Dzień 9, 10 – Kandy

Rano łapiemy autobus do Kandy. Z dnia na dzień przemieszczanie się autobusami robi się coraz bardziej nużące i czasochłonne. Tym razem jednak autobus nie zatrzymuje się na każde skinienie, a wręcz pędzi i wyprzedza nieustannie. Droga do Kandy zajęła więc „tylko” 3h.

Po dotarciu na miejsce znajdujemy nocleg i idziemy na spacer po mieście. Obchodzimy jezioro dookoła, oglądamy gnieżdżące się na drzewach kormorany, pelikany i nietoperze. A wszystko to możliwe do zobaczenia w centrum miasta. W jeziorze natomiast pływają żółwie, a na brzegu wylegują się jaszczurki.

Świątynię Zęba (Sri Dalada Maligawa) odwiedzamy dopiero następnego dnia, ze względu na wymagany strój zasłaniający kolana i ramiona.
Jest to najważniejsza świątynia buddyjska na Sri Lance, w której mieści się rzekomo lewy górny siekacz Buddy, który według legendy ocalał ze stosu pogrzebowego. Zęba zobaczyć nie sposób, ale jest możliwość przejścia przed złotym relikwiarzem, w którym się on znajduje. Wpierw jednak należy odstać swoje w kolejce, która krótka nie jest.

Po wyjściu ze świątyni autobusem jedziemy do ogrodu botanicznego, w którym przechadzać się można wśród ogromnej ilości gatunków ciepłolubnych drzew. Znajduje się tam aleja obsadzona palmami kokosowymi, dom orchidei z wieloma kwiatami tego gatunku, ogród przypraw i ziół, wszelakie bambusy i wiele, wiele innych drzew.

W mieście na targu zaopatrujemy się w herbaty, przyprawy i zioła, które są tutaj tańsze niż w różnych ogrodach zielarskich rozsianych po wyspie, choć nadal droższe, aniżeli na zwykłym straganie przy ulicy.

Popołudniu mam szczęście, ponieważ idąc wzdłuż jeziora mam okazję podziwiać pływającego blisko pelikana, który niespodziewanie nurkuje i łowi rybę, która przez chwilę trzepocze w wielkim worku pod dziobem, a następnie zostaje przez niego połknięta.

Reklamy

Dzień 42 – Singapur

Rano wymeldowuję się z hostelu, plecak zostawiam na korytarzu pod ławką i idę do metra. Piekarnia na dole jeszcze jest zamknięta, więc na śniadanie będą dwa kawałki ananasa. Jadę do City Hall i podążam w odwrotnym kierunku jak wieczór. Ponownie przez Quays w głąb miasta, tylko, że chwilę później przechodzę przez most na drugi brzeg, pod South East Asia Museum.
Dalej przez Clarke Quay idę w kierunku Chinatown, które to już z pewnej odległości rzuca się w oczy wiszącymi nad ulicą lampionami. Poza kolejnymi centrami handlowymi znajduje się tam miejsce wpisane na listę UNESCO, a jest to parę przecznic, w obrębie których znajdują się stare domu z kolorowymi okiennicami ciągnące się po obu stronach ulic. A także sklepy z pamiątkami, restauracje, zakłady krawieckie i inne. W okolicy znajduje się Sri Mariamman Temple – hinduistyczna świątynia, jednak na mnie wrażenie wywarła Buddha Tooth Relic Temple z wielkimi posągami w środku oraz mnóstwem różnego rodzaju złotawych figurek poustawianych symetrycznie na ścianach.

W pobliżu świątyni i Chinatown znajduje się City Gallery (bezpłatnie), gdzie można się dowiedzieć paru ciekawych rzeczy na temat miasta. Jeszcze paręset metrów dalej mieszczą się kolejne dwie świątynie, ale bardzo podobne do wszystkich innych.

Stamtąd decyduję udać się pieszo do ogrodu botanicznego i w tym celu muszę przebyć ładnych parę kilometrów na drugą stronę centrum Singapuru. Po drodze mijam Orchad Road – ulicę, przy której mieści się kilkanaście centrów handlowych. Fast foody, restauracje, rozrywka i sklepy ze wszystkim. Od Nike po Pradę.
po dotarciu do ogrodu idę w kierunku jeziora łabędziego z pomnikiem podrywających się łabędzi do lotu na środku. W wodzie pływają ogromne ryby i żółwie. Zataczam rundkę i wracam z powrotem, żeby dotrzeć o zmierzchu w okolice Quays.

Czekam, aż bardziej się ściemni i rozkładam statyw. Wędruję tą samą drogą co rano, do Fullerton Hotel, a później przechodzę na drugą stronę, żeby tam zrobić parę ujęć Marina Bay Sands. Obchodzę zatokę. Chyba budują trybuny na zawody Formuły 1, mające się odbyć za paręnaście dni.

Wracam po plecak do hostelu i metrem jadę na drugą stronę miasta do Patryka z CS na nocleg. Trochę zajmuje mi odnalezienie drogi, ale w konsekwencji się udaje i spotykamy się na dziedzińcu, pod akademikiem.

Tego dnia przeszedłem ponad 33 kilometry spacerując po całym mieście. Nie licząc wieczornego przejazdu do Patryka, kiedy to już wyłączyłem GPS.
Dwa dni to zdecydowanie za mało, żeby dobrze poznać miasto, jednak wystarczająco dużo, aby poczuć jego atmosferę i panujące w nim zasady. Singapur nie przypomina innych azjatyckich miast i bliżej mu do świata zachodniego, szczególnie że wiele ludzi tam pracujących i mieszkających to obcokrajowcy. Z tego i innych względów w Singapurze obowiązują aż cztery języki urzędowe – angielski, chiński mandaryński, tamilski i malajski. Dodatkowo w państwie-mieście panuje niesamowity porządek i obowiązują surowe zasady.

http://www.sports-tracker.com/#/workout/Maslanka/7lvfjci3b9c64n6h