El Bolson

Ponownie znajduję się na argentyńskim klasyku czyli drodze Ruta 40. Jadę do oddalonego o ponad 120km na południe El Bolson. Kręta droga wiedzie, a jakże by inaczej, między górami, lasami i jeziorami. Zachwycająca widokowo.

IMG_1295

O zmroku wysiadam w centrum miasteczka i idę na poszukiwanie kampingu. Od znajomej dostałem cynk, że się tutaj zatrzymali, więc z pomocą nawigacji GPS wiem dokąd mam się kierować. Dopiero po rozłożeniu namiotu orientuję się, że kamping jest podzielony na dwie części i znajomi rozłożyli się w tej drugiej. Gdy wreszcie udaje nam się na siebie natrafić wymieniamy się doświadczeniami z podróżowania po Patagonii, a także opowiadamy sobie wszystkie nasze ciekawsze przygody. Wspólnie analizujemy też dokąd by się tutaj wybrać nazajutrz na wycieczkę bo El Bolson słynie z szlaków po okolicznych górach. Z tego, a także z targu, na którym sprzedawane są lokalnie wytwarzane rękodzieła. Niestety ceny nie należą do okazyjnych i większość rzeczy jest możliwa do zdobycia w innych miejscach za niższą cenę.

2

Przed wyjściem w góry zaopatruję się w supermarkecie w coś do jedzenia po czym przez nic już nie powstrzymywany wyruszam na szlak. Tylko jednej rzeczy nie oszacowałem zbyt dobrze, mianowicie tego że szlak zaczyna się jakieś 8 km dalej i początkowo muszę przejść przez całe miasteczko, rzekę, a następnie wiejską szutrową drogą wędrować w górę. Próby łapania stopa nie przynoszą za bardzo rezultatu bo i ruch mały i kierowcy jadą w inne miejsca. Bonusem jest to, że pobocza porastają olbrzymie krzaki jeżyn, wysokie na ponad dwa metry – w większości już dojrzałych. Momentami idę z nogi na nogę, przysiadam nad rzeką by zrobić coś do jedzenia lub chwilę odetchnąć. W końcu jest połowa lutego – środek lata, żar leje się z nieba, a i spieszyć się nie ma dokąd. Po 11 km docieram do mostu, który umożliwi mi przejście na drugą stronę rzeki ale wpierw, jak grze, trzeba pokonać przeciwnika. Okazuje się, że mostu pilnuje strażnik, a wyjścia w górę są zalecane najpóźniej do godziny 14:30. Aktualnie jest prawie 17. Ooops, nie wiedziałem, że powinienem był się spieszyć. Swoim kulawym hiszpańskim tłumaczę mu, że pójdę szybko, że jestem z Polski, że my w ogóle szybko chodzimy i na pewno zdążę zrobić te pozostałe 17km do zachodu słońca. Przybija mi piątkę, życzy powodzenia i pozwala iść dalej. Co prawda nie planowałem iść szybko ale teraz i tak przyspieszam bo pod górę nie umiem chodzić powoli. Szlak pnie się bardzo stromo więc jeszcze bardziej się ze mnie leje. Ścieżka cały czas idzie lasem i tylko od czasu do czasu wychodzi na jakiś pagórek lub polanę, z której roztacza się widok na okolicę. Oznaczenia są dobre i widoczne, ścieżka wydeptana, co i tak nie przeszkadza mi się pogubić po drodze. Na którymś z zakrętów zamyślony idę prosto zamiast skręcić w lewo i schodzę w dół trafiając na nieczynną, zniszczoną zębem czasu zagrodę dla zwierząt. Trochę mi to nie pasuje, a mimo to brnę dalej i dalej. Dopiero gdy robi się na tyle wąsko, że bez maczety nie sposób pokonać te skarłowaciałe drzewa rezygnuję i wracam. Znalezienie ponownie szlaku nie było trudne, wystarczyło się bardziej zgubić by zachciało mi się porządnie poszukać znaków aniżeli usilnie próbować brnąć przed siebie.

1

3

Do Refugio Hielo Azul – bo tak nazywa się to miejsce, przychodzę po niecałych 3,5h od rozpoczęcia stromej wspinaczki w górę. Obok mnóstwa porozstawianych namiotów krzątają się ludzie. W wielu miejscach rozpalono już ogniska, co pewnie nie jest najprostsze bo większość drewna w okolicy została już wyzbierana. Znajduję dla siebie kawałek płaskiego terenu, rozkładam namiot i na miły koniec dnia przygotowuję smaczną kolację.

6

IMG_1268

Noc na wysokości prawie 1300m n.p.m. nie należała do zimnych ale tego po gorącym dniu można się było spodziewać. Poranek to taka odwrotność wieczoru. Brzmi to może i banalnie ale tak jest. Posiłek, składanie namiotu, pakowanie i wyruszenie w dalszą drogę. Dziś szykuje się mniej kilometrów do przejścia i nieco luźniejszy dzień. Przede mną przejście na drugą stronę gór – w następną dolinę. Najpierw wchodzę na przełęcz, nieopodal której, ledwie godzinę drogi od Refugio Hielo Azul mieści się inne schronisko – Refugio Natacion. Pięknie położone u stóp skalistych ścian nad małym, krystalicznie czystym stawem. Mijam to wszystko bez zatrzymania i idę dalej w las. Zejście do doliny rzeki Azul jest piekielnie strome i bardzo szybko tracę wysokość. Żar leje się z nieba, szczególnie w niezacienionych miejscach, z których rozciąga się panoramiczny, niczym nie przysłonięty widok na okoliczne góry, doliny i miasteczka w okolicy El Bolson. Po dotarciu do rozwidlenia przy Refugio Cajon del Azul skręcam w prawo, w kierunku wylotu doliny i wzdłuż rzeki (Rio Azul). Co prawda przede mną jeszcze 8km marszu ale jestem już na płaskiej, szerokiej leśnej drodze. Gdybym skierował się w drugą stronę to udałbym się w samo serce Andów, jeszcze ładnych kilka godzin marszu dalej do Ref. Laguitos. Okolica naprawdę obfituje w mnogość szlaków turystycznych. Pomimo środka sezonu nie ma też, czego można by się obawiać, tłumów ludzi.

5

4

Tuż po południu docieram do Wharton, gdzie natykam się na ślady cywilizacji, piknikujących ludzi i ogólnie sielankową atmosferę. Jest nawet szansa na wydostanie się stąd autobusem ale ten niestety jeździ ze dwa razy na dzień i rozkład nie za bardzo jest mi na rękę. Korzystam więc ze sprawdzonego sposobu i razem z czekającym na poboczu Włochem łapiemy wspólnie stopa do miasta. Z dwoma przesiadkami.

Niestety autobus do Bariloche dopiero co mi odjechał, następne kursy są w całości wykupione i wolne miejsca są dopiero na wieczór. Po ludziach stojących na poboczu Ruta 40 również nie widać dużych szans na złapanie okazji ale mimo wszystko próbuję zmierzyć się z tym wyzwaniem. Rozkładam panel słoneczny by podładować telefon i próbuję szczęścia. Daję sobie godzinę czasu, po upływie którego  wrócę do centrum po bilet na autobus. Jak łatwo zgadnąć, szczęście dopisuje mi po 55min stania i machania ręką. Wskakuję na otwartą pakę półciężarówki, a paręset metrów dalej zatrzymujemy się by dobrać jeszcze dwóch autostopowiczów. Jak wspominałem już wcześniej przy okazji Carretera Austral – jazda na otwartej pace z tyłu jest piękną przygodą. Do zniesienia nawet pomimo chłodu oraz wiatru, ponieważ piękne widoki rekompensują pozostałe niedogodności. Tak jak i wcześniej taka przejażdżka była pięknym dopełnieniem Carretera Austral, tak teraz dokonało się to samo dla Ruta 40. Nazajutrz ruszam po raz trzeci w czasie tego wyjazdu do Chile więc praktycznie żegnam się już z tą piękną drogą i pokonywaniem na niej kolejnych kilometrów.

 

IMG_1293

Zapisy śladów tras z GPS:

-El Bolson – Ref. Hielo Azul

-Ref. Hielo Azul – Wharton

Reklamy

Bariloche

Z chilijskiego Osorno transportuję się ponownie do Argentyny. Trasa do Bariloche prowadzi po andyjskich, krętych drogach.

Im wyżej na północ tym kontrole na granicy są bardziej szczegółowe, pomimo że wjazd do Argentyny jest zwykle łatwiejszy niż do Chile. Wynika to z faktu, że Chile podchodzi bardzo restrykcyjnie do wwozu wszelkiej maści produktów spożywczych, szczególnie owoców, warzyw czy mięsa. Chilijczycy przeprowadzają dokładne skanowanie bagażu oraz wchodzą do autobusu z psami i obwąchują wszystko oraz wszystkich. Podejrzane plecaki są odkładane na bok, a następnie otwierane w obecności właściciela. Tym razem nic ciekawego mi się nie przydarzyło choć po cichu liczyłem na machnięcie łapą w stronę mojego plecaka. Zawsze to jakaś rozrywka na granicy. Po sześciu godzin jazdy z Osorno docieram w końcu do Bariloche – turystycznej mekki w Argentynie.

Miasto to słynie z pięknych krajobrazów, sportów wodnych, alpinistyki, a zimą z narciarstwa. Miastami partnerskimi Bariloche są takie światowe kurorty jak m.in. Aspen, Sankt Moritz, Sestiere czy… Zakopane.

Do poruszania się po mieście komunikacją publiczna wymagana jest tylko i wyłącznie karta SUBE. Można ją kupić i doładować w wielu sklepach czy punktach na terenie całego miasta. Karta działa także w Buenos Aires, więc warto sobie ją zachować planując pobyt w stolicy. W podbramkowej sytuacji wystarczy poprosić kogoś z mieszkańców o skasowanie biletu, a odpowiednią kwotę oddać w gotówce. Kierowcy pieniędzy nie przyjmują. Co prawda i od tego zdarzy się czasem odstępstwo, ale lepiej się nie nastawiać i dysponować kartą z naładowanym kontem.

Co do samej jazdy autobusem to działa to tak, że wchodząc do środka mówimy kilometr trasy lub charakterystyczne miejsce do którego zmierzamy, czekamy aż kierowca nabije je na kasę po czym przykładamy kartę do czytnika.

W centrum Bariloche, przy głównym placu mieści się biuro informacji turystycznej, do którego zmierzam i gdzie uzyskuję parę przydatnych informacji. Po dowiedzeniu się wszystkiego, czego będę potrzebował podczas pobytu jadę na kemping poza miasto. Zostaję od razu na dwa dni, bo w okolicy jest parę rzeczy, które chciałbym zrobić.

IMG_1222_c

Wpierw planowałem wypożyczyć rower i objechać co ciekawsze miejsca na rowerze ale po spojrzeniu na mapę stwierdziłem, że nie wszędzie rowerem dojadę, a na nogach zobaczę więcej.

Wracam do poruszania się autobusami i od razu jadę do ostatniego przystanku – Llao Llao, które słynie z tego, że znajduje się tam.. dość luksusowy hotel oraz pole golfowe. Poza tym, rozpoczyna się tam także szlak-ścieżka prowadząca dookoła poszarpanego zatoczkami wybrzeża. I pomyśleć, że z Llao Llao do Petrohue i Lago Todos los Santos w Chile jest zaledwie 70km w linii prostej.

Szczęście do pogody nadal mam w kratkę. Gdy tylko przyjeżdżam w nowe miejsce 30 stopniowe temperatury ustępują miejsca tym niższym, robi się chłodno, wietrznie i pochmurno. Taki też jest i ten dzień. Gdy wychodzę świeci słońce. W połowie trasy pojawiają się chmury, przelotny deszcz i chłodny wiatr. Okazuje się, że to tylko stan przejściowy i mogę kontynuować spacer pozostając suchym. Ścieżka prowadzi lasami, wzdłuż brzegu jeziora. Na jednej z plaż natrafiam na pozostałości po bunkrze. Kilkukrotnie rozmawiając z mieszkańcami usłyszałem, że Hitler po wojnie mieszkał w Argentynie, właśnie w okolicach Bariloche, wraz z żoną i dwojgiem córek. Przyznam, że byłem zaskoczony taką wersją historii ale chyba nie jest ona dość powszechna bo inni Argentyńczycy zapytani przeze mnie o tę wersję robili tylko duże oczy.

Wychodząc z lasu na drogę zastanawiam się jakie mam szansę, że jeździ tędy autobus. Miejsce dość odludne. Widzę, że przy drodze stoi dziewczyna, także może ona coś wie. Podchodzę by zapytać, gdy ona zadaje mi to samo pytanie. Szczęście nam sprzyja bo chwilę później łapiemy stopa – zabiera nas dwoje Argentyńczyków z Buenos będących także na wakacjach. Zamiast od razu wracać do miasta jedziemy się z nimi jeszcze do Colonia Suiza – wioski w stylu szwajcarskim położonej u stóp Cerro Lopez. Pod koniec XIX wieku okolica została zaludniona emigrantami ze szwajcarskiego kantonu Valais i stąd wzięła się nazwa Colonia Suiza. Poza stoiskami z jedzeniem i pamiątkami osada ta nie oferuje niczego nadzwyczajnego zatem nie zabawiamy w niej długo. Jedziemy dalej – nad jezioro Gutierrez. Trochę już za późno by wyjść gdzieś wyżej w góry ale w budce parku zbieramy informacje o dostępnych możliwościach, by następnego dnia wybrać się na podbój jednego z okolicznych szczytów – Cerro Catedral.

IMG_1205_c

Przed powrotem na kempingu wstępuję do sklepu w celu zrobienia zapasów jedzenia i znajduję serowe fondue! Kolacja na dziś zapewniona. Que rico!

Wieczór robię jeszcze pranie, a korzystając z okazji wrzucam praktycznie wszystkie ubrania do pralki. Coś jednak poszło nie tak i kurtka puściła praktycznie na każdym możliwym szwie, a do tego materiał się pokruszył oblepiając wszystkie inne ubrania. Niefortunna sytuacja. Co prawda mam nadzieję już więcej kurtki nie używać ale mimo wszystko dobrze by ją było mieć. W ramach operacji o kryptonimie „naprawa” przeszywam ją nićmi najlepiej jak tylko potrafię. Tych napraw już tyle było, że i nici mi może wkrótce zabraknąć.

Rano wracam nad jezioro Gutierrez i planuję pójść w góry ale w połowie drogi do budki strażników para Izraelczyków informuje mnie, że szlak jest zamknięty z powodu silnego wiatru. Jestem zmuszony zawrócić i zmodyfikować swoje plany. Do El Bolson miałem zamiar wybrać się dopiero wieczór bo szkoda mi tracić ładnego (ponownie!) dnia na siedzenie w autobusie.

Cerro Catedral zmieniam na górujące nad miastem Cerro Otto. Zanim jednak wejdę na szlak jadę wpierw na dworzec kupić bilet do El Bolson. W przechowalni bagażu zostawiam plecak i wracam do miasta. Godzinę później jestem znów u podnóża góry. Wybieram szlak prowadzący najkrótszą ale zarazem najstromszą drogą na górę. O ile nachylenie mi nie przeszkadza bo lubię się zmęczyć, o tyle im wyżej tym bardziej ziemia osypuje mi się spod nóg i utrudnia wspinaczkę.

Ze szczytu rozpościera się 360 stopniowa panorama na położone w dole Bariloche, jezioro i park narodowy Nahuel Huapi oraz góry, mnóstwo gór. Na wierzchołek Cerro Otto poprowadzone są wyciągi bo zimą jest to popularne w okolicy centrum sportów zimowych. Choć przyznam szczerze, że gdy patrzyłem w połowie lipca na pogodę to warunki śniegowe były bardzo słabe. Temperatura od 4C na dole do -2C na górze i od 7cm do 55cm śniegu. Trasy narciarskie są co prawda otwarte ale śniegu jak na lekarstwo. Niewiele lepiej sytuacja ma się w Ushuaia czy Los Penitentes słynącym rzekomo z najlepszego puchu na całym południowoamerykańskim kontynencie.

IMG_1212_c

Jedną z tras narciarskich schodzę na dół. W połowie robię sobie przerwę na kanapki z awokado i pomidorem. Przysiadam na skałach, na skraju urwiska i oglądając krajobrazy posilam się. Cerro Otto to także trasy zjazdowe dla rowerów więc i ja zmieniam szlak i trasę narciarską na rowerową. Jest wąska i kręta, prowadzi przez las, ma sporo uskoków i nierówności. Liczę na to, że nikt akurat nie będzie nią pędził w dół bo któreś z nas skończyłoby źle po takim zderzeniu.

IMG_1217_c

Nie wiem dlaczego ale Bariloche wcale mnie nie powaliło na kolana tak jak wcześniej o nim czytałem i słyszałem. Jest piękne, owszem ale cała Patagonia jest piękna, dzika, naturalnie czysta. Bariloche jest po prostu zwykłym kurortem, centrum turystycznym, do którego na wakacje ściągają Argentyńczycy i turyści. Niewątpliwie jego dużym plusem jest piękna lokalizacja i różnorodność atrakcji, które stanowią o jego popularności o każdej porze roku.

Zapisy śladów tras z GPS:

-Spacer z Llao Llao

-Cerro Otto