Dzień 15: Byron Bay – Noosa Heads

Dzień w Byron Bay spędzamy dość leniwie i zabijamy czas, jako że na 12 umówiliśmy się z moim znajomym – Mattem, którego poznałem rok wcześniej na indonezyjskiej Jawie.

Odwiedzamy bibliotekę publiczną, by sprawdzić co w sieci piszczy, kręcimy się po miasteczku i sklepach. Wciąż mając spory zapas czasu postanawiamy pojechać do sklepu zrobić już zakupy, żeby nie tracić czasu później i wracamy do centrum, w umówione wcześniej miejsce.

Miło jest zobaczyć w tak odległym kraju kogoś znajomego, kogoś z kim spędzało się miło czas w innym dalekim kraju. Upychamy Matta z tyłu naszego Hyundaia, który wymagał w tym celu przepakowania i jedziemy parę kilometrów za miasto, w jakieś odludne miejsce, które to tylko Matt mógł wynaleźć. Tym sposobem trafiamy na górę klifu, schodzimy parę metrów w dół do jego podnóża i oto jesteśmy sami na jednej z wielu przepięknych australijskich plaż. Spędzamy tam parę minut na rozmowie i wracamy, jako że nie mamy zbyt wiele czasu.

Matt jeżdżąc przez ponad rok po Australii opowiada o wszystkich zwierzętach, które spotkał, o delfinach skaczących w zatoce, gdy spał w swoim samochodzie na parkingu, o wielorybach przypływających na północ w celu urodzenia młodych i wielu, wielu innych.

Rozstajemy się w Byron Bay i jedziemy dalej na północ. Niewiele dalej mijamy Gold Coast ze słynnym Surfers Paradise – jednym z najlepszych miejsc do serfowania na świecie (rzekomo). Mijamy Brisbane, w którym lądowaliśmy niespełna dwa tygodnie wcześniej i już po zmroku docieramy do Noosa Heads. Świąteczne lampki i dekoracje na drzewach wprawiają nas w osłupienie. Jest 27C, wciąż miesiąc do Bożego Narodzenia i jakoś kompletnie nie czujemy atmosfery zbliżających się świąt.

Rozbijamy się z namiotem nieopodal parkingu, a na kolację pożywiamy się papają i mango.

Dzień 5: Melbourne

Nareszcie dotarliśmy do Australii. Piątego dnia od wyjścia z domu. Co prawda nie jesteśmy jeszcze u celu, bo z Brisbane czeka nas jeszcze przelot do Melbourne liniami Virgin Australia. Wpierw jednak musimy przejść kontrolę paszportową, za którą zaraz jesteśmy odesłani na bok i zadawane nam są przeróżne pytania. Między innymi co nas sprowadza do Australii, na jak długo przylecieliśmy, czym zajmujemy się w kraju i tym podobne. Pokazujemy bilety powrotne, potwierdzenie rezerwacji samochodu i po paru minutach jesteśmy wolni. Jeszcze tylko kontrola bagażu, ponieważ zdeklarowaliśmy posiadanie jedzenia i śladów gleby. Musimy więc otworzyć walizki, pokazać jakie mamy jedzenie, wypakować namiot wraz ze śledziami. Wszystko jest w porządku. Konfiskują mi tylko jabłko. Reszta jedzenia w oryginalnych opakowaniach może być bez problemu wwieziona na teren kraju.

Na lot do Melbourne musimy się ponownie odprawić i nadać bagaż. Dostajemy bilet na autobus, który przewiezie nas pod terminal krajowy. Podczas kontroli bezpieczeństwa zostaję wytypowany i zapytany czy wyrażam zgodę na sprawdzenie specjalną szczotką czy nie mam na sobie (kieszenie, buty, plecak) śladów narkotyków lub materiałów wybuchowych.

Sam lot przebiega bez większych wydarzeń. Obsługa w Virgin Atlantic to nie Etihad i dostajemy tylko kawę lub herbatę. Zresztą zmęczenie robi swoje i ja odlatuję jeszcze przed startem.

Na lotnisku w Melbourne zostawiam Maćka z bagażami i idę złapać bus do wypożyczalni samochodów. Tam dostaję kluczyki do nowego Hyundai’a i20 z automatyczną skrzynią biegów i mam jechać. Dopiero jak pani z obsługi odchodzi zdaję sobie sprawę, że muszę to jakoś opanować bo nie dość, że nigdy nie jeździłem automatem, to w Australii obowiązuje ruch lewostronny. Po lewej stronie już jeździłem ale tylko skuterem, a tam jak wiadomo, wszystko jedno, bo kierownica jest i tak na środku. Na szczęście szybko się przyzwyczajam i jazda jest bezproblemowa. Trochę dłużej zajmuje mi przywyknięcie do tego, że kierunkowskaz jest zamieniony z wycieraczkami i parę razy zmieniając pas uruchamiam wycieraczki.

Czekając przed lotniskiem na pojawienie się Maćka muszę zrobić parę okrążeń, ponieważ nie można tam parkować, a tylko wyrzucać lub zabierać ludzi. Jakoś pakujemy to wszystko do bagażnika i na tylne siedzenie i autostradą jedziemy w stronę Great Ocean Road na południe. Dochodzi 17, a słońce świeci wysoko jak u nas w południe.

Wygląda na to, że sezon jeszcze się nie rozpoczął i większość kampingów jest pozamykana. Szczęśliwie udaje nam się znaleźć jeden w Torquay (30AUD).

Dzień 4: Singapur – Brisbane

Rano udajemy się piechotą do Chińskiego Ogrodu (Chinese Garden, Jurong Gardens), który chciałem zwiedzić skuszony pewnym zdjęciem, które zobaczyłem sporo wcześniej w Internecie. Poza pagodami, mostem łączącym ogród chiński z japońskim zwiedzamy muzeum żółwi, w którym to żyją i wykluwają się te małe gady.

Metrem wracamy do mieszkania, zabieramy bagaże i podrzucamy je na przechowanie do Patryka do pracy, a sami idziemy spacerować dalej w kierunku Marina Bay Sands. W oddali majaczą metalowe wieże-drzewa w ogrodach Gardens by the Bay. Wzdłuż deptaka poustawiane są już choinki, co przy letniej pogodzie wygląda dla nas dziwnie. Do chińskiej dzielnicy zaglądamy m.in. by napić się mleka wprost z kokosu. Na spacerowaniu po mieście mija nam większość dnia i gdy dochodzi 18 udajemy się ponownie do Patryka do pracy, by odebrać walizki.

Przed udaniem się na lotnisko idziemy wspólnie razem na kolację. Degustujemy ciasto marchewkowe, które nie jest ani ciastem, ani marchewkowe. To coś bardziej w rodzaju omleta. W smaku bardzo dobre. Do tego curry z ryżem, na które smak miałem od dłuższego czasu, a także parę innych dań i do tego wszystkiego sok z trzciny cukrowej. Pycha!

Zasiedzieliśmy się zbytnio w centrum i teraz musimy bardzo się spieszyć by odpowiednio wcześnie zjawić się na lotnisku. Nim znajdujemy stację metra, kupujemy bilety, potem jeden pociąg, przesiadka, drugi pociąg, kolejna przesiadka i w konsekwencji na Changi Airport docieramy prawie w ostatniej chwili. Na domiar złego zmienili nam terminal odlotu i musimy przedostać się do terminala 3 kolejką.  Szczęśliwie udaje nam się zdążyć z odprawą, a samolot i tak okazuje się być opóźniony.

Czeka nas kolejne 8h w powietrzu ( ponownie na pokładzie A330-200) nim znajdziemy się w Brisbane. Samolot nie jest tym razem tak pusty jak poprzedniego dnia i nie ma możliwości by się porozsiadać.