Nowa Zelandia – przygotowania i sprzęt

Wyjazd do Nowej Zelandii zbliża się wielkimi krokami. Po nowym roku czas jakby jeszcze bardziej przyspieszył, więc mimo tych kilku pozostałych tygodni jest to najwyższa by ruszyć z przygotowaniami. Nową Zelandię planuję przemierzyć rowerem zaczynając w Queenstown na Wyspie Południowej i dotrzeć po niespełna dwóch miesiącach do Auckland. Według wstępnych obliczeń trasa powinna wynieść w granicach 3000-3500 kilometrów.

Jako, że po powrocie z Wielkiej Brytanii rower wymagał zwiększonej uwagi, paru wymian i ulepszeń zwróciłem się z prośbą o wsparcie m.in. do firmy Centrum Rowerowe, od której taką pomoc uzyskałem. Przed paroma dniami otrzymałem przesyłkę pełną niezbędnego sprzętu, a znalazły się w niej rzeczy takie jak:

  • tylne sakwy Ortlieb,
  • torba na bagażnik Ortlieb,
  • torba na kierownicę Merida,
  • opona Schwalbe Marathon Plus,
  • pedały PSD Force,
  • podpórka Pletscher,
  • ochraniacze na buty Force,
  • pompka Force,
  • bagażnik wyprawowy Sport Arsenal,
  • licznik rowerowy z GPS Mio,
  • koszulka rowerowa,
  • korba Shimano Deore,
  • kaseta Shimano,
  • łańcuch Deore.

2017-01-18-20-12-58

Dzięki powyższemu wyposażeniu mam w 100% skompletowany sprzęt i rozpoczynam przygotowania i testowanie sprzętu.

centrumrowerowe-pl

Baku – miasto w depresji

Baku – wietrzne miasto. Stolica, największe miasto i zarazem wizytówka Azerbejdżanu. Co ma do zaoferowania, czym przyciąga i jakie jest?

Obserwując przez okno lwowskiej knajpki jaka aura panuje na zewnątrz miałem chwile zwątpienia czy wieczorny samolot do Baku ma szansę dziś wystartować. Spojrzałem szybko na stronę odlotów w internecie i większość samolotów, szczególnie w kierunku Unii Europejskiej była przełożona lub odwołana. Nie wróżyło to dobrze. Ale co tak właściwie działo się za tym oknem? Zatem od początku..

Wysiadając tuż po 6 rano we Lwowie z pociągu relacji Kijów – Iwano-Frankowsk przywitał mnie mróz, leżący na ulicach śnieg do kostek i wciąż sypiący, zacinający w twarz. Zazwyczaj lubię taką pogodę, ba uwielbiam jeśli w pobliżu mam narty i trochę stromego terenu. Tym razem jednak miałem lecieć do Iranu. Ciepłe ubrania ograniczyłem do minimum i jedyne co stało między mną, a pogodą była kurtka zimowa, czapka, szal i rękawiczki, z którymi już wkrótce miałem się rozstać.

O dziwo i na całe szczęście samolot do Baku jest jednym z niewielu, które przy takiej pogodzie startują. Ale jak startują! Pierwszy raz będąc na pasie startowym widziałem go w stanie nieodśnieżonym. Samolot dosłownie startował ze śniegu! Trzymałem w duchu kciuki żeby przed osiągnięciem prędkości startowej nie wpadł w poślizg bo, choć może to być fascynujące doświadczenie, driftowanie samolotem wolałem przełożyć na inny dzień.

Sam lot był o tyle ciekawy, że jego większość, włącznie z posiłkiem udało mi się przespać. Lądowanie o 2 w nocy to nie jest dobra godzina. Na szczęście po bezproblemowej odprawie paszportowej lotnisko przygarnia strudzonego wędrowca najlepiej jak umie – oferując niesamowicie wygodne sofy, w odludnej części lotniska. Przez nikogo nie niepokojony śpię do prawie 9!

Samo lotnisko jest nowe, bardzo przestronne, eleganckie i co najważniejsze – wygodne.

Autobus do centrum miasta odjeżdża przez całą dobę z różną częstotliwością (co 30 minut w ciągu dnia). Bilet kosztuje 2 manaty, a czas jazdy zależy od korków, które szczególnie w godzinach wieczornych paraliżują centrum miasta.

Wysiadam w okolicy dworca kolejowego i stamtąd ruszam piechotą zwiedzać miasto. Pogoda – jakże odmienna od tej lwowskiej. Co prawda Azerowie chodzą nawet i w czapkach, ale te 16C i słońce pozwala mi choć na chwilę pobyć w samej koszulce z krótkim rękawem.

Kieruję się w stronę placu Heydara Aliyeva – byłego prezydenta, który jakżeby inaczej, ma tu swój pomnik. Dalej mieści się Qis Park i bulwar, którego zwieńczenie stanowi ściana wieżowców. Manhattan to nie jest ale i tak prezentuje się bardzo ładnie.Wzdłuż alei ciągną się za to pięknie, zadbane, neoklasycystyczne budynki. Przyznam, że pierwsze wrażenie jakie wywiera Baku jest bardzo pozytywne.

img_4352_aimg_4353_aimg_4358_a

Iczeri-Szeher czyli Wewnętrzne Miasto to atrakcja sama w sobie. To serce i dusza Baku. Tutaj mieszczą się najważniejsze zabytki stolicy – Meczet Muhammada z XI w., Meczet Piątkowy, Baszta Dziewicza (Qiz qalasi) i Pałac szachów Szyrwanu (Sirvansahlar sarayi). Jednak to nie zabytki stanowią o uroku tego miejsca, a wąskie uliczki skrywające tajemnice i historie minionych epok. Warto dać się ponieść przygodzie i zagubić w tym labiryncie mijając po drodze małe sklepiki czy sklepy z pamiątkami, w których główne skrzypce stanowią dywany. Zdecydowanie duch Azji Środkowej jest tutaj obecny i daje o sobie znać.

img_4366_aimg_4378_a

img_4381_aimg_4383_a

Z zabytków i atrakcji Wewnętrznego Miasta decyduję się na Dziewiczą Wieżę i Pałac szachów (bilety studenckie do kupienia z kartą EURO 26). W tym miejscu warto nadmienić, że nazwa miasta pochodzi o perskiego Badkube, co oznacza „uderzenie wiatru”. Da się to odczuć szczególnie na szczycie wieży, która pomimo, że jest obudowana szybami to nadal nie powstrzymuje to całkowicie podmuchów. Widok jednakże rekompensuje tę małą niedogodność. Panorama miasta robi wrażenie. Soczyście błękitne niebo z jednej strony łączy się z ciemnym granatem Morza Kaspijskiego, a z drugiej z także morzem, tyle że budynków i kamienic.

img_4386_aimg_4391_aimg_4393_aimg_4415_a

img_4395_a

Dziewicza Wieża

U podnóża ciągnie się szerokie nabrzeże i park – wymarzone miejsce na spacer. Morze Kaspijskie leży w 28 metrów poniżej poziomu morza, stąd też i Baku znajduje się w depresji.

img_4426_a

img_4428_a

Flame Towers

img_4421_a

img_4448_aimg_4444_a

img_4442_a

Jednym z ostatnich miejsc jakie odwiedzam w mieście jest Centrum Heydara Aliyeva, które mieści w sobie halę audytoryjną, galerię i muzeum. Ważniejsze jest jednak to jak prezentuje się z zewnątrz, a robi to iście okazale. W ten sposób na stałe wpisało się w panoramę Baku i bardzo szybko stało się jednym z jego symboli.

img_4475_a

Centrum Heydara Aliyeva

img_4478_aimg_4485_a

Wracając już na powrotny autobus wstępuję jeszcze szybko na targ. Uwielbiam azjatyckie bazary, gdzie świeże, dojrzałe owoce mieszają się z zapachem przypraw. Feeria barw dla oka.

Mimo, że w Baku spędziłem zaledwie kilkanaście godzin, miasto bardzo przypadło mi do gustu. Zdaję sobie sprawę, że przy dłuższym pobycie ukazałoby swoje mniej turystyczne oblicze ale na pierwszy raz sprawiło bardzo pozytywne wrażenie. Jest czyste, zadbane, nowoczesne i bogate.

Bieszczady

Bieszczady zimową porą. Jak tam jest?IMG_9129.jpg

Czy śnieg po pas to już prawdziwa zima? Dlaczego -24C to nadal ciepło i jak nie odmrozić sobie twarzy? Ale po kolei..

Korzystając z długiego weekendu, świeżego opadu śniegu jakiego Polska nie widziała od kilku lat i zbliżającej się fali mrozów postanowiliśmy wykorzystać tą sytuację i spędzić kilka dni w Bieszczadach. Najtrudniejsze w dotarciu do tego odległego zakątka okazały się korki w Katowicach i na obwodnicy Krakowa. Później szło już gładko   nawet białe drogi nie były problemem. Tak oto zaczęła się nasza zimowa przygoda z Bieszczadami.

Pierwszego dnia rozdzieliliśmy siły. Ania, Grzegorz i Michał poszli na Caryńską, a ja ruszyłem z Smreka czerwonym na Wetlińską. Lubię taką zimę, kiedy wystarczy tylko zamknąć drzwi za sobą i od razu można ubrać narty. Pomimo, że do szlaku był kawałek to można bez problemu iść drogą.

Przyznam, że gdy wszedłem na szlak to po poprzednich opadach śniegu spodziewałem się, że będzie go więcej- było go może lekko ponad kolana. Mi to i tak nie robiło różnicy bo narty sunęły gładko po powierzchni zapadając się co najwyżej do kostek. Mróz również nie dawał o sobie znać. Podchodząc do góry było na tyle ciepło, że się porozpinałem, zmieniłem czapkę i rękawiczki na lekkie by się nie przegrzać i dzielnie parłem ku górze.IMG_9129.jpg

A na górze..na górze to sytuacja uległa zmianie diametralnie. Ponad granicą lasu wiatr zaczął dawać w kość; przewiewał rękawiczki, próbował dostać się do mnie przez każdą, najmniejszą nawet szparę. Śnieg ze świeżego, puszystego zmienił się na wywiany, twardy beton, po którym foki zaczęły się ślizgać. Poza szlakiem było jeszcze gorzej bo krzewinki przykryte skorupą lodu, który łamał się gdy na nim stanąć i narty wchodziły pod lód.

To wszystko sprawiło, że nie mogłem iść szybko, jednostajnie i zacząłem się wychładzać. Na pierwszy ogień poszły palce, które zaczęły marznąć i sztywnieć. Przez chwilę rozważałem czy nie dać za wygraną i zjechać na dół z Przełęczy Orłowicza ale zdecydowałem, ze spróbuje dotrzeć do najbliższych drzew, rozruszać palce i wówczas zdecyduję. Udało mi się znaleźć nawet dwie rękawiczki, z czego ta lewa – od  nawietrznej była sucha. Niestety założenie drugiej na niewiele się zdało i palce nadal pozostawały przemarznięte. Pomogło dopiero schronienie się w lesie, w którym było zdecydowanie cieplej. Tak rozgrzany względnie spokojnie szedłem w stronę Chatki Puchatka co rusz walcząc z wiatrem i mrozem. Całe szczęście, że miałem kominiarkę bo odmroziłbym sobie twarz jak to udało się Michałowi z lewym policzkiem.

Zjazd Połoniną Wetlińską od Chatki Puchatka w stronę Brzegów Górnych to sama przyjemność. Narty suną w śniegu po kolana, skręty to sama przyjemność. Szkoda tylko, że tak krótko to trwa i niecałe piętnaście minut później jestem już na dole.

Cały czas kontaktujemy się przez radio, więc zanim reszta drużyny przyjedzie i mnie odbierze to ruszam dalej w drogę…drogą. Warunki są takie, że spokojnie można chodzić nie tylko drogą ale i poboczem, nad barierką energochłonną, która jest teraz pod śniegiem.

Wracam wykończony ale szczęśliwy. W końcu mamy zimę z prawdziwego zdarzenia.

img_9133img_9136

img_9141

img_9147

Drugi dzień zaczął się, jak się później okazało, od znaku. Żeby nigdzie nie iść. Mianowicie przy -24C samochód nie chciał odpalić. Nie zraziło nas to w ogóle i pojechaliśmy busem do Ustrzyk Górnych, a stamtąd ponownie czerwonym, tym razem na Szeroki Wierch. Jest jeszcze zimniej niż wczoraj i ciągle powtarzamy sobie, że niech będzie nawet i -35C byle już nie wiało. To jak bardzo się pomyliliśmy okaże się wkrótce..

img_9148img_9151img_9154

Ponownie przez las idzie się bardzo fajnie. Ja na turach, reszta na rakietach więc głęboki śnieg nie stanowi problemu, a jest go jakby więcej bo momentami do pasa – na taką głębokość czasem wchodzą kijki. Drzewa uginają się na wietrze, trzeszczą, skrzypią jakby miały się zaraz złamać niby zapałki. Biedna sikorka, którą mijamy nie dała rady wytrzymać takiej temperatury i zamarzła przy szlaku.

img_9164img_9168img_9170

Dziś jednak w odróżnieniu od wczoraj słońce pięknie świeci. Aż chce się żartować, że będzie cieplej. Nie jest. Ani trochę. Widoki co rusz zachwycają ale ponad granicą lasu wiatr znów daje o sobie znać. Pod nogami znów ubity beton, którego foki się nie chcą trzymać. Nie mam harszli (noży lodowych pod narty), więc się ślizgam lub zjeżdżam w tył. Próbuję trawersu ale tam ponownie skorupa lodowa, która się pode mną łamie i wpadam w krzewinki. Chwilowo zdejmuję narty i wzniesienie pokonuję w butach. Na Szerokim Wierchu doganiam Grześka i Anię, którzy przeorganizowują ubiór i zakładają co tylko jeszcze zostało w plecakach. Ja wkładam dodatkową parę rękawiczek pod dół ale jest chyba na to już za późno. Palce mam sztywne, powoli przestaję je czuć, a na domiar złego na ostatni punkt kulminacyjny Szerokiego Wierchu nie jesteśmy w stanie wejść. Pokonanie dosłownie 3-5m w pionie jest niemożliwe. Robiąc krok do przodu wiatr zatrzymuje nas w pół kroku. Grześka przewraca tak, że nakrywa się rakietami. Próbuję ja niosąc narty w ręku, które mimo swej niewielkiej powierzchni działają jak żagiel. Ledwo jestem w stanie ustać, wpadam na Anie popchnięty przez wiatr. Najciekawsze, że wciąż jesteśmy względnie osłonięci przed wiatrem. Próbuję raz jeszcze ale ani nie jestem w stanie pokonać wiatru, a poza tym zaczynam się już porządnie bać o palce. Decydujemy się zawrócić. Kijki wkładam pod pachę i próbuję idąc przed siebie ogrzewać palce zginając, ściskając, a nawet w akcie ostatniej rozpaczy wkładam ręce pod kurtkę i tak idę. Michał zatrzymał się za jedną jedyną choinką porastającą Szeroki Wierch i tam wszyscy zmierzamy, skryć się przed wiatrem.

img_9159

Pomimo, że mam kominiarkę, która obecnie jest cała oszroniona to wiatr i tak próbuje się przebić. Zaciągam mocniej kaptur i pokonuję ostatni odcinek żeby tylko zejść z tego huraganu. Za choinką jest wręcz przyjemnie, błogo. Nadal walczę o rozgrzanie palców i w końcu się udaje. Krew zaczyna dopływać normalnie choć ból jest przy tym niesamowity i trwa ładnych parę minut. Foki chowam do plecaka, zapinam narty na sztywno i ruszam w dół. Początek po lodzie nie jest łatwy bo to nie jest nawet gładki lód tylko lód z omrożonymi kępkami, przez które nie sposób przejechać.

Na szczęście w lesie jest już przyjaźnie, normalnie, wręcz wiosennie, jeśli tak można powiedzieć o temperaturze bliskiej -30C. Ponownie czerpię przyjemność z jazdy w głębokim śniegu zygzakując między drzewami. I tak prawie aż do samego dołu.

img_9173img_9175

Pomimo, że byłem osłonięty przed wiatrem szczelnie jak tylko mogłem. Na twarzy miałem kominiarkę czapkę i kaptur to wiatr w jakiś sposób i to zapewne przez ledwie paręnaście sekund dotarł bezpośrednio do skóry i przymroził mi kawałek skroni i czubek nosa. Przyznam, że to były chyba najtrudniejsze zimowe warunki, w jakich przyszło mi chodzić po górach. Zdobycie pięciotysięcznika to przy Bieszczadach lekka i przyjemna wędrówka. Pogoda pokazała pazur i warto mieć świadomość, że w takiej sytuacji mała wpadka może skończyć się tragicznie. Szacujemy, że wiatr osiągał prędkość ponad 100km/h jeśli był nas w stanie przewrócić, temperatura faktyczna była w granicach -30C, natomiast odczuwalna mogła sięgać aż -66C. Wzory na temperaturę odczuwalną zdają się to potwierdzać.

Utrata rękawiczki oznacza utratę ręki. Osłabnięcie lub utrata sił tam na górze może prowadzić do zamarznięcia, a każda pomoc dotrze dopiero w czasie liczonym w godzinach, podczas gdy sekundy prowadzą do odmrożenia.

My zawróciliśmy, mamy wciąż wszystkie palce, a ślady i obrzęki znikną w przeciągu paru dni. Czy wybrałbym się ponownie w taką pogodę w góry? Bez wahania!

Ostatniego dnia pomimo, że się ociepliło (było tylko -17C) to wiatr wiał już na dole i przebywanie na zewnątrz stało się jeszcze trudniejsze. Ponadto wciąż mieliśmy problem z uruchomieniem samochodu. Zresztą nie my jedni. Szacuję, że co trzecie bądź czwarte auto miało problemy z odpaleniem. Co kawałek można było spotkać ludzi holujących się, próbujących zapalić z kabli czy spuszczających auta z górki w nadziei, że to pomoże.

W drodze powrotnej zafundowaliśmy sobie jeszcze małą krioterapię. Dwa razy!

Czarnobyl

Tuż przed podróżą do Azerbejdżanu i Iranu postanowiłem wybrać się po raz kolejny do Kijowa, tym razem by odwiedzić strefę zamkniętą – Czarnobyl.

Z Lwowa do stolicy docieram nocnym pociągiem – plackartnym. To moja ulubiona forma podróżowania po krajach wschodu. Nie dość, że tanio i wygodnie to można się wyspać i zaoszczędzić na czasie przemieszczając się nocą.

Kijów wita mnie pochmurną i chłodną pogodą, a że byłem już w nim parokrotnie to zabijam czas siedząc i czekając, aż będę się mógł zameldować w hostelu.

Popołudniu natomiast ruszam na sentymentalny spacer po mniej lub bardziej znanych miejscach. W przejściu podziemnym pod Majdanem robię zdjęcia do wizy, które jak się potem domyśliłem i tak nie będą potrzebne, ale za taką cenę na pewno i tak kiedyś się przydadzą. Wieczór spotykam się ze znajomymi na przepyszne grzane wino. Grzane wino czyli glintwej (глінтвейн) po ukraińsku to słowo klucz. Warto zapamiętać! Tego lokalu, do któego się udajemy jeszcze nie znałem ale na pewno będę tu częściej zaglądał gdy powrócę pewnego dnia do Kijowa. A propos powrotów to na lunch wpadam do znanej z poprzedniej wizyty knajpki na przepysznego burgera z herbatą imbirową.

Nazajutrz natomiast główny cel mojej wizyty w Kijowie, czyli wycieczka do Czarnobyla.

Obecnie dostanie się do zony stało się bardzo proste i odbywa się właśnie w formie wycieczek. Kosztują one moim zdaniem niemało (od 100$) ale uważam, że zdecydowanie warto. Jesień jest ku temu jedną z lepszych pór roku, bo nie ma liści na drzewach i wszystkie obiekty są dobrze widoczne. Jedynym minusem jest temperatura i krótki dzień. Osobiście polecałbym marzec, gdy jest już cieplej, a nadal bez liści.

By wjechać do strefy zamkniętej należy przejść przez kontrolę. Podczas pierwszej z nich sprawdzane są paszporty i dane na liście przepustek. Te muszą się zgadzać. Jest sobota, więc ludzi chcących wjechać jest naprawdę dużo i zajmuje nam to paręnaście minut. Przy następnych checkpointach idzie szybciej i już tylko przewodnik wychodzi z busa.

Bardzo się spieszyłem by zwiedzić Czarnobyl i zobaczyć reaktor zanim zostanie na niego nasunięty obecnie budowany sarkofag. Niestety praktycznie się spóźniłem, bo od dnia, w którym przyjechałem droga prowadząca obok sarkofagu została zamknięta i rozpoczęły się przygotowania do przyjęcia vipów i nasunięcia sarkofagu na reaktor. Plusem tej całej sytuacji był fakt, że dzięki temu przejechaliśmy przez czerwony las, który dotąd był zamknięty dla turystów, ponieważ… był zbyt niebezpieczny. Jak to dobrze, że z dnia na dzień stał się bezpieczny.

Kilka osób z grupy miało wypożyczone dozymetry i mierzyło promieniowanie. Przez większą część czasu było ono niższe niż w Kijowie, a wszystko dlatego, że podczas katastrofy cały wiatr zniósł radioaktywną chmurę na Białoruś. Drugim powodem było to, że Czarnobyl został dokładnie wyczyszczony. Położono nową nawierzchnię, ściągnięto pół metra ziemi i przygotowano Prypeć do ponownego zamieszkania. Do tego ostatniego niestety nigdy nie doszło, ponieważ pomimo, że promieniowanie jest praktycznie znikome i odwiedzanie Czarnobyla nie stanowi zagrożenia dla zdrowia, o tyle nie nadawało się ono do stałego przebywania. Jednak do trzydziestokilometrowej strefy obecnie dopuszczono już kobiety w ciąży i tak naprawdę sporo ludzi ją zamieszkuje. Głownie są to pracownicy w jakiś sposób powiązani z elektrownią i budową sarkofagu.

Tak więc jedynie w czerwonym lesie i tak zwanych hot spotach liczniki Geigera odzywają się i zaczynają piszczeć. Od czasu do czasu sprawdzamy podejrzane przedmioty i miejsca w poszukiwaniu zwiększonego promieniowania ale nawet porzucone, obrośnięte mchem buty zdają się nie być napromieniowane. Wyjątkiem jest tutaj ogromny metalowy chwytak, którym podnoszono skażony materiał i wewnątrz niego licznik pokazywał nawet ponad 150μS.

Podczas wycieczki zwiedzamy opuszczone miasto Prypeć. Ulica, która obecnie prowadzi do i przez miasto mieści ledwo jednego busa. Ze zdziwieniem słuchamy, że kiedyś to była droga dwupasmowa. Wszystko przez te trzydzieści lat zdążyło doszczętnie zarosnąć.

Wchodzimy między innymi do teatru, kina, oglądamy portrety radzieckich przywódców, które nadal oczekują na swoją paradę majową. Tak samo jak i wesołe miasteczko nigdy nie oddane do użytku. Wszystko to miało się odbyć już za parę dni. Niestety katastrofa pokrzyżowała plany. Budynki i mieszkania są bardzo zniszczone. Pozostało w nich tylko sporo szkła, gruzu i co najwyżej puste szafki. To niestety nie skutki katastrofy tylko turystów, którzy od wielu lat przyciąga Czarnobyl.

20161112_133806-01

W przedszkolu i szkole straszą poukładane w dziwne pozy lalki, zeszyty i puste szafki. Basen o dziwo był czynny do 1998 roku i służył pracownikom elektrowni, bo ta nie została zamknięta od razu po wybuchu tylko pracowała z powodzeniem do roku 2000. Została zamknięta z powodu europejskich nacisków. Ukraina w każdym razie tylko na tym skorzystała, bo ukończony nowy sarkofag kosztował prawie miliard dolarów i został pokryty z pieniędzy unijnych. Do tego Ukraińcy otrzymali nowe reaktory w innych swoich elektrowniach.

20161112_150204-01

20161112_150119-0120161112_140340-0120161112_140700-01

20161112_145151-01

Pod koniec przechadzki po mieście wchodzimy jeszcze na 16 piętro wieżowca, skąd rozpościera się panorama na całe Polesie aż po Białoruś, a także na reaktor i Oko Moskwy. Do tego ostatniego także się udajemy. Tak naprawdę po dziś dzień nie wiadomo w jakim celu zostało ono zbudowane jednak przypuszcza się, że był to radar zdolny wykryć rakiety balistycznych dalekiego zasięgu. Oko Moskwy (Douga 3, Chernobyl 2) to tylko odbiornik. Nadajnik znajduje się 60km dalej.

20161112_161329-0120161112_161059-01

20161112_142239-01

Pomimo, że Czarnobyl jest strefą wyłączoną to po dziś dzień zamieszkują ją ludzie. Są to głównie ci, którzy zostali stąd wysiedleni i powrócili do swoich domów. Pozwolono im zostać pod warunkiem, że mają więcej niż 60 lat i są na emeryturze. O dziwo średnia ich życia jest wyższa niż w reszcie kraju i generalnie cieszą się oni dobrym zdrowiem.

Pomimo skażenia zonę zamieszkuje 300 wilków, które żyją sobie w niej nie niepokojone przez człowieka – jest to największa populacja tego gatunku na jednym obszarze.

 

 

Wiza do Azerbejdżanu

Lecąc do Iranu mam kilkonastogodzinną przesiadkę w Baku – stolicy Azerbejdżanu. Aby nie utknąć na lotnisku postarałem się zawczasu o wizę tranzytową, która umożliwi mi zwiedzenie miasta.

Uzyskanie azerskiej wizy tranzytowej jest znacznie prostsze niż turystycznej, choć i w przypadku tej drugiej sytuacja zmierza ku lepszemu tj. o ile mam aktualne informacje to można starać się o e-wizę poprzez system internetowy ASAN, który ma rzekomo zacząć działać od 10 stycznia 2017 r.
Mnie niestety w październiku czekała jeszcze wycieczka do ambasady w Warszawie z paszportem, zdjęciem i 20$. Tranzytowa wiza jest ważna przez pięć dni i bardzo łatwa do uzyskania także mając w planach krótszą czy dłuższą przesiadkę w Azerbejdżanie zdecydowanie polecam, bo Baku jest tego warte!

Słuchawka prysznicowa hansgrohe PowderRain – recenzja

Od kilkunastu dni w ramach projektu mam okazję testować słuchawkę prysznicową hansgrohe PowderRain z trzema trybami lania strumienia wody. Przyznam, że czas ku temu jest idealny. Po pierwsze, ponieważ moja stara słuchawka zaczęła przeciekać, a po drugie właśnie wróciłem z długiej wędrówki po górach i masaż ramion oraz pleców za pomocą mocnego strumienia wody jest idealny. Trzy tryby strumienia wody dają poza tym ciekawą różnorodność i urozmaicenie. W dodatku jest porządnie wykonana, wygląda bardzo elegancko i świetnie pasuje do naszej łazienki.

Główkę prysznicową hansgrohe Raindance Select S z PowderRain wyróżnia 3 rodzaje strumienia:

  • WhirlAir – uwolni napięcie i uspokoi mięśnie, dzięki skoncentrowanej technologii masażu
  • Rain – pozwoli zanurzyć się w deszczu stymulujących skórę kropelek wody
  • PowderRain – zrelaksuje Twoją skórę tysiącem drobnych i jedwabistych mikro-kropelek

Strumień PowderRain:

– jest cichszy 
Delikatny strumień prysznicowy zapewnia wyjątkową w swoim rodzaju, odprężającą przyjemność w kontakcie z wodą, ponieważ jest cichy. Ekspertom z laboratorium dźwięku hansgrohe udało się znacząco obniżyć poziom słyszalności prysznica. Aby podczas codziennej pielęgnacji ciała możliwy był absolutny odpoczynek.

– umożliwia skuteczne mycie włosów 
Dzięki znacząco zwiększonej ilości kropel ten strumień jest nie tylko delikatny, ale także skuteczny. Za jego pomocą mydło i szampon można spłukać doskonale.

– jest oszczędny i ekologiczny 
W przypadku PowderRain zredukowano zużycie wody. W ten sposób podczas kąpieli pod prysznicem można zaoszczędzić nawet 20 procent wody i energii.

Co nieco o sprzęcie

Temat sprzętu jest bardzo subiektywny, ponieważ w dużej części zależy również od potrzeb i osobistych preferencji. Co zostawić, co zabrać i czy lepiej jechać na lekko czy może warto zabrać więcej, by mieć spokojną głowę.

Nie mniej jednak najważniejszym na wyprawie rowerowej jest.. rower. Mój to kilkuletni Giant z 27 biegowym zestawem Shimano Deore. Im więcej przerzutek tym lepiej, ponieważ jazda ciężkim, obładowanym rowerem wymaga częstszego, czasem nieustannego ich zmieniania, więc jest to dość istotna kwestia. Drugą ważną rzeczą są hamulce – w końcu warto się czasem zatrzymać, a wyhamowanie takiej masy nie zawsze jest proste. Nie używam tarczowych, a szkoda bo czasem od naciskania klamek hamulców bolą ręce.
Opony to kwestia terenu, po którym zamierzam jeździć, a że prawie zawsze jest to asfalt, więc wystarczają zwykłe. Od pewnego czasu wożę też zapasową, po tym jak na jednym z wyjazdów musiałem w ciągu kilku dni wymienić obie opony. Obecne, pomimo że już bardzo zdarte spisują się nieźle. Wydłubałem z nich nawet 4mm kawałek szkła i po dziś dzień ani jednego przebicia.

Warto zwrócić uwagę na bagażnik, bo na nim spiera się cały ciężar naszego bagażu. Na jednej z poprzednich wyjazdów złamałem bagażnik aluminiowy, który mimo wszystko z powodzeniem służył mi dalej. W tym roku złamałem ciężki bagażnik stalowy i… nie zauważyłem tego. Dopiero gdy podjechałem na stację żeby napompować opony, pracownicy zwrócili uwagę, że coś ten bagażnik dziwnie wisi. Było szybkie „dawaj go tu” i po chwili był zespawany. W tej sytuacji pomogli mi sympatyczni Albańczycy. Gdy natomiast zerwałem w Walii linkę od przerzutki i poprosiłem w sklepie o zwykły śrubokręt, usłyszałem że za 8£ mogę to mieć zrobione. Poradziłem sobie sam. Po pięciu minutach linka była zmieniona. Niesmak pozostał.

Następne w kolejce sprzętu są sakwy. Z tyłu od lat korzystam z 50l sakwy Hi Mountain, z której można odpiąć plecak i jest to duży plus. Niestety sakwa wymaga osobnego pokrowca, bo nie jest wodoszczelna i ma tendencje do wpadania w koło bo brak jej sztywności. Sporo z nią miałem problemów. Albo pedałując kopałem w nią nogą albo po przesunięciu do tyłu wpadała w koło.
Przednie sakwy to już inna para kaloszy. Zestaw 30l Mainstream MSX jest niezastąpiony i złego słowa na nie jak dotąd nie powiem. Trwałe, wodoodporne, mocowane na sztywno do bagażnika. Jedyny minus? Brak kieszonek i wszystko w środku jest bardziej chaotycznie poukładane.

img_2323_a

A co w tych sakwach?

Przede wszystkim ubranie. Kurtka i spodnie na deszcz, wiatrówka, ciepła bluza, ciepłe oraz cienkie długie spodnie, koszulki, krótkie spodenki i dwie pary butów. Do tego jakieś zwykłe spodnie i bluza do chodzenia po mieście w luźny dzień lub do samolotu. Nie ma tu większej filozofii ale warto być przygotowanym na każdą pogodę.

W czym śpię?

Od wyjazdu do Patagonii korzystam z namiotu MSR Hubba Hubba HP. Przed zakupem rozważałem jeszcze bliźniaczy namiot Hubba Hubba NX jednak był on wówczas tylko w kolorze białym, a ponadto ściany tropiku były od połowy w górę z siatki i bałem się, że będzie on zbyt przewiewny. Dziś uważam, że był to dobry wybór.
Hubba Hubba HP jest rzeczywiście świetnym namiotem, a o jego zakupie zdecydowała w głównej mierze niska waga. Jest to konstrukcja samonośna, dobrze wentylowana, choć nawet pomimo tego ciężko ustrzec się kondensacji pary. Namiot składa i rozkłada się szybko, jest mały po spakowaniu, a w środku po rozłożeniu jest dużo miejsca. Jego cena jest niestety mniej komfortowa ale planując zakup na lata warto się nad tym zastanowić. Niestety w tym miejscu pojawia się dość duże zastrzeżenie.
Jak obliczyłem, w 2016 roku, od zakupienia Hubba Hubba HP spałem w nim 47 nocy. W czasie pobytu w Wielkiej Brytanii szwy zaczęły puszczać, a podłoga sypialni się odklejać. Na domiar złego złamał się plastik trzymający poprzeczny pałąk stelaża. W niczym od jednak nie ujmował funkcjonalności ale takie rzeczy nie powinny mieć miejsca w namiocie tej klasy. Co gorsze, reklamacja została uznana półtorej miesiąca temu ale nowego namiotu nadal nie otrzymałem. Producent i sprzedawca co kilkanaście dni przysyłają wiadomość by uzbroić się w jeszcze trochę cierpliwości.

img_3404_a_b

Tak jak z przednich sakw jestem wybitnie zadowolony, tak do spania mogę z czystym sumieniem polecić materac Therm-a-rest. Od dwóch lat korzystam z dmuchanego NeoAir Xlite i od tamtej pory spanie w namiocie weszło na wyższy poziom komfortu.

Kuchenka, którą od prawie trzech lat posiadam to Primus OmniLite Ti – wszystkopaliwowa kuchenka tytanowa. Ponownie, gdy przerzuciłem się na gotowanie na benzynie, wzniosłem się na inny poziom. Paliwo jest przede wszystkim tanie, wszędzie dostępne i bardzo wydajne. Odpadł też problem przewożenia kartuszy z gazem w samolocie. Po prostu po wylądowaniu udaję się na najbliższą stację benzynową i kupuję litr paliwa za parę złotych w przeliczeniu i starcza to zwykle na kilka-kilkanaście dni naprawdę intensywnego gotowania. Żadnych półśrodków, oszczędzania czy gotowania na wolnym ogniu.
Dzięki zastosowaniu tytanu kuchenka jest lekka ale moim zdaniem zbyt delikatna i trzeba o nią odpowiednio dbać. W porównaniu z palnikiem gazowym zajmuje również znacznie więcej miejsca. Na domiar złego, po tych trzech latach intensywnego użytkowania palnik zaczął się po prostu kruszyć. Napisałem w tej sprawie do Primusa, gdzie stwierdzili, że jak dotąd spotkali się z czymś takim tylko raz i czy mogę opisać, w jaki sposób użytkowałem kuchenkę. Obiecali wysłać nowy palnik ale analogicznie jak z namiotem; do chwili obecnej niczego nie otrzymałem.
Na tym jednak nie koniec problemów z kuchenką Primusa. O ile w tadżyckich górach Fan zatykanie się mogłem zrozumieć i wytłumaczyć złą jakością paliwa,  o tyle nie rozumiem dlaczego zaczęło tak się dziać w Szkocji. Z dnia na dzień kuchenka spalała paliwo gorzej, zatykała się, a ciśnienie było wręcz znikome i z gotowania na maksa zostało gotowanie przy całkowicie odkręconym zaworze i dające zaledwie wolny ogień. Zagotowanie wody przy takim stanie stawało się powoli niemożliwe. W pewnym momencie nie byłem już jej w stanie wyczyścić przy pomocy dostępnych narzędzi i pewnego deszczowego dnia, po całym dniu jazdy, gdy zmarznięty rozbiłem już namiot i szykowałem się do kolacji kuchenka odmówiła posłuszeństwa. Na kolejne dni zostałem o suchym prowiancie, na którym ciężko mi było uzyskać odpowiednią ilość energii do całodziennej jazdy. Nie była to pierwsza sytuacja, kiedy kuchenka zawiodła bo podobnie stało się w argentyńskiej Patagonii i na chilijskiej Carretera Austral.

Po takich sprzętach, który kosztuje krocie oczekuje się i wymaga znacznie więcej, a gdy zawiedzie na odległym końcu świata, najzwyczajniej skazuje nas na dodatkowy trud, którego przecież za wszelką cenę staramy się uniknąć.

Obowiązkowym sprzętem, który zawsze ze sobą zabieram jest oczywiście aparat – lustrzanka Canon. Z dodatkowych obiektywów i statywu ostatnio rezygnuję.

Jak więc to wszystko ładować w podróży?

W przypadku słonecznej pogody nie mam problemu, bo korzystam z panelu słonecznego, który rzucony na bagażnik przy bezchmurnym niebie osiąga dość dużą sprawność.
Gdy słońce nie dopisuje to wspomagam się dynamem w piaście podłączonym do adaptera, a następnie do telefonu lub baterii od aparatu. Tu już sytuacja nie wygląda tak różowo, bo o ile według producenta ładowanie ma się rozpoczynać już przy zaledwie paru kilometrach na godzinę, to nigdy nie byłem w stanie naładować telefonu, a co najwyżej podładować o parę kresek.

No dobra, a jak to wszystko teraz przewieźć?

O ile ruszamy z domu i wracamy do niego na dwóch kołach to problem nas nie dotyczy. Co jednak zrobić jeśli miejsce naszej wycieczki oddalone jest dużo dalej i bez pociągu, autobusu czy samolotu się nie obejdzie?
Wtedy trzeba się dobrze spakować. Osobiście jestem zwolennikiem pudeł, które można za darmo dostać chyba w każdym sklepie rowerowym (czasem także na niektórych lotniskach). W ten sposób rower jest względnie zabezpieczony i odporny na uszkodzenia. Takie rozwiązanie jest wygodne, gdy ruszamy bezpośrednio z domu. Przy powrocie sytuacja się komplikuje o szukanie pudła i transportowanie całego ciężaru na stację czy lotnisko.

W związku z tym zaopatrzyłem się w torbę-pokrowiec na rower, który złożony waży około 1,5kg i nie zajmuje wiele miejsca w momencie, gdy pozostaje nieużywany.
Do pakowania oczywiście trzeba zdjąć koła, siodełko, przekręcić lub zdjąć kierownicę ale za to do pokrowca mieszczą się sakwy i inny bagaż, dzięki czemu można zaoszczędzić na transporcie.

Z rowerem leciałem do tej pory trzy razy. Za pierwszym razem włoską Alitalią, gdzie obowiązuje limit bagażu 23kg i jedną sztukę stanowiły sakwy spakowane razem do worka marynarskiego, a drugim był niezłożony, nieopakowany rower. Owinąłem go tylko folią i to wystarczyło

British Airways ma podobną politykę, tj. nadawałem dwa bagaże po 23kg każdy, z tym że rower spakowałem do kartonu. Przyznam się, że przekroczyłem wówczas limit wagowy i zamiast 46kg (2x23kg) miałem prawie 60! Udało się bez dopłaty, ponieważ bagaż ponadwymiarowy ciężko zważyć.

Kolejny przelot to WizzAir, gdzie rower spakowałem do torby wraz z sakwami i nadałem jako sprzęt sportowy, a resztę bagażu tradycyjnie. Niestety rower w torbie jest najsłabiej zabezpieczony i należy go samemu uodpornić na wszelakie rzucanie i poniewieranie na lotniskach, co ma szczególne znaczenie podczas przesiadek.

W najbliższej przyszłości czekają mnie prawie 22000km w powietrzu z trzema przesiadkami, więc będzie to tym większy sprawdzian

Podsumowanie

Wielka Brytania ciągnęła mnie ku sobie od dawna. W dużej mierze było to podyktowane ulokowanym gdzieś w mojej głowie obrazem sielskości i egzotyczność. Egzotyczności, ponieważ wyspy na moje oko są bardzo różne od kontynentu – jakby czas się w nich zatrzymał parę epok temu. Te domy, płoty, mosty z kamienia rozrzucone gdzieś wśród pól. To wszystko nadawało im historycznego akcentu. Momentami dało się odczuć w powietrzu atmosferę wyczekiwania, jakby zza zakrętu miał zaraz wyłonić się rycerz na koniu i zajechać do najbliższej gospody na strawę i napitek. Taki nastrój towarzyszył mi podczas całego pobytu.

Dystans, jaki jestem w stanie pokonać w ciągu dnia waha się od powiedzmy 85km do nawet i 176, bo i tyle kiedyś byłem w stanie przejechać jednego długiego dnia. W ciągu tych wielu, bądź niewielu kilometrów, zależy jak na to spojrzeć, zmienia się tak samo – wiele lub niewiele. Monotonia drogi może być uciążliwa i wyczerpująca psychicznie, odbierająca chęć pedałowania. Z kolei, gdy trasa jest ciekawa jedzie się o wiele przyjemniej, kilometry uciekają bardzo szybko i praktycznie co kawałek jest powód by się zatrzymać, zrobić efektowne zdjęcie i najzwyczajniej w świecie delektować się oglądaną sceną. Jadąc rowerem mam też okazję doświadczać danego miejsca w pełni, a nie przez wielki ekran, jakim jest szyba samochodu. Pogoda, która czasem może być uciążliwa, ma też jeden bardzo pozytywny aspekt. Mianowicie jadąc przez jakieś malownicze tereny obserwuję jak się one zmieniają na przestrzeni czasu. Jak wyglądają o świcie, a jak popołudniu. Gdybym jechał samochodem, to dane miejsce zostawiłbym dawno za sobą i nie miał tej możliwości by zobaczyć je o różnych porach. Tak więc nawet jeśli pada i jest nędznie, to jest szansa, że zanim pojadę dalej, będę miał okazję ujrzeć obecne miejsce w nieco lepszej aurze. Między innymi dlatego właśnie jazda to nie tylko biała przerywana lub ciągła linia, koło, kierownica i przednie sakwy przed oczami, ale również, a raczej przede wszystkim widoki, dla których zdecydowałem się wyruszyć.

Tym razem statystyka wygląda tak:

liczba-kilometrow-wielka-brytania

 

Za pomocą aplikacji Sports Tracker zapisywałem ślad trasy z GPS w telefonie.

Poniżej ślad z pierwszego dnia. Następne są do przejrzenia na stronie ST po kliknięciu strzałki w prawo.

Dzień 1: Aberdeen – Cock Bridge

W ciągu 31 jeden dni pokonałem ponad 2600km i tylko 3 dni spędziłem nie pedałując. Ale przecież nie o liczbę przejechanych kilometrów tutaj chodzi tylko przyjemne spędzenie czasu na świeżym powietrzu, zobaczenie, poznanie czegoś nowego, a to udało się doskonale!