Iran w 12 minut

Reklamy

Czarnobyl

Tuż przed podróżą do Azerbejdżanu i Iranu postanowiłem wybrać się po raz kolejny do Kijowa, tym razem by odwiedzić strefę zamkniętą – Czarnobyl.

Z Lwowa do stolicy docieram nocnym pociągiem – plackartnym. To moja ulubiona forma podróżowania po krajach wschodu. Nie dość, że tanio i wygodnie to można się wyspać i zaoszczędzić na czasie przemieszczając się nocą.

Kijów wita mnie pochmurną i chłodną pogodą, a że byłem już w nim parokrotnie to zabijam czas siedząc i czekając, aż będę się mógł zameldować w hostelu.

Popołudniu natomiast ruszam na sentymentalny spacer po mniej lub bardziej znanych miejscach. W przejściu podziemnym pod Majdanem robię zdjęcia do wizy, które jak się potem domyśliłem i tak nie będą potrzebne, ale za taką cenę na pewno i tak kiedyś się przydadzą. Wieczór spotykam się ze znajomymi na przepyszne grzane wino. Grzane wino czyli glintwej (глінтвейн) po ukraińsku to słowo klucz. Warto zapamiętać! Tego lokalu, do któego się udajemy jeszcze nie znałem ale na pewno będę tu częściej zaglądał gdy powrócę pewnego dnia do Kijowa. A propos powrotów to na lunch wpadam do znanej z poprzedniej wizyty knajpki na przepysznego burgera z herbatą imbirową.

Nazajutrz natomiast główny cel mojej wizyty w Kijowie, czyli wycieczka do Czarnobyla.

Obecnie dostanie się do zony stało się bardzo proste i odbywa się właśnie w formie wycieczek. Kosztują one moim zdaniem niemało (od 100$) ale uważam, że zdecydowanie warto. Jesień jest ku temu jedną z lepszych pór roku, bo nie ma liści na drzewach i wszystkie obiekty są dobrze widoczne. Jedynym minusem jest temperatura i krótki dzień. Osobiście polecałbym marzec, gdy jest już cieplej, a nadal bez liści.

By wjechać do strefy zamkniętej należy przejść przez kontrolę. Podczas pierwszej z nich sprawdzane są paszporty i dane na liście przepustek. Te muszą się zgadzać. Jest sobota, więc ludzi chcących wjechać jest naprawdę dużo i zajmuje nam to paręnaście minut. Przy następnych checkpointach idzie szybciej i już tylko przewodnik wychodzi z busa.

Bardzo się spieszyłem by zwiedzić Czarnobyl i zobaczyć reaktor zanim zostanie na niego nasunięty obecnie budowany sarkofag. Niestety praktycznie się spóźniłem, bo od dnia, w którym przyjechałem droga prowadząca obok sarkofagu została zamknięta i rozpoczęły się przygotowania do przyjęcia vipów i nasunięcia sarkofagu na reaktor. Plusem tej całej sytuacji był fakt, że dzięki temu przejechaliśmy przez czerwony las, który dotąd był zamknięty dla turystów, ponieważ… był zbyt niebezpieczny. Jak to dobrze, że z dnia na dzień stał się bezpieczny.

Kilka osób z grupy miało wypożyczone dozymetry i mierzyło promieniowanie. Przez większą część czasu było ono niższe niż w Kijowie, a wszystko dlatego, że podczas katastrofy cały wiatr zniósł radioaktywną chmurę na Białoruś. Drugim powodem było to, że Czarnobyl został dokładnie wyczyszczony. Położono nową nawierzchnię, ściągnięto pół metra ziemi i przygotowano Prypeć do ponownego zamieszkania. Do tego ostatniego niestety nigdy nie doszło, ponieważ pomimo, że promieniowanie jest praktycznie znikome i odwiedzanie Czarnobyla nie stanowi zagrożenia dla zdrowia, o tyle nie nadawało się ono do stałego przebywania. Jednak do trzydziestokilometrowej strefy obecnie dopuszczono już kobiety w ciąży i tak naprawdę sporo ludzi ją zamieszkuje. Głownie są to pracownicy w jakiś sposób powiązani z elektrownią i budową sarkofagu.

Tak więc jedynie w czerwonym lesie i tak zwanych hot spotach liczniki Geigera odzywają się i zaczynają piszczeć. Od czasu do czasu sprawdzamy podejrzane przedmioty i miejsca w poszukiwaniu zwiększonego promieniowania ale nawet porzucone, obrośnięte mchem buty zdają się nie być napromieniowane. Wyjątkiem jest tutaj ogromny metalowy chwytak, którym podnoszono skażony materiał i wewnątrz niego licznik pokazywał nawet ponad 150μS.

Podczas wycieczki zwiedzamy opuszczone miasto Prypeć. Ulica, która obecnie prowadzi do i przez miasto mieści ledwo jednego busa. Ze zdziwieniem słuchamy, że kiedyś to była droga dwupasmowa. Wszystko przez te trzydzieści lat zdążyło doszczętnie zarosnąć.

Wchodzimy między innymi do teatru, kina, oglądamy portrety radzieckich przywódców, które nadal oczekują na swoją paradę majową. Tak samo jak i wesołe miasteczko nigdy nie oddane do użytku. Wszystko to miało się odbyć już za parę dni. Niestety katastrofa pokrzyżowała plany. Budynki i mieszkania są bardzo zniszczone. Pozostało w nich tylko sporo szkła, gruzu i co najwyżej puste szafki. To niestety nie skutki katastrofy tylko turystów, którzy od wielu lat przyciąga Czarnobyl.

20161112_133806-01

W przedszkolu i szkole straszą poukładane w dziwne pozy lalki, zeszyty i puste szafki. Basen o dziwo był czynny do 1998 roku i służył pracownikom elektrowni, bo ta nie została zamknięta od razu po wybuchu tylko pracowała z powodzeniem do roku 2000. Została zamknięta z powodu europejskich nacisków. Ukraina w każdym razie tylko na tym skorzystała, bo ukończony nowy sarkofag kosztował prawie miliard dolarów i został pokryty z pieniędzy unijnych. Do tego Ukraińcy otrzymali nowe reaktory w innych swoich elektrowniach.

20161112_150204-01

20161112_150119-0120161112_140340-0120161112_140700-01

20161112_145151-01

Pod koniec przechadzki po mieście wchodzimy jeszcze na 16 piętro wieżowca, skąd rozpościera się panorama na całe Polesie aż po Białoruś, a także na reaktor i Oko Moskwy. Do tego ostatniego także się udajemy. Tak naprawdę po dziś dzień nie wiadomo w jakim celu zostało ono zbudowane jednak przypuszcza się, że był to radar zdolny wykryć rakiety balistycznych dalekiego zasięgu. Oko Moskwy (Douga 3, Chernobyl 2) to tylko odbiornik. Nadajnik znajduje się 60km dalej.

20161112_161329-0120161112_161059-01

20161112_142239-01

Pomimo, że Czarnobyl jest strefą wyłączoną to po dziś dzień zamieszkują ją ludzie. Są to głównie ci, którzy zostali stąd wysiedleni i powrócili do swoich domów. Pozwolono im zostać pod warunkiem, że mają więcej niż 60 lat i są na emeryturze. O dziwo średnia ich życia jest wyższa niż w reszcie kraju i generalnie cieszą się oni dobrym zdrowiem.

Pomimo skażenia zonę zamieszkuje 300 wilków, które żyją sobie w niej nie niepokojone przez człowieka – jest to największa populacja tego gatunku na jednym obszarze.

 

 

Wiza do Azerbejdżanu

Lecąc do Iranu mam kilkonastogodzinną przesiadkę w Baku – stolicy Azerbejdżanu. Aby nie utknąć na lotnisku postarałem się zawczasu o wizę tranzytową, która umożliwi mi zwiedzenie miasta.

Uzyskanie azerskiej wizy tranzytowej jest znacznie prostsze niż turystycznej, choć i w przypadku tej drugiej sytuacja zmierza ku lepszemu tj. o ile mam aktualne informacje to można starać się o e-wizę poprzez system internetowy ASAN, który ma rzekomo zacząć działać od 10 stycznia 2017 r.
Mnie niestety w październiku czekała jeszcze wycieczka do ambasady w Warszawie z paszportem, zdjęciem i 20$. Tranzytowa wiza jest ważna przez pięć dni i bardzo łatwa do uzyskania także mając w planach krótszą czy dłuższą przesiadkę w Azerbejdżanie zdecydowanie polecam, bo Baku jest tego warte!

Słuchawka prysznicowa hansgrohe PowderRain – recenzja

Od kilkunastu dni w ramach projektu mam okazję testować słuchawkę prysznicową hansgrohe PowderRain z trzema trybami lania strumienia wody. Przyznam, że czas ku temu jest idealny. Po pierwsze, ponieważ moja stara słuchawka zaczęła przeciekać, a po drugie właśnie wróciłem z długiej wędrówki po górach i masaż ramion oraz pleców za pomocą mocnego strumienia wody jest idealny. Trzy tryby strumienia wody dają poza tym ciekawą różnorodność i urozmaicenie. W dodatku jest porządnie wykonana, wygląda bardzo elegancko i świetnie pasuje do naszej łazienki.

Główkę prysznicową hansgrohe Raindance Select S z PowderRain wyróżnia 3 rodzaje strumienia:

  • WhirlAir – uwolni napięcie i uspokoi mięśnie, dzięki skoncentrowanej technologii masażu
  • Rain – pozwoli zanurzyć się w deszczu stymulujących skórę kropelek wody
  • PowderRain – zrelaksuje Twoją skórę tysiącem drobnych i jedwabistych mikro-kropelek

Strumień PowderRain:

– jest cichszy 
Delikatny strumień prysznicowy zapewnia wyjątkową w swoim rodzaju, odprężającą przyjemność w kontakcie z wodą, ponieważ jest cichy. Ekspertom z laboratorium dźwięku hansgrohe udało się znacząco obniżyć poziom słyszalności prysznica. Aby podczas codziennej pielęgnacji ciała możliwy był absolutny odpoczynek.

– umożliwia skuteczne mycie włosów 
Dzięki znacząco zwiększonej ilości kropel ten strumień jest nie tylko delikatny, ale także skuteczny. Za jego pomocą mydło i szampon można spłukać doskonale.

– jest oszczędny i ekologiczny 
W przypadku PowderRain zredukowano zużycie wody. W ten sposób podczas kąpieli pod prysznicem można zaoszczędzić nawet 20 procent wody i energii.

Co nieco o sprzęcie

Temat sprzętu jest bardzo subiektywny, ponieważ w dużej części zależy również od potrzeb i osobistych preferencji. Co zostawić, co zabrać i czy lepiej jechać na lekko czy może warto zabrać więcej, by mieć spokojną głowę.

Nie mniej jednak najważniejszym na wyprawie rowerowej jest.. rower. Mój to kilkuletni Giant z 27 biegowym zestawem Shimano Deore. Im więcej przerzutek tym lepiej, ponieważ jazda ciężkim, obładowanym rowerem wymaga częstszego, czasem nieustannego ich zmieniania, więc jest to dość istotna kwestia. Drugą ważną rzeczą są hamulce – w końcu warto się czasem zatrzymać, a wyhamowanie takiej masy nie zawsze jest proste. Nie używam tarczowych, a szkoda bo czasem od naciskania klamek hamulców bolą ręce.
Opony to kwestia terenu, po którym zamierzam jeździć, a że prawie zawsze jest to asfalt, więc wystarczają zwykłe. Od pewnego czasu wożę też zapasową, po tym jak na jednym z wyjazdów musiałem w ciągu kilku dni wymienić obie opony. Obecne, pomimo że już bardzo zdarte spisują się nieźle. Wydłubałem z nich nawet 4mm kawałek szkła i po dziś dzień ani jednego przebicia.

Warto zwrócić uwagę na bagażnik, bo na nim spiera się cały ciężar naszego bagażu. Na jednej z poprzednich wyjazdów złamałem bagażnik aluminiowy, który mimo wszystko z powodzeniem służył mi dalej. W tym roku złamałem ciężki bagażnik stalowy i… nie zauważyłem tego. Dopiero gdy podjechałem na stację żeby napompować opony, pracownicy zwrócili uwagę, że coś ten bagażnik dziwnie wisi. Było szybkie „dawaj go tu” i po chwili był zespawany. W tej sytuacji pomogli mi sympatyczni Albańczycy. Gdy natomiast zerwałem w Walii linkę od przerzutki i poprosiłem w sklepie o zwykły śrubokręt, usłyszałem że za 8£ mogę to mieć zrobione. Poradziłem sobie sam. Po pięciu minutach linka była zmieniona. Niesmak pozostał.

Następne w kolejce sprzętu są sakwy. Z tyłu od lat korzystam z 50l sakwy Hi Mountain, z której można odpiąć plecak i jest to duży plus. Niestety sakwa wymaga osobnego pokrowca, bo nie jest wodoszczelna i ma tendencje do wpadania w koło bo brak jej sztywności. Sporo z nią miałem problemów. Albo pedałując kopałem w nią nogą albo po przesunięciu do tyłu wpadała w koło.
Przednie sakwy to już inna para kaloszy. Zestaw 30l Mainstream MSX jest niezastąpiony i złego słowa na nie jak dotąd nie powiem. Trwałe, wodoodporne, mocowane na sztywno do bagażnika. Jedyny minus? Brak kieszonek i wszystko w środku jest bardziej chaotycznie poukładane.

img_2323_a

A co w tych sakwach?

Przede wszystkim ubranie. Kurtka i spodnie na deszcz, wiatrówka, ciepła bluza, ciepłe oraz cienkie długie spodnie, koszulki, krótkie spodenki i dwie pary butów. Do tego jakieś zwykłe spodnie i bluza do chodzenia po mieście w luźny dzień lub do samolotu. Nie ma tu większej filozofii ale warto być przygotowanym na każdą pogodę.

W czym śpię?

Od wyjazdu do Patagonii korzystam z namiotu MSR Hubba Hubba HP. Przed zakupem rozważałem jeszcze bliźniaczy namiot Hubba Hubba NX jednak był on wówczas tylko w kolorze białym, a ponadto ściany tropiku były od połowy w górę z siatki i bałem się, że będzie on zbyt przewiewny. Dziś uważam, że był to dobry wybór.
Hubba Hubba HP jest rzeczywiście świetnym namiotem, a o jego zakupie zdecydowała w głównej mierze niska waga. Jest to konstrukcja samonośna, dobrze wentylowana, choć nawet pomimo tego ciężko ustrzec się kondensacji pary. Namiot składa i rozkłada się szybko, jest mały po spakowaniu, a w środku po rozłożeniu jest dużo miejsca. Jego cena jest niestety mniej komfortowa ale planując zakup na lata warto się nad tym zastanowić. Niestety w tym miejscu pojawia się dość duże zastrzeżenie.
Jak obliczyłem, w 2016 roku, od zakupienia Hubba Hubba HP spałem w nim 47 nocy. W czasie pobytu w Wielkiej Brytanii szwy zaczęły puszczać, a podłoga sypialni się odklejać. Na domiar złego złamał się plastik trzymający poprzeczny pałąk stelaża. W niczym od jednak nie ujmował funkcjonalności ale takie rzeczy nie powinny mieć miejsca w namiocie tej klasy. Co gorsze, reklamacja została uznana półtorej miesiąca temu ale nowego namiotu nadal nie otrzymałem. Producent i sprzedawca co kilkanaście dni przysyłają wiadomość by uzbroić się w jeszcze trochę cierpliwości.

img_3404_a_b

Tak jak z przednich sakw jestem wybitnie zadowolony, tak do spania mogę z czystym sumieniem polecić materac Therm-a-rest. Od dwóch lat korzystam z dmuchanego NeoAir Xlite i od tamtej pory spanie w namiocie weszło na wyższy poziom komfortu.

Kuchenka, którą od prawie trzech lat posiadam to Primus OmniLite Ti – wszystkopaliwowa kuchenka tytanowa. Ponownie, gdy przerzuciłem się na gotowanie na benzynie, wzniosłem się na inny poziom. Paliwo jest przede wszystkim tanie, wszędzie dostępne i bardzo wydajne. Odpadł też problem przewożenia kartuszy z gazem w samolocie. Po prostu po wylądowaniu udaję się na najbliższą stację benzynową i kupuję litr paliwa za parę złotych w przeliczeniu i starcza to zwykle na kilka-kilkanaście dni naprawdę intensywnego gotowania. Żadnych półśrodków, oszczędzania czy gotowania na wolnym ogniu.
Dzięki zastosowaniu tytanu kuchenka jest lekka ale moim zdaniem zbyt delikatna i trzeba o nią odpowiednio dbać. W porównaniu z palnikiem gazowym zajmuje również znacznie więcej miejsca. Na domiar złego, po tych trzech latach intensywnego użytkowania palnik zaczął się po prostu kruszyć. Napisałem w tej sprawie do Primusa, gdzie stwierdzili, że jak dotąd spotkali się z czymś takim tylko raz i czy mogę opisać, w jaki sposób użytkowałem kuchenkę. Obiecali wysłać nowy palnik ale analogicznie jak z namiotem; do chwili obecnej niczego nie otrzymałem.
Na tym jednak nie koniec problemów z kuchenką Primusa. O ile w tadżyckich górach Fan zatykanie się mogłem zrozumieć i wytłumaczyć złą jakością paliwa,  o tyle nie rozumiem dlaczego zaczęło tak się dziać w Szkocji. Z dnia na dzień kuchenka spalała paliwo gorzej, zatykała się, a ciśnienie było wręcz znikome i z gotowania na maksa zostało gotowanie przy całkowicie odkręconym zaworze i dające zaledwie wolny ogień. Zagotowanie wody przy takim stanie stawało się powoli niemożliwe. W pewnym momencie nie byłem już jej w stanie wyczyścić przy pomocy dostępnych narzędzi i pewnego deszczowego dnia, po całym dniu jazdy, gdy zmarznięty rozbiłem już namiot i szykowałem się do kolacji kuchenka odmówiła posłuszeństwa. Na kolejne dni zostałem o suchym prowiancie, na którym ciężko mi było uzyskać odpowiednią ilość energii do całodziennej jazdy. Nie była to pierwsza sytuacja, kiedy kuchenka zawiodła bo podobnie stało się w argentyńskiej Patagonii i na chilijskiej Carretera Austral.

Po takich sprzętach, który kosztuje krocie oczekuje się i wymaga znacznie więcej, a gdy zawiedzie na odległym końcu świata, najzwyczajniej skazuje nas na dodatkowy trud, którego przecież za wszelką cenę staramy się uniknąć.

Obowiązkowym sprzętem, który zawsze ze sobą zabieram jest oczywiście aparat – lustrzanka Canon. Z dodatkowych obiektywów i statywu ostatnio rezygnuję.

Jak więc to wszystko ładować w podróży?

W przypadku słonecznej pogody nie mam problemu, bo korzystam z panelu słonecznego, który rzucony na bagażnik przy bezchmurnym niebie osiąga dość dużą sprawność.
Gdy słońce nie dopisuje to wspomagam się dynamem w piaście podłączonym do adaptera, a następnie do telefonu lub baterii od aparatu. Tu już sytuacja nie wygląda tak różowo, bo o ile według producenta ładowanie ma się rozpoczynać już przy zaledwie paru kilometrach na godzinę, to nigdy nie byłem w stanie naładować telefonu, a co najwyżej podładować o parę kresek.

No dobra, a jak to wszystko teraz przewieźć?

O ile ruszamy z domu i wracamy do niego na dwóch kołach to problem nas nie dotyczy. Co jednak zrobić jeśli miejsce naszej wycieczki oddalone jest dużo dalej i bez pociągu, autobusu czy samolotu się nie obejdzie?
Wtedy trzeba się dobrze spakować. Osobiście jestem zwolennikiem pudeł, które można za darmo dostać chyba w każdym sklepie rowerowym (czasem także na niektórych lotniskach). W ten sposób rower jest względnie zabezpieczony i odporny na uszkodzenia. Takie rozwiązanie jest wygodne, gdy ruszamy bezpośrednio z domu. Przy powrocie sytuacja się komplikuje o szukanie pudła i transportowanie całego ciężaru na stację czy lotnisko.

W związku z tym zaopatrzyłem się w torbę-pokrowiec na rower, który złożony waży około 1,5kg i nie zajmuje wiele miejsca w momencie, gdy pozostaje nieużywany.
Do pakowania oczywiście trzeba zdjąć koła, siodełko, przekręcić lub zdjąć kierownicę ale za to do pokrowca mieszczą się sakwy i inny bagaż, dzięki czemu można zaoszczędzić na transporcie.

Z rowerem leciałem do tej pory trzy razy. Za pierwszym razem włoską Alitalią, gdzie obowiązuje limit bagażu 23kg i jedną sztukę stanowiły sakwy spakowane razem do worka marynarskiego, a drugim był niezłożony, nieopakowany rower. Owinąłem go tylko folią i to wystarczyło

British Airways ma podobną politykę, tj. nadawałem dwa bagaże po 23kg każdy, z tym że rower spakowałem do kartonu. Przyznam się, że przekroczyłem wówczas limit wagowy i zamiast 46kg (2x23kg) miałem prawie 60! Udało się bez dopłaty, ponieważ bagaż ponadwymiarowy ciężko zważyć.

Kolejny przelot to WizzAir, gdzie rower spakowałem do torby wraz z sakwami i nadałem jako sprzęt sportowy, a resztę bagażu tradycyjnie. Niestety rower w torbie jest najsłabiej zabezpieczony i należy go samemu uodpornić na wszelakie rzucanie i poniewieranie na lotniskach, co ma szczególne znaczenie podczas przesiadek.

W najbliższej przyszłości czekają mnie prawie 22000km w powietrzu z trzema przesiadkami, więc będzie to tym większy sprawdzian

Podsumowanie

Wielka Brytania ciągnęła mnie ku sobie od dawna. W dużej mierze było to podyktowane ulokowanym gdzieś w mojej głowie obrazem sielskości i egzotyczność. Egzotyczności, ponieważ wyspy na moje oko są bardzo różne od kontynentu – jakby czas się w nich zatrzymał parę epok temu. Te domy, płoty, mosty z kamienia rozrzucone gdzieś wśród pól. To wszystko nadawało im historycznego akcentu. Momentami dało się odczuć w powietrzu atmosferę wyczekiwania, jakby zza zakrętu miał zaraz wyłonić się rycerz na koniu i zajechać do najbliższej gospody na strawę i napitek. Taki nastrój towarzyszył mi podczas całego pobytu.

Dystans, jaki jestem w stanie pokonać w ciągu dnia waha się od powiedzmy 85km do nawet i 176, bo i tyle kiedyś byłem w stanie przejechać jednego długiego dnia. W ciągu tych wielu, bądź niewielu kilometrów, zależy jak na to spojrzeć, zmienia się tak samo – wiele lub niewiele. Monotonia drogi może być uciążliwa i wyczerpująca psychicznie, odbierająca chęć pedałowania. Z kolei, gdy trasa jest ciekawa jedzie się o wiele przyjemniej, kilometry uciekają bardzo szybko i praktycznie co kawałek jest powód by się zatrzymać, zrobić efektowne zdjęcie i najzwyczajniej w świecie delektować się oglądaną sceną. Jadąc rowerem mam też okazję doświadczać danego miejsca w pełni, a nie przez wielki ekran, jakim jest szyba samochodu. Pogoda, która czasem może być uciążliwa, ma też jeden bardzo pozytywny aspekt. Mianowicie jadąc przez jakieś malownicze tereny obserwuję jak się one zmieniają na przestrzeni czasu. Jak wyglądają o świcie, a jak popołudniu. Gdybym jechał samochodem, to dane miejsce zostawiłbym dawno za sobą i nie miał tej możliwości by zobaczyć je o różnych porach. Tak więc nawet jeśli pada i jest nędznie, to jest szansa, że zanim pojadę dalej, będę miał okazję ujrzeć obecne miejsce w nieco lepszej aurze. Między innymi dlatego właśnie jazda to nie tylko biała przerywana lub ciągła linia, koło, kierownica i przednie sakwy przed oczami, ale również, a raczej przede wszystkim widoki, dla których zdecydowałem się wyruszyć.

Tym razem statystyka wygląda tak:

liczba-kilometrow-wielka-brytania

 

Za pomocą aplikacji Sports Tracker zapisywałem ślad trasy z GPS w telefonie.

Poniżej ślad z pierwszego dnia. Następne są do przejrzenia na stronie ST po kliknięciu strzałki w prawo.

Dzień 1: Aberdeen – Cock Bridge

W ciągu 31 jeden dni pokonałem ponad 2600km i tylko 3 dni spędziłem nie pedałując. Ale przecież nie o liczbę przejechanych kilometrów tutaj chodzi tylko przyjemne spędzenie czasu na świeżym powietrzu, zobaczenie, poznanie czegoś nowego, a to udało się doskonale!

 

Anglia

Do Anglii, a dokładniej do Kumbrii – jednego z najpopularniejszych turystycznych regionów kraju wjeżdżamy od północnego-zachodu. Park Narodowy Lake District, który będzie stanowił cel naszej wizyty w tej części Anglii to kraina lasów i jezior. Tego nie mogliśmy ominąć.

img_3001_a

img_2982_a

Park Narodowy Lake District

 

img_2997_a

Nasz gospodarz Tom, który ugościł nas na kolejną noc w trakcie wycieczki, opowiada nam o okolicy, a na koniec odprowadza nas na swoim rowerze ładnych paręnaście kilometrów w głąb parku i pokazuje boczne drogi, którymi spokojnie jedziemy dalej. Niektóre z nich są tak bardzo boczne, że drogę zagradzają pozamykane na skobel furtki, które zapobiegają rozchodzeniu się owiec poza wyznaczony teren. Nie stanowi to jednak żadnego problemu, po prostu trzeba zejść z roweru, otworzyć bramkę, przejechać i zamknąć ją za sobą lub po prostu puścić luźno by zamknęła się sama.img_2978_a

Od zachodu objeżdżamy jezioro Windermere. Z tej strony jest jakby mniej turystów, a ruch samochodowy znikomy. Wzdłuż dróg ciągną się kamienne murki, wysokie żywopłoty, a gdzieś między tym wszystkim odnajdujemy krzaki jeżyn pełne owoców. Jest ich tak dużo, że można czerpać garściami. Zbieram na zapas – będą do kisielu na wieczorną kolację.

img_3008_aimg_3006_a

Mam wrażenie, że w Anglii każda droga, pole, posesja są ogrodzone kamiennym murem. Zauważalnie więcej ich tu jest aniżeli w Szkocji. Zmieniło się też obowiązujące prawo, niestety na naszą niekorzyść. O ile Szkocja dopuszcza nocowanie na dziko, nawet na tych ogrodzonych polach, o tyle w Anglii nie jest to uregulowane prawnie i jakby bardziej nielegalne. Oczywiście nie jest to problem w przypadku chęci rozbici namiotu na jedną noc w ustronnym miejscu, ale powoduje zwiększony niepokój jak taka sytuacja może zostać odebrana.

Za Lake District rozdzielamy się z Ewą i kontynuuję jazdę samotnie w kierunku wschodnim. Chcę jeszcze przejechać przez Park Narodowy Yorkshire Dales, który swoją drogą bardzo mi się podoba. Niby nic takiego, zwykłe wzgórza, wioski przecięte wąską drogą, ale atmosfera jaką odczuwam jest nieprzeciętna. Ponownie pola, lasy, pagórki, pasące się owce, domy zbudowane z kamienia pamiętające nierzadko czasy kilka wieków wstecz i wszystko to otoczone kamiennymi murkami. Od czasu do czasu przez takie brukowane wioski przepływa mały potok, a nad nim rozciąga się, jakżeby inaczej – kamienny most spinający dwa brzegi. Choć bywało też tak, że droga przecinała strumyk i prowadziła przez najprawdziwszy bród i po prostu przejeżdżałem wtedy przez wodę.

img_3052_a

img_3024_a

Dent

img_3025_aimg_3038_a

img_3042_a

Park Narodowy Yorkshire Dales

img_3041_a

Yorkshire Dales

Mimo, że droga wiedzie pod górę to jestem bardzo zachwycony okolicą. Myślę, że jadąc autem nie byłbym w stanie tego tak odebrać, bo na rowerze mam okazję delektować się okolicą przez kilka godzin. Tyle właśnie czasu potrzebuję by przejechać przez sporą część parku. Autem natomiast przeciąłbym go w parę minut i nawet nie zauważył tego, co wyłapałem różnymi zmysłami jadąc rowerem.

Szczęśliwie się składa, że moi znajomi mieszkający od paru lat w Australii są obecnie w domu, w okolicach Manchesteru i właśnie jadą na wakacje do Szkocji.  Mamy zatem okazję się spotkać. Od dwóch tygodni, tzn. odkąd tylko przyleciałem do Zjednoczonego Królestwa planowaliśmy jak i gdzie się umówić tak abyśmy zdążyli się spotkać przed ich wyjazdem na urlop. Udaje nam się właśnie po drodze, tuż przy Yorkshire Dales. Matta dostrzegam jeszcze zanim zdążył zaparkować. Ze swoimi jasnymi włosami rzuca się w oczy. Poza tym, ile aut w Anglii ma na dachu deskę do surfowania?

Żadne z nas nie ma dużo czasu, ale dość szybko nadrabiamy zaległości w rozmowie. Szczęśliwie się składa, że Matt i Yilang lecą w październiku do Nowej Zelandii na kilka miesięcy, więc będzie kolejna szansa na spotkanie. Oby tym razem dłuższe.

Manchester decyduję się ominąć żeby już nie dokładać sobie drogi ale z ciekawości decyduję się na Liverpool. Szczerze mówiąc szybko tej decyzji żałuję. Nie dlatego żeby Liverpool był jakimś odrażającym i paskudnym miejscem, bo tak nie jest, ale dlatego, że jazda załadowanym rowerem po mieście nie należy do najprzyjemniejszych. Ahh, czy wspomniałem już, że środkowa zębatka z przodu jest tak zużyta, że łańcuch jej prawie nie łapie i muszę sobie radzić naokoło? Ano właśnie. To także utrudnia szybkie ruszanie spod świateł.

img_3056_a

Liverpool

img_3057_aimg_3058_a

img_3061_a

Albert Dock

img_3070_aimg_3073_a

Co do samego Liverpoolu to przejeżdżam tylko przez Albert Dock i oglądam nabrzeże. Wszędzie czuć ducha Beatlesów, którzy wydaje się jakby tutaj byli szczególnie nieśmiertelni.

Wyjazd z miasta, a raczej przeprawa przez rzekę Mersey nie jest możliwa, bo dwa tunele, które prowadzą na drugą stronę są stricte tylko dla ruchu samochodowego. Zostaje mi więc prom na drugi brzeg. Z poziomu wody mam jeszcze jedną, ostatnią okazję obserwować nabrzeże wraz z budynkami, które teraz ładnie prezentują się w popołudniowym świetle.

Droga do Chester, bo tam właśnie zmierzam przed odbiciem w stronę Walii upływa mi bardzo dobrze i w mieście melduję się jakieś dwie godziny później. Zatrzymuję się na chwilę by rozejrzeć się po centrum i ruszam w stronę Walii.

img_3102_a

Chester

img_3094_a

Drugi raz ponownie do Anglii wjeżdżam od strony Chepstow przez most Severn, po którym na szczęście prowadzi ścieżka rowerowa. Dopiero potem sprawa się komplikuje i nie ma jednej prostej drogi by ominąć Bristol. Całe szczęście, że ścieżka rowerowa ciągnie się dalej i całkiem sprawnie nie tylko wjeżdżam nią do miasta, ale i z niego wyjeżdżam. Ponadto między Bristolem, a Bath poprowadzono kolejną ścieżkę rowerową w miejsce starej linii kolejowej. Ruch jaki na niej panuje jest przeogromny. Każdy dokądś pędzi.

img_3449_a

Katedra w Bath

img_3445_a

Kolejka do łaźni rzymskich w Bath

img_3448_a

Pierwotnie planowałem zjechać trochę na południe i zobaczyć Stonehenge. Byłem już nawet bardzo blisko, bo zaledwie 20km ale zrezygnowałem i zmieniłem plany. Po pierwsze, poprzedni dzień dał mi trochę w kość i nie dość, że przemokłem po prawie pół dnia jazdy w deszczu to na koniec dnia kuchenka całkowicie odmówiła posłuszeństwa i zamiast ciepłej kolacji, na którą ostrzyłem sobie już wcześniej zęby zostałem o suchym prowiancie. Już wcześniej były problemy ze słabym ciśnieniem podczas gotowania i zapychała się. Tym razem jednak wygląda na to, że zapchała się na stałe i żadne czyszczenie nie pomaga. Jakby tego było mało to podczas rozkładania i naciągania namiotu na silnym wietrze złamał się jeden plastik stabilizujący stelaż poprzeczny. Niby drobiazg, ale w namiocie takiej klasy nie powinno się coś takiego stać.

img_3489_aimg_3495_aimg_3670_a

Niebo wygląda jakby zaraz znów miało zacząć padać, więc rezygnuję ze Stonehenge i wybieram The Cotswolds – obszar o wybitnym pięknie naturalnym (AONB – Area of Outstanding Beauty). W skład tego obszaru wchodzi wiele wiosek i miasteczek na terenie Zjednoczonego Królestwa, które podlegają specjalnej ochronie. Wioski te rozrzucone są wśród pofalowanych wzgórz południowo-środkowej Anglii i zwykle zbudowane są z kamienia. Z początku nie mogłem zrozumieć co to jest to całe Cotswolds i gdzie je znajdę. Dopiero po czasie pojąłem, że to jest to wszystko, co dookoła. W skład AONB wchodzą między innymi takie perełki jak Stow-on-The-Wold, Bibury ze swoją Arlington Row, Burford, Cirencester, Moreton-in-Marsh czy Bradford on Avon. Wszystkie są przepiękne i gdyby nie samochody to można by pomyśleć, że czas się w nich zatrzymał. Nie jestem w stanie oddać ducha tego miejsca, dlatego wspomogę się zdjęciami, które lepiej przedstawiają to, o czym piszę.

img_3636_a

img_3454_a

img_3646_a

img_3461_a

Bradford upon Avon

img_3466_a

img_3501_a

Cirencester

img_3505_a

img_3506_a

Bibury

img_3514_a

img_3521_a

Arlington Row, Bibury

img_3528_a

img_3557_a

Burford

img_3616_a

img_3627_a

Chipping Campden

img_3632_a

 

Tak naprawdę The Cotswolds było prawie ostatnim miejscem podczas mojego wyjazdu, które chciałem zobaczyć i kończę powoli zygzakowanie po Wielkiej Brytanii i zmierzam ku końcowi. Przejeżdżam jeszcze przez Oxford i zbliżam się powoli do Londynu. Ostatnie dni, odkąd kuchenka przestała działać były wyjątkowo ciężkie. Nie byłem w stanie się wystarczająco odżywić by mieć siły na długą i ciężką jazdę, a na domiar złego męczyły mnie jakieś bóle brzucha. Dobrze, że bez kuchenki zostałem tylko na ostatnich parę dni, a nie już na początku, w odludnej Szkocji.
W Londynie korzystam z ogromnej uprzejmości i gościnności znajomej, u której się zatrzymuję. Lokalizacja jest wręcz idealna bo przyjeżdżam od zachodu, więc nie muszę przedzierać się przez całe miasto tylko od razu jestem na miejscu. Co więcej, po dwóch dniach zwiedzania na piechotę Londynu dojazd na lotnisko Luton także jest prosty – praktycznie spod samego domu wiedzie ścieżka rowerowa.

img_3738_a

Westminster Abbey

img_3746_a

Westminster

img_3747_a

Big Ben

img_3755

Big Ben i Westminster

img_3757_d

London Eye

img_3758_a

img_3767_a

img_3776_a

Tower Bridge

img_3784_a

img_3680_a

Camden Town

img_3683_a

img_3705_a

Camden Town

img_3715_aimg_3737_a

 

Pierwszego dnia, gdy przyleciałem do Wielkiej Brytanii padał deszcz. Ostatniego dnia, gdy jadę na lotnisko znów pada. Nie mnie jednak nie mam co narzekać na pogodę, bo generalnie było bardzo pogodnie, a poza tymi dwoma dniami padało mi jeszcze dwa razy. Jak na ponad miesiąc jazdy to chyba jest to dobra statystyka.

Po całym dniu jazdy przez las wszystko jest z błota, więc czyszczenie, rozkręcanie i pakowanie wszystkiego do torby zajmuje mi prawie półtorej godziny. Na szczęście nie mam problemów ze sporą ilością bagażu podczas odprawy i wszystko przebiegło bezproblemowo. Mogę wracać.