlaczego -24C to nadal ciepło i jak nie odmrozić sobie twarzy? Ale po kolei..

Korzystając z długiego weekendu, świeżego opadu śniegu jakiego Polska nie widziała od kilku lat i zbliżającej się fali mrozów postanowiliśmy wykorzystać tą sytuację i spędzić kilka dni w Bieszczadach. Najtrudniejsze w dotarciu do tego odległego zakątka okazały się korki w Katowicach i na obwodnicy Krakowa. Później szło już gładko   nawet białe drogi nie były problemem. Tak oto zaczęła się nasza zimowa przygoda z Bieszczadami.

Pierwszego dnia rozdzieliliśmy siły. Ania, Grzegorz i Michał poszli na Caryńską, a ja ruszyłem z Smreka czerwonym na Wetlińską. Lubię taką zimę, kiedy wystarczy tylko zamknąć drzwi za sobą i od razu można ubrać narty. Pomimo, że do szlaku był kawałek to można bez problemu iść drogą.

Przyznam, że gdy wszedłem na szlak to po poprzednich opadach śniegu spodziewałem się, że będzie go więcej- było go może lekko ponad kolana. Mi to i tak nie robiło różnicy bo narty sunęły gładko po powierzchni zapadając się co najwyżej do kostek. Mróz również nie dawał o sobie znać. Podchodząc do góry było na tyle ciepło, że się porozpinałem, zmieniłem czapkę i rękawiczki na lekkie by się nie przegrzać i dzielnie parłem ku górze.IMG_9129.jpg

A na górze..na górze to sytuacja uległa zmianie diametralnie. Ponad granicą lasu wiatr zaczął dawać w kość; przewiewał rękawiczki, próbował dostać się do mnie przez każdą, najmniejszą nawet szparę. Śnieg ze świeżego, puszystego zmienił się na wywiany, twardy beton, po którym foki zaczęły się ślizgać. Poza szlakiem było jeszcze gorzej bo krzewinki przykryte skorupą lodu, który łamał się gdy na nim stanąć i narty wchodziły pod lód.

To wszystko sprawiło, że nie mogłem iść szybko, jednostajnie i zacząłem się wychładzać. Na pierwszy ogień poszły palce, które zaczęły marznąć i sztywnieć. Przez chwilę rozważałem czy nie dać za wygraną i zjechać na dół z Przełęczy Orłowicza ale zdecydowałem, ze spróbuje dotrzeć do najbliższych drzew, rozruszać palce i wówczas zdecyduję. Udało mi się znaleźć nawet dwie rękawiczki, z czego ta lewa – od  nawietrznej była sucha. Niestety założenie drugiej na niewiele się zdało i palce nadal pozostawały przemarznięte. Pomogło dopiero schronienie się w lesie, w którym było zdecydowanie cieplej. Tak rozgrzany względnie spokojnie szedłem w stronę Chatki Puchatka co rusz walcząc z wiatrem i mrozem. Całe szczęście, że miałem kominiarkę bo odmroziłbym sobie twarz jak to udało się Michałowi z lewym policzkiem.

Zjazd Połoniną Wetlińską od Chatki Puchatka w stronę Brzegów Górnych to sama przyjemność. Narty suną w śniegu po kolana, skręty to sama przyjemność. Szkoda tylko, że tak krótko to trwa i niecałe piętnaście minut później jestem już na dole.

Cały czas kontaktujemy się przez radio, więc zanim reszta drużyny przyjedzie i mnie odbierze to ruszam dalej w drogę…drogą. Warunki są takie, że spokojnie można chodzić nie tylko drogą ale i poboczem, nad barierką energochłonną, która jest teraz pod śniegiem.

Wracam wykończony ale szczęśliwy. W końcu mamy zimę z prawdziwego zdarzenia.

img_9133img_9136

img_9141

img_9147

Drugi dzień zaczął się, jak się później okazało, od znaku. Żeby nigdzie nie iść. Mianowicie przy -24C samochód nie chciał odpalić. Nie zraziło nas to w ogóle i pojechaliśmy busem do Ustrzyk Górnych, a stamtąd ponownie czerwonym, tym razem na Szeroki Wierch. Jest jeszcze zimniej niż wczoraj i ciągle powtarzamy sobie, że niech będzie nawet i -35C byle już nie wiało. To jak bardzo się pomyliliśmy okaże się wkrótce..

img_9148img_9151img_9154

Ponownie przez las idzie się bardzo fajnie. Ja na turach, reszta na rakietach więc głęboki śnieg nie stanowi problemu, a jest go jakby więcej bo momentami do pasa – na taką głębokość czasem wchodzą kijki. Drzewa uginają się na wietrze, trzeszczą, skrzypią jakby miały się zaraz złamać niby zapałki. Biedna sikorka, którą mijamy nie dała rady wytrzymać takiej temperatury i zamarzła przy szlaku.

img_9164img_9168img_9170

Dziś jednak w odróżnieniu od wczoraj słońce pięknie świeci. Aż chce się żartować, że będzie cieplej. Nie jest. Ani trochę. Widoki co rusz zachwycają ale ponad granicą lasu wiatr znów daje o sobie znać. Pod nogami znów ubity beton, którego foki się nie chcą trzymać. Nie mam harszli (noży lodowych pod narty), więc się ślizgam lub zjeżdżam w tył. Próbuję trawersu ale tam ponownie skorupa lodowa, która się pode mną łamie i wpadam w krzewinki. Chwilowo zdejmuję narty i wzniesienie pokonuję w butach. Na Szerokim Wierchu doganiam Grześka i Anię, którzy przeorganizowują ubiór i zakładają co tylko jeszcze zostało w plecakach. Ja wkładam dodatkową parę rękawiczek pod dół ale jest chyba na to już za późno. Palce mam sztywne, powoli przestaję je czuć, a na domiar złego na ostatni punkt kulminacyjny Szerokiego Wierchu nie jesteśmy w stanie wejść. Pokonanie dosłownie 3-5m w pionie jest niemożliwe. Robiąc krok do przodu wiatr zatrzymuje nas w pół kroku. Grześka przewraca tak, że nakrywa się rakietami. Próbuję ja niosąc narty w ręku, które mimo swej niewielkiej powierzchni działają jak żagiel. Ledwo jestem w stanie ustać, wpadam na Anie popchnięty przez wiatr. Najciekawsze, że wciąż jesteśmy względnie osłonięci przed wiatrem. Próbuję raz jeszcze ale ani nie jestem w stanie pokonać wiatru, a poza tym zaczynam się już porządnie bać o palce. Decydujemy się zawrócić. Kijki wkładam pod pachę i próbuję idąc przed siebie ogrzewać palce zginając, ściskając, a nawet w akcie ostatniej rozpaczy wkładam ręce pod kurtkę i tak idę. Michał zatrzymał się za jedną jedyną choinką porastającą Szeroki Wierch i tam wszyscy zmierzamy, skryć się przed wiatrem.

img_9159

Pomimo, że mam kominiarkę, która obecnie jest cała oszroniona to wiatr i tak próbuje się przebić. Zaciągam mocniej kaptur i pokonuję ostatni odcinek żeby tylko zejść z tego huraganu. Za choinką jest wręcz przyjemnie, błogo. Nadal walczę o rozgrzanie palców i w końcu się udaje. Krew zaczyna dopływać normalnie choć ból jest przy tym niesamowity i trwa ładnych parę minut. Foki chowam do plecaka, zapinam narty na sztywno i ruszam w dół. Początek po lodzie nie jest łatwy bo to nie jest nawet gładki lód tylko lód z omrożonymi kępkami, przez które nie sposób przejechać.

Na szczęście w lesie jest już przyjaźnie, normalnie, wręcz wiosennie, jeśli tak można powiedzieć o temperaturze bliskiej -30C. Ponownie czerpię przyjemność z jazdy w głębokim śniegu zygzakując między drzewami. I tak prawie aż do samego dołu.

img_9173img_9175

Pomimo, że byłem osłonięty przed wiatrem szczelnie jak tylko mogłem. Na twarzy miałem kominiarkę czapkę i kaptur to wiatr w jakiś sposób i to zapewne przez ledwie paręnaście sekund dotarł bezpośrednio do skóry i przymroził mi kawałek skroni i czubek nosa. Przyznam, że to były chyba najtrudniejsze zimowe warunki, w jakich przyszło mi chodzić po górach. Zdobycie pięciotysięcznika to przy Bieszczadach lekka i przyjemna wędrówka. Pogoda pokazała pazur i warto mieć świadomość, że w takiej sytuacji mała wpadka może skończyć się tragicznie. Szacujemy, że wiatr osiągał prędkość ponad 100km/h jeśli był nas w stanie przewrócić, temperatura faktyczna była w granicach -30C, natomiast odczuwalna mogła sięgać aż -66C. Wzory na temperaturę odczuwalną zdają się to potwierdzać.

Utrata rękawiczki oznacza utratę ręki. Osłabnięcie lub utrata sił tam na górze może prowadzić do zamarznięcia, a każda pomoc dotrze dopiero w czasie liczonym w godzinach, podczas gdy sekundy prowadzą do odmrożenia.

My zawróciliśmy, mamy wciąż wszystkie palce, a ślady i obrzęki znikną w przeciągu paru dni. Czy wybrałbym się ponownie w taką pogodę w góry? Bez wahania!

Ostatniego dnia pomimo, że się ociepliło (było tylko -17C) to wiatr wiał już na dole i przebywanie na zewnątrz stało się jeszcze trudniejsze. Ponadto wciąż mieliśmy problem z uruchomieniem samochodu. Zresztą nie my jedni. Szacuję, że co trzecie bądź czwarte auto miało problemy z odpaleniem. Co kawałek można było spotkać ludzi holujących się, próbujących zapalić z kabli czy spuszczających auta z górki w nadziei, że to pomoże.

W drodze powrotnej zafundowaliśmy sobie jeszcze małą krioterapię. Dwa razy!

Czarnobyl

Tuż przed podróżą do Azerbejdżanu i Iranu postanowiłem wybrać się po raz kolejny do Kijowa, tym razem by odwiedzić strefę zamkniętą – Czarnobyl.

Z Lwowa do stolicy docieram nocnym pociągiem – plackartnym. To moja ulubiona forma podróżowania po krajach wschodu. Nie dość, że tanio i wygodnie to można się wyspać i zaoszczędzić na czasie przemieszczając się nocą.

Kijów wita mnie pochmurną i chłodną pogodą, a że byłem już w nim parokrotnie to zabijam czas siedząc i czekając, aż będę się mógł zameldować w hostelu.

Popołudniu natomiast ruszam na sentymentalny spacer po mniej lub bardziej znanych miejscach. W przejściu podziemnym pod Majdanem robię zdjęcia do wizy, które jak się potem domyśliłem i tak nie będą potrzebne, ale za taką cenę na pewno i tak kiedyś się przydadzą. Wieczór spotykam się ze znajomymi na przepyszne grzane wino. Grzane wino czyli glintwej (глінтвейн) po ukraińsku to słowo klucz. Warto zapamiętać! Tego lokalu, do któego się udajemy jeszcze nie znałem ale na pewno będę tu częściej zaglądał gdy powrócę pewnego dnia do Kijowa. A propos powrotów to na lunch wpadam do znanej z poprzedniej wizyty knajpki na przepysznego burgera z herbatą imbirową.

Nazajutrz natomiast główny cel mojej wizyty w Kijowie, czyli wycieczka do Czarnobyla.

Obecnie dostanie się do zony stało się bardzo proste i odbywa się właśnie w formie wycieczek. Kosztują one moim zdaniem niemało (od 100$) ale uważam, że zdecydowanie warto. Jesień jest ku temu jedną z lepszych pór roku, bo nie ma liści na drzewach i wszystkie obiekty są dobrze widoczne. Jedynym minusem jest temperatura i krótki dzień. Osobiście polecałbym marzec, gdy jest już cieplej, a nadal bez liści.

By wjechać do strefy zamkniętej należy przejść przez kontrolę. Podczas pierwszej z nich sprawdzane są paszporty i dane na liście przepustek. Te muszą się zgadzać. Jest sobota, więc ludzi chcących wjechać jest naprawdę dużo i zajmuje nam to paręnaście minut. Przy następnych checkpointach idzie szybciej i już tylko przewodnik wychodzi z busa.

Bardzo się spieszyłem by zwiedzić Czarnobyl i zobaczyć reaktor zanim zostanie na niego nasunięty obecnie budowany sarkofag. Niestety praktycznie się spóźniłem, bo od dnia, w którym przyjechałem droga prowadząca obok sarkofagu została zamknięta i rozpoczęły się przygotowania do przyjęcia vipów i nasunięcia sarkofagu na reaktor. Plusem tej całej sytuacji był fakt, że dzięki temu przejechaliśmy przez czerwony las, który dotąd był zamknięty dla turystów, ponieważ… był zbyt niebezpieczny. Jak to dobrze, że z dnia na dzień stał się bezpieczny.

Kilka osób z grupy miało wypożyczone dozymetry i mierzyło promieniowanie. Przez większą część czasu było ono niższe niż w Kijowie, a wszystko dlatego, że podczas katastrofy cały wiatr zniósł radioaktywną chmurę na Białoruś. Drugim powodem było to, że Czarnobyl został dokładnie wyczyszczony. Położono nową nawierzchnię, ściągnięto pół metra ziemi i przygotowano Prypeć do ponownego zamieszkania. Do tego ostatniego niestety nigdy nie doszło, ponieważ pomimo, że promieniowanie jest praktycznie znikome i odwiedzanie Czarnobyla nie stanowi zagrożenia dla zdrowia, o tyle nie nadawało się ono do stałego przebywania. Jednak do trzydziestokilometrowej strefy obecnie dopuszczono już kobiety w ciąży i tak naprawdę sporo ludzi ją zamieszkuje. Głownie są to pracownicy w jakiś sposób powiązani z elektrownią i budową sarkofagu.

Tak więc jedynie w czerwonym lesie i tak zwanych hot spotach liczniki Geigera odzywają się i zaczynają piszczeć. Od czasu do czasu sprawdzamy podejrzane przedmioty i miejsca w poszukiwaniu zwiększonego promieniowania ale nawet porzucone, obrośnięte mchem buty zdają się nie być napromieniowane. Wyjątkiem jest tutaj ogromny metalowy chwytak, którym podnoszono skażony materiał i wewnątrz niego licznik pokazywał nawet ponad 150μS.

Podczas wycieczki zwiedzamy opuszczone miasto Prypeć. Ulica, która obecnie prowadzi do i przez miasto mieści ledwo jednego busa. Ze zdziwieniem słuchamy, że kiedyś to była droga dwupasmowa. Wszystko przez te trzydzieści lat zdążyło doszczętnie zarosnąć.

Wchodzimy między innymi do teatru, kina, oglądamy portrety radzieckich przywódców, które nadal oczekują na swoją paradę majową. Tak samo jak i wesołe miasteczko nigdy nie oddane do użytku. Wszystko to miało się odbyć już za parę dni. Niestety katastrofa pokrzyżowała plany. Budynki i mieszkania są bardzo zniszczone. Pozostało w nich tylko sporo szkła, gruzu i co najwyżej puste szafki. To niestety nie skutki katastrofy tylko turystów, którzy od wielu lat przyciąga Czarnobyl.

20161112_133806-01

W przedszkolu i szkole straszą poukładane w dziwne pozy lalki, zeszyty i puste szafki. Basen o dziwo był czynny do 1998 roku i służył pracownikom elektrowni, bo ta nie została zamknięta od razu po wybuchu tylko pracowała z powodzeniem do roku 2000. Została zamknięta z powodu europejskich nacisków. Ukraina w każdym razie tylko na tym skorzystała, bo ukończony nowy sarkofag kosztował prawie miliard dolarów i został pokryty z pieniędzy unijnych. Do tego Ukraińcy otrzymali nowe reaktory w innych swoich elektrowniach.

20161112_150204-01

20161112_150119-0120161112_140340-0120161112_140700-01

20161112_145151-01

Pod koniec przechadzki po mieście wchodzimy jeszcze na 16 piętro wieżowca, skąd rozpościera się panorama na całe Polesie aż po Białoruś, a także na reaktor i Oko Moskwy. Do tego ostatniego także się udajemy. Tak naprawdę po dziś dzień nie wiadomo w jakim celu zostało ono zbudowane jednak przypuszcza się, że był to radar zdolny wykryć rakiety balistycznych dalekiego zasięgu. Oko Moskwy (Douga 3, Chernobyl 2) to tylko odbiornik. Nadajnik znajduje się 60km dalej.

20161112_161329-0120161112_161059-01

20161112_142239-01

Pomimo, że Czarnobyl jest strefą wyłączoną to po dziś dzień zamieszkują ją ludzie. Są to głównie ci, którzy zostali stąd wysiedleni i powrócili do swoich domów. Pozwolono im zostać pod warunkiem, że mają więcej niż 60 lat i są na emeryturze. O dziwo średnia ich życia jest wyższa niż w reszcie kraju i generalnie cieszą się oni dobrym zdrowiem.

Pomimo skażenia zonę zamieszkuje 300 wilków, które żyją sobie w niej nie niepokojone przez człowieka – jest to największa populacja tego gatunku na jednym obszarze.

 

 

Wiza do Azerbejdżanu

Lecąc do Iranu mam kilkonastogodzinną przesiadkę w Baku – stolicy Azerbejdżanu. Aby nie utknąć na lotnisku postarałem się zawczasu o wizę tranzytową, która umożliwi mi zwiedzenie miasta.

Uzyskanie azerskiej wizy tranzytowej jest znacznie prostsze niż turystycznej, choć i w przypadku tej drugiej sytuacja zmierza ku lepszemu tj. o ile mam aktualne informacje to można starać się o e-wizę poprzez system internetowy ASAN, który ma rzekomo zacząć działać od 10 stycznia 2017 r.
Mnie niestety w październiku czekała jeszcze wycieczka do ambasady w Warszawie z paszportem, zdjęciem i 20$. Tranzytowa wiza jest ważna przez pięć dni i bardzo łatwa do uzyskania także mając w planach krótszą czy dłuższą przesiadkę w Azerbejdżanie zdecydowanie polecam, bo Baku jest tego warte!