Isfahan

Do Isfahanu docieramy po niespełna trzygodzinnej jeździe autobusem z Kaszanu. Jest późno. Z dworca odbiera nas nasz kolejny gospodarz i wspólnie autem wracamy do domu, gdzie na stole czeka już kolacja. Uzupełniając kalorie, bo w ciągu dnia nie było czasu na jedzenie, rozmawiamy na temat naszych kultur oraz sytuacji w jakiej znalazł się współczesny Iran. A znalazł się w całkiem nieciekawej, obłożony wszelkimi sankcjami skutecznie tłumiącymi rozwój gospodarczy kraju. Co prawda niedawno zaczęto rzekomo je znosić i uwalniać Iran z kajdanów ale od każdego słyszymy, że to wciąż fikcja. Pomimo wielu bogactw naturalnych, od ropy począwszy na przesłodkich daktylach kończąc, nie można tych dóbr narodowych w większym stopniu eksportować i czerpać zysków z handlu. Podobno dochodzi nawet do sytuacji, że Włosi lub Hiszpanie skupują oliwki, przetwarzają i gotowe produkty oznaczają jako swoje. Analogicznie z innymi towarami.

Nie łatwiej wygląda sytuacja z dostępem do alkoholu, który jest zakazany i nie można sobie ot tak pójść do sklepu i kupić co na co tylko przyjdzie nam ochota. Oczywiście dla mieszkańców to nie problem i istnieją sposoby by otrzymać upragniony trunek. Zwykle wystarczy zagadać do odpowiednich osób (np. w sklepie) i zaraz lub po godzinie coś się znajdzie. Irańczycy radzą sobie jak mogą i również w swoich domach produkują wina, robią nalewki czy pędzą bimber dla własnej konsumpcji. Słyszałem opowieści od osób, które miały okazję uczestniczyć w imprezach urodzinowych, na których ktoś dowiózł alkohol. Wszystko jest dostępne jeśli się wie gdzie szukać. Podobnie jest jak słyszałem z środkami odurzającymi czy… wieprzowiną. Przy czym w tym towarzystwie alkohol traktowany jest jako błahostka. Oczywiście nie taka jak u nas, gdzie skończyłoby się na upomnieniu i do domu. Najprawdopodobniej za alkohol trzeba by było swoje odsiedzieć i dostać parę razów batem po plecach. Drugi biegun zajmuje wieprzowina, której spożywanie jest moralnie o wiele, wiele gorsze, a kary znacznie surowsze.

IMG_4904_a_a

Wielki Bazar

IMG_4735_a_a

W Isfahanie jest więcej ciekawych miejsc wartych odwiedzenia aniżeli w Kaszanie. Jednym z nich jest jeden z najstarszych i najdłuższych bazarów na Bliskim Wschodzie, którego początki sięgają XVII wieku, a długie na dwa kilometry arkady łączą stare i nowe miasto. Przechadzając się jego wąskimi uliczkami obserwuję sprzedawców handlujących dywanami, naczyniami, wszelkiej maści ubraniami, pamiątkami, przyprawami oraz od czasu do czasu daktylami. Jak nigdy nie byłem fanem tych ostatnich, tak w Iranie nie można się im oprzeć. Są dojrzałe, miękkie, mięsiste i tak słodkie jakby dojrzewające w cukrze. Palce lizać! Dodajmy do tego kilkanaście rodzajów pistacji – solonych bądź zwykłych i można organizować ucztę.

IMG_4787_a_a.jpg

Sklep z perskimi dywanami

IMG_4760_a_a.jpg

IMG_4757_a_a

Mieszanka przypraw

Wielki Bazar otacza wpisany na listę UNESCO Plac Naksz-e Dżahan zwany również Placem Królewskim bądź Placem Imama. Przy wymiarach 512 x 159m jest drugim największym placem na świecie po chińskim Placu Niebiańskiego Spokoju (Tiananmen). Pierwotnie miał służyć jako miejsce ceremonii królewskich i boisko do gry w polo. Południową stronę placu zajmuje Meczet Królewski, po zachodniej pałac Ali Kapu, a po wschodniej Meczet Szacha Lutf Allaha, do którego zmierzam w pierwszej kolejności. Uiszczam opłatę za wstęp i już jestem w środku. Nie ma wielu turystów ale to i lepiej. W dodatku dziedziniec wewnętrzny jest duży i można swobodnie spacerować. Oglądając wcześniej meczety i medresy w Uzbekistanie te irańskie wypadają zdecydowanie na niekorzyść. W dużej mierze są zniszczone, tu i ówdzie toczą się jakieś prace remontowe i przy których wznoszą się rusztowania. To co niewątpliwie łączy te meczety to piękne, bogato zdobione płytki pokryte mnóstwem florystycznych i geometrycznych wzorów.

IMG_4995_a_a.jpg

Meczet Szejka Lotfollaha

IMG_4999_a_a

IMG_4984_a_a

IMG_4765_a_a

Plac Naqsh-e Jahan Square

IMG_4895_a_a.jpg

Plac Imama Ali

IMG_4828_a_a

Meczet Naqsh-e Jahan

IMG_4821_a_a

IMG_4829_a_a

IMG_4853_a_aPrzechodzę uliczkami Wielkiego Bazaru, które popołudniu pustoszeją i całkowicie się wyludniają. Robi się wręcz dziwnie gdy idę w środku dnia jednym z największych targów i nie spotykam nikogo. Na światło słoneczne wychodzę dopiero po drugiej stronie. Od razu wszystko wraca do normy, życie toczy się dalej. Gdy tak idę w stronę meczetu Jameh ktoś wręcza mi do ręki kubek z herbatą i odchodzi. Ot tak, zupełnie bez powodu. Przez chwilę stoję zdezorientowany sytuacją, która właśnie zaszła, po czym ruszam dalej.

IMG_4867_a_a

Meczet Jameh

IMG_4880_a_a

IMG_4884_a_a

Meczet Jameh jest chyba najstarszym irańskim meczetem, którego początki sięgają VIII wieku, kiedy to pełnił funkcję świątyni zaratustriańskiej. Jego cechą charakterystyczną są cztery ejwany (przesklepione pomieszczenia ze sklepieniem w formie łuków). Przychodzę godzinę przed zamknięciem stąd muszę się trochę pospieszyć ze zwiedzaniem by zdążyć obejść cały kompleks, a nie jest on mały.

O ile w ciągu dnia na Placu Imama było sporo ludzi – piknikujących i odpoczywających na trawie, o tyle po zmroku jest ich jeszcze więcej. Generalnie życie toczy się jak wszędzie i wbrew opiniom Iran jest takim samym państwem jak każde inne, a nawet więcej, jako że mieszkańcy nie skażeni masową turystyką są wciąż otwarci, gościnni i ciekawi zagranicznych odwiedzających. Jakiś student zaczepia mnie na placu i pyta czy nie udzielę mu wywiadu przed kamerą i odpowiem na parę pytań potrzebnych do pracy dyplomowej. Chodzi głównie o postrzeganie Iranu w naszym świecie i ewentualne, choć niczym moim zdaniem nieuzasadnione, obawy przed przyjazdem.

IMG_4777_a_a.jpg

Pałac Aali Qapu

IMG_4964_a_a.jpg

IMG_4902_a_aNa drugi dzień zwiedzania zostawiam sobie ormiańską Katedrę Świętego Zbawiciela (Vank), której wnętrze zdobią niesamowicie misternie malowane freski przedstawiające sceny biblijne.

IMG_4928_a_a.jpg

Freski w katedrze Vank

Tuż obok kościoła mieści się muzeum upamiętniające ludobójstwo Ormian dokonane przez Imperium Osmańskie w latach 1915-1917 podczas I Wojny Światowej. Jest to drugie najlepiej udokumentowane po Holocauście ludobójstwo.

W sercu miasta, nad rzeką Zayandeh stoi jeden z jedenastu mostów w Isfahanie – Si-o-seh pol o trzydziestu trzech łukach. Nad rzeką to obecnie na wyrost powiedziane, ponieważ w związku z nieudolną gospodarką wodną i przekierowaniem wody w kierunku Yazd, koryto rzeki jest wyschnięte na pieprz i można przejść na drugi brzeg suchą stopą. Obecnie woda pojawia się tylko na krótki okres parę razy w roku. Smutny to widok oglądać tak potężny most rozpostarty nad spaloną słońcem trawą. Dawniej w poniektórych podcieniach mieściły się herbaciarnie, które jednak zlikwidowano pod pretekstem likwidowania tajnych spotkań konspiracyjnych, których uczestnicy się tam rzekomo mieli gromadzić.

IMG_4796_a_a.jpg

Most Si-o-seh pol

Reklamy

Qom, Kaszan, Abyanneh

Po bardzo krótkim locie z Baku, około północy lądujemy pod Teheranem na międzynarodowym lotnisku Imam Khomeini.

Przed przejściem wyrabiamy wizy (75€ lub 85$). Do wizy potrzebne jest ubezpieczenie potwierdzające ważność w Iranie. Pokazujemy EURO26, gdzie jest napisane, że obejmuje cały świat. Pan za ladą sceptycznie kręci głową. Próbuję go podejść, że jeśli Iran uważa się za kraj świata to ubezpieczenie jest jak najbardziej ważne. Ripostuje, że Iran to nie świat, Iran to księżyc. Na szczęście wszystko przechodzi bez przeszkód. Dostajemy wizy na miesiąc.

Dolary wymieniamy od razu w terminalu i ruszamy na pastwę losu taksówkarzy żeby jakoś się z tego lotniska w środku nocy wydostać. Mam jeszcze chwilę przyjemności negocjować po rosyjsku. Po dłuższych dyskusjach znajdujemy taksówkarza chętnego nas zabrać za 500 000 riali. Warto w tym miejscu nadmienić, że w Iranie obowiązują również tomany, które są.. rialami uciętymi o jedno zero lub więcej. 500 000 riali może być 50 000 tomanów lub po prostu 50 tomanami. W zależności na kogo się trafi. Trzeba się przyzwyczaić.

Z lotniska jedziemy wraz z dwójką chłopaków z naszego samolotu. My wysiadamy na bramkach przy autostradzie, oni jadą dalej. Kierowca wysadzając nas łapie nam od razu autobus do Qom. Nie musimy czekać ani minuty.

Autobus jest klasy VIP czyli wygodny, przestronny i ciepły. To jest moja trzecia noc bez porządnego snu i powoli zaczynam mieć dość. W wygodnym fotelu zapadam się coraz bardziej, robi się błogo sennie i.. właśnie wówczas trzeba wysiadać. Niestety na rogatkach miasta, a do centrum trzeba się jakoś dostać o tej 3 rano.

Idąc pustymi ulicami przez miasto po raz pierwszy stykamy się z Iranem. Mijamy puste parki, w których widać miejsca na piknik, parkingi, na których w samochodach lub na ziemi śpią ludzie. A noc do ciepłych nie należy. Jest może 12-15C. To i tak nieźle jak na listopad. W pewnej chwili obskakują nas taksówkarze stojący przy jednym ze skrzyżowań i ledwo udaje nam się przejść. Problemem jest, że nikt nie zna tu angielskiego i bariera językowa skutecznie utrudnia wszelkie kontakty. W końcu udaje nam się złapać stopa pod samą świątynię Fatimy, która nocą jest przepięknie oświetlona i mieni się kolorami.

2016-11-15 02.21.30_a

Ludzie śpiący na parkingach przy drodze

2016-11-15 03.27.52_a

Meczet Fatimy

Jak już wspominałem, kontakt językowy jest utrudniony ale dowiaduję się, że aby wejść do środka należy zostawić rzeczy w przechowalni, która jest otwarta dopiero od 5.

Zostawiam więc rzeczy na trawniku i wchodzę do środka. Meczet jest ogromny i przepiękny. Spaceruję bez przeszkód, przez nikogo niezatrzymywany. O ile jestem bez aparatu, o tyle widząc, że miejscowi robią zdjęcia telefonem, również po niego sięgam.

Wewnątrz znajduje się grób Fatimy – córki siódmego z dwunastu Imamów i siostry ósmego. Co roku tysiące Szyitów pielgrzymują do świątyni Fatimy by oddać jej cześć.

2016-11-15 03.31.52_a

Grób Fatimy

Po wyjściu robimy zmianę i ja zostaję na trawniku z rzeczami. Jestem tak śpiący, że w momencie zasypiam. Budzi mnie chłód. Listopadowa noc w Iranie nie jest tak ciepła jakbym chciał. Nie wiem na ile przysnąłem ale po przebudzeniu czuję się jeszcze bardziej niewyspany. Qom możemy uznać za zaliczone i nie ma tu po co dłużej zostawać. Starając się wydostać z centrum na obwodnicę pytamy kierowcy autokaru o drogę, a ten zaprasza nas do środka, częstuje herbatą, ciastkiem i podwozi na obwodnicę. Stamtąd po dłuższej chwili oczekiwania zabiera nas autobus do Kaszanu.

W Kaszanie mamy spotkać się z naszym gospodarzem z CouchSurfingu Amirem. Jednak najpierw idziemy zaopatrzyć się w lokalne karty SIM i… grzęźniemy w bagnie irańskich procedur. Jakby tego było mało, panie które nas obsługują robią ileś rzeczy na raz i tak naprawdę do końca same nie orientują się jak to wszystko ma działać. W każdym razie wszystkie sieci poza IranCell nie działają w iPhonach kupionych poza Iranem. U siebie w Samsungu nie mam żadnego problemu tylko zasięg LTE jest jedynie teoretyczny.

Gdy już zostawiliśmy swoje odciski palców, podpisy, kopie paszportów i wszystkie inne dane wrażliwe możemy zadzwonić po Amira. Mamy pewien problem ze zlokalizowaniem odpowiedniego ronda, przy którym jesteśmy umówieni. W końcu się udaje. Zapewne nie ciężko wyłowić nas z tłumu.

Wiele razy później zdarzało się, że każdego dnia mnóstwo ludzi podchodziło do mnie, zagadywało, prosiło o zrobienie zdjęcia. Do dziś nie wiem czy to dlatego, że byłem bardzo kolorowo ubrany i wyróżniałem się w ten sposób czy może jakiś inny. Nie mniej jednak było to bardzo miłe. Raz nawet udzielałem wywiadu do kamery na potrzeby jakichś badań dotyczących postrzegania Iranu za granicą.

Popołudnie w Kaszanie spędzamy kręcąc się i spacerując po mieście. Z zabytków jakie miasto ma do zaoferowania to m.in. Ogród Fin, bazar miejski, meczet Agha Bozorg i historyczne domy.

Ogród Fin przyznam szczerze trochę mnie rozczarował i zdecydowanie nie był wart swojej ceny. Postanowiłem wrócić te parę kilometrów do miasta piechotą i ledwo się rozpędziłem, a już ktoś zapraszał mnie do siebie. Pomyślałem, że to jest może ta irańska gościnność, o której tyle słyszałem i warto dać się porwać. Z tą myślą wsiadam do starego samochodu, pamiętającego jeszcze czasy sprzed rewolucji, którego kierowcą jest leciwy starszy dziadek. Pod nogami mam skrzynkę granatów (owoców!) przez co kolana sięgają mi do brody. Pan jechał na targ z zamiarem ich sprzedania ale póki co wracamy na herbatę do domu. Całkiem dobrze zna angielski, ponieważ swego czasu był związany z pracą przy wydobyciu ropy. Namawia mnie nawet żebym został ale wyjaśniam, że już mam gdzie spać. Po herbacie wracamy do miasta, w końcu granaty nadal nie sprzedane. Trochę atmosfera zaczyna się psuć gdy próbuje mnie podpytać ile mam przy sobie dolarów i ile z tego mu zostawię. Gość staje się nachalny i po dotarciu na targ odchodzę w swoją stronę.

IMG_4540_a_a

Ogród Fin

IMG_4557_a_a

IMG_4559_a_a

IMG_4575_a_a

Na koniec dnia, by zdążyć przed zmierzchem zachodzę do meczetu Agha Bozorog, który jest także medresą, czyli szkołą teologiczną. Poza dziedzińcem otoczonym dwupiętrowymi podcieniami wykończonymi standardowo wzorzystymi płytkami nie ma tu nic więcej do oglądania.

IMG_4568_a_a

Meczet Agha Bozorg

Nazajutrz ruszamy na wspólną wycieczkę do położonej w górach miejscowości Abyaneh. Wioska ta cieszy się zainteresowaniem krajowych i międzynarodowych turystów, którzy przybywają by podziwiać kaskadowo zbudowane na zboczu góry domy o intensywnie czerwonej barwie. Po drodze mijamy elektrownię atomową, której rzekomo nie można fotografować ale zawsze można się przyjrzeć na Google Maps. Kawałek dalej na skrzyżowaniu dróg stoją rozlokowane działka z lufami skierowanymi gdzieś na wschód.

Po zjeździe z autostrady droga jest pusta i nie mijają nas żadne samochody. Korzystam z sytuacji i wychodzę na okno żeby trochę pofilmować krajobraz. Przy 80km/h trochę wieje ale czego się nie robi dla dobrych ujęć. Przed wjazdem do Abyaneh uiszczamy opłatę za zwiedzanie i parę kilometrów dalej parkujemy na początku wioski. Wbrew pozorom znajdujemy się na wysokości ponad 2000m n.p.m. i jak na listopad to pogoda cały czas dopisuje. Krótki rękaw zdecydowanie wystarcza i gdyby nie prawo, które w tym kraju nakazuje noszenie długich spodni bardzo chętnie włożyłbym krótkie.

IMG_4586_a_a

Najpierw wspinamy się po zboczu, z którego rozpościera się panorama na okoliczne góry i miasteczko leżące pod stopami by po chwili zejść na dół i przejść wąskimi, brukowanymi uliczkami wśród gliniano-ceglanych domów. Abyaneh jest jedną z najstarszych miejscowości w Iranie co doskonale da się odczuć. Może to duch minionych epok i brak turystów ale atmosfera jaka panuje w miasteczku jest bardzo przyjemna. Jest tak pusto, cicho i spokojnie – wręcz błogo. Od czasu do czasu ciszę przerywa ryczenie poczciwego osła uwiązanego łańcuchem do ziemi. Nudzi się biedaczek tak stojąc bezczynnie cały dzień, a przynajmniej do chwili, gdy znów będzie potrzebny w transporcie. Takie to ciężkie życie osła – przydatny tylko gdy go potrzebują.

IMG_4600_a_a

Abyaneh

IMG_4662_a_aIMG_4667_a_a

Na przeciwległym zboczu leżą ruiny zamku. Ruiny to w tym przypadku trochę na wyrost powiedziane bo z zamku pozostała jedna wieża i mur okalający. Kawałek dalej natomiast jest coś co mogłoby przypominać sad w latach swojej świetności. Dziś jest to tylko kolejny kawałek muru otaczający suche, sterczące z ziemi patyki, które kiedyś były drzewami.

IMG_4683_a_aIMG_4688_a_a

Chodząc własnymi ścieżkami do wioski nie wracam tak jakby wypadało tylko próbuję na azymut trochę w dół. Liczę, że w ten sposób zrobię skrót i wyjdę w okolicach parkingu. Nie przewidziałem tylko, że droga którą podążam nie jest taka łatwa. Skaczę z jednego poletka obecnie porośniętego tylko suchą trawą na drugie obniżając się o parę metrów. Przedzieram się przez zarośnięte krzaki i lawiruję między drzewami. Już nie warto mi zawracać więc brnę przed siebie. Liczę tylko, że w tych trawach nie czai się żadna bestia i tej myśli się trzymam. Dobrze obliczyłem, że wyjdę tuż przed wioską tylko droga wcale nie była prostsza.

Po powrocie do miasta, a przed wyruszeniem w dalszą drogę odwiedzamy jeszcze jeden z słynnych domów  kupickich – Tabatabaei. Jest ich kilka (Khan-e Abbasian, Khan-e Boroujerdi,  Khan-e Ameriha). Tabatabaei jest rzekomo największym i najokazalszym z nich. Oglądałem tylko ten jeden więc nie mam porównania z pozostałymi.

IMG_4711_a_a

IMG_4695_a_a

Tabātabāei

Zbudowany we wczesnych latach 1880 ubiegłego wieku dom ten należał do wpływowej kupieckiej rodziny, której nazwisko nosi do dziś. Handlowali oni czym popadnie (herbatą, jedwabiami, itp.) ze wschodem i zachodem. Dziś rezydencja to tylko puste ściany, fontanna i dwie kondygnacje, po których można się swobodnie przemieszczać próbując sobie wyobrazić jak mogło funkcjonować życie pełne przepychu w czasach prosperity.

Robi się późno, a nas czeka jeszcze przejazd do Isfahanu. Żeby złapać autobus udajemy się na dworzec. Zamiast jednak skorzystać z taksówki łapiemy stopa i.. jedziemy na pace jakiegoś dostawczaka. Od pewnego czasu jest to moje ulubione miejsce w samochodzie i o ile nie jest zimno pozwala delektować się jazdą z panoramicznym widokiem w całkiem wygodnych warunkach.

1636 mil po złej stronie drogi

Ostatnimi czasy montowanie filmów idzie mi szybciej (nie do końca lepiej) niż pisanie, więc na blogu ląduje kolejny, trochę zaległy film – z Wielkiej Brytanii.
W ciągu miesiąca pokonaliśmy (wraz z Ewą do północnych granic Anglii, dalej sam) 2631 km (1636 mile) jadąc przez szkockie wyspy i odludzia, walijskie góry po angielskie wioski, w których po dziś dzień snuje się duch historii.

Miłego oglądania!

Nowa Zelandia – przygotowania i sprzęt

Wyjazd do Nowej Zelandii zbliża się wielkimi krokami. Po nowym roku czas jakby jeszcze bardziej przyspieszył, więc mimo tych kilku pozostałych tygodni jest to najwyższa by ruszyć z przygotowaniami. Nową Zelandię planuję przemierzyć rowerem zaczynając w Queenstown na Wyspie Południowej i dotrzeć po niespełna dwóch miesiącach do Auckland. Według wstępnych obliczeń trasa powinna wynieść w granicach 3000-3500 kilometrów.

Jako, że po powrocie z Wielkiej Brytanii rower wymagał zwiększonej uwagi, paru wymian i ulepszeń zwróciłem się z prośbą o wsparcie m.in. do firmy Centrum Rowerowe, od której taką pomoc uzyskałem. Przed paroma dniami otrzymałem przesyłkę pełną niezbędnego sprzętu, a znalazły się w niej rzeczy takie jak:

  • tylne sakwy Ortlieb,
  • torba na bagażnik Ortlieb,
  • torba na kierownicę Merida,
  • opona Schwalbe Marathon Plus,
  • pedały PSD Force,
  • podpórka Pletscher,
  • ochraniacze na buty Force,
  • pompka Force,
  • bagażnik wyprawowy Sport Arsenal,
  • licznik rowerowy z GPS Mio,
  • koszulka rowerowa,
  • korba Shimano Deore,
  • kaseta Shimano,
  • łańcuch Deore.

2017-01-18-20-12-58

Dzięki powyższemu wyposażeniu mam w 100% skompletowany sprzęt i rozpoczynam przygotowania i testowanie sprzętu.

centrumrowerowe-pl

Baku – miasto w depresji

Baku – wietrzne miasto. Stolica, największe miasto i zarazem wizytówka Azerbejdżanu. Co ma do zaoferowania, czym przyciąga i jakie jest?

Obserwując przez okno lwowskiej knajpki jaka aura panuje na zewnątrz miałem chwile zwątpienia czy wieczorny samolot do Baku ma szansę dziś wystartować. Spojrzałem szybko na stronę odlotów w internecie i większość samolotów, szczególnie w kierunku Unii Europejskiej była przełożona lub odwołana. Nie wróżyło to dobrze. Ale co tak właściwie działo się za tym oknem? Zatem od początku..

Wysiadając tuż po 6 rano we Lwowie z pociągu relacji Kijów – Iwano-Frankowsk przywitał mnie mróz, leżący na ulicach śnieg do kostek i wciąż sypiący, zacinający w twarz. Zazwyczaj lubię taką pogodę, ba uwielbiam jeśli w pobliżu mam narty i trochę stromego terenu. Tym razem jednak miałem lecieć do Iranu. Ciepłe ubrania ograniczyłem do minimum i jedyne co stało między mną, a pogodą była kurtka zimowa, czapka, szal i rękawiczki, z którymi już wkrótce miałem się rozstać.

O dziwo i na całe szczęście samolot do Baku jest jednym z niewielu, które przy takiej pogodzie startują. Ale jak startują! Pierwszy raz będąc na pasie startowym widziałem go w stanie nieodśnieżonym. Samolot dosłownie startował ze śniegu! Trzymałem w duchu kciuki żeby przed osiągnięciem prędkości startowej nie wpadł w poślizg bo, choć może to być fascynujące doświadczenie, driftowanie samolotem wolałem przełożyć na inny dzień.

Sam lot był o tyle ciekawy, że jego większość, włącznie z posiłkiem udało mi się przespać. Lądowanie o 2 w nocy to nie jest dobra godzina. Na szczęście po bezproblemowej odprawie paszportowej lotnisko przygarnia strudzonego wędrowca najlepiej jak umie – oferując niesamowicie wygodne sofy, w odludnej części lotniska. Przez nikogo nie niepokojony śpię do prawie 9!

Samo lotnisko jest nowe, bardzo przestronne, eleganckie i co najważniejsze – wygodne.

Autobus do centrum miasta odjeżdża przez całą dobę z różną częstotliwością (co 30 minut w ciągu dnia). Bilet kosztuje 2 manaty, a czas jazdy zależy od korków, które szczególnie w godzinach wieczornych paraliżują centrum miasta.

Wysiadam w okolicy dworca kolejowego i stamtąd ruszam piechotą zwiedzać miasto. Pogoda – jakże odmienna od tej lwowskiej. Co prawda Azerowie chodzą nawet i w czapkach, ale te 16C i słońce pozwala mi choć na chwilę pobyć w samej koszulce z krótkim rękawem.

Kieruję się w stronę placu Heydara Aliyeva – byłego prezydenta, który jakżeby inaczej, ma tu swój pomnik. Dalej mieści się Qis Park i bulwar, którego zwieńczenie stanowi ściana wieżowców. Manhattan to nie jest ale i tak prezentuje się bardzo ładnie.Wzdłuż alei ciągną się za to pięknie, zadbane, neoklasycystyczne budynki. Przyznam, że pierwsze wrażenie jakie wywiera Baku jest bardzo pozytywne.

img_4352_aimg_4353_aimg_4358_a

Iczeri-Szeher czyli Wewnętrzne Miasto to atrakcja sama w sobie. To serce i dusza Baku. Tutaj mieszczą się najważniejsze zabytki stolicy – Meczet Muhammada z XI w., Meczet Piątkowy, Baszta Dziewicza (Qiz qalasi) i Pałac szachów Szyrwanu (Sirvansahlar sarayi). Jednak to nie zabytki stanowią o uroku tego miejsca, a wąskie uliczki skrywające tajemnice i historie minionych epok. Warto dać się ponieść przygodzie i zagubić w tym labiryncie mijając po drodze małe sklepiki czy sklepy z pamiątkami, w których główne skrzypce stanowią dywany. Zdecydowanie duch Azji Środkowej jest tutaj obecny i daje o sobie znać.

img_4366_aimg_4378_a

img_4381_aimg_4383_a

Z zabytków i atrakcji Wewnętrznego Miasta decyduję się na Dziewiczą Wieżę i Pałac szachów (bilety studenckie do kupienia z kartą EURO 26). W tym miejscu warto nadmienić, że nazwa miasta pochodzi o perskiego Badkube, co oznacza „uderzenie wiatru”. Da się to odczuć szczególnie na szczycie wieży, która pomimo, że jest obudowana szybami to nadal nie powstrzymuje to całkowicie podmuchów. Widok jednakże rekompensuje tę małą niedogodność. Panorama miasta robi wrażenie. Soczyście błękitne niebo z jednej strony łączy się z ciemnym granatem Morza Kaspijskiego, a z drugiej z także morzem, tyle że budynków i kamienic.

img_4386_aimg_4391_aimg_4393_aimg_4415_a

img_4395_a

Dziewicza Wieża

U podnóża ciągnie się szerokie nabrzeże i park – wymarzone miejsce na spacer. Morze Kaspijskie leży w 28 metrów poniżej poziomu morza, stąd też i Baku znajduje się w depresji.

img_4426_a

img_4428_a

Flame Towers

img_4421_a

img_4448_aimg_4444_a

img_4442_a

Jednym z ostatnich miejsc jakie odwiedzam w mieście jest Centrum Heydara Aliyeva, które mieści w sobie halę audytoryjną, galerię i muzeum. Ważniejsze jest jednak to jak prezentuje się z zewnątrz, a robi to iście okazale. W ten sposób na stałe wpisało się w panoramę Baku i bardzo szybko stało się jednym z jego symboli.

img_4475_a

Centrum Heydara Aliyeva

img_4478_aimg_4485_a

Wracając już na powrotny autobus wstępuję jeszcze szybko na targ. Uwielbiam azjatyckie bazary, gdzie świeże, dojrzałe owoce mieszają się z zapachem przypraw. Feeria barw dla oka.

Mimo, że w Baku spędziłem zaledwie kilkanaście godzin, miasto bardzo przypadło mi do gustu. Zdaję sobie sprawę, że przy dłuższym pobycie ukazałoby swoje mniej turystyczne oblicze ale na pierwszy raz sprawiło bardzo pozytywne wrażenie. Jest czyste, zadbane, nowoczesne i bogate.

Bieszczady

Bieszczady zimową porą. Jak tam jest?IMG_9129.jpg

Czy śnieg po pas to już prawdziwa zima? Dlaczego -24C to nadal ciepło i jak nie odmrozić sobie twarzy? Ale po kolei..

Korzystając z długiego weekendu, świeżego opadu śniegu jakiego Polska nie widziała od kilku lat i zbliżającej się fali mrozów postanowiliśmy wykorzystać tą sytuację i spędzić kilka dni w Bieszczadach. Najtrudniejsze w dotarciu do tego odległego zakątka okazały się korki w Katowicach i na obwodnicy Krakowa. Później szło już gładko   nawet białe drogi nie były problemem. Tak oto zaczęła się nasza zimowa przygoda z Bieszczadami.

Pierwszego dnia rozdzieliliśmy siły. Ania, Grzegorz i Michał poszli na Caryńską, a ja ruszyłem z Smreka czerwonym na Wetlińską. Lubię taką zimę, kiedy wystarczy tylko zamknąć drzwi za sobą i od razu można ubrać narty. Pomimo, że do szlaku był kawałek to można bez problemu iść drogą.

Przyznam, że gdy wszedłem na szlak to po poprzednich opadach śniegu spodziewałem się, że będzie go więcej- było go może lekko ponad kolana. Mi to i tak nie robiło różnicy bo narty sunęły gładko po powierzchni zapadając się co najwyżej do kostek. Mróz również nie dawał o sobie znać. Podchodząc do góry było na tyle ciepło, że się porozpinałem, zmieniłem czapkę i rękawiczki na lekkie by się nie przegrzać i dzielnie parłem ku górze.IMG_9129.jpg

A na górze..na górze to sytuacja uległa zmianie diametralnie. Ponad granicą lasu wiatr zaczął dawać w kość; przewiewał rękawiczki, próbował dostać się do mnie przez każdą, najmniejszą nawet szparę. Śnieg ze świeżego, puszystego zmienił się na wywiany, twardy beton, po którym foki zaczęły się ślizgać. Poza szlakiem było jeszcze gorzej bo krzewinki przykryte skorupą lodu, który łamał się gdy na nim stanąć i narty wchodziły pod lód.

To wszystko sprawiło, że nie mogłem iść szybko, jednostajnie i zacząłem się wychładzać. Na pierwszy ogień poszły palce, które zaczęły marznąć i sztywnieć. Przez chwilę rozważałem czy nie dać za wygraną i zjechać na dół z Przełęczy Orłowicza ale zdecydowałem, ze spróbuje dotrzeć do najbliższych drzew, rozruszać palce i wówczas zdecyduję. Udało mi się znaleźć nawet dwie rękawiczki, z czego ta lewa – od  nawietrznej była sucha. Niestety założenie drugiej na niewiele się zdało i palce nadal pozostawały przemarznięte. Pomogło dopiero schronienie się w lesie, w którym było zdecydowanie cieplej. Tak rozgrzany względnie spokojnie szedłem w stronę Chatki Puchatka co rusz walcząc z wiatrem i mrozem. Całe szczęście, że miałem kominiarkę bo odmroziłbym sobie twarz jak to udało się Michałowi z lewym policzkiem.

Zjazd Połoniną Wetlińską od Chatki Puchatka w stronę Brzegów Górnych to sama przyjemność. Narty suną w śniegu po kolana, skręty to sama przyjemność. Szkoda tylko, że tak krótko to trwa i niecałe piętnaście minut później jestem już na dole.

Cały czas kontaktujemy się przez radio, więc zanim reszta drużyny przyjedzie i mnie odbierze to ruszam dalej w drogę…drogą. Warunki są takie, że spokojnie można chodzić nie tylko drogą ale i poboczem, nad barierką energochłonną, która jest teraz pod śniegiem.

Wracam wykończony ale szczęśliwy. W końcu mamy zimę z prawdziwego zdarzenia.

img_9133img_9136

img_9141

img_9147

Drugi dzień zaczął się, jak się później okazało, od znaku. Żeby nigdzie nie iść. Mianowicie przy -24C samochód nie chciał odpalić. Nie zraziło nas to w ogóle i pojechaliśmy busem do Ustrzyk Górnych, a stamtąd ponownie czerwonym, tym razem na Szeroki Wierch. Jest jeszcze zimniej niż wczoraj i ciągle powtarzamy sobie, że niech będzie nawet i -35C byle już nie wiało. To jak bardzo się pomyliliśmy okaże się wkrótce..

img_9148img_9151img_9154

Ponownie przez las idzie się bardzo fajnie. Ja na turach, reszta na rakietach więc głęboki śnieg nie stanowi problemu, a jest go jakby więcej bo momentami do pasa – na taką głębokość czasem wchodzą kijki. Drzewa uginają się na wietrze, trzeszczą, skrzypią jakby miały się zaraz złamać niby zapałki. Biedna sikorka, którą mijamy nie dała rady wytrzymać takiej temperatury i zamarzła przy szlaku.

img_9164img_9168img_9170

Dziś jednak w odróżnieniu od wczoraj słońce pięknie świeci. Aż chce się żartować, że będzie cieplej. Nie jest. Ani trochę. Widoki co rusz zachwycają ale ponad granicą lasu wiatr znów daje o sobie znać. Pod nogami znów ubity beton, którego foki się nie chcą trzymać. Nie mam harszli (noży lodowych pod narty), więc się ślizgam lub zjeżdżam w tył. Próbuję trawersu ale tam ponownie skorupa lodowa, która się pode mną łamie i wpadam w krzewinki. Chwilowo zdejmuję narty i wzniesienie pokonuję w butach. Na Szerokim Wierchu doganiam Grześka i Anię, którzy przeorganizowują ubiór i zakładają co tylko jeszcze zostało w plecakach. Ja wkładam dodatkową parę rękawiczek pod dół ale jest chyba na to już za późno. Palce mam sztywne, powoli przestaję je czuć, a na domiar złego na ostatni punkt kulminacyjny Szerokiego Wierchu nie jesteśmy w stanie wejść. Pokonanie dosłownie 3-5m w pionie jest niemożliwe. Robiąc krok do przodu wiatr zatrzymuje nas w pół kroku. Grześka przewraca tak, że nakrywa się rakietami. Próbuję ja niosąc narty w ręku, które mimo swej niewielkiej powierzchni działają jak żagiel. Ledwo jestem w stanie ustać, wpadam na Anie popchnięty przez wiatr. Najciekawsze, że wciąż jesteśmy względnie osłonięci przed wiatrem. Próbuję raz jeszcze ale ani nie jestem w stanie pokonać wiatru, a poza tym zaczynam się już porządnie bać o palce. Decydujemy się zawrócić. Kijki wkładam pod pachę i próbuję idąc przed siebie ogrzewać palce zginając, ściskając, a nawet w akcie ostatniej rozpaczy wkładam ręce pod kurtkę i tak idę. Michał zatrzymał się za jedną jedyną choinką porastającą Szeroki Wierch i tam wszyscy zmierzamy, skryć się przed wiatrem.

img_9159

Pomimo, że mam kominiarkę, która obecnie jest cała oszroniona to wiatr i tak próbuje się przebić. Zaciągam mocniej kaptur i pokonuję ostatni odcinek żeby tylko zejść z tego huraganu. Za choinką jest wręcz przyjemnie, błogo. Nadal walczę o rozgrzanie palców i w końcu się udaje. Krew zaczyna dopływać normalnie choć ból jest przy tym niesamowity i trwa ładnych parę minut. Foki chowam do plecaka, zapinam narty na sztywno i ruszam w dół. Początek po lodzie nie jest łatwy bo to nie jest nawet gładki lód tylko lód z omrożonymi kępkami, przez które nie sposób przejechać.

Na szczęście w lesie jest już przyjaźnie, normalnie, wręcz wiosennie, jeśli tak można powiedzieć o temperaturze bliskiej -30C. Ponownie czerpię przyjemność z jazdy w głębokim śniegu zygzakując między drzewami. I tak prawie aż do samego dołu.

img_9173img_9175

Pomimo, że byłem osłonięty przed wiatrem szczelnie jak tylko mogłem. Na twarzy miałem kominiarkę czapkę i kaptur to wiatr w jakiś sposób i to zapewne przez ledwie paręnaście sekund dotarł bezpośrednio do skóry i przymroził mi kawałek skroni i czubek nosa. Przyznam, że to były chyba najtrudniejsze zimowe warunki, w jakich przyszło mi chodzić po górach. Zdobycie pięciotysięcznika to przy Bieszczadach lekka i przyjemna wędrówka. Pogoda pokazała pazur i warto mieć świadomość, że w takiej sytuacji mała wpadka może skończyć się tragicznie. Szacujemy, że wiatr osiągał prędkość ponad 100km/h jeśli był nas w stanie przewrócić, temperatura faktyczna była w granicach -30C, natomiast odczuwalna mogła sięgać aż -66C. Wzory na temperaturę odczuwalną zdają się to potwierdzać.

Utrata rękawiczki oznacza utratę ręki. Osłabnięcie lub utrata sił tam na górze może prowadzić do zamarznięcia, a każda pomoc dotrze dopiero w czasie liczonym w godzinach, podczas gdy sekundy prowadzą do odmrożenia.

My zawróciliśmy, mamy wciąż wszystkie palce, a ślady i obrzęki znikną w przeciągu paru dni. Czy wybrałbym się ponownie w taką pogodę w góry? Bez wahania!

Ostatniego dnia pomimo, że się ociepliło (było tylko -17C) to wiatr wiał już na dole i przebywanie na zewnątrz stało się jeszcze trudniejsze. Ponadto wciąż mieliśmy problem z uruchomieniem samochodu. Zresztą nie my jedni. Szacuję, że co trzecie bądź czwarte auto miało problemy z odpaleniem. Co kawałek można było spotkać ludzi holujących się, próbujących zapalić z kabli czy spuszczających auta z górki w nadziei, że to pomoże.

W drodze powrotnej zafundowaliśmy sobie jeszcze małą krioterapię. Dwa razy!