Dzień 22: Cairns – Melbourne

Przed wyruszeniem na lotnisko podjeżdżamy na plażę by zrobić sobie śniadanie, wysuszyć namiot, przepakować walizki i uprzątnąć auto.

Na lotnisku okazuje się, że niepotrzebnie przekładaliśmy rzeczy z jednej walizki do drugiej, bo i tak są one ważone razem, więc bez problemu mieścimy się w limicie 40kg. Do odlotu mamy jeszcze prawie 2h czasu, dlatego też na spokojnie jedziemy oddać samochód. Jak to zwykle bywa w takich sytuacjach – nigdzie nie ma nas na liście ale szybko się to wyjaśnia. W ciągu tych 19 dni, kiedy to wynajmowaliśmy samochód, przejechaliśmy 6980km. Licząc średnio nie wychodzi to wiele bo ledwie 367km dziennie ale biorąc pod uwagę, że niejednokrotnie w dzień robiliśmy po 400km, a w nocy jeszcze 500km to bywaliśmy zmęczeni.

Do Melbourne lecimy na pokładzie nowiutkiego dziecka Boeinga, czyli Dreamlinerem 787 lini Jet Star. Z punktu widzenia pasażera nie mogę powiedzieć by różnica była ogromna. Jedyne co się rzuca w oczy to więcej miejsca nad głową, tzn. sufit jest wyżej oraz przestronniejsze okna przyciemniane za pomocą przycisków. System rozrywki jest płatny, więc zostaje mi patrzenie przez okno w jałową, spaloną słońcem ziemię Australii lub oglądanie jedynego darmowego programu o łowieniu ryb.

W Melbourne lądujemy o czasie. Nie można powiedzieć żeby było jakoś zimniej niż w Queensland, choć to pewnie dlatego, że ostatnie dni tam nie były szczególnie upalne. Ot takie sobie 23-28C. SkyBusem (28AUD w dwie strony) dostajemy się w ciągu 15min do centrum miasta. Przechodzimy dwie przecznice i łapiemy darmowy tramwaj kursujący po mieście – City Circle.

Idziemy do hostelu „The Nunnery” nieopodal Fitzroy Gardens. Meldujemy się, chwilę ogarniamy wszystko i ruszamy na zwiedzanie miasta. Niesamowite jest to, że w grudniu możemy sobie usiąść na zewnątrz, słońce świeci mocno i wysoko nawet o 18, podczas gdy w Queensland było już prawie ciemno. Oczywiście robi się chłodniej ale pogoda i tak jest niezła.

Spacerujemy po mieście, idziemy wzdłuż rzeki Yarra pod stadion, na którym rozgrywany jest Australian Open. Akurat mamy to szczęście trafić na koncert Biebera bo dość długo nie mogliśmy zrozumieć skąd się tam namnożyło tak dużo dziewczyn w wieku szkolnym.

Przy rzece mają swoje hangary kluby wioślarskie, a na wodzie pływają osady jedna za drugą.

Powoli robi się ciemno i chłodno, wracamy do hostelu po cieplejsze ubrania, statyw i wracamy do centrum by porobić trochę zdjęć i nakręcić kilka filmików. Szczególnie ładnie wygląda miasto z wieżowcami uchwycone z południowego brzegu.

Reklamy

Dzień 1 – Wylot

Nadszedł dzień wyjazdu do Japonii. Jednak zanim tam dotrzemy musimy pokonać wcześniej parę etapów podróży.
Tak więc do Warszawy jedziemy pociągiem RegioEkspres z Katowic. Jest to pociąg bezprzedziałowy z wyświetlaczem pokazującym prędkość, najbliższe stacje, odległość do nich i czas przyjazdu. Działa również wifi i jest serwis pokładowy. W centrum Warszawy wrzucamy coś na ruszt i autobusem linii 175 spod dworca centralnego jedziemy na Okęcie lub lotnisko im. Fryderyka Chopina. Jak zwał tak zwał.
Bagaż wymaga trochę przepakowania, bo zamiast wykupionych 15kg mamy 18,5kg. Mimo wszystko udaje się przepchnąć 16,5kg bez problemów.
Z okna terminala, a później z płyty lotniska obserwuję nowego Dreamlinera 787 LOT’u. Coś przy nim majstrują.
Lot na pokładzie A320-200 linii AirOne jest spokojny. Tuż za Warszawą pojawiają się chmury i nie widać nic. Dopiero nad Słowenią poprzez białą watę przebijają się wierzchołki szczytów Alp Julijskich.
Pomimo lekko opóźnionego startu, w Wenecji na lotnisku Marco Polo jesteśmy przed czasem. Odbieramy bagaż i 20 minut piechotą idziemy do najbliższej miejscowości Tessara, gdzie mamy zarezerwowany nocleg (42€/2 os). Luca – właściciel, wyjaśnia w jaki sposób dotrzeć do centrum Wenecji. O ile autobus z lotniska kosztuje 6€, o tyle wsiadając jeden przystanek dalej, w Tessera Centro, już tylko 1,3€. Z Piazzale Roma, gdzie wysiadamy idziemy w stronę interesujących nas miejsc. Zagłębiamy się w wąskie uliczki Wenecji, poprzecinane kanałami i pospinane mostami. Dobrze, że mam GPS i trafiamy jak po sznurku na Plac św. Marka, choć pomiędzy wysokimi budynkami w ciasnych uliczkach ciężko jest złapać sygnał.
Oglądamy oświetlony nocą Pałac Dożów, bazylikę św. Marka z zewnątrz, robię parę nocnych zdjęć ze statywu i idziemy w stronę mostu Rialto nad Kanałem Grande. Kolorowe światła restauracji i latarni ulicznych odbijają się w wodzie tworząc barwny efekt.
W drodze powrotnej na Piazzale Roma kluczymy uliczkami prowadzącymi raz w prawo, raz w lewo, w labiryncie zdającym się nie mieć końca. Po godzinie 22 docieramy do pokoju. Szybkie przepakowanie plecaka i czas na krótki sen.