Dzień 6 – Park Narodowy Równina Hortona

Rano o 9:23 wsiadamy do pociągu jadącego w kierunku Colombo celem dotarcia do Ohiya – miasteczka położonego w pobliżu Parku Narodowego Równiny Hortona.
Tym razem pociąg jest zgoła odmienny od tego, którym jechaliśmy z Colombo na południe. Przede wszystkim jest nowy, czysty, posiada dwie toalety- w stylu zachodnim i azjatyckim, a także okna otwierają się w górę lub w dół.

Trasa jest bardzo malownicza i wiedzie zboczami gór porośniętych krzewami herbacianymi, a od czasu do czasu w oddali jawi się nam jakiś wodospad. Z jednej strony stoki opadają dolinami łagodnie w dół, a z drugiej, w oddali majaczą szczyty gór zasnute chmurami. W miarę jak pociąg piął się wyżej i wyżej, zaczęło robić się chłodniej, wjeżdżaliśmy w chmury, pociąg wił się między górami przejeżdżając przez liczne tunele.

W ostatniej chwili zauważam nazwę stacji i pospiesznie wysiadamy. Ohiya to zaledwie stacja kolejowa, parę domów i droga wiodąca w kierunku parku narodowego.

Pierwotnie planujemy zostać na noc i zostawiamy bagaże w pokoju. Do szlaku jest prawie 12 km i jesteśmy zdani tylko i wyłącznie na tuk-tuka. Wstęp do parku jest horrendalnie drogi – 15$ od osoby plus 8$ opłata manipulacyjna.

Od visitor’s centre ścieżka prowadzi przez 9 km zataczając koło, by ponownie powrócić w to samo miejsce. O ile na dole pogoda była słoneczna, było ciepło, o tyle na wysokości prawie 2000 m n.p.m. jest chłodniej, a po niebie płyną chmury. Najpierw idziemy w stronę Małego (Lesser World’s End) i Dużego Końca Świata (World’s End), które stanowią największą atrakcję parku. Zaleca się, aby być tam przed godziną 9 rano, zanim ogrzane powietrze z dołu wzniesie się wyżej i przesłoni cały widok. Niestety my jesteśmy znacznie później i wszystko zasłaniają chmury. Ledwie na moment możemy dostrzec drogę pnącą się 870 m poniżej. Idąc dalej docieramy do wodospadu Baker’a.

Równina Hortona to płaskowyż z paroma wzgórzami, porośnięty trawą, niewielką ilością drzew oraz licznymi rododendronami. Jeszcze dwa wieku temu żyły tam słonie, na które licznie polowano, co doprowadziło do ich wyginięcia na tym obszarze.

Po powrocie do Ohiya decydujemy, żeby wrócić jednak pociągiem do Haputale skąd będzie się później łatwiej wydostać.
Na kolację zamawiam sobie kottu roti – danie zrobione z warzyw (marchew, por, kapusta, cebula) w połączeniu z siekanym ciastem naleśnikowym, podawane z tradycyjnym cejlońskim naleśnikiem pszennym roti oraz jajkiem, kurczakiem, rybą lub baraniną.

Reklamy

Dzień 5 – Ella

Na 9 rano mamy zamówionego tuk-tuka, który ma nas zawieźć na skrzyżowanie, skąd powinniśmy złapać autobus do Ella. Po drodze przystajemy raz jeszcze przy ogromnych drzewach, na których śpi mnóstwo nietoperzy.

Na skrzyżowaniu długo nie nadjeżdża pożądany autobus i kierowca doradza nam wsiąść w autobus do Wellawaya. W międzyczasie mijają nas konwoje vip-ów i prezydencki, ponieważ w pobliżu jest otwarcie nowego lotniska. Z Wellawaya droga pnie się w górę i wije zboczami, wszystkie pokryte wiecznie zieloną roślinnością. Ella leży na wysokości 1043 m n.p.m. i da się odczuć bardziej rześkie powietrze aniżeli na nizinach. Przed Ella mijamy wysoki na 25 metrów wodospad Ravana, który znajduje się tuż przy drodze.

Po znalezieniu całkiem przyjemnego noclegu, w niedawno ukończonym budynku idziemy na autobus i 12 rupii (30 groszy, 10 min jazdy) jedziemy pod fabrykę herbaty. Fabryka mieści się na wzgórzu, 1,7 km od głównej drogi, więc trzeba podejść kawałek. Akurat wraca parę dzieciaków ze szkoły i jeden z chłopców idzie z nami i opowiada o okolicy w ramach swoich możliwości językowych.

Niestety w fabryce dziś jest dzień nieprodukcyjny i  nie ma czego oglądać czy zwiedzać, ale za to siadamy na tarasie i z góry obserwując okoliczne wzgórza popijamy lokalną herbatę.

Po powrocie do głównej drogi wracamy autobusem parę kilometrów i wysiadamy przy świątyni – Dowa rock temple. Uważa się, że świątynia liczy sobie około 2000 lat, a niektóre z malowideł na ścianach mają po 600 lat. Obok w skale stoi wyrzeźbiony 12 metrowy Budda – jedna z atrakcji świątyni.

Z początku planujemy dotrzeć do miejscowości Demodara, by pociągiem wrócić do Ella bardzo malowniczą trasą kolejową, ale w połowie drogi autobusem wysiadamy i idziemy rzekomo 2,5 km w kierunku dziewięciołukowego mostu. Idziemy i idziemy, a końca nie widać. Po drodze mijamy domy rozsiane na wzgórzach, w których życie toczy się powoli. Przy jednym z nich facet drapał się na czubek palmy, żeby zerwać podwiązane wcześniej owoce.

W końcu, gdy docieramy do mostu, zaczyna kropić i słońce chyli się ku zachodowi. GPS pokazuje, że w linii prostej do Ella jest zaledwie 1,5 km. Chwilę się zastanawiamy nad tym pomysłem i akurat przejeżdża pociąg w przeciwnym kierunku. Daje nam to pewien zapas czasu, że w ciągu najbliższych paru minut nic tędy nie pojedzie. Z początku trzeba przejść długim, ciemnym tunelem, ale później idzie się już dobrze.  Pociąg na tym odcinku i tak ma ograniczenie do 25 km/h, a zresztą słychać go z daleka. Tory nadają się już do wymiany, a szyny przymocowane do zniszczonych podkładów są zaledwie jednym gwoździem zamiast czterech.

Rzeczywiście torami było znacznie szybciej, ponieważ dotarcie na dworzec w Ella zajęło nam zaledwie pół godziny, a jak się okazało, nie byliśmy jedynymi spacerującymi tym skrótem. Co chwilę mijaliśmy idących w przeciwnym kierunku.