Dzień 11 – Chiang Mai – Bangkok – Krabi

Do Bangkoku dojeżdżamy rano, na dworzec północny. My chcemy jechać na południe kraju więc musimy się przedostać na dworzec południowy. Po zasięgnięciu informacji wsiadamy do autobusu miejskiego linii 170 (19B) jadącego w naszym kierunku. Jest dopiero 8 rano, a nasz następny autobus – do Krabi odjeżdża dopiero o 18:30 (614B). Cały dzień spędzamy zatem na dworcu. Czas leci szybciej gdy udaje nam się dostać hasło do wifi jednej w z kawiarni. Na drogę razem z Annie kupujemy sobie po połówce ananasa, jemy zupki chińskie z 7-eleven, a ja zaopatruję się dodatkowo w kilka porcji sushi (5b/szt).

W autobusowym telewizorze leci Transformers 3, niestety po tajsku. Dostajemy nawet wodę, mleko sojowe i małą bułkę. Tym razem kładę się w przejściu wcześniej niż poprzedniej nocy i jako tako dosypiam do rana.

Dzień 8 – Chiang Mai – Pai

Rano mogę sobie wypocząć dłużej, ponieważ wszystkie busy do Pai są pełne ze względu na święto pełni księżyca i bilet udało mi się kupić dopiero na godzinę 14:30.

Ostatni spacer po mieście, podczas którego w jednej z bocznych uliczek zjadam Pad Thai za parę groszy. Jest to typowe tajskie danie składające się z makaronu mieszanego podczas gotowania (stir fry), przypraw oraz w zależności od wyboru mięsa, owoców morza, jajek.

Z hotelu zabiera mnie jeep, który po odebraniu wszystkich ludzi po drodze dowozi nas na stację benzynową, gdzie następuje przesiadka do busa. Chiang Mai od Pai dzieli około 80 km ale droga była wyjątkowo trudna do zniesienia ze względu na ponad 700 ostrych zakrętów, które znajdują się na tym odcinku. Szczęśliwie mój żołądek znosi to dzielnie ale wysiadam z ogromnym uczuciem ulgi.

Nocleg znajduję po drugiej stronie rzeki, po przejściu bambusowego mostu w ośrodku z bambusowymi bungalowami do wynajęcia (100B). Chatki są skromnie wyposażone. W środku znajduje się jedna żarówka, łóżko z dziurawą moskitierą i coś co służy za łazienkę.

Samo Pai jest malutkie i jednocześnie turystyczne. Wszędzie pełno restauracji, które dziś alkoholu nie sprzedają z powodu wspomnianego wcześniej już święta pełni księżyca. Ulice pełne są spacerujących turystów i przenośnych straganów sprzedających naleśniki bądź herbatę nalewaną do wnętrza bambusa.

Dzień 7 – Chiang Mai

Ta noc również nie należała do przespanych. Jet lag wciąż daje w kość. Po 1 w nocy zamiast bezsensownego leżenia zrobiłem sobie parunastu minutowy jogging do sklepu 7-eleven po chleb tostowy, dżem i wodę. Można zgłodnieć od tej bezsenności.

O poranku w guesthousie obok wypożyczam skuter (150B) i jadę zwiedzać okolicę. Zaczynam od stacji benzynowej. Jako, że jest to moje pierwsze doświadczenie związane z jazdą lewą stroną odczuwam lekką niepewność. Okazuje się, że niepotrzebnie. Jazda po lewej stronie nie różni się niczym od tej po prawej, szczególnie na skuterze, który kierownicę ma na środku. Tajowie jak w życiu tak i na drodze kierują się życiową zasadą aby nie ulegać negatywnym emocjom i w przeciwieństwie do Wietnamczyków czy Indonezyjczyków są pod tym względem bardzo cierpliwi, spokojni, często się uśmiechają i nie trąbią.

Jadę na północ parę kilometrów za miasto do Królestwa Tygrysów – jak nazywa się ten park. Miejsce, w którym można wejść do klatki  z tymi zwierzętami i dotknąć je, pogłaskać, a nawet objąć. W ośrodku znajduje się duża liczba tygrysów w różnym wieku. Kupując bilet należy się zdecydować czy chce się stanąć oko w oko z dojrzałym osobnikiem, średniej wielkości (14-16 miesięcy i jest już sporą bestią), małym (6-8 miesięcy) czy najmniejszym kociakiem (3 miesięczne), który jest i tak dwa razy większy od kota domowego.

Pojawia się mnóstwo pytań czy aby tygrysy nie są pod wpływem narkotyków, co pozwala bezpiecznie z nimi przebywać w jednej klatce. Władze ośrodka tłumaczą, że są miłośnikami kotów i wszystko jest wyłącznie zasługą tresury od najmłodszych lat. Opiekunowie drewnianym kijem lekko klepią po głowie tygrysy gdy trzeba przywołać je do porządku.

Kupując bilet zdecydowałem się na wizytę u średnich, małych i najmniejszych tygrysów (1250B za pakiet, ubezpieczenie w cenie). Pierwsze było wejście do klatki z półtorarocznymi samicami, które mimo młodego wieku wyglądały na dorosłe. Tygrysice większe zainteresowanie wykazywały odgłosami prac dochodzącymi zza klatki niż chodzącym posiłkiem wewnątrz. Towarzyszył mi jak to zwykle ma miejsce jeden opiekun, którego jedyną bronią i ochroną był wspomniany wcześniej drewniany patyk. Uczucie niepewności mija szybko i podchodzę blisko by dotknąć tych dzików kotów i usiąść obok.

Z jednej strony dużą śpią i odpoczywają – jak to koty. Ale z drugiej, gdy tylko opiekun zacznie wymachiwać kijem zakończonym kolorowymi wstążkami na końcu tygrysy żwawo wstają i zaczynają zanim biegać i podskakiwać jak małe kociaki.

Stojąc oko w oko z tak doskonałym drapieżnikiem i zarazem czując jego oczy wpatrzone w moje to zaprawdę niezwykłe uczucie. Lekko przerażające ale niezwykłe. Szczęście, że już jadły, a jedzą sporo – pięć kurczaków na raz.

Po wyjściu z jednego wybiegu do drugiego. Tym razem do małych tygrysów, około półrocznych, których jest ponad pięcioro. Bawią się, leżą spokojnie, wchodzą na siebie, gryzą się i przewracają. Jednym słowem nie szczędzą sobie rozrywki.

Najdłuższa kolejka jest do pomieszczenia z tymi najmniejszymi. Przed wejściem jest umywalka aby można było umyć ręce oraz trzeba założyć klapki, a z boku stoją butelki z mlekiem do karmienia. Niektóre maluchy śpią nic sobie nie robiąc z tego, że ktoś próbuje je przesuwać ale natychmiast wstają gdy któreś z rodzeństwa zaczyna je szturchać i zaczepiać. W pewnym momencie gdy siedziałem obok jednego z tygrysków, ten postanowił przejść sobie przeze mnie zatrzymując się na chwilę by zrobić dobrą minę do zdjęcia.

Można się spierać o zasadność tworzenia takiej atrakcji i wykorzystywania w tym celu tygrysów. W końcu są to dzikie zwierzęta i każdy dorosły osobnik mógłby jednym machnięciem łapy poważnie kogoś poranić. Wzrok mają bystry i jak na koty są stosunkowo ruchliwe ale może prawdą jest, że przyzwyczajenie od małego do obecności człowieka nie wyzwala u nich agresji gdy są najedzone. Można na to spojrzeć z dwóch stron, ale z której by tego nie robić to niezaprzeczalnie wrażenia są niecodziennie i można powiedzieć – głaskałem tygrysa i patrzyłem mu w oczy.

Tuż za Królestwem Tygrysów jest wioska kobiet z długimi szyjami, wydłużonymi od noszenia na nich obręczy. Wstęp 500B. Postanawiam sobie odpuścić takie „plemię” pod masową, komercjalną turystykę i kieruję się dalej drogą w kierunku Samoeng. Po paru kilometrach zatrzymuję się w parku narodowym Doi Sutep – Pui (100B + 20B parking) i idę ścieżką w górę rzeki oglądać kaskady wodospadu Mae Sa. Sam park nie jest jakoś specjalnie interesujący, ot rzeka i ścieżka prowadząca wzdłuż niej, w dodatku niesie mało wody i kaskady nie są efektowne. Na pewnym odcinku ścieżka wiedzie po obu stronach rzeki, jednak po lewej stronie schody są zniszczone, deski połamane i pewne odcinki zamknięte. Bardziej niż park narodowy jest to miejsce rekreacyjne do piknikowania, kąpieli pod wodospadem i spacerów.

Przy tej samej drodze, którą dotarłem do parku znajduje się jeszcze ogród botaniczny i park słoni. Jadąc skuterem mam okazję zobaczyć dwa maszerujące poboczem słonie.

Wracając w kierunku Chiang Mai odbijam na jednym skrzyżowań w prawo, na drogę 1004. Mijam zoo i pnę się powoli w górę. Oglądam kolejny wodospad, nieopodal którego sprzedają na straganie upieczone owady. Wyżej zatrzymuję się w punkcie widokowym, z którego widać całe Chiang Mai. Przejeżdżam obok spacerującego po asfalcie skorpiona. Na oglądanie kolejnego wodospadu i pałacu Bhubing jest już zbyt późno ale mimo to wjeżdżam na górę do wioski Hmong Doi Pui. Niestety kolejne komercyjne miejsce. Bez porównania z tymi w Laosie czy Wietnamie. Zjeżdżam jak najszybciej na dół bo jest okropnie zimno na takiej wysokości, szczególnie podczas jazdy.

Wieczór w hostelu spotykam Ericę, z którą idziemy na targ wrzucić coś na ząb.

Pierwsza noc kiedy to usypiam wcześniej niż przed 2 w nocy i jet lag powoli odpuszcza.

Dzień 6 – Chiang Mai

Noc nie należała do ciepłych i wygodnych. O 1 w nocy sąsiadka z fotela obok wysiadła i mogłem się jako tako wyłożyć na dwóch fotelach. Rano ponownie dostaję ciasto na śniadanie. Do Chiang Mai docieram z opóźnieniem 2 h ale na zewnątrz jest przynajmniej ciepło.

Za pomocą sangathew (30B) – samochodu z zabudowaną paką i dostawionymi ławkami dotarłem w pobliże centrum, skąd piechotą poszedłem dalej szukać noclegu.

Zatrzymałem się w hostelu Diva. 100B pokój 6-os z łazienką, ciepłą wodą i wifi.

W mieście zwiedzać może jedynie świątynie, których jest tam ponad trzysta. to też zrobiłem po krótkim oporządzeniu się i rozpakowaniu. Najstarsza część miasta podobnie jak to miało miejsce w Ayutthaya, znajduje się na wyspie. Za radą Lonely Planet walking tour obszedłem po kolei Wat Phra Singh, Wat Phan Tao, Wat Chedi Luang i jeszcze parę innych. Wszystkie są bogato zdobione, kolorowe, stare, a jednocześnie dobrze zachowane z trzysekcyjnymi spadzistymi dachami. Przed wejściami często znajdują się posągi smoków z szeroko otwartymi paszczami.

Po zmroku życie w Chiang Mai zaczyna się wokół nocnego bazaru rozciągającego się wzdłuż ulicy Chiang Khlan, a w wielu miejscach dodatkowo rozgałęzia się na boki w okoliczne uliczki. Sam targ jest jednym z większych, które widziałem do tej pory w Azji. Sprzedawcy oferują wszystko od ubrań, po lokalne produkty, rękodzieło, pamiątki. Nie zapomniano oczywiście ogromnej stołówce, a raczej miejscu, gdzie wiele stoisk posiada swoje własne stoliki i oferuje różnorakie dania.

Zapis trasy z GPS’u.

Dzień 5 – Pak Chong – Ayutthaya – Chiang Mai

Rano wracam pociągiem kawałek (2,5h) w kierunku Bangkoku by wysiąść w Ayutthaya – dawnej stolicy Tajlandii. Siadam naprzeciwko Taja, który jak się okazuje mówi po angielsku i udziela mi trochę informacji na temat kraju, miejsc wartych zwiedzenia i lokalnej kuchni. Zapisuje mi parę nazw dań na kartce bym mógł ją w razie czego pokazać w restauracji. Na dworcu w Ayutthaya od razu kupuję bilet na wieczorny pociąg do Chiang Mai (19:25 – 6:20, 586B), zostawiam plecak w przechowalni (10B)  i ruszam na zwiedzanie miasta. Najpierw spacerem do Wat Phanam Choeng (20B/ja free), gdzie znajduje się 19m posąg siedzącego Buddy. Z pod świątyni  promem (5B) przedostaję się na wyspę otoczoną trzema rzekami. W drodze na drugi koniec miasta zaopatruję się w sushi (5B/szt) i ananasa (20B). Poboczem lub bardzo szerokim, bitym chodnikiem spacerują słonie z turystami na grzebiecie. Nieopodal, w ich zagrodzie można wykupić bilet na przejażdżkę lub zakupić owoce do karmienia tych olbrzymów. Jednemu z nich opiekun wlewa wodę wężem do trąby, którą słoń następnie sobie przelewa do pyska. Obok stoją małe słoniątką pozujące do zdjęć. Mogłoby się wydawać, że słoń jest łysy ale tak naprawdę jego ciało porastają szczeciniaste, sztywne w dotyku włosy.

Kolejnym zabytkiem, który zwiedzam jest Wat Phra Si Sanphet, który do połowy XV wieku służył jako pałac królewski, a później przekształcony został na świątynię.  Swego czasu mieścił się w nim 16 metrowy Budda pokryty 250 kg złotem, z czasem przetopionym przez birmańskich najeźdźców. W przylegającym Wihaan Phra Mongkhon Bopit znajduje się największy siedzący posąg Buddy jaki można zobaczyć w Tajlandii.

Wracając spacerem przez park zauważam coś sporej wielkości płynącego przez staw. Wygląda jak duży jaszczur lub wąż. Z daleka ciężko stwierdzić. Przynajmniej wiem na przyszłość czego można się spodziewać po miejskich sadzawkach.

Przed odjazdem do Chiang Mai kupuję na bazarze grillowaną kukurydzę (10B), a na kolację zamawiam owoce morza z kiełkami (50B), które to (owoce morza) przypominają trochę omlet.

Pociąg o dziwo nadjeżdża punktualnie, co nie jest takie normalne jak pokazują wcześniejsze doświadczenia i opowieści Alexa. Na pierwszy rzut oka połowa przedziału to turyści z plecakami.

Po pociągu chodzi obsługa serwująca ciepłym posiłek (w cenie biletu). Ryż z czymś tam, bardzo ostry. Na szczęście za chwilę przynieśli wodę, ciastko na deser i koc. Przy włączonej klimatyzacji jest okropnie zimno.