Podróż na Sri Lankę

Nadszedł czas wyjazdu, lecz zanim znajdziemy się u celu podróży czeka nas dość długa podróż.
Wpierw Kolejami Śląskimi do Katowic, skąd o godzinie 23 jedziemy Polskim Busem, żeby na rano być w Warszawie.
Lot do Paryża jest o godzinie 6:55 i tuż przed wejściem na pokład słyszymy komunikat, że start opóźni się o około godzinę. Już wcześniej zwróciłem uwagę, że następny poranny i popołudniowy lot do Paryża są odwołane. Podobnie Rzym, Londyn, Frankfurt. Siedzimy więc w samolocie i czekamy. Przyczyną opóźnienia są złe warunki atmosferyczne na paryskim lotnisku de Gaulla.
Zamiast planowo lądować o 9:20 lądujemy o 10:30. Lotnisko CDG całe pod śniegiem. Na bagaż czekamy kolejne 50 minut. Wózki z bagażami mają problem z poruszaniem się po płycie, koła się ślizgają i wygląda to jakby bagaże donosili ręcznie, bo tyle to trwa wszystko.
Pogoda naprawdę zimowa. Ciągle sypie śnieg, na ulicach tworzy się wodna breja i nie byłoby z tym żadnego problemu, gdyby nie to, że ubrania i buty mamy typowo letnie.
Po dotarciu do hotelu wychodzi, że przy rezerwacji popełniłem okropny błąd i zamiast na marzec zarezerwowałem pokój na luty w te same dni. Niestety trzeba było ponownie zapłacić za pokój.
W telewizji nieustannie informują jak opady śniegu sparaliżowały północną Francję, zachodnie lotniska (Frankfurt zamknięty) i zastanawiamy się co będzie rano.
A rano wydaje się być już całkiem w porządku. Śnieg przestał padać, na niebie pojawiło się słońce i dopiero po wyjściu z hotelu okazuje się, że chodniki i ulice są całkowicie pokryte lodem i nikt zdaje się tym nie przejmować, a przynajmniej nikt poza zwykłymi obywatelami.
Linia „13” metra całkowicie zapchana i dopiero do trzeciego pociągu udaje nam się wepchnąć. Przesiadka na „2” i jeszcze jedna na Gare du Nord. Tutaj troszkę sprawy się komplikują i pociągi RER linii „B” są poopóźniane. Z wyświetlacza wynika, że ma wjechać za moment, dosłownie za minutę, a owa minuta rozciąga się do kilku, po czym pociąg wypada z rozkładu. Po prostu znika z wyświetlacza i trzeba czekać na następny, którego przyjazd także się rozwleka.
W końcu wtacza się na peron, rozciągając się na całą jego długość. Całe szczęście, że sporo ludzi wysiadło bo udało nam się przypuścić zakończony sukcesem szturm i dostać do środka jako jedni z ostatnich. Fenomenem było to, że plecak praktycznie sam wisiał w powietrzu, a przez pierwszych parę stacji stałem tylko na jednej nodze. Im częściej jednak trzęsło, tym więcej miejsca się robiło w pociągu. Coś jakby potrząsać słoikiem wypełnionym żwirem, który po każdym potrząśnięciu opada na dno i robi się więcej miejsca.
Start samolotu Saudi Arabian Airlines do Jeddah także się przeciągnął i odlecieliśmy z godzinnym opóźnieniem. Na szczęście mieliśmy duży zapas czasu oraz sporo przestrzeni na nogi w okolicy wyjścia awaryjnego. W ogóle cały Airbus A320 był tak urządzony, że pomiędzy fotelami było ogólnie więcej przestrzeni, za to kosztem mniejszej liczby rzędów. W tym przypadku to nie problem bo samolot miał może 20% wypełnienie. Przed startem wysłuchaliśmy jeszcze słów Mahometa, które zwykł wypowiadać przed podróżą i z tym akcentem mogliśmy się czuć w pełni bezpiecznie skoro prawie sam Prorok leci z nami.
Jako posiłek poza sałatką sezonową i koktajlem krewetkowym dostaliśmy do wyboru rybę/kurczaka z makaronem/strogonow, a także ciasto i napoje.
Im bliżej lądowania byliśmy tym bardziej dało się zauważyć, że część pasażerów zdejmuje normalne ubrania i owija się białymi ręcznikami jakby szli na basen lub do sauny. Przyznam szczerze, że byłem trochę tym zdziwiony i nie mam pojęcia skąd taka zmiana odzieży.
Po sześciu godzinach lotu, już po zmroku wylądowaliśmy w Jeddah. Z początku lotnisko wydawało się bardzo duże, ponieważ jechaliśmy przez nie samolotem jeszcze przez 15 minut, ale budynek terminala przypominał raczej ten spotykany na małych lotniskach na odległej prowincji. Na korzyść jednak przemawiało to, że przy przejściu przez tranzyt dostaliśmy voucher na kolację – kurczak z ryżem, jabłko, bułka, masło i Pepsi. Z kolei wi fi działało jakby korzystali z łączą modemowego. W każdym razie ważne, że było.
Po godzinie 23 wsiadamy na pokład potężnego, czterosilnikowego i dwupokładowego Boeninga 747-400 lecącego do Colombo z międzylądowaniem w stolicy Arabii Saudyjskiej – Rijadzie. Przez niespełna półtorej godziny cieszymy się prawie pustym pokładem i próbujemy choć na chwilę się przespać, co niestety się nie udaje. Najpierw załoga roznosi napoje, później kanapki, a potem to już trzeba się podnieść i zapiąć pasy przed lądowaniem.
W Rijadzie samolot dopełnia się prawie w całości. Ludzie pchają się jakby obawiali się, że nie zdążą wsiąść, a my ze swoich miejsc obserwujemy ten chaos.
Po odlocie dosłownie padam ze zmęczenia i zasypiam budząc się tylko na kolację/śniadanie serwowane o 3 w nocy.

Reklamy

Dzień 2 – Abu Dhabi – Bangkok

Budzę się gdzieś nad Bagdadem. Zaczyna świtać, a za oknem pojawia się żółto-pomarańczowa łuna, która z minuty na minutę staje się coraz bardziej intensywna. Okolice Abu Dhabi z loty ptaka wyglądają jak zagospodarowany kawałek pustyni. Czteropasmowe oświetlone, puste autostrady, niskie willowe domy z basenami i pole golfowe. Jest godzina 7 rano i 36°C, Wylądowaliśmy parę minut przed czasem więc mam ponad 1,5h na przesiadkę. W terminalu tworzy się korek do bramek bezpieczeństwa, na szczęście kolejka przesuwa się dość sprawnie i szybko.

Na korytarzach można spotkać tablice zachęcające do racjonalnego korzystania z wody oraz informujące ile jej można zaoszczędzić ograniczając lub modyfikując pewne czynności codzienne.

Drugi etap podróży będzie odbywał się na pokładzie Boeninga 777-300 linii Etihad Airways. Jest to zdecydowanie większa maszyna niż 118 miejscowy Airbus. Układ siedzeń to 3-4-3, a każde wyposażone jest w multimedialny system rozrywki. Najnowsze hity filmowe, seriale, programy telewizyjne, gry, muzyka czy nawet wersety Koranu w formie audiobooka. 6h lotu upływa monotonnie i po godzinie 18 czasu miejscowego ląduję w Bangkoku. Dzięki zniesieniu wiz dla Polaków odprawa jest prostsza. Należy wypełnić kartę imigracyjną i bez żadnych pytań dostaję do paszportu pieczątkę ważną 30 dni. Obyło się bez pokazywania przerabianego wydruku biletu lotniczego, który potwierdzał, że opuszczę Tajlandię w przeciągu tych 30 dni tym bardziej, że i tak mam taki właśnie plan.

Po odebraniu bagażu kieruję się w stronę shuttle busa, który za darmo dowozi mnie na dworzec autobusowy, z którego łapię minibusa (20B) do dzielnicy Bangna, gdzie mam umówiony nocleg u Alexa. W Tajlandii obowiązuje ruch lewostronny, który w odróżnieniu od Wietnamu cechy się większym spokojem. Jest harmoniczny i cywilizowany. Nikt nie trąbi, używanie kierunkowskazów jest powszechnie oraz nie ma takiej ilości skuterów na ulicach. Zdecydowana przewaga samochodów, wśród których dominują marki azjatyckie. Modele wizualnie zadbane i w dobrym stanie.

Parukilometrowa jazda trwa ponad pół godziny, mimo że jezdnia ma trzy pasy. Obok na estakadzie ciągnie się ponadto dodatkowa nitka drogi ekspresowej. Zaczęło padać ale to tylko delikatny, ciepły deszcz.

Korzystając z GPS’u i ze wskazówek udzielonych mi przez Alexa i odnajduję właściwy budynek, następnie mieszkanie i poznaję jego właściciela.

Alex pochodzi z Rosji i od 3 lat mieszka w Bangkoku. Wieczorem udziela mi paru informacji przydatnych w dalszym planowaniu trasy podróży, bo przyznam szczerze, że jak dotąd się za bardzo nad tym nie zastanawiałem. Sprawdzam pociąg na następny dzień i kładę się spać. Przez 5h różnicę w czasie sen nie chce nadejść i pozostaje mi uzbroić się w cierpliwość i czekać.

U Alexa