Dzień 5: Melbourne

Nareszcie dotarliśmy do Australii. Piątego dnia od wyjścia z domu. Co prawda nie jesteśmy jeszcze u celu, bo z Brisbane czeka nas jeszcze przelot do Melbourne liniami Virgin Australia. Wpierw jednak musimy przejść kontrolę paszportową, za którą zaraz jesteśmy odesłani na bok i zadawane nam są przeróżne pytania. Między innymi co nas sprowadza do Australii, na jak długo przylecieliśmy, czym zajmujemy się w kraju i tym podobne. Pokazujemy bilety powrotne, potwierdzenie rezerwacji samochodu i po paru minutach jesteśmy wolni. Jeszcze tylko kontrola bagażu, ponieważ zdeklarowaliśmy posiadanie jedzenia i śladów gleby. Musimy więc otworzyć walizki, pokazać jakie mamy jedzenie, wypakować namiot wraz ze śledziami. Wszystko jest w porządku. Konfiskują mi tylko jabłko. Reszta jedzenia w oryginalnych opakowaniach może być bez problemu wwieziona na teren kraju.

Na lot do Melbourne musimy się ponownie odprawić i nadać bagaż. Dostajemy bilet na autobus, który przewiezie nas pod terminal krajowy. Podczas kontroli bezpieczeństwa zostaję wytypowany i zapytany czy wyrażam zgodę na sprawdzenie specjalną szczotką czy nie mam na sobie (kieszenie, buty, plecak) śladów narkotyków lub materiałów wybuchowych.

Sam lot przebiega bez większych wydarzeń. Obsługa w Virgin Atlantic to nie Etihad i dostajemy tylko kawę lub herbatę. Zresztą zmęczenie robi swoje i ja odlatuję jeszcze przed startem.

Na lotnisku w Melbourne zostawiam Maćka z bagażami i idę złapać bus do wypożyczalni samochodów. Tam dostaję kluczyki do nowego Hyundai’a i20 z automatyczną skrzynią biegów i mam jechać. Dopiero jak pani z obsługi odchodzi zdaję sobie sprawę, że muszę to jakoś opanować bo nie dość, że nigdy nie jeździłem automatem, to w Australii obowiązuje ruch lewostronny. Po lewej stronie już jeździłem ale tylko skuterem, a tam jak wiadomo, wszystko jedno, bo kierownica jest i tak na środku. Na szczęście szybko się przyzwyczajam i jazda jest bezproblemowa. Trochę dłużej zajmuje mi przywyknięcie do tego, że kierunkowskaz jest zamieniony z wycieraczkami i parę razy zmieniając pas uruchamiam wycieraczki.

Czekając przed lotniskiem na pojawienie się Maćka muszę zrobić parę okrążeń, ponieważ nie można tam parkować, a tylko wyrzucać lub zabierać ludzi. Jakoś pakujemy to wszystko do bagażnika i na tylne siedzenie i autostradą jedziemy w stronę Great Ocean Road na południe. Dochodzi 17, a słońce świeci wysoko jak u nas w południe.

Wygląda na to, że sezon jeszcze się nie rozpoczął i większość kampingów jest pozamykana. Szczęśliwie udaje nam się znaleźć jeden w Torquay (30AUD).

Dzień 50 – Mount Papandayan

W nocy komary nie dawały mi spać. W dodatku prawie wszystkie ubrania miałem w praniu, klimatyzacja była włączona i trochę zmarzłem. Planowaliśmy wstać o 5, ale już o 4 obudził mnie nawołujący imam z pobliskiego meczetu.

Najpierw podjechaliśmy jeszcze pod Baya uniwersytet, skąd zabraliśmy czterech jego kolegów i już wszyscy razem jedziemy na podbój Mount Papandayan (2630 m n.p.m.). Pomimo niewielkiej odległości (+/- 300 km) na miejsce docieramy dopiero przed godziną 16. Ostatnie paręnaście kilometrów pokonujemy jadąc w górę zniszczoną drogą, mijając uprawy kawy i tytoniu.

Na parkingu wita nas rześkie, chłodne powietrze. Kupujemy ryż z jajkiem na obiad, do tego dostajemy solone kawałki manioku i już jesteśmy gotowi do marszu. W oddali widać unoszące się w górę białe obłoki pary. W miarę zbliżania się widzimy ich coraz więcej, a także czujemy intensywny zapach siarki.
W pewnym momencie szlak zmienia kierunek, ponieważ w górze widnieje ogromna wyrwa. Tylko nigdzie nie widać leżącej ziemi i kamieni, które niegdyś mogły stanowić jej fragment, więc pozostaje to dla nas zagadką.

Po zaledwie 3 km rozstawiamy obóz na polu biwakowym (czyt. kawałek płaskiego terenu). W miarę jak robi się ciemniej (zmierzch zapada zaraz po zachodzie słońca) chmury ustępują, pojawiają się pierwsze gwiazdy, by niedługo później całe niebo było nimi usiane. Podziwiamy drogę mleczną i zauważamy spadającą gwiazdę. Jest również niebywale zimno. Znajdujemy się zaledwie 7° na południe od równika, a ja mam na sobie krótkie i długie spodnie, koszulkę z krótkim i długim rękawem, bluzę, kurtkę przeciwdeszczową z kapturem, a i tak nie jest mi za ciepło. Jest bardzo wilgotno, pojawia się rosa i nawet ognisko nie chce się za dobrze palić. Nie przeszkadza to jednak w pieczeniu batatów i manioku. Piecze się je w ognisku tak samo jak zwykłe ziemniaki i po jakieś godzinie są gotowe do jedzenia. Cała reszta je bez skórki, a tylko ja tradycyjnie ze skórką. Niebo w gębie.

Nie mogę zrozumieć  Yohanesa, która trzęsie się z zimna, bo ma na sobie tylko krótki rękaw, a na nogach klapki i za nic nie chce się ubrać. Odstępuje mi nawet swój śpiwór, bo ja nie zabrałem ze sobą żadnego, a on sam śpi wsuwając się do swojego plecaka. Śpiwór jest w rozmiarze azjatyckim tzn. albo proste nogi albo głowa w środku ale i tak pozwala zasnąć.

Jeśli chodzi o sam biwak to może i sprzęt nie jest światowej klasy, bo chłopaki mają ogromny namiot, który wymaga jednej osoby i pełnego plecaka, żeby go dźwigać. Kuchenki także nie są małe i lekkie, ale tak naprawdę niczego więcej nam nie potrzeba. No może poza większą ilością batatów i manioku, które rozeszły się w mgnieniu oka.

Trasa na Sports Tracker