Dzień 5: Chicicastenango, Lanquin

Z San Pedro wyjeżdżamy przed 6, ponieważ nie tyle droga daleka co czasochłonna.  Żeby dotrzeć do Panamericany pokonujemy ponownie kilkanaście kilometrów stromych podjazdów i zakrętów, z którymi nie równa się żadna europejska znana mi droga. Jednak w ciągu dnia odcinek ten wydaje się jakby krótszy niż podczas burzy w ciemną noc.

Pierwszym przystankiem jest Chichicastenango, do którego prowadzą, a jakżeby inaczej – serpentyny w górę i w dół. Co jakiś czas trafiamy na wlokące się powoli w górę ciężarówki, które nie sposób ominąć inaczej jak tylko wyprzedzać na ostrych zakrętach.

Chichi jak zwą je wszyscy, jest znane z czwartkowych i niedzielnych targów, na które zjeżdżają sprzedawcy i kupcy z całej okolicy. Nie brakuje również paru turystów spacerujących pośród straganów, fotografujących kolorowe koce, maski i inne drobiazgi.

Tuż obok targu mieści się XVII–wieczny kościół Santo Tomas. Schody do niego prowadzące nadal są używane do rytuałów, palenia świec, kadzideł, a w szczególnych sytuacjach nawet kurczaki w ofierze dla bóstw.

Z Chichi jedziemy w stronę Santa Cruz del Quiche, Sacapulas, Cunen. W jednej z przydrożnych restauracji postanawiamy coś wreszcie przekąsić. Ciężko jest się jednak porozumieć więc panie zapraszają mnie do kuchni abym zaglądnął go garnków i wybrał coś. Wybieram zupę a la rosół i ryż plus shake owocowy.
Najpierw dostajemy twarde jak skała placki, zupę z chilli, którą nawet mi jest ciężko przełknąć, więc ograniczam się tylko do paru łyżek. Później panie podają zupę z warzywami i kurczaka z ryżem. Nie można powiedzieć aby było tego mało, a zapłaciliśmy mniej niż w innych miejscach.

Droga cały czas prowadzi górami, dolinami, które ciągle pokonujemy. Raz w górę, raz w dół. Nieustanne zakręty i strome zbocza. Co ciekawe, krajobraz zmienia się na bardzo suchy, wręcz pustynny. Roślinności jest niewiele bądź jest bardzo uboga. Dopiero w okolicach Uspantan robi się bardziej zielono. Pojawiają się plantacje, przy których stojąc sklecone z desek chatki. Ostatnie 25km przed San Cristobal Verapaz to już nie asfalt lecz szuter. Nie jedzie się jednak źle, ponieważ droga jest w miarę utwardzona i niezbyt dziurawa. Odcinek ten przejeżdżamy w godzinę, zatem nie jest tak źle. Później zaczyna się już asfalt i docieramy do głównej drogi prowadzącej ze stolicy do Coban.  Stąd już tylko 60km do Lanquin, a droga jest świetnej jakości. Tylko ostatnie 10km to ponownie szuter i zjazd w dół do samego Lanquin.

Na nocleg wybieramy jedno z niewielu miejsc jakimi ta położona między górami wioska dysponuje – El Retiro Lodge (50Q/dorm). W całym miasteczku nie ma prądu więc w planach jest ognisko, ale z jakiegoś powodu nie dochodzi ono do skutku.


Reklamy

Dzień 4: Lago de Atitlan

Pobudka ponownie już o 5 rano. Po deszczu ani śladu. Jedna ściana naszego pokoju składa się prawie z samych okien, a budynek położony jest na stromym zboczu opadającym w stronę jeziora, w którym powoli zaczyna odbijać się wschodzące zza gór i wulkanów słońce. Dokładnie na wprost naszego pokoju, po drugiej stronie wody, wystaje wierzchołek wulkanu Atitlan, który co parę minut wypuszcza z siebie obłok dymu.
Schodami schodzimy w dół zbocza, gdzie tuż nad brzegiem mieści się restauracja. Otwarta dopiero od 8, więc wracamy do góry, gdzie leżąc w hamakach delektujemy się widokami i ciastem bananowym.
Na śniadanie zamawiamy naleśniki z owocami, posypką i dzbanek herbaty. Przy okazji wypytuję właścicieli o stan interesujących mnie dróg w Gwatemali. Pojawia się między innymi para Anglików, którzy od dwóch lat podróżują na motorze. Przez ten czas zdążyli przejechać już Afrykę, Amerykę Południową, a teraz zmierzają dalej na północ. Od nich dowiaduję się trochę więcej o stanie nawierzchni, ponieważ przed paroma dniami odwiedzili miejsca, do których my dopiero zmierzamy.
Po pysznym i sycącym śniadaniu kierujemy się na nasz następny nocleg do San Pedro la Laguna. Pomimo, że jest to ledwie ponad 10km to trafienie na miejsce zajmuje nam chyba trzy godziny. Wszystko przez to, że adres jest niedokładny i dość długo błądzimy po miasteczku z ciasnymi i jednokierunkowymi ulicami. Co więcej, sami miejscowi nie za bardzo orientują się gdzie jest szukana przez nas ulica. Uzyskując co raz to nowe wskazówki jedziemy wąskimi uliczkami, które w pewnym momencie stają się tak wąskie, że nie sposób dalej jechać. Nie można nawet zawrócić. Jedyne co pozostaje to cofać mając po 5cm między ścianami, a każdym z lusterek. I tak przez kilkaset metrów i parę zakrętów, do czasu aż udaje się zawrócić na jednym z zakrętów. W końcu decydujemy zadzwonić i zapytać o drogę. Okazuje się, że na początku byliśmy ledwie 100m od hotelu, a ktoś wskazał nam zupełnie przeciwny kierunek. Na szczęście jesteśmy na miejscu, zostawiamy bagaże w pokoju i idziemy na spacer po San Pedro la Laguna.
Miasteczko jest bardzo turystyczne. Co kawałek sklepy z pamiątkami, ubraniami w stylu Majów – czyli bardzo wzorzyste i kolorowe. Nie mogę się powstrzymać widząc właśnie takie spodnie i kupuję jedną parę. Jedząc burrito zauważamy przechodzącą Magdę i Karolinę, które również zwiedzają okolicę.
Po obiedzie wracamy do hotelu chwilę poleżeć na tarasie i znów popatrzeć przez chwilę na jezioro i otaczające je wulkany i góry. W wodzie przy brzegu kobiety piorą ubrania uderzając nimi o kamienie. Zastanawia nas dlaczego parę domów stoi w wodzie i pytamy recepcjonistkę o przyczynę tego stanu. Tłumaczy nam, że według Majów jezioro Atitlan ma pięćdziesięcioletnie cykle podczas których wody na zmianę ubywa i przybywa. Obecnie jednak na skutek być może ocieplenia klimatu poziom wody wyłącznie wzrasta.