Dzień 49 – Medan (Sumatra) – Jakarta (Jawa)

Już o 7:30 miałem jechać do miasta razem z Nitą. Samolot dopiero o 11:30, ale zważywszy na nieogarnięty ruch w mieście wolałem wyjść wcześniej. O 8 nadal nie zapowiadało się, by Nita była gotowa w ciągu najbliższej godziny, więc odprowadziła mnie tylko do głównej drogi, pomogła złapać busa i pojechałem sam. Na dworcu przesiadka na kolejnego busa jadącego w stronę lotniska. Kierowca zapomina sobie, żeby wysadzić mnie jak najbliżej i dopiero gdy włączam GPS orientuję się, że jestem już ładnych parę przecznic od miejsca, w którym zamierzałem pierwotnie wysiąść. Wysiadam i wracam podążając za wskazaniami GPS’u. W pewnym momencie przystaje obok mnie jeden z kierowców, wypytuje dokąd idę i tłumaczy mi, że tędy nie dojdę do lotniska, ponieważ jest to droga awaryjna. Zabiera mnie więc do swojego samochodu, zmienia swoją trasę z mojego powodu i podwozi mnie pod sam terminal.

Ponownie lecę liniami Mandala Airways. Dostaję miejsce środkowe przy wyjściu bezpieczeństwa – wyjątkowo dużo miejsca na nogi. Dwie godziny lotu szybko upływają na czytaniu książki i spokojnie ląduję na lotnisku Soekarno–Hatta w Jakarcie. Wsiadam w jakiś autobus (IR 20000/1,5h) i jadę na drugi koniec miasta, skąd odbiera mnie chłopak z CS – Bayu.

Nareszcie mam możliwość ponownie nagrać zdjęcia na DVD (to już 9 płyta), odetchnąć spokojnie, wyprać ubranie, wziąć prysznic oraz uzupełnić braki kalorii, bo rodzice Baya zamawiają dwie pizze i skrzydełka kurczaka z KFC. Nic lepszego jak pizza po prawie dwóch miesiącach spędzonych w Azji nie mogło mi się przytrafić tego dnia.

Baya tata wyciąga mapy, zdjęcia i opowiada o różnych miejscach w Indonezji, szczególnie o tych, do których planuję dotrzeć i wyjaśnia mi jak najlepiej to zrobić. Rano mamy zaplanowany wyjazd w góry i Bayu robi przygotowania.

Reklamy

Dzień 48 – Samosir – Medan

Dziś wracam na stały ląd. Prom mam o 8 rano, a autobus o 9:30. Co prawda restaurację otwierają dopiero o 8, ale udaje mi się załapać wcześniej na chapatti z serem i pomidorami, naleśnik z czekoladą i herbatę z imbirem – przepyszne jak za każdym razem.

Odjazd trochę się przeciąga, bo kierowca jeszcze nie dojechał, ale to nic bo i tak mam cały dzień wolny. Maikela zostawiłem na wyspie, zresztą swoją pelerynę także suszącą się dalej na sznurku, a w busie poznaję za to parę Holendrów, którzy przylecieli do Indonezji zaledwie na dwa tygodnie.

Z kilku możliwości zatrzymania się w Medan dzięki uprzejmości osób z Couch Surfing postanawiam zatrzymać się u Rose, z którą wcześniej byłem w kontakcie, i której siostra – Nita odebrała mnie z lotniska. Wysiadam zatem kilkanaście kilometrów przed miastem na jakimś dworcu i muszę od razu oganiać się od natrętów. Odbiera mnie Nity kolega i skuterem jedziemy do niego jakieś 100 metrów zaledwie. Na Rose muszę poczekać do 17 aż wróci z pracy.

Gdy już wróciła to okazało się, że nie posiada klucza do domu, ale jako że drzwi  bardziej przypominały wejście do garażu niż do domu i były zamykane na kłódkę, więc Rose postanowiła odgiąć śrubokrętem skobel i w ten sposób weszliśmy do środka. I tak musieliśmy do wieczora siedzieć na zewnątrz, przed domem, ponieważ nikogo innego nie było w domu i jeszcze ludzie mogliby zacząć plotkować gdybyśmy byli sami w środku. A komary sobie poużywały.

Dom jest bardzo skromny i prosty. Ja śpię w pokoju, który raczej wypada nazwać izbą, jako że bardziej przypomina garaż, tylko bez samochodu. Żeby nie było mi samotnie to w rogu jest jeszcze kogut z kurą, które musieliśmy wpierw zagonić do środka, załapać, wrzucić do worka i umieścić w pudełku.
Łazienka z kolei to nagie betonowe ściany i kamienny zbiornik z kapiącą się doń zimną wodą, którą należy się polać w celu umycia.

Przed snem stoczyłem jeszcze małą dyskusję czy w ramach wyjątku mogę zamknąć drzwi do pokoju, których nikt nigdy nie zamyka oraz czy jest możliwość, aby wyjątkowo odstąpiły od codziennego rytuału śpiewania o 5 rano.

Przeglądając Internet przed snem znalazłem ofertę hotelu Novotel w centrum Bangkoku za 60 zł ze śniadaniem, ale postanowiłem, że zamiast w czterogwiazdkowym hotelu wolę zatrzymać się u Aleksa albo pójść do jakiegoś hostelu, gdzie w pokoju wspólnym będę miał okazję zamienić z kimś parę słów.

Dzień 14 – Ko Phi Phi – Krabi – Penang (Malezja)

Dopakowuję wszystko, czego nie spakowałem wieczór i idę na prom odpływający o 9 do Krabi. Bus do Penang w Malezji jest o 11 i trochę się denerwuję, gdy rejs się przeciąga. Na szczęście kierowca czeka aż wszyscy wyjdą z terminala.

Drogi w Tajlandii są bardzo dobrej jakości, rzadko można napotkać jakieś wyboje czy dziury, a kierowca rozpędza się do 140 km/h momentami. Ja siedzę tuż obok niego, z przodu, wiec z mojej perspektywy nie wygląda to tak źle, ale z tyłu co jakiś czas ktoś krzyczy aby zwolnił. W pewnym momencie, kierowca nie daje rady wyhamować i by uniknąć najechania na poprzedzające auto, zjeżdża na przeciwległy pas ruchu, skąd nadjeżdża motocyklista. Próbuje on hamować ale wpada w poślizg, że tylne koło zaczyna go wyprzedzać. Na szczęście w ostateczności wszystkim się udaje zatrzymać i nic się nie dzieje. Po drodze, w Trang, zmieniamy busa na takiego ze spokojniejszym kierowcą, który wiezie nas już bezpośrednio do Malezji. Krótka kontrola paszportowa, prześwietlenie bagażu po stronie malezyjskiej, skanowanie odcisków palców i można ruszać dalej. Drogi nadal są w świetnym stanie, choć co jakiś czas na autostradzie bus podskakuje na łączeniach. Za to benzyna PB95 po 1,8RM (1,91zł).

Z początku nie wiedziałem nawet, w którym miejscu bus się zatrzyma ponieważ nazwa Penang jest używana w stosunku do całej wyspy, a zarazem stanu ale gdy kierowca zatrzymuje się by kogoś wysadzić przy drodze sam również wyskakuję ponieważ według wskazań GPS’u mam tylko 1,5 km drogi do miejsca, w którym mam dziś nocować. Co więcej nie posiadam przy sobie żadnych malezyjskich ringitów na autobus, a z wymianą może być ciężko bo jest już po 20.

Jedna pani, którą zapytałem po drodze o adres nie chciała nawet spojrzeć na kartkę ale psa w wózku dla dzieci to woziła. Na szczęście ktoś inny mi wytłumaczył jak tam dojść. Po drodze spotkałem jeszcze gościa z Turcji, który też przyjmuje osoby z couch surfing i zaprowadził mnie pod same drzwi. Ja też korzystam z couch surfing tej nocy. Drzwi otwiera nam współlokator tego, który zgodził się mnie ugościć. Mam słabą pamięć do imion, szczególnie obcobrzmiących. W każdym razie on jest z Filipin, a drugi z nich – Tran vu, z Wietnamu.

W poszukiwaniu czegoś na kolację i jakiegoś kantoru jedziemy do centrum handlowego. Jak na godzinę 22 w sklepach i na ulicach panuje dość duży ruch. Przy wyjściu ze sklepu ochroniarz sprawdza zawartość reklamówki z pozycjami na paragonie i przybija pieczątkę. Wracając do mieszkania spotykamy na dole Tran Vu wracającego z pracy.

Czuję się trochę rozgorączkowany i osłabiony już od poprzedniego wieczoru i postanawiam profilaktycznie zażyć Panadol.