Dzień 1, 2: Berlin – Londyn – Madryt – Gwatemala City

Wcześnie rano w pierwszy dzień Wielkanocy wyjeżdżamy by dotrzeć na popołudniowy samolot z berlińskiego lotniska Tegel, z którego polecimy na londyńskie Heathrow, a następnie do Madrytu. Po drodze zabieramy jeszcze osoby z Katowic, Wrocławia i Legnicy i wspólnie jedziemy przez większą lub mniejszą część drogi.
Tegel położone jest tuż przy autostradzie więc dojazd nie nastręcza problemów. Nieopodal mamy zarezerwowany parking, z którego bezpośrednio na lotnisko dowozi nas już bus. Do odlotu mamy jeszcze trzy godziny ale odprawiamy się w miarę szybko, a następnie korzystając z Priority Pass idziemy do saloniku mieszczącego się na piętrze. Oczekiwanie w cichym i przytulnym pokoju jest zdecydowanie wygodniejsze niż na lotniskowych ławkach bądź krzesłach. Poza tym po wejściu możemy korzystać z napojów i przekąsek.

Startujemy punktualnie o 17, a chwilę po wzniesieniu się na wysokość przelotową załoga serwuje kanapki i napoje. Lot jest krótki i trwa niecałe dwie godziny. Z góry widać, że nad Londynem chwilę wcześniej padało, lecz teraz ponownie wyszło słońce.

Jeśli chodzi o Heathrow to jest ono ogromne. W niedługich odstępach czasu startują samoloty do Los Angeles, Johannesburga, Tokio czy Sydney. Siatka połączeń i częstotliwość samolotów jest wręcz niesamowita. Do tego sklepy, bary, restauracje, które razem tworzą małe miasteczko, szczególnie że z jednego terminala do drugiego jedziemy kilka minut pociągiem.

Podczas przejścia przez tranzyt pani ma problem ze znalezieniem naszej rezerwacji, naszego lotu do Madrytu, a także lotu, którym przylecieliśmy z Berlina. Po chwili przychodzi druga, która pomaga jej rozwikłać sytuację i dostajemy nasze karty pokładowe na dalszy odcinek lotu.

Tym razem lecimy hiszpańską Iberią, a raczej Iberią Express, w której nie serwuje się żadnych darmowych przekąsek. Na lotnisku Madrid Barajas jesteśmy z lekkim poślizgiem, który zwiększa się gdy czekamy przy taśmie na odbiór bagażu, którego nie ma. Idę do biura aby zgłosić ten fakt, po czym dowiaduję się, że nasze walizki zostały zapakowane do innego kontenera i powinny przybyć za 15 minut na inną taśmę. W międzyczasie dzwoni do mnie Karolina z Magdą, które przyleciały bezpośrednio z Berlina i z którymi później wspólnie jedziemy do Hotelu Osuna na nocleg.

Rano pogoda w Madrycie jeszcze gorsza niż wieczór – jest zimno i mocno pada. Przechodzimy do głównego budynku na śniadanie w formie bufetu. Wybór jest imponujący. Owoce, ciasta, pieczywo, jogurty, soki, kawy, płatki i jeszcze parę innych rzeczy, które najwidoczniej nie zwróciły mojej uwagi na tyle, by je zapamiętać.

Na lotnisko odwozi nas bus z hotelu. Podczas odprawy dostajemy oddzielne miejsca, ponieważ najwyraźniej wszystkie są już zajęte i nic nie da się zrobić. Dopiero po wejściu na pokład okazuje się, że każde z nas ma obok siebie przynajmniej jedno miejsce wolne i bez problemu możemy się przesiąść. Tym bardziej ciężko mi zrozumieć brak możliwości przydzielenia wspólnych miejsc przez panią podczas odprawy. Airbus A340-300, którym polecimy do Gwatemali jest już chyba trochę wysłużony, ponieważ nie ma osobistego systemu rozrywki, a jedynie kilka ekranów z przodu i na środku, na których leci odgórnie narzucony film. Dwanaście godzin lotu w ciągu dnia ciągnie się strasznie. Załoga roznosi posiłki. Ja dostaję zamówione wcześniej danie koszerne. Wpierw przychodzi stewardessa z pytaniem czy życzę sobie aby odpakować i odplombować pudełko samodzielnie ale odpowiadam, że może to zrobić za mnie. Później, po podgrzaniu dostaję już gotowe danie wraz z certyfikatem koszerności. W porównaniu do tego, co jest serwowane to moim zdaniem koszerny obiad jest smaczniejszy. Co do napojów to od czasu do czasu załoga roznosi wodę, soki, colę i alkohole ale nie ma problemu by zajść sobie samemu i poprosić o to, na co ma się ochotę.

Wypełniamy deklaracje celne po czym lądujemy pół godziny opóźnieni. Owe deklaracje składają się z dwóch stron – oryginał i kopia, z których jedna część jest odbierana podczas odprawy paszportowej, a druga po odbiorze bagażu. Nas o tę pierwszą nikt nie pytał więc oderwałem i przy wyjściu oddałem tylko stronę żółtą. Odbieramy bagaże, w których ułamane mamy nóżki w walizce i urwane zapięcia od zamków i kierujemy się w stronę wyjścia. Jeszcze tylko jakaś pani sprawdza zawieszki bagażowe i porównuje z nalepkami otrzymanymi podczas odprawy czy aby na pewno mamy swój bagaż.

Przed lotniskiem miał na nas czekać ktoś z wypożyczalni Alamo, która nie ma swojej siedziby bezpośrednio na lotnisku. Nikt jednak nie czeka, a numer telefonu, który mam na potwierdzeniu rezerwacji jest błędny. Dopiero mówiąca po angielsku pani w informacji szuka w książce telefonicznej i dzwoni do siedziby biura ale nikt nie odbiera. Chwilę później dzwoni do niej ktoś z innej wypożyczalni i informuje, że ktoś niebawem się zjawi. Czekamy zatem. Chcemy wymienić walutę ale w ogólnodostępnej części lotniska, już po wyjściu ze strefy odbioru bagażu nie ma żadnego kantoru czy bankomatu.

W biurze Alamo okazuje się, że samochód z ubezpieczeniem jest troszkę w innej cenie niż było to w internecie, ponieważ tamto nie obejmowało uszkodzeń szyb i opon. Cała papierkowa robota zajmuje sporo czasu i w konsekwencji wyjeżdżamy po 18. Dostaliśmy prawie nową Toyotę Yaris w wersji sedan. Wszystkie szyby przyciemniane co trochę utrudnia widoczność, szczególnie po zmroku. W Gwatemala City tworzą się duże korki, a niektóre auta lub motocykle poruszają się na światłach postojowych, które prawie nie sposób zauważyć przez te szyby. Pomimo, że do Antigua jest zaledwie 40km to docieramy do tej dawnej stolicy przed 20. Natykamy się na nieoznaczone progi zwalniające, które tutaj są niebotycznych rozmiarów i trzeba je pokonywać praktycznie zatrzymując się. Później okażą się one zmorą podróżowania samochodem i w wiele z nich zahaczymy podwoziem parokrotnie. Co więcej, w mieście drogi są jednokierunkowe, a oznaczenie informujące o tym znajduje się na murze. Zanim więc orientujemy się w tym wszystkim zdążamy trochę pojeździć pod prąd, co również będzie zdarzało się nierzadko w ciągu następnych kilkunastu dni.

Stosunkowo szybko znajdujemy nasz nocleg u Evelyn i Fernando, gdzie dostajemy własny pokój z łazienką, a gospodarze witają nas bardzo ciepło.

Reklamy

Dzień 49 – Medan (Sumatra) – Jakarta (Jawa)

Już o 7:30 miałem jechać do miasta razem z Nitą. Samolot dopiero o 11:30, ale zważywszy na nieogarnięty ruch w mieście wolałem wyjść wcześniej. O 8 nadal nie zapowiadało się, by Nita była gotowa w ciągu najbliższej godziny, więc odprowadziła mnie tylko do głównej drogi, pomogła złapać busa i pojechałem sam. Na dworcu przesiadka na kolejnego busa jadącego w stronę lotniska. Kierowca zapomina sobie, żeby wysadzić mnie jak najbliżej i dopiero gdy włączam GPS orientuję się, że jestem już ładnych parę przecznic od miejsca, w którym zamierzałem pierwotnie wysiąść. Wysiadam i wracam podążając za wskazaniami GPS’u. W pewnym momencie przystaje obok mnie jeden z kierowców, wypytuje dokąd idę i tłumaczy mi, że tędy nie dojdę do lotniska, ponieważ jest to droga awaryjna. Zabiera mnie więc do swojego samochodu, zmienia swoją trasę z mojego powodu i podwozi mnie pod sam terminal.

Ponownie lecę liniami Mandala Airways. Dostaję miejsce środkowe przy wyjściu bezpieczeństwa – wyjątkowo dużo miejsca na nogi. Dwie godziny lotu szybko upływają na czytaniu książki i spokojnie ląduję na lotnisku Soekarno–Hatta w Jakarcie. Wsiadam w jakiś autobus (IR 20000/1,5h) i jadę na drugi koniec miasta, skąd odbiera mnie chłopak z CS – Bayu.

Nareszcie mam możliwość ponownie nagrać zdjęcia na DVD (to już 9 płyta), odetchnąć spokojnie, wyprać ubranie, wziąć prysznic oraz uzupełnić braki kalorii, bo rodzice Baya zamawiają dwie pizze i skrzydełka kurczaka z KFC. Nic lepszego jak pizza po prawie dwóch miesiącach spędzonych w Azji nie mogło mi się przytrafić tego dnia.

Baya tata wyciąga mapy, zdjęcia i opowiada o różnych miejscach w Indonezji, szczególnie o tych, do których planuję dotrzeć i wyjaśnia mi jak najlepiej to zrobić. Rano mamy zaplanowany wyjazd w góry i Bayu robi przygotowania.

Dzień 41 – Miri – Singapur

Sean, Chris i Michael lecą o 9 rano do Bori – w głąb Bornego, a ja o 10 do Singapuru, więc razem z Seanem jedziemy na lotnisko, gdzie spotykam po raz ostatni dwójkę jego znajomych.

Dwugodzinny lot linią AirAsia przebiega spokojnie i przed południem ląduję na Changi International Airport. Lotnisko od razu rzuca się w oczy swoją czystością i nowoczesnością.

Po rutynowej kontroli paszportowej, przy której mają cukierki, kieruję się do terminala drugiego, skąd metrem, zieloną linią EW jadę do stacji Aljunied. Jane poleciła mi tutaj jeden z hosteli. Jego zaletą jest niewątpliwie bliskość do metra. Na tym koniec zalet. Nie można liczyć na żadną kawę czy herbatę, jak widnieje w opisie, a łóżko pod „materacem z 5 gwiazdkowego hotelu” skrzypi przy najdelikatniejszym ruchu. Dodatkowo właścicielka sprawia mało miłe wrażenie.

Szybko jednak opuszczam hostel i piechotą idę do centrum. Na początek spacer po dzielnicy Little India i przegląd lokalnych świątyń. W większości przypadków, mimo że ładne, kolorowe, bogato zdobione, to jednak bardzo podobne. W oczekiwaniu na otwarcie jednej z nich (ponownie od 16), zatrzymuję się w lokalu po drugiej stronie ulicy na mały posiłek. Ryż z curry , kurczakiem i ziemniakami – całkiem dobre.

Z Little India idę na dół ulicą w kierunku meczetu, a następnie na Waterloo Street do dwóch kolejnych świątyń.
Do Canon Park wchodzę, a raczej wjeżdżam po ruchomych schodach, gdy jest już późno i wszystko jest zamknięte. Wychodzę z drugiej strony i kawałek dalej docieram do nabrzeży ciągnących się wzdłuż Singapore River. Do deptaku przylegają wszelkiego rodzaju knajpki i restauracje. Na końcu Clarke Quay, po prawej stronie mieści się Fullerton Hotel, niegdyś budynek poczty.
Z mostu po przeciwnej stronie ulicy rozciąga się widok na Marina Bay Sands – budynek na trzech nogach z ogromną łodzią wieńczącą całość. Tuż obok stoi Merillon – pół lew, pół ryba – symbol Singapuru. Obecnie ogrodzony do połowy wysokości na czas jakichś prac.

Dzień 11 – Mediolan – Praga

Budzimy się wcześnie po takiej zmianie czasu, ale wstajemy o normalnej godzinie. Metrem podjeżdżamy do centrum – na stację Duomo, przy której mieści się katedra. Tuż obok znajduje się Galeria Wiktora Emanuela, a zaraz za nią najsłynniejsza opera świata – La Scala. Z zewnątrz rzeczywiście budynek wygląda przeciętnie, ale podobno w środku jest oszałamiający.
Zwiedzamy również kościół Santa Maria della Grazie, obok którego w muzeum mieści się obraz Leonarda da Vinci – Ostatnia Wieczerza. Szkoda, że wolne miejsca są dopiero na 12:30, kiedy to musimy już jechać na lotnisko. Mimo wszystko dwie godziny oczekiwania to i tak lepsze, niż rezerwacja z kilkutygodniowym wyprzedzeniem jak napisano w przewodniku.

Pogoda w Mediolanie iście wiosenna. Czyste niebo i blisko 10°C. Z autostrady, w drodze na lotnisko rozciąga się piękny widok na Alpy rozciągające się od lewej do prawej, na całej linii wzroku.

Do Pragi Alitalia ma code shareowy lot razem z AirOne i zgodnie z przewidywaniami nie ma co liczyć na posiłek czy inne dodatki, a podłokietniki i tacki skrzypią podczas prób manipulacji.

W Pradze pogoda już typowo zimowa. Leży śnieg i jest pochmurno. Z lotniska autobusem 119 jedziemy na stację Dejvice, z której metrem na dworzec kolejowy. Chwilę po 19 łapiemy pociąg powrotny do granicy z Polską, skąd wracamy do domu.

Dzień 1 – wylot

Podróż rozpoczynam w Pradze, to znaczy część lotniczą bo do Pragi też się jakoś dostać musiałem, a dzięki bliskości czeskiej granicy nie było to trudne. Pociągiem z Czeskiego Cieszyna (450 KC) z przesiadką w Ostravie, gdzie wsiadam do pociągu jadącego z Warszawy. Po wyjściu na dworcu głównym w Pradze zamierzam się przejść przez stare miasto do ulicy Dejvickiej, skąd złapię autobus na lotnisko Praga Rużyne. Ograniczam się wyłącznie do spaceru i omijam tłumy turystów. Ciężki plecak nie pozwala delektować się tym uroczym miastem i wyjęcie aparatu zostawiam sobie na październik. 27,7°C; ciepło i ciężko, szczególnie po pokonaniu stopni w górę na Hradczany.

Loty poza strefę Shengen odbywają się z terminala 1. Czas w oczekiwaniu na odlot umilam sobie czytając książkę.  Tuż po 23 rozpoczyna się boarding i wchodzę na pokład nowo wyglądającego Airbusa A319 linii Czech Airlines. Po wzniesieniu się na wysokość przelotową stewardessy zaczynają serwować kanapki i napoje.

Praga spacer