Dzień 23: Melbourne

Wymeldowujemy się z „The Nunnery”, bagaże zostawiamy na dole w przechowali i ruszamy na dalsze zwiedzanie Melbourne. Nie uchodzimy nawet pół kilometra i zaczyna padać. Na domiar złego targ jest zamknięty w środy i musimy schować się w restauracji. Dwie godziny później trochę przestaje ale postanawiamy wrócić do hostelu i tam znaleźć sobie jakieś zajęcie, szczególnie że Melbourne nie jest jakoś specjalnie fascynującym miastem jeśli chodzi o zwiedzanie. Popołudniu o dziwo się wypogadza i nawet wychodzi słońce. Robi się ciepło i  kontynuujemy obchód miasta. Docieramy do Royal Botanic Gardens, po których spacerujemy dość chwilę. Niesamowitym jest to, że w całej Australii, w każdym mieście, miasteczku, parku narodowym czy gdziekolwiek indziej mnóstwo ludzi uprawia jakiś sport. Od biegania, po fitness i jazdę na rowerze.

Po 17 wracamy do hostelu po bagaże i kierujemy się w stronę centrum. Niestety tramwaj City Circle nie jeździ już o tej porze i idziemy piechotą. SkyBusem docieramy na lotnisko w 15 minut. Do odlotu mamy jeszcze sporo czasu. Tym razem nie musimy niczego przepakowywać bo limit bagażu 32kg na osobę zdecydowanie nam wystarcza. Wrzucam więc do walizki wszystko to, czego nie mam ochoty nosić przez następne dwadzieścia kilka godzin włącznie z kurtką.

Od początku grudnia linie Etihad na trasie Melbourne – Abu Dhabi wprowadziły nowy, większy samolot – Boeing 777-300ER, który zastąpił mniejszego Airbusa A340. Rzeczywiście obłożenie jest stuprocentowe lub bliskie tego wyniku.

Reklamy

Dzień 22: Cairns – Melbourne

Przed wyruszeniem na lotnisko podjeżdżamy na plażę by zrobić sobie śniadanie, wysuszyć namiot, przepakować walizki i uprzątnąć auto.

Na lotnisku okazuje się, że niepotrzebnie przekładaliśmy rzeczy z jednej walizki do drugiej, bo i tak są one ważone razem, więc bez problemu mieścimy się w limicie 40kg. Do odlotu mamy jeszcze prawie 2h czasu, dlatego też na spokojnie jedziemy oddać samochód. Jak to zwykle bywa w takich sytuacjach – nigdzie nie ma nas na liście ale szybko się to wyjaśnia. W ciągu tych 19 dni, kiedy to wynajmowaliśmy samochód, przejechaliśmy 6980km. Licząc średnio nie wychodzi to wiele bo ledwie 367km dziennie ale biorąc pod uwagę, że niejednokrotnie w dzień robiliśmy po 400km, a w nocy jeszcze 500km to bywaliśmy zmęczeni.

Do Melbourne lecimy na pokładzie nowiutkiego dziecka Boeinga, czyli Dreamlinerem 787 lini Jet Star. Z punktu widzenia pasażera nie mogę powiedzieć by różnica była ogromna. Jedyne co się rzuca w oczy to więcej miejsca nad głową, tzn. sufit jest wyżej oraz przestronniejsze okna przyciemniane za pomocą przycisków. System rozrywki jest płatny, więc zostaje mi patrzenie przez okno w jałową, spaloną słońcem ziemię Australii lub oglądanie jedynego darmowego programu o łowieniu ryb.

W Melbourne lądujemy o czasie. Nie można powiedzieć żeby było jakoś zimniej niż w Queensland, choć to pewnie dlatego, że ostatnie dni tam nie były szczególnie upalne. Ot takie sobie 23-28C. SkyBusem (28AUD w dwie strony) dostajemy się w ciągu 15min do centrum miasta. Przechodzimy dwie przecznice i łapiemy darmowy tramwaj kursujący po mieście – City Circle.

Idziemy do hostelu „The Nunnery” nieopodal Fitzroy Gardens. Meldujemy się, chwilę ogarniamy wszystko i ruszamy na zwiedzanie miasta. Niesamowite jest to, że w grudniu możemy sobie usiąść na zewnątrz, słońce świeci mocno i wysoko nawet o 18, podczas gdy w Queensland było już prawie ciemno. Oczywiście robi się chłodniej ale pogoda i tak jest niezła.

Spacerujemy po mieście, idziemy wzdłuż rzeki Yarra pod stadion, na którym rozgrywany jest Australian Open. Akurat mamy to szczęście trafić na koncert Biebera bo dość długo nie mogliśmy zrozumieć skąd się tam namnożyło tak dużo dziewczyn w wieku szkolnym.

Przy rzece mają swoje hangary kluby wioślarskie, a na wodzie pływają osady jedna za drugą.

Powoli robi się ciemno i chłodno, wracamy do hostelu po cieplejsze ubrania, statyw i wracamy do centrum by porobić trochę zdjęć i nakręcić kilka filmików. Szczególnie ładnie wygląda miasto z wieżowcami uchwycone z południowego brzegu.