Powrót

Podróż powrotną odbywamy w ten sam sposób jak poprzednio tj. z Colombo na pokładzie Boeninga 747-400 do Jeddah z międzylądowaniem w Rijadzie. W przypadku tego lotu udaje mi się wybrać miejsca w biznes klasie, która zdecydowanie jest bardziej przestronna aniżeli ekonomiczna. W dodatku mieści się na górnym pokładzie, czyli tam gdzie kabina pilotów. Co prawda menu nie różni się niczym w porównaniu z klasą ekonomiczną, lecz i tak było wyjątkowo dobre. Do wyboru danie wegetariańskie z makaronem, kurczak lub ryba.

W Jeddah przesiadka jest dość długa, bo aż 8h, a lotnisko wyjątkowo skromne, jednakże na plus zasługuje fakt, że przy przejściu przez tranzyt dostajemy vouchery na lunch i kolację. Różnią się one tylko nazwą, ponieważ nieustannie serwują to samo, mianowicie panierowany kurczak z ryżem, suchą bułkę, jabłko i pepsi.

Z Jeddah odlatujemy o czasie, a i samolot do Paryża jest w tę stronę zdecydowanie bardziej zapełniony niż poprzednim razem. Można zaobserwować jak powoli, w miarę zbliżania się do lotniska de Gaulla zakrycia głowy znikają z twarzy kobiet. Nierzadko przebierają się całkowicie w zachodnie ubrania.  Podyktowane jest to francuskim prawem, które zakazuje zakrywania twarzy.

Ponownie kilka godzin oczekiwania i po spokojnym, rutynowym locie jesteśmy w Warszawie.

O ile w Jeddah o 1 w nocy temperatura wynosiła 28°C, w Paryżu w południe 12°C i świeciło słońce, o tyle w Warszawie wita nas zima, śnieg i temperatura oscylująca w granicach 0°C.

Reklamy

Podróż na Sri Lankę

Nadszedł czas wyjazdu, lecz zanim znajdziemy się u celu podróży czeka nas dość długa podróż.
Wpierw Kolejami Śląskimi do Katowic, skąd o godzinie 23 jedziemy Polskim Busem, żeby na rano być w Warszawie.
Lot do Paryża jest o godzinie 6:55 i tuż przed wejściem na pokład słyszymy komunikat, że start opóźni się o około godzinę. Już wcześniej zwróciłem uwagę, że następny poranny i popołudniowy lot do Paryża są odwołane. Podobnie Rzym, Londyn, Frankfurt. Siedzimy więc w samolocie i czekamy. Przyczyną opóźnienia są złe warunki atmosferyczne na paryskim lotnisku de Gaulla.
Zamiast planowo lądować o 9:20 lądujemy o 10:30. Lotnisko CDG całe pod śniegiem. Na bagaż czekamy kolejne 50 minut. Wózki z bagażami mają problem z poruszaniem się po płycie, koła się ślizgają i wygląda to jakby bagaże donosili ręcznie, bo tyle to trwa wszystko.
Pogoda naprawdę zimowa. Ciągle sypie śnieg, na ulicach tworzy się wodna breja i nie byłoby z tym żadnego problemu, gdyby nie to, że ubrania i buty mamy typowo letnie.
Po dotarciu do hotelu wychodzi, że przy rezerwacji popełniłem okropny błąd i zamiast na marzec zarezerwowałem pokój na luty w te same dni. Niestety trzeba było ponownie zapłacić za pokój.
W telewizji nieustannie informują jak opady śniegu sparaliżowały północną Francję, zachodnie lotniska (Frankfurt zamknięty) i zastanawiamy się co będzie rano.
A rano wydaje się być już całkiem w porządku. Śnieg przestał padać, na niebie pojawiło się słońce i dopiero po wyjściu z hotelu okazuje się, że chodniki i ulice są całkowicie pokryte lodem i nikt zdaje się tym nie przejmować, a przynajmniej nikt poza zwykłymi obywatelami.
Linia „13” metra całkowicie zapchana i dopiero do trzeciego pociągu udaje nam się wepchnąć. Przesiadka na „2” i jeszcze jedna na Gare du Nord. Tutaj troszkę sprawy się komplikują i pociągi RER linii „B” są poopóźniane. Z wyświetlacza wynika, że ma wjechać za moment, dosłownie za minutę, a owa minuta rozciąga się do kilku, po czym pociąg wypada z rozkładu. Po prostu znika z wyświetlacza i trzeba czekać na następny, którego przyjazd także się rozwleka.
W końcu wtacza się na peron, rozciągając się na całą jego długość. Całe szczęście, że sporo ludzi wysiadło bo udało nam się przypuścić zakończony sukcesem szturm i dostać do środka jako jedni z ostatnich. Fenomenem było to, że plecak praktycznie sam wisiał w powietrzu, a przez pierwszych parę stacji stałem tylko na jednej nodze. Im częściej jednak trzęsło, tym więcej miejsca się robiło w pociągu. Coś jakby potrząsać słoikiem wypełnionym żwirem, który po każdym potrząśnięciu opada na dno i robi się więcej miejsca.
Start samolotu Saudi Arabian Airlines do Jeddah także się przeciągnął i odlecieliśmy z godzinnym opóźnieniem. Na szczęście mieliśmy duży zapas czasu oraz sporo przestrzeni na nogi w okolicy wyjścia awaryjnego. W ogóle cały Airbus A320 był tak urządzony, że pomiędzy fotelami było ogólnie więcej przestrzeni, za to kosztem mniejszej liczby rzędów. W tym przypadku to nie problem bo samolot miał może 20% wypełnienie. Przed startem wysłuchaliśmy jeszcze słów Mahometa, które zwykł wypowiadać przed podróżą i z tym akcentem mogliśmy się czuć w pełni bezpiecznie skoro prawie sam Prorok leci z nami.
Jako posiłek poza sałatką sezonową i koktajlem krewetkowym dostaliśmy do wyboru rybę/kurczaka z makaronem/strogonow, a także ciasto i napoje.
Im bliżej lądowania byliśmy tym bardziej dało się zauważyć, że część pasażerów zdejmuje normalne ubrania i owija się białymi ręcznikami jakby szli na basen lub do sauny. Przyznam szczerze, że byłem trochę tym zdziwiony i nie mam pojęcia skąd taka zmiana odzieży.
Po sześciu godzinach lotu, już po zmroku wylądowaliśmy w Jeddah. Z początku lotnisko wydawało się bardzo duże, ponieważ jechaliśmy przez nie samolotem jeszcze przez 15 minut, ale budynek terminala przypominał raczej ten spotykany na małych lotniskach na odległej prowincji. Na korzyść jednak przemawiało to, że przy przejściu przez tranzyt dostaliśmy voucher na kolację – kurczak z ryżem, jabłko, bułka, masło i Pepsi. Z kolei wi fi działało jakby korzystali z łączą modemowego. W każdym razie ważne, że było.
Po godzinie 23 wsiadamy na pokład potężnego, czterosilnikowego i dwupokładowego Boeninga 747-400 lecącego do Colombo z międzylądowaniem w stolicy Arabii Saudyjskiej – Rijadzie. Przez niespełna półtorej godziny cieszymy się prawie pustym pokładem i próbujemy choć na chwilę się przespać, co niestety się nie udaje. Najpierw załoga roznosi napoje, później kanapki, a potem to już trzeba się podnieść i zapiąć pasy przed lądowaniem.
W Rijadzie samolot dopełnia się prawie w całości. Ludzie pchają się jakby obawiali się, że nie zdążą wsiąść, a my ze swoich miejsc obserwujemy ten chaos.
Po odlocie dosłownie padam ze zmęczenia i zasypiam budząc się tylko na kolację/śniadanie serwowane o 3 w nocy.

Dzień 10 – Tokio – Mediolan

Przed pójściem na stację musimy wymienić jeszcze ze 20$, żeby móc kupić bilet na lotnisko Narita (1240 JPY) bezpośrednim pociągiem – przedłużeniem linii Asakusa.
Pomimo, że mieszkaliśmy na północy Tokio, to mija około pół godziny nim zwarta zabudowa ustępuje wiejskiemu krajobrazowi. Z okna widać, że coś, gdzieś w oddali budują czy też remontują, co jest o tyle nietypowe, że do tej pory nie spotkaliśmy nigdzie żadnych prac budowlanych, remontowych, renowacji, restauracji, rekonstrukcji, napraw. Niczego. Wydaje się, jakby wszystko co zostało zaplanowane jest już ukończone i nie wymaga dalszych poprawek.

Szybka odprawa bagażowa i parę minut na wydanie ostatnich jenów, ewentualnie jakieś śniadanie.
W sklepie bezcłowym znalazłem zielonego KitKata o smaku zielonej herbaty. Trzeba im przyznać, że w sklepach spożywczych, ale pewnie i w innych także, wiele ciekawych produktów począwszy od pakowanego sushi czy onigiri zawiniętego w nori po gotowe dania na gorąco.

Lot do Mediolanu odbywać się będzie na pokładzie Boeninga 777-200 z układem siedzeń 3-4-3.
Akurat mamy miejsca w otoczeniu samych Polaków. Obłożenie nie jest pełne i szczególnie rząd środkowy jest pustawy.
Lecimy też inną trasą niż z Rzymu do Osaki. Najpierw kierujemy się na północ, w kierunku Hokkaido. Przelatujemy nad Sapporo, nad zamarzniętym morzem Ochockim i o 15:40 czasu Japońskiego wlatujemy nad Rosję.

Załoga podaje jedzenie (włoskie lub japońskie, czyli twardy makaron lub ryż) i napoje. Niedługo później wlatujemy w strefę nocy na dalekiej północy. Momentami lecimy aż nad Morzem Karskim i Barentsa. System rozrywki jest jakiś taki starszy niż w poprzednim A330; ma mniejszy ekran, ale oferta multimedialna się nie zmieniła.
Zabijam czas oglądając „I have to buy new shoes” – świetny japoński film romantyczny, „The watch” – komedię amerykańską z Benem Stillerem i na „Prometeuszu” odpadam; czas na sen.

Na zachodzie niebo jaśnieje i gdy budzę się w okolicach Zatoki Fińskiej znów jest dzień. Przelatujemy w okolicach Gdańska, następnie w kierunku Zielonej Góry, na Pragę, Monachium i Innsbruck.
Godzinę przed lądowaniem w Mediolanie załoga serwuje zimny posiłek i napoje.
12h lot dobiegł końca. Nie było tak strasznie pod względem czasu spędzonego na pokładzie. Ale o ile we Włoszech dochodzi 18, o tyle w Japonii jest już prawie 2 w nocy i odczuwamy senność ze zmęczeniem.

Pociągiem (10€) jedziemy do centrum na stację Milano Central, skąd piechotą idziemy do hostelu.
W pokoju, a szczególnie na podłodze i łóżkach panuje niesamowity bałagan, że aż ciężko się połapać, które łóżka są wolne, a które zajęte. Razem z nami są w nim cztery dziewczyny z Montpellier, z którymi zamieniam jeszcze parę zdań.

Dzień 2 – Abu Dhabi – Bangkok

Budzę się gdzieś nad Bagdadem. Zaczyna świtać, a za oknem pojawia się żółto-pomarańczowa łuna, która z minuty na minutę staje się coraz bardziej intensywna. Okolice Abu Dhabi z loty ptaka wyglądają jak zagospodarowany kawałek pustyni. Czteropasmowe oświetlone, puste autostrady, niskie willowe domy z basenami i pole golfowe. Jest godzina 7 rano i 36°C, Wylądowaliśmy parę minut przed czasem więc mam ponad 1,5h na przesiadkę. W terminalu tworzy się korek do bramek bezpieczeństwa, na szczęście kolejka przesuwa się dość sprawnie i szybko.

Na korytarzach można spotkać tablice zachęcające do racjonalnego korzystania z wody oraz informujące ile jej można zaoszczędzić ograniczając lub modyfikując pewne czynności codzienne.

Drugi etap podróży będzie odbywał się na pokładzie Boeninga 777-300 linii Etihad Airways. Jest to zdecydowanie większa maszyna niż 118 miejscowy Airbus. Układ siedzeń to 3-4-3, a każde wyposażone jest w multimedialny system rozrywki. Najnowsze hity filmowe, seriale, programy telewizyjne, gry, muzyka czy nawet wersety Koranu w formie audiobooka. 6h lotu upływa monotonnie i po godzinie 18 czasu miejscowego ląduję w Bangkoku. Dzięki zniesieniu wiz dla Polaków odprawa jest prostsza. Należy wypełnić kartę imigracyjną i bez żadnych pytań dostaję do paszportu pieczątkę ważną 30 dni. Obyło się bez pokazywania przerabianego wydruku biletu lotniczego, który potwierdzał, że opuszczę Tajlandię w przeciągu tych 30 dni tym bardziej, że i tak mam taki właśnie plan.

Po odebraniu bagażu kieruję się w stronę shuttle busa, który za darmo dowozi mnie na dworzec autobusowy, z którego łapię minibusa (20B) do dzielnicy Bangna, gdzie mam umówiony nocleg u Alexa. W Tajlandii obowiązuje ruch lewostronny, który w odróżnieniu od Wietnamu cechy się większym spokojem. Jest harmoniczny i cywilizowany. Nikt nie trąbi, używanie kierunkowskazów jest powszechnie oraz nie ma takiej ilości skuterów na ulicach. Zdecydowana przewaga samochodów, wśród których dominują marki azjatyckie. Modele wizualnie zadbane i w dobrym stanie.

Parukilometrowa jazda trwa ponad pół godziny, mimo że jezdnia ma trzy pasy. Obok na estakadzie ciągnie się ponadto dodatkowa nitka drogi ekspresowej. Zaczęło padać ale to tylko delikatny, ciepły deszcz.

Korzystając z GPS’u i ze wskazówek udzielonych mi przez Alexa i odnajduję właściwy budynek, następnie mieszkanie i poznaję jego właściciela.

Alex pochodzi z Rosji i od 3 lat mieszka w Bangkoku. Wieczorem udziela mi paru informacji przydatnych w dalszym planowaniu trasy podróży, bo przyznam szczerze, że jak dotąd się za bardzo nad tym nie zastanawiałem. Sprawdzam pociąg na następny dzień i kładę się spać. Przez 5h różnicę w czasie sen nie chce nadejść i pozostaje mi uzbroić się w cierpliwość i czekać.

U Alexa