2007.06.23 – 12.07 – Finlandia, Wyspy Alandzkie, Szwecja

Pomysł Wyjazdu do Finlandii zrodził się dość dawno. Może było to już w chwili gdy pierwszy raz byliśmy w Szwecji, i przekonała ona nas do siebie swą ciszą, spokojem, zaskoczyła pustką na ulicach i onieśmieliła nieustającym słońcem. Może to już wtedy wiedzieliśmy, że będziemy chcieli tam wrócić, zobaczyć wszystko to samo, tyle że w nowym wydaniu. I oto jest,  pomysł na spędzenie wakacji „Jedźmy do Finlandii”. Dobra. Czemu nie.

Nie wiem dlaczego wybór padł na Finlandię, a nie na inny kraj Skandynawski, ale to nie miało znaczenia. Pomysł był trafny.

I tym sposobem gdy czas wakacje zbliżał się po cichu, oraz gdy można było sprecyzować dokładniej termin wyjazdu rozpoczęły się przygotowania. Przede wszystkim dokonanie rezerwacji, obdzwanianie fińskich kampingów w okolicach Helsinek, Tampere i Turku, aby znaleźć jakieś wolne miejsca. Z pomocą przyszedł Internet, gdzie można było znaleźć wiele przydatnych stron z kampingami nie tylko w Finlandii ale i w całej Europie, na których to można było sprecyzować zakres poszukiwań od większego regionu do małego obszaru wokół poszczególnych miast i miasteczek. Ponadto większość kampingów, jeśli nie wszystkie oraz większość bazy noclegowej mają swoje strony w Internecie z wyszczególnionymi cenami w sezonach letnim i zimowym. Większość przynajmniej w języku angielskim, a nierzadko także w niemieckim czy szwedzkim, który jest drugim językiem urzędowym w tym kraju. Troszkę czasu spędzonego w Internecie, troszkę przy telefonie bądź skypie i udało się nam coś zarezerwować. Później nadszedł czas na zakup odpowiednich map i przygotowanie czegoś więcej o tym kraju, co warto zobaczyć, a czego unikać. Niestety przewodnik Pascala z 2005 r. nie był już wydawany, i mimo poszukiwań w Internecie i księgarniach nie udało się odnaleźć tego jedynego, ostatniego egzemplarza.

No cóż, pozostał nam ten z Marco Polo,a z braku laku musiał wystarczyć zapewniając minimum orientacji. Także w Internecie można było znaleźć wiele potrzebnych informacji na temat miast, zabytków, parków narodowych.

Po zabraniu wszystkich jakże niezbędnych rzeczy, z namiotem na czele i zapakowaniu bagażnika po dach. ruszyliśmy w drogę. Do Helsinek mieliśmy ok. 1444 km. w tym 732 km. przez Polskę (wg. stanu licznika), a reszta „via baltica” Rozłożone na 4 dni. Wyjechaliśmy skoro świt kierując się na północny wschód w stronę przejścia Polsko – Litewskiego w Budzisku. Po drodze zatrzymaliśmy się jeszcze w Siedlcach m.in. na najlepszą wg. mnie pizze jaką kiedykolwiek jadłem i kontynuowaliśmy dalszą podróż.. Mimo iż nie tak dawno świeciło słońce po uprzedniej burzy, mieliśmy  szczęście trafić na kolejną, tak intensywną, że nie sposób było jechać. Musieliśmy zjechać z drogi i zatrzymać się miedzy polami. Autem huśtało, świata nie było widać, ruch kołowy zamarł. Można było poczuć się jak na filmie „Twister” i miało się wrażenie, że jakaś krowa za chwile obok przeleci. Na szczęście po kilku minutach nawałnica zelżała i możliwe było ruszenie dalej. Chcieliśmy znaleźć jeszcze jakiś nocleg przed granicą co nie wydawało się większym problemem, ponieważ przy granicy jak to zwykle bywało było parę zajazdów i moteli, z których korzystają przeważnie kierowcy ciężarówek. Ceny w nich wahały się w granicach 145 zł za pokój dla 3 osób, a cenie można było dostać śniadanie. Jednak bardziej od przydrożnego motelu z dyskoteką woleliśmy agroturystykę, ze znalezieniem której jak się nam wydawało nie powinno być problemów, tym bardziej że tereny te stanowią świetne miejsce na wakacyjne wyjazdy. Po niedługich poszukiwaniach i radach miejscowych dowiedzieliśmy się, że w Olszance koło wsi Szypliszki jest jedno takie gospodarstwo, oddalone od drogi głównej o 3km w głąb pól, położone tuż nad stawem. Za pokój w którym co prawda znajdowało się z 5 łóżek zapłaciliśmy 25zł od osoby, ale bez pościeli.

Następnego dnia po lekkim śniadaniu i zapakowaniu się udaliśmy się w kierunku granicy, gdzie to dokonaliśmy transakcji wymiany walut i wjechaliśmy na terytorium Litwy. Nie należy zapomnieć o przesunięciu zegarka o godzinę w przód. Oprócz dokumentu upoważniającego do przekraczania granicy nie wiedzieć czemu sprawdzali jeszcze dowód rejestracyjny. Do Kowna było jakieś 100km (832 km) i w tamtym kierunku się udaliśmy. Od razu można było zauważyć, że Litwini mają o wiele lepsze drogi od polskich, a poruszanie się po nich nie jest samobójstwem. Opłaca się tam także zatankować. Litr benzyny E95 w cenie 3,25 lit. Już w samym Kownie niestety zaczęło padać, całe szczęście, że to było chwilowe. Z parkowaniem nie było problemu. Znaleźliśmy miejsce na jakimś placu całkiem blisko starego miasta, które postanowiliśmy zobaczyć. Udaliśmy się w stronę kowieńskiego zamku, w którego to wieży znajduję się informacja turystyczna i gdzie można otrzymać mapkę starego miasta oraz wszelkie potrzebne wskazówki. Tuż obok twierdzy znajduje się kościół Św. Jerzego i klasztor Bernardynów, z którego po licznych pożarach zachowały się jedynie ściany w stylu gotyckim. Idąc dalej parkiem doszliśmy do miejsca w którym Willia wpływa do Niemna. W Kownie chcieliśmy jeszcze zobaczyć dom Perkuna, a przy okazji zobaczyliśmy jeszcze ratusz miejski, Kościół Witolda, Kościół św. Franciszka Ksawerego oraz Bazylikę Archikatedralną św. Apostołów Piotra i Pawła położoną przy ulicy Wileńskiej – najpiękniejszej ulicy-deptaku na starówce. Większość kamienic tu położonych pochodzi z XVI w i nawet budki telefoniczne świadczą o tym, że ulica ta łączy dwa światy: stare i nowe miasto. Wyjeżdżając z miasta kierowaliśmy się na Klaipede, przy czym droga na Rygę odbija po kilkunastu kilometrach.

Do Rygi (1098 km) -stolicy Łotwy dotarliśmy w godzinach popołudniowych, tak więc czasu na zwiedzanie nie było wiele. Pozostał tylko spacer po starym mieście i nabrzeżem wzdłuż rzeki Dźwiny. Wyjechać z miasta o dziwo nie było ciężko. Jechaliśmy prostą drogą, wskazaną uprzednio przez miejscowego kierowcę, z tym że droga ta była cała brukowana i bardzo trzepało. Był to chyba kolejny plus nie zabrania rowerów – oczywiście tuż  po burzach. Miejscowa policja wyposażone w szybkie motocykle i samochody Volvo także służyła radą tym razem w języku angielskim, a nie rosyjskim. Nocleg znaleźliśmy dopiero po około 60km, 8km od miejscowości Saulkrasti.. Kamping położony był tuż nad samym morzem, w niewielkiej odległości od ogromnego głazu wyrzuconego na brzeg w 1853 r. wpisanego na listę bogactw naturalnych i mającego ok. 20m3 objętości. Ceny kształtowały się ok.3 łaty za namiot, po 2 łaty od osoby i 1 łat za samochód. Niestety 2-osobowy namiot, zabrany tylko w przypadku sytuacji awaryjnych okazał się bardzo przydatny jednakże za ciasny dla trzech osób. Całe szczęście, że w samochodzie było jeszcze trochę miejsca. Już tutaj dało się zauważyć dłużej trwający dzień.

Dziś czekało nas zwiedzanie Tallina (1414 km.)-Estońskiej stolicy położonej nad Zatoką Fińską. Miasto zdecydowanie różni się od skromnego Kowna czy Rygi, które w porównaniu wypadają bardzo skromnie. Już na pierwszy rzut oka sprawia wrażenie żywszego i bardziej upodobnionego do Europy Zachodniej i Skandynawii. Wjeżdżając do Tallina znaki prowadzą nas na centrum i keskuste, co znaczy dokładnie to samo, lecz jak się okaże w przyszłości, lepiej zwracać uwagę na to drugie. Idąc od wschodu w kierunku starego miasta mijamy stragany ulicznych kwiaciarni, które wraz ze dwoma basztami oplecionymi do połowy pnączem strzegą wejścia na starówkę i nadają okolicy uroku. Wąskie uliczki, stare kamienice, kawiarnie, puby i restauracje to wszystko doskonale oddaje nastrój Tallina. Warto także zobaczyć wznoszącą się przy wejściu do budynków rządowych przy Loski plats sobór Aleksandra Newskiego. Jest to prawosławna cerkiew pochodząca z czasów cara Aleksandra III, czyli okresu rusyfikacji. Poza pięcioma bizantyjskimi kopułami uwagę przyciąga portal główny z mozaikami i ikonami, a także bogate wnętrze. Największy dzwon waży ponad 15 ton. W pobliżu wznosi się również Luterańska Katedra Toomikirk, która jest zaliczana do najstarszych w Estoni. Następnie udaliśmy się jeszcze na zamek Toompea położony w górnym mieście na wzgórzu i górujący nad okolicą. Wzniesiony został przez zakon Kawalerów Mieczowych w 1227 r. a w II połowie XIV w. gruntownie przebudowany przez Zakon Inflancki. Tuż obok rynku znajduje się także informacja turystyczna, w której można dostać darmowe mapki, foldery i uzyskać stosowne informacje. My jednak rozpoczęliśmy poszukiwania kampingu, które nie były zbyt owocne. W pobliżu centrum znaleźliśmy co prawda jeden, lecz położony blisko budowy, plac parkingowy z kawałkiem trawnika, nadawał się bardziej był przystosowany pod przyczepy kampingowe. Zamiast płacić 300 kr za kawałek trawnika pod namiot i kolejną niewygodną noc postanowiliśmy się udać do portu gdzie za

89 € po 2 godz. płynięcia przedostaliśmy się na drugą stronę Zatoki Fińskiej, czyli do Helsinek. Była godzina 23, a nocleg na kampingu mieliśmy zarezerwowany dopiero od dnia następnego, jednak mieliśmy nadzieję, że nie będzie z tym problemów. Myliliśmy się. Niestety na kampingu było wszystko zajęte, oprócz oczywiście miejsc namiotowych, jednak w recepcji polecono nam hotel znajdujący się tuż za kampingiem, w którym można było się przespać w cenie 19 € za łóżko w pokoju 12-osobowym. Mimo wszystko byliśmy w nim sami, a przypominał on szkolną salę do muzyki z aneksem kuchennym, tablicą i portretami kompozytorów, z Szopenem włącznie.

Poranek nie był już taki piękny i słoneczny jak dnia poprzedniego. Za oknem padał deszcz, a szkoda było marnować czasu na nic nie robienie, więc przywdzialiśmy kurtki przeciwdeszczowe i zabrali parasole i skierowali się w stronę stacji metra, oddalonej zaledwie 10 min drogi od campingu. Za 2 € można było nabyć bilet ważny godzinę, a za 6 € bilet dobowy. 20 minut później znaleźliśmy się w samym sercu miasta-na dworcu głównym, skąd odchodzą również pociągi do Tampere, Turku czy Rovaniemi. W centrum miasta i pogoda okazała się bardziej łaskawsza i deszcz przestał padać, a my udaliśmy się najpierw w stronę placu Senackiego na którym stoi pomnij cara Aleksandra II i przy którym to znajduje się Tuomiokirkko (katedra luterańska) i słynne schody na których Finowie obchodzą większość uroczystości i witają nowy rok. Kilka przecznic dalej na wyspie Katajanokka mieści się kolejny kościół, tym razem prawosławna cerkiew – Sobór Uspienski z charakterystycznymi wschodnioeuropejskimi cebulastymi kopułami i wnętrzem bogato zdobionym ikonami. Wracając przeszliśmy przez kauppatori, czyli tętniący życiem plac targowy z którego wyruszają statki na pobliską wyspę-twierdzę Suomenlinne. Z kolei po jego drugiej stronie znajduje się kamienny obelisk ze złotym orłem na szczycie, czyli Kamień Carowej-najstarszy pomnik w mieście, odsłonięty w 1835 r. dla uczczenia wizyty cara Mikołaja I i carowej Aleksandry. Tuż za nim znajduje się pałac prezydencki, dostępny dla turystów tylko z przewodnikiem. Sklepów z pamiątkami tu nie brakuje i można zaopatrzyć się we wszystko co kojarzy się z Finlandią, od kubków z reniferami, poprzez inne gadżety po ciepłe wełniane swetry za 200 €. W drugiej części miasta można zobaczyć Tamppeliaukio, czyli kościół wykuty w litej skale. Na pokrycie dachu o średnicy 24m2 zużyto 22km miedzianej taśmy. Z tego co dowiedzieliśmy się przed wyjazdem, w Finlandii a szczególnie w Helsinkach nie ma problemu z dostępem do Internetu, co więcej podobno w bibliotece można z niego skorzystać, tak więc rozpoczęliśmy poszukiwania owej biblioteki. Niestety nie udało się nam jej znaleźć, ale natknęliśmy się na nią przypadkiem drugiego dnia, a to tylko dlatego, ponieważ obok napisu „kirijasto” w języku fińskim, była także nazwa „bibliotek” zapewne w języku szwedzkim, biorąc pod uwagę, iż Finlandia ma dwa języki urzędowe, a w samych Helsinkach większość napisów jest w dwóch językach. W ciągu kolejnych dni wakacji oprócz zwiedzenia niezliczonej ilości kościołów, odwiedziliśmy także znaczną liczbę bibliotek, pewno po jednej w każdym większym bądź mniejszym mieście i w każdej z nich można było skorzystać z bezpłatnego Internetu. Na wielu campingach także można było skorzystać z bezpłatnego komputera z Internetem w recepcji. Jednak wracając powrotem do spaceru po Helsinkach, po wyjściu z biblioteki poszliśmy w stronę stadionu olimpijskiego, który na nasze nieszczęście okazał się zamknięty. Sytuację ratował fakt, że tuż obok mieściły się Zimowe Ogrody, udostępnione dla turystów bez żadnych opłat. W środku można było zobaczyć ponad 200 odmian roślin, nie tylko europejskich, ale także wiele kaktusów i palm. Dobrze, ze w planach mieliśmy jeszcze tylko pomnik Sibeliusa-fińskiego kompozytora, ponieważ zmęczenie dawało nam powoli w kość. Udało nam się go odnaleźć dopiero po dłużej chwili, w parku Sibeliusa. Jest to rzeźba zaprojektowana stworzona z wielu różnej długości rur, przez Eile Hiltunen.

Czas mijał, rezerwacja dobiegła końca i trzeba było opuścić Helsinki-najdalej wysuniętą na północ stolicę Europy. Tylko pogoda była niezmiennie deszczowa. Pojechaliśmy więc do Lahti obejrzeć skocznie narciarskie i staraliśmy się wczuć w zimową atmosferę tego miejsca przy temperaturze -20C. Tuż obok w budynku centrum turystycznego znajduje się mały sklep z pamiątkami oraz jedyne w Finlandii muzeum narciarstwa. Jest tam także muzeum radia i telewizji prezentujące w ciekawy sposób jego historię. Nocleg mieliśmy zarezerwowany w Noki k./ Tampere, więc jadąc tam odwiedziliśmy jeszcze średniowieczny zamek w Hameenlinnie. Drugiego dnia, gdy deszcz ustał i na niebie znów zagościło słońce przyszedł czas na Tampere-trzecie co do wielkości 200 tyś miasto Finlandii. Z zaparkowaniem nie było i tym razem problemu, ponieważ wszędzie są parkometry. Rozpoczęliśmy od spaceru po mieście w stronę ratusza na keskustori czyli po prostu głównym rynku, na którym stoi także teatr miejski i drewniany kościół z wolno stojącą wieżą Ja osobiście odwiedziłem jeszcze muzeum muminków, które w Finlandii są obecne na każdym kroku. Największą chyba perłą jest 2 m. dom rodziny muminków z dokładnie odwzorowanymi i wyposażonymi pomieszczeniami. Na tym samym piętrze znajduje się również muzeum minerałów wraz ze sklepem pamiątkowym, a w niedalekiej odległości jest także muzeum Lenina, chyba jedyne takie poza Rosją. Po nieudanej rewolucji zamieszkał on w Tampere i chyba mało kto wie, ale to właśnie tutaj poznał Stalina. Ciekawym sposobem na spędzenie dnia może być wizyta w parku rozrywki Sakaanniemi, gdzie wstęp na cały dzień kosztuje 29 €. Dopiero wyjeżdżając z Tampere okazało się, że biblioteka mieści się w tym samym budynku co muzeum muminków i minerałów, ale nic straconego, ponieważ zatrzymaliśmy się jeszcze w Noki na zakupy, tuż obok biblioteki i przyszła mi do głowy myśl, czy można by przegrać sobie zdjęcia z aparatu na pen driva, z tym że nie każdy nosi przy sobie kabel do aparatu. Tego dnia, udało mi się również skorzystać z prawdziwej fińskiej sauny, których jest tu pod dostatkiem, jako że na 5mln Finów przypada 1,6mln saun. Prowadziły do niej szklane drzwi, a temperatura w środku wynosiła 80 C. Wyłożona była surowym drzewem, które pod wpływem ciepła pachniało, a w samym rogu stał piec. Z początku wydawało się obłędem wejść pod zimny prysznic, jednak w rzeczywistości nie było to takie straszne. O wiele trudniej było wyjść z sauny i zanurzyć się w krystalicznie czystą, aczkolwiek lodowatą wodę jeziora. Co prawda udało się, ale tylko do szyi.

Długie dnie dawały się nam mimo wszystko odczuć, jednak postanowiliśmy podjechać jeszcze troszkę na północ, aby doświadczyć ich więcej. Udaliśmy się do Parkano, gdzie bez trudu znaleźliśmy camping. Ok. 20 km. w kierunku Kuru znajduje się Park Narodowy Seitseminem. Tuż u jego wlotu jest informacja, w której nie tylko można dowiedzieć się ciekawych rzeczy, ale także oglądnąć wszelakiego rodzaju wystawy i audio wizualne prezentacje opisujące naturalne cechy parku. Dostępny jest on nie tylko dla pieszych, ale także można do niego wjechać samochodem, aby po 7 km jazdy drogą szutrową jakich w tym kraju wiele, znaleźć się przy farmie Kovero, krótko mówiąc przedstawiającej życie w Finlandii w latach ’30 XX w. Warto choć na chwilkę zajrzeć do środka i zobaczyć ręczne tkanie dywanów, albo stojące w stodole sanie do psiego zaprzęgu.

Kilkanaście kilometrów na zachód, za miejscowością Karvia znajduje się kolejny z parków narodowych – Kauhaneva-Pohjankangas, którego odnalezienie było już o wiele trudniejsze, ponieważ jadąc drogą (także szutrową) w kierunku Kauhajarvi, należy skręcić po ok. 5km. na północ. Niestety miejsce to jest gorzej oznaczone, a i znaki informacyjne umieszczone przy drodze są już wytarte. Jednak samo miejsce warte jest odwiedzenia. Idziemy jakieś 2 km kładkami przez podmokłe tereny i podziwiamy przyrodę. Dla głodnych i zmęczonych, na wielu takich leśnych parkingach, nie koniecznie w pobliżu parków narodowych zrobione są specjalne miejsca na ognisko wraz z podwieszoną kratką do grilla i hakiem na garnek. Tuż obok znajduje się wiadro do zalania wodą czy to z hydrantu czy z jeziora. Wszędzie jest także osobna altana z pociętym już porąbanym już drzewem i gazetami na podpałkę wraz z dodatkową siekierą bądź piłą. Nierzadko jest to wszystko wyposażone w naczynia i dodatkowo zadaszone. Nie pozostaje nic inne jak tylko grilować. Jadąc w stronę wybrzeża mijamy po kilkunastu kilometrach kolejny park narodowy – Lauhanvori. Nie wyróżnia się on niczym szczególnym od poprzednich. Jest tak samo czysty i pusty, co raczej nie powinno dziwić w Skandynawii. Na najwyższym  w okolicy pagórku (231 m .n.p.m.) wznoszącym się 100m. ponad okolicą została dodatkowo umieszczona wieża obserwacyjna, z której to przy dobrej pogodzie widać Zatokę Botnicką. Po parku również prowadzą nas ścieżki przyrodnicze, tym razem jednak trzeba je było przebyć w podskokach, ze względu na niesamowite ilości mrówek obłażących nas. Camping znaleźliśmy bez trudu i tym razem w pobliżu nadmorskiej miejscowości Merikarvia. Jako że następny dzień był pierwszym bezdeszczowym od Tallina, tak więc wykorzystaliśmy go na bezczynne wypoczywanie i inne leniwe czynności. Słońce zaszło dopiero o 23:18, jednak zmierzchu nie było widać dzięki czemu mogłem sobie spokojnie grać w darta długo po północy, jednak komary robiły swoje i trzeba było się brać. Nie mniej jednak całkowita jasność na zewnątrz o 1 w nocy robiła wrażenie i nie pozwalała zasnąć, a brak widoku gwiazd na niebie od przeszło tygodnia także tworzył dziwny efekt.

Po tych dwóch dniach lenistwa pojechaliśmy troszkę na południe do Yyteri, gdzie mieliśmy zarezerwowany camping, tak jak w Helsinkach od dnia następnego i ponownie okazało się, że nie ma miejsca. Korzystając jednak z uroków tego miejsca, wybraliśmy się na pobliską plażę. Bardzo szeroka, ze złotym piaskiem a co najważniejsze spokojna mimo tłumów. Nie było hałasu, przekrzykiwania się czy obsypywania piaskiem przez biegające dzieci. Niestety dało się zauważyć, że Finowie to naród bardzo otyły. Zrozumieliśmy już skąd się wzięły zaokrąglone tu i ówdzie postacie muminków. Kolejny, krótki przystanek w Pori, w którym nie ma nic szczególnego, jednak będąc w pobliżu warto było wstąpić i się o tym przekonać.

Następnego dnia przyszedł czas na Raume, miasto położone 50km. na południe od Pori. Zdecydowanie warto się tutaj zatrzymać i przespacerować po starym mieście. Znajduje się tu bowiem najstarsza zwarta zabudowa w Finlandi, pochodząca z XVIII i XIX w. a w 1991 r. wpisana na listę Światowego Dziedzictwa Narodowego UNESCO. Drewniane i kolorowe domy, typowe w krajobrazie fińskim, w tym wypadku dodatkowo stare, położone wzdłuż wąskich brukowanych uliczek tworzą niepowtarzalny, ciepły klimat i zachęcają do spaceru pośród nich. Tego dnia wstąpiliśmy do kolejnego z parków narodowych – Kurjenrahka , który oczywiście nie wyróżniał się niczym szczególnym, oprócz tego, że jego obszar obejmuje lasy i jeziora, co raczej nie dziwi zważywszy na fakt, że Finlandia to 188 tys jezior, a 70% powierzchni kraju to właśnie lasy. Temu też każdy leśni zakątek doskonale nadaje się do wypoczynku i ucieczki od cywilizacji. Park był oczywiście dobrze oznaczony, a poprzez jego tereny wiodły liczne ścieżki przyrodnicze. Tuż obok parkingu czekał już na nas grill wraz z drzewem i gazetami na rozpałkę, a nad brzegiem pobliskiego jeziora stała sobie sauna, która zachęcała nielicznych tutaj turystów do skorzystania z niej.

W Turku i okolicach, mimo kilku campingów, znalezienie noclegu nie powiodło się i musieliśmy w tym celu wjechać kilka kilometrów w stronę archipelagu do Pargas (Parainen),

jedynego miasta w Finlandii otoczonego ze wszystkich stron wodą, w którym to i tak jedyne co nam pozostało to rozłożyć namiot i ponownie się nie wyspać.W samym Turku nie byliśmy długo, zobaczyliśmy tylko słynną średniowieczną katedrę, liczącą sobie ponad 700 lat, oraz zamek sięgający 1280 r. Miasto utraciło status stolicy w 1812 r. z decyzji cara na rzecz Helsinek, ponieważ było politycznie i geograficznie zbyt blisko Szwecji, co jest widoczne do dnia dzisiejszego. Znaki drogowe coraz częściej jako pierwszą nazwę miejscowości pokazują tą szwedzką, a na ulicach można częściej usłyszeć szwedzki..

Archipelag Fiński, lub Archipelag Turku składa się z wielu większych i mniejszych wysepek szkierowych, które połączone 12 mostami i 9 promami tworzą przepiękny 200 km. szlak.

Warto poświęcić choćby dwa dni i przebyć go rowerem, po drodze zatrzymując się w mijanych wioskach oferujących regionalne specjały i wszelakie atrakcje. Wszystkie promy między wyspami są darmowe i są one koloru żółtego. Warto jednak przed wyjazdem zaopatrzyć się w najbliższym biurze turystycznym lub campingu w mapę i rozkład rejsów.

Jeśli jednak ktoś wybiera się na Wyspy Alandzkie tak jak my, warto zarezerwować sobie prom właśnie z Korpo bądź Vuosnainen na archipelagu. Ceny są o wiele niższe i do Overo można płynąć już za 20 € skąd kursują darmowe promy na główną wyspę. My niestety nie mieliśmy rezerwacji i do ostatniej chwili nie wiedzieliśmy czy się załapiemy na ten rejs, dlatego też do oddalonego o 30 min od Overo Lagnas popłynęliśmy za 77 €. Jeśli ktoś ma lęk przed otwartą przestrzenią na morzu może się pocieszyć, że prawie całe 5h płynie się pomiędzy szkierowymi wysepkami, co momentami naprawdę wygląda groźnie gdy statek płynie prosto na wyspę i tuż przed nią skręca. Tak więc w razie czego wystarczy przepłynąć kilkadziesiąt metrów i będziemy uratowani.

Ceny na Alandach wbrew pozorom nie były wyższe niż na kontynencie i za camping trzeba było zapłacić również w granicach 50 €. Jedynie w sklepach można było odczuć, że jest troszkę drożej. My natomiast zwiedzanie wysp rozpoczęliśmy od ich niewielkiej stolicy liczącej ok. 10 tys. mieszkańców– Mariehamn. Główne centrum mieści się praktycznie przy jednej ulicy – Torggatan, przy której to znajduje się wiele sklepów, nie tylko z pamiątkami, poczta, banki oraz biblioteka przy Strandgatan Kilka minut drogi piechotą, w pobliżu terminali promowych można zobaczyć zacumowany największy w dziejach handlowych żaglowiec Pommern mogący zabrać 4000 ton na pokład. W sezonie letnim jest on udostępniony do zwiedzania. W razie jakichkolwiek pytań odnośnie samej stolicy bądź wysp, można udać się do informacji turystycznej położonej w pobliżu centrum przy ulicy Storagatan 8. Udając się od portu troszkę na wschód bocznymi uliczkami można dotrzeć do położonej na wzgórzu latarni morskiej skąd rozpościera się ładny widok na pobliskie wysepki oraz ogromne promy stojące przy nabrzeżu. Wyjeżdżając już z miasta ciekawym widokiem były salony samochodowe znajdujące się w tradycyjnych skandynawskich, drewnianych domach, a nie jak w pozostałej części Europy przeszklone, kilkupiętrowe gmachy. Wyglądało to troszkę komicznie, a owe salony przypominały zwykłe, kolorowe stodoły. Jadąc na północy drogą nr 2 tuż za miejscowością Godby jest ciekawie prezentująca się kawiarnia wraz z wieżą widokową, która zbudowana została na skale pod którą przebiega droga. Jadąc dalej można dotrzeć do miejscowości Sund i zobaczyć ruiny zamku Kastelholm – najsłynniejszego zabytku Alandów. Są to XIV wieczne fortyfikacje z okresu przynależności do Szwecji.

W Gecie na północnym-zachodzie wyspy, obok restauracji Soltuna rozpoczyna się piękna ok. 5 km ścieżka przyrodnicza w stronę morza wiodąca na zmianę  lasami, po kamieniach czy wzdłuż skalnych grot. Warto jednak zwracać uwagę na znaki aby się nie zgubić. Co jakiś czas są także tabliczki z opisami mijanych tworów skalnych i legendami z nimi związanymi.

W Eckero na zachodzie wyspy ciekawym zobaczenia jest muzeum łowiectwa i rybołówstwa, muzeum poczty i szlaku pocztowego oraz 2,5 km safari, po którym poruszając się samochodem można zobaczyć dziki, strusie, jelenie, gęsi i wiele innych gatunków zwierząt.

Dla nas jednak Eckero było miejscem gdzie za 22€ popłynęliśmy do Szwecji do Grisslehamn skąd już tylko zaledwie 110 km do Sztokholmu, który to odwiedziliśmy późnym popołudniem, tak więc odpadł problem parkowania w centrum miasta. Co ciekawsze, auto zaparkowaliśmy tuż obok miejsca zastrzelenia w 1986 r. premiera Szwecji Olafa Palme, które to zabójstwo w ówczesnych czasach wywołało ogromny szok w samej Szwecji, która jest uważana za bardzo bezpieczny kraj.

Co prawda w Szwecji obowiązywał już taki sam czas jak w Polsce, jednak mimo tego zmierzch nie chciał nadejść wiele wcześniej, ale nawet mimo tego nie mieliśmy wiele czasu na zwierzanie miasta. Wybraliśmy się jedynie na krótki spacer w stronę centrum na nabrzeże Nybroviken skąd odpływają łodzie w kierunki Djugarden i Fjaderholmarna. Zobaczyliśmy jeszcze kawałek  wyspy Djugarden oraz zacumowane w pobliżu jachty. Jednak chyba największe wrażenie tego dnia wywarła na mnie wystawa kilkudziesięciu zdjęć znanego fotografa Steva Bloom’a. Znalezienie kampingu nie było wcale sprawą łatwą i dopiero po jakimś czasie udało nam się znaleźć jeden, który i tak nie miał żadnych domków do wynajęcia, a nie chcieliśmy powtarzać nieprzespanej nocy w namiocie. Jednak po długich pertraktacjach, udało nam się za zaledwie 40 krn przespać w pomieszczeniu, które wyglądało na budkę strażniczą, nie tylko dlatego, że mieściło się tuż przy bramie, ale także rozmiarami ją przypominało. Następnego dnia powróciliśmy do Sztokholmu w celu bardziej gruntownego zwiedzenia go, jednak udało nam się tylko zobaczyć zmianę warty na zamku królewskim, która wyglądała dość komicznie w porównaniu np. z zasadniczymi anglikami. Jak dało się bez problemu zauważyć szwedzcy gwardziści podchodzą do tej uroczystości bardziej na luzie, co przejawia się w ich swobodnym zachowaniu, oraz chyba przede wszystkim tym, że w czasie samej ceremonii w pewnym momencie nie maszerują oni równo, lecz…podskakują z nogi na nogę co oczywiście wywołuje śmiechy licznie zgromadzonych turystów. Z przyczyn takich a nie innych odwołaliśmy zwiedzanie dalszej części miasta i skierowaliśmy się już na południe kraju. Należy jednak dodać, że Sztokholm jest bardzo dobrze oznaczony, co prawda posiada wiele rozjazdów, tuneli i aż 57 mostów, czego raczej można się spodziewać po mieście położonym na 14 wyspach, ale przejazd przez nie należy do bardzo przyjemnych, być może z tego względu, że miasto wygląda bardzo pięknie, a stare budynki dodają mu niezwykłego uroku. Jadąc na południe pogoda stawała się coraz lepsza i słońce zaczęło mocniej przygrzewać, dlatego też postanowiliśmy zatrzymać się na Olandi – wyspie, którą z lądem łączy most długości 6 km. Już w Kalmarze, gdzie zaczyna się ów most zaczęliśmy szukać noclegu, jednak jak przypuszczaliśmy, tak też się stało. Wszystko zajęte. Niestety na Olandi sytuacja ta się powtórzyła, ale pewna pani recepcjonistka oszczędziła nam jeżdżenia od campingu do campingu w poszukiwaniu noclegu i sama nam znalazła. Obok placu treningowego dla czworonogów ciekawa była cena za noc, (800 kr) taka odmienna od poprzedniej. Następnego ranka objechaliśmy z grubsza prawie całą wyspę pomijając jednak troszkę północnej jej części, która jak się potem okazało była równie ciekawa. Spokojnie można stwierdzić, że na wyspie jest znacznie więcej starych wiatraków niż powinno, oraz zacząć się zastanawiać dlaczego to Holandia zwana jest krajem wiatraków. Warto dobrze zgłębić całą wyspę ponieważ kryje ona w sobie wiele urokliwych zakątków, przyrodniczych oraz historycznych miejsc. Na tak małym obszarze jest wszystko czego pragniemy. Na zachodnim wybrzeżu udaliśmy się jeszcze pod zamek, tłumnie oblegany przez turystów. Przejechawszy most, znaleźliśmy się ponownie po jego drugiej stronie – w Kalmarze. Również tutaj znajduje się zamek, którego historia rozciąga się 800 lat wstecz, a jego obecny wygląd pochodzi z XVI w. Tuż jest park miejski, do którego będąc na zamku nie można nie wstąpić. Przy rynku mieści się barokowa katedra, uważana za najładniejszą w całej Szwecji. Jeśli zostanie chwila wolnego czasu można również udać się na stare miasto, także tuż obok zamku. Wzdłuż ulic wręcz narzucają się nam domu pięknie ukwiecone pochodzące z okresu XVII i XVIII w.

Ostatnim już miastem Szwedzkim, które zobaczyliśmy była Karlskrona. To właśnie stąd płynie prom do Gdyni. W porcie gdzie było już troszkę Polaków, można było odczuć taką dziwną atmosferę. W całej Skandynawii gdzie można było posługiwać się językiem polskim bez obaw bycia podsłuchanym. Tutaj natomiast czuło się po prostu mniej bezpiecznie. Prom wypływał o dopiero o 21, a odprawa rozpoczynała się godzinę wcześniej, więc mieliśmy jeszcze wystarczająco dużo czasu na ostatnie zakupy, oraz nie dość, że przepyszne to w dodatku ogromne lody. Co prawda czas oczekiwania w kolejce wynosił ok. 30min jednak warto było. Tuż po 21, z lekkim opóźnieniem wjechaliśmy na pokład promu Stena Baltica

i chwile potem w blasku zachodzącego słońca opuszczaliśmy Skandynawię.

Po 10 godzinach rejsu doświadczyliśmy jeszcze na koniec prawie godzinnej kolejki przy odprawie paszportowej, a na drogę powróciło niespotykane przez nas od prawie

3 tygodni zamieszanie, nadmierna prędkość i brak kultury.

Co prawda powrót do domu troszkę nam się jeszcze przeciągnął krótkim pobytem na Kaszubach oraz wizytą w Toruniu to jednak w końcu dotarliśmy szczęśliwie. W ciągu tych 19 dni przejechaliśmy 4549 km po asfalcie i szutrze, w słońcu i burzy. Przemieszczaliśmy się

9 promami oraz niezliczoną ilością mostów. Zwiedziliśmy 5 państw i 4 stolice plus Alandy.

Zobaczyliśmy wiele zabytków i jeszcze więcej kościołów. Wypoczywaliśmy w otoczeniu przyrody, w miejscach gdzie słońce nie bardzo chciało zachodzić.

Krótko mówiąc – polecam każdemu.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s