Dzień 11: Copan – Lago de Yojoa

Ruiny Majów w Copan znajdują się zaledwie kilometr lub dwa od miasta o tej samej nazwie i tam też udajemy się zaraz rano. Zaraz za wejściem natrafiamy na kilka czerwonych ar, które są mieszkańcami okolicznych ruin i lasów. Jest to również narodowy ptak Hondurasu. Nieopodal znajduje się centrum rozrodu ptaków, w którym podejmowane są próby zwiększenia populacji tego jak i innych gatunków. Ptaki nie wyglądają na ruchliwe bo częściej widzi się je spacerujące aniżeli latające, a gdy zgromadzi się ich kilka na jednym drzewie to hałas jest niesamowity.

Na środku znajdują się piramidy schodkowe i stele, a dookoła mieściły się tereny mieszkalne. Do dziś nie do końca wiadomo dlaczego te czy inne starożytne miasta Majów zostały opuszczone. Jedno z przypuszczeń dotyczące Copan sugeruje iż wraz z rozwojem miasta zaczęto wycinać coraz więcej drzew na opał i pod uprawę co skutkowało podnoszeniem się temperatury w dolinie, mniejszymi opadami deszczu, a w konsekwencji ubogimi plonami i głodem.

Ruiny Copan nie są duże i obejście wszystkie na spokojnie około dwóch godzin. Robi się też cieplej i upał zaczyna doskwierać. Wracamy jeszcze na chwilę do miasta na śniadanie, po czym jedziemy dalej w kierunku San Pedro Sula, które uchodzi za jedno z najniebezpieczniejszych miast na świecie (przynajmniej według statystyk), a następnie w kierunku największego jeziora Hondurasu – Lago de Yojoa.

Drogi w Hondurasie są gorszej jakości niż te w Gwatemali, jest więcej przerw w asfalcie i dziur ale nie ma tylu progów zwalniających. Kierowcy też jeżdżą mniej spokojnie i czasem trzeba zwolnić, gdy z przeciwka nadjeżdża wyprzedzająca ciężarówka czy autobus, której trzeba ustąpić.  Gdzieś w połowie trasy przytrafiła się nam pierwsza kontrola drogowa. Zarówno w Gwatemali jak i w Hondurasie bardzo często przy drogach stoją policjanci lub wojsko i kontrolują wyrywkowo przejeżdżające samochody. Każdy z nich jest oczywiście uzbrojony i to nie tylko w pistolet ale również i karabiny, które noszą przed sobą, jakby w gotowości do użycia. W każdym razie kontrola ograniczyła się do bardzo pobieżnego przejrzenia dowodu rejestracyjnego i po chwili mogliśmy jechać dalej.

Od San Pedro Sula prowadzi całkiem dobra droga, z początku nawet dwupasmowa. Biegnie ona w stronę stolicy Tegucigalpy.  Po drodze zatrzymujemy się by zobaczyć 43 metrowy wodospad Pulhapanzak. Położony jest on w przyjemnym parku, przez który przepływa spokojnie rzeka, w której można się nawet kąpać pomimo tego, że kawałek dalej nagle się urywa.

Parę minut później zaczyna się prawdziwa ulewa, oberwanie chmury typowe dla krajów tropikalnych. Widać, że pora deszczowa powoli się rozpoczyna.


Reklamy

Dzień 10: Rio Dulce, Quirigua, Copan Ruinas

Rano spacerujemy jeszcze po farmie, jemy śniadanie i zbieramy się w dalszą drogę.
Pierwszym przystankiem jest Rui Dulce – miejscowość położona nad największym jeziorem Gwatemali – Lago de Izabal. Z jeziora wypływa rzeka (Rio) Dulce, która przepływając przez niewielkie jezioro El Golfete i głęboki na 100 m wąwóz uchodzi do morza w pobliżu miasta Livingston. Próbowaliśmy znaleźć publiczną łódkę, która pływa z Rio Dulce do Livingston, lecz popołudniu jest już tylko kurs w jedną stronę, a oferty prywatnych łodzi były w horrendalnie wysokich cenach.
Ograniczyliśmy więc zwiedzanie do hiszpańskiego fortu z XVII wieku – Zamku Św. Filipa. Zbudowany i używany przez Hiszpanów do ochrony przed piratami, głównie Angielskimi rabującymi wybrzeża Karaibów.
Zamek jest mały ale ładnie położony i odrestaurowany. Obok znajdują się ławki i wydzielone miejsce do pływanie, które okazuje się bardzo pomocne w walce z upałem.
Z Rio Dulce udajemy się do Quirigua (80Q) – dawnego ośrodka kultury Majów istniejącego między III, a IX wiekiem. Miejsce jest znane z wysokich steli, które dochodzą do 8 m wysokości i ważą nawet 60 ton. Na końcu Wielkiego Placu znajduje się akropolis, którego budynki służyły za łaźnie i mieszkania. Poza ekipą przycinającą trawę, a raczej odpoczywającą w cieniu jesteśmy tam całkiem sami, żadnych innych zwiedzających w zasięgu wzroku.
Po zwiedzeniu Quirigua kierujemy się już w stronę granicy z Hondurasem w El Florido. Granica jest czynna przez całą dobę, a my docieramy tam godzinę przed zmrokiem.
Przekraczanie jest dość nietypowe, przynajmniej samochodem. Po przejechaniu za pierwszy szlaban parkujemy z boku i pieszo udajemy się do okienka po pieczątkę wyjazdową z Gwatemali. Przy okazji z jakiegoś powodu musimy uiścić opłatę około 60Q. Chwilę później kierujemy się do biura Hondurasu, gdzie procedura jest podobna, z tym że wypełniamy deklaracje celne i płacimy ok 3$. Po tym wszystkim wracamy do auta i przejeżdżamy przez drugi szlaban. Nikt też nie pyta w jaki sposób się przemieszczamy, czy przewozimy coś czego przewozić nie powinniśmy.
Zatem ruszamy dalej w drogę, już w Hondurasie. Do Copan mamy tylko 10 km i na miejsce dojeżdżamy, gdy powoli robi się ciemno. Znajdujemy przyjemny hostel i idziemy na miasto. Pomimo, że jest ciemno to na ulicach jest sporo ludzi i czujemy się bezpiecznie. Żeby coś zjeść musimy zdobyć trochę lempirów, a o tej godzinie jest to możliwe w jednym z trzech bankomatów (z czego tylko dwa działają). Nie wiem dlaczego ale nie sposób wybrać gotówki z MasterCard, a z opresji ratuje nas Visa.
Wracając do hostelu kupujemy tradycyjne danie Hondurasu – baleada. Jest to dość gruby placek a la torilla wypełniony pastą ze smażonej fasoli, jakimiś warzywami i ewentualnie mięsem.