Wodospady Iguazu

W Iguazu pomimo późnej pory wita mnie gorące i parne powietrze. Widać (i czuć), że niewiele wcześniej padał deszcz, a mimo to jest duszno oraz ciepło. Witamy w dżungli. To właśnie pogoda jaką lubię – gdy gorące powietrze otula zewsząd swym ciepłem jak koc. Odpowiada za to wysoka wilgotność.20160223_113618-01

Od Ziemi Ognistej dzieli mnie już około 3500 km w linii prostej i dzień uległ znacznemu skróceniu. O ile w Ushuaia słońce zachodziło około 22:30, o tyle tutaj przed 20 jest już całkiem ciemno bo zmrok zapada bardzo szybko. To duża i odczuwalna różnica.

Z lotniska bus podowozi mnie pod same drzwi hostelu. Atmosfera tutaj już nie ta sama co w Mendozie. Przyznam, że było to chyba jedno z lepszych miejsc, w których przyszło mi się zatrzymać w całej mojej podróżniczej karierze.

Co się tyczy mojego celu tutejszej wizyty, dla którego przeleciałem właśnie 2000km to są nim wodospady Iguazu. Położone praktycznie na styku trzech granic – Brazylii, Argentyny i Paragwaju, przy czym ten ostatni jest trochę od nich oddalony, stanowią atrakcję na skalę światową i nieustannie wabią miliony turystów. Ich zwiedzanie możliwe jest zarówno od strony brazylijskiej jak i argentyńskiej. Granica między tymi dwoma państwami przebiega centralnie przez Diabelską Gardziel – największą kaskadę wodospadu. Woda w tym miejscu spada z wysokości aż  82m, a w słoneczną pogodę tworzą się tutaj tęcze. 80% wodospadu położone jest na terytorium Argentyny, a pozostałe 20% na obszarze Brazylii. Wodospad ma szerokość ok 2km i składa się z 275 odrębnych progów skalnych. Szum wody słyszalny jest w promieniu 20km, a średni przepływ wynosi 1756 m3/s. To mam nadzieję pozwala w jakimś stopniu wyobrazić sobie jego potęgę i rozmiar.

Z poznanym w hostelu Francisem wybieramy się na zwiedzanie zaczynając od bliższej nam strony – argentyńskiej. W parku poprowadzono szereg ścieżek spacerowo-widokowych. My kierujemy się najpierw ku dolnej, poprowadzonej skrajem dżungli, z której jak sama nazwa wskazuje, niejako od dołu i z przodu obserwujemy majestatyczną potęgę przyrody i wylewającej się z niej mas wody.

img_1629_a

img_1766_a

img_1551_a

Iguazu – jak to w dżungli bywa są pełne życia. Pod nogami przechadzają nam się gromadki coati, czyli ostronosy – poczciwe futrzaki z długimi, jak sama nazwa wskazuje nosami, dzięki którym wygrzebują sobie pokarm z pod ziemi. Momentami, gdy na naszej drodze zalegnie ich trzydzieści–czterdzieści sztuk musimy je przegonić by przejść. Poza tym w parku i przy drogach stoją znaki ostrzegające przed jaguarami, w powietrzu latają chmary wielkich jak dłonie motyli, a na brzegu strumienia wyleguje się krokodyl. Leży jak spetryfikowany i sprawia wrażenie martwego. Trzeba by zejść do niego i sprawdzić jak zareaguje na świeże mięso pchające mu się samo do paszczy. Do tego po drzewach hasają małpy.

20160222_110546-01
img_1684_a

img_1654_a

img_1739_a

Te uroczo i niewinnie wyglądające kreatury zajadają się świeżymi owocami. Dotychczas miałem głównie styczność z różnymi odmianami makaków (z wyjątkiem wyjców i czepiaków w Ameryce Środkowej) spotykanych w różnych miejscach Azji. Z doświadczenia wiem, że jakkolwiek przyjacielsko te zwierzęta nie wyglądały to najczęściej okazywały się podstępne, złośliwe lub po prostu ciekawskie. Tak czy siak potrafiły narobić niemałego ambarasu. Te jednak wyglądają naprawdę przyjacielsko i nie są zainteresowane naszą obecnością. Zajadają się owocami o słodkim grejpfrutowo-pomelowym zapachu. Zapachu tak intensywnym, wyrazistym, że nie możemy się oprzeć i postanawiamy podebrać im parę owoców na spróbowanie. Z tym, że jak to w dżungli bywa, nie wiemy na ile są one jadalne. Pachną jednak tak aromatycznie, że kosztujemy. Niestety w smaku już takie apetyczne nie są, a twardy środek i pestki sprawiają, że odpuszczamy. Widać trzeba być małpą by to jeść.

img_1736_a

Druga ze ścieżek – górna, umożliwia podziwianie wodospadów z poziomu ich progów stojąc niejako na samej krawędzi. Prawdziwą ich potęgę widać najbardziej nad Gardłem Diabła lub Diabelską Gardzielą; najwyższym – 82m wodospadem na granicy Brazylijsko-Argentyńskiej. Z platformy widokowej, do której po rzece Iguaçu  prowadzą prawie kilometrowej długości mosty, widać też cały kocioł, do którego spada woda. Nie tylko z Garganta del Diablo ale i z wszystkich otaczających ją wodospadów.

img_1698_a

Po drugiej stronie natomiast, jakby na wyciągnięcie ręki, znajduje się infrastruktura brazylijska. Właśnie tam udaję się następnego dnia. Już co prawda bez Francisa, bo Brazylia od obywateli USA wymaga posiadania wiz, które tanie nie są, więc przy wizycie na jeden dzień jest to absolutnie nieopłacalne. Potem się oczywiście okazało, że paszporty są sprawdzane tylko przez Argentyńczyków i nie planując pobytu w Brazylii na dłużej, poza Cataratas del Iguazu, nie dostaje się żadnej pieczątki. W związku z tym wydaje mi się, że Francis mógłby bez problemu udać się na jeden dzień na stronę brazylijską i po jego pobycie nie pozostałby żaden ślad.

Odrębną kwestią jest natomiast wymóg posiadania tych wiz, który osobiście uważam za bardzo sprawiedliwy. Gdy parę lat temu USA zaczęło wymagać od obywateli Brazylii posiadania międzynarodowego prawa jazdy, Brazylia w odwecie wprowadziła u siebie taki sam przepis. Następnie po wprowadzeniu przez Stany wiz dla Brazylijczyków, ci drudzy zrobili to samo. Podobną politykę stosują Chile (dla Australijczyków i Meksykanów) i Argentyna (dla Kanadyjczyków i Australijczyków). Wiza nie jest wymagana jednak należy uiścić opłatę w wysokości około 160$. Jest to tak zwana opłata wzajemności i jeśli rzeczywiście stosowana jest wzajemnie, ma sens.

lrm_export_20160921_145215

20160223_110640-01

Pomimo, że wodospadów po stronie brazylijskiej jest mniej, nie znaczy to, że są gorsze. Wręcz przeciwnie! Według obiegowej opinii widoki są znacznie ładniejsze niż te z Argentyny. Jest to kwestia bardzo subiektywna i wszystko według gustu. O ile w Argentynie ścieżki – górna i dolna, prowadzą wzdłuż progów wodospadów, czasem poniżej, czasem powyżej, o tyle w Brazylii jest jedna ścieżka wiodąca równolegle do rzeki Iguaçu. Raz wznosi się ona wyżej, a raz schodzi do samej rzeki, gdzie system kładek umożliwia wejście na rzekę i atrakcję w postaci zostania spryskanym delikatną mgiełką wody unoszącej się z nad wodospadu. Ostatni etap ścieżek to możliwość wyjazdu windą na górę do poziomu wodospadu.

Z powodu różnorodności widoków nie jest możliwym porównanie która ze stron jest lepsza, ciekawsza, bardziej interesująca, ponieważ każda oferuje inne widoki, inne atrakcje i inne doznania.

img_1651_a

Pogoda w trakcie mojego pobytu w Iguazu może i nie była najlepsza, tj. przez większą część dnia niebo było zasnute chmurami, które bardzo rzadko się rozsuwały ukazując piękny niebieski kolor i mnogość tęczy. Dodatkowo w trakcie zwiedzania łapał nas deszcz. O ile pierwszego dnia, w trakcie spaceru przez dżunglę deszcz padał może 15 minut i nie był intensywny, o tyle drugiego dnia to co lało się z nieba to już nie był deszcz ani ulewa, to po prostu woda lała się szerokim strumieniem z góry. Po kilku minutach jej poziom na ulicy zaczął sięgać krawężników, a warto w tym miejscu zaznaczyć, że w Ameryce Południowej i Środkowej niektóre krawężniki mogą sięgać nawet i powyżej kolan. W Iguazu był co prawda niższy ale lało i w konsekwencji płynęło srogo.

Po powrocie z wodospadów i ponownym wjechaniu do Argentyny wracam do hostelu, zabieram plecak, żegnam się z Francisem i wyruszam na lotnisko by udać się do Buenos Aires. Zwykle loty na tej trasie nie należą do tanich, jakimś jednak sposobem udało mi się kupić bilet za 340zł. Biorąc pod uwagę, że autobus nie kosztuje wiele mniej, a jedzie minimum 18h, wydaje mi się, że zdecydowanie warto.

Reklamy

Dzień 20: Wodospady, Lake Eacham, Kuranda

Jak zwykle wyruszamy dość wcześnie bo po 6. Z Bruce Hwy odbijamy parę kilometrów w prawo w stronę Mission Beach. Liczne znaki informują o niebezpieczeństwie spotkania kazuarów, jednak nam nie udaje się żadnego zobaczyć.

Nie wracamy jednak na główną drogę tylko wybieramy jedną z tras turystycznych – „Canecutter Way”. Za Innisfail skręcamy całkiem w bok i nie jedziemy prosto na Cairns tylko w głąb gór.

Nieopodal Milla Milla kupujemy herbatę wystawioną na sprzedaż tuż obok pól herbacianych, a następnie zjeżdżamy w boczną drogę do wodospadów – Mungali Falls, Zillie Falls i Milla Milla Falls. Przy tym pierwszym gotujemy sobie śniadanie, w końcu najwyższa pora, jest już po 10. Jako, że powoli zbliżamy się do końca naszej drogi, czyli do Cairns, musimy sukcesywnie pozbywać się wszelkich zapasów jedzenia. Gotujemy więc spaghetti z pomidorami, czosnkiem i co tam jeszcze mamy w samochodzie. Korzystamy w tym celu z kuchenki na paliwo płynne Primus OmniLite. Mimo, że można gotować za jej pomocą na ropie, nafcie i wszystkim innym co się pali, a także kartuszach z gazem, my używamy w tym celu benzyny 91 – takiej samej jaką tankujemy samochód. W ciągu dwóch tygodni gotując co najmniej dwa razy dziennie obfite posiłki zużyliśmy jej może około litra, jest więc bardzo wydajna, a zagotowanie litra wody to kwestia 2-3 minut.

Za Atherton skręcamy w stronę Lake Eacham, gdzie po raz pierwszy mamy problem z zaparkowaniem. Jest weekend i zjechało się trochę ludzi. Idziemy popływać na parę minut, oglądamy żółwie pływające w niebieskiej wodzie jeziora i jedziemy dalej.

Objeżdzamy Lake Tinaroo dookoła, zatrzymując się po drodze przy wielkim drzewie figowym. Jest naprawdę imponujące, a ze względu na swe ogromne wymiary ciężko oszacować jego wiek i wysokość. Droga wokół jeziora ciągnie się dłużej niż wynikałoby to z mapy, kończy się asfalt, a zaczyna szuter i taką drogą jedziemy przeszło godzinę.

Popołudniu docieramy do Kurandy, co do której mieliśmy chyba większe oczekiwania. Może dlatego, że jest już po godzinie 16 i miasteczko wygląda na wymarte. Targ zamknięty, muzea i informacja turystyczna także. Oglądamy tylko Barron Falls, które podobnie jaki inne wodospady niosą mało wody i nie są tak efektowne jak na zdjęciach, które widzieliśmy wcześniej.

W poszukiwaniu noclegu kierujemy się do parku narodowego, parę kilometrów za Speewah, gdzie można się bez problemów rozbić z namiotem. Są łazienki, prysznic, a także miejsce na ognisko, z którego wieczór korzystamy. Poza nami jest tam jeden Niemiec, więc wspólnie robimy ognisko i urządzamy pieczenie ziemniaków.

Dzień 19: Magnetic Island, Big Crystal Creek, Jourama Falls, Wallaman Falls

Wstaję skoro świt, pakuję się i idę w kierunku Florence i Radical Bay. O tej porze zatoczki jak i cała wyspa są wyludnione, choć jestem trochę zdziwiony, gdy w jednej z nich widzę zacumowaną motorówkę i ludzi kąpiących się w wodzie, szczególnie biorąc pod uwagę możliwość natknięcia się na meduzy, o czym informują znaki umieszczone na brzegu w całym Queensland.

Około 7:35 wychodzę na główną drogę biegnącą przez wyspę i mam jakieś 40 minut do najbliższego autobusu jadącego w stronę portu. Prom mamy o 9 i tak też jesteśmy umówieni z Maćkiem.

Do fortów zlokalizowanych na wyspie mam jakieś niecałe 3km i kusi mnie by tam pójść, jednak pokonanie prawie 6km w ciągu 40 min może być trudne. No nic, postanawiam zaryzykować i idę, szczególnie że w tamtej okolicy są większe szanse na spotkanie koali, które bardzo licznie zamieszkują wyspę. Przed 8 docieram do fortu, z którego rozpościera się panorama na wschodnią część Magnetic Island. Do odjazdu autobusu zostało mi już tylko 15 minut zatem warto się pospieszyć. Momentami muszę wręcz biec, co z ciężkim plecakiem i narastającym upałem jest bardzo męczące. Na domiar złego skończyło mi się picie, więc jedyne co mogłem zrobić to pić wodę, którą podczas śniadania sobie zagotowałem i profilaktycznie zachowałem na czarną godzinę. Koali niestety nie spotykam, są natomiast kakadu i walabia.

Na przystanek docieram dosłownie 2 minuty przed planowanym odjazdem autobusu. Łapię oddech i czekam. Czekam. Nadal czekam. Autobus nie przyjeżdża. Może jest opóźniony myślę sobie. Dopiero po chwili, gdy sprawdzam wszystko jeszcze raz, dociera do mnie, że po pierwsze to jest sobota i prom odpływa nie o 9 ale tuż przed 10, a po drugie to autobus nie jedzie po 8 ale przed 9, bo jest dopasowany do godzin wypłynięcia i przypłynięcia promu. Niepotrzebnie się tak spieszyłem.

Przed terminalem promowym spotykam Maćka, który już tam jest od paru minut, po czym idę do sklepu po coś do picia. Przegotowana ciepła woda w butelce plastikowej nie jest tym, czego się pragnie do zaspokojenia pragnienia. Pierwszy raz, nie licząc państw azjatyckich, spotykam się z tym, że w sklepie napoje z lodówki są droższe niż pozostałe.

Po powrocie na brzeg zatrzymujemy się w informacji turystycznej na chwilę, po czym jedziemy dalej na północ Bruce Highway.

Pierwszym przystankiem za Townsville jest Big Crystal Creek w parku narodowym Paluma Range. Są tam utworzone na rzece małe kaskady i naturalne baseny, do których skacze się z okolicznych skał. W tym też miejscu robimy sobie krótką przerwę, obieramy ananasa oraz mango i zajadamy się nimi. Są przepyszne – soczyste i słodkie.

Kilka kilometrów dalej, ledwie parę kilometrów od głównej drogi znajdują się Jourama Falls. Niestety na zbyt małą ilość niesionej wody nie są takie efektowne.

Jest bardzo ciepło, temperatura przekracza 32C, a wilgotność jeszcze potęguje to wrażenie. Zdejmuję więc aparat z szyi, opróżniam kieszenie z wszystkiego i wchodzę do jednego z basenów na rzece tak jak stoję, czyli w ubraniu.

Kolejnym miejscem, które odwiedzamy jest Wallaman Falls. Położony jakieś 50km od głównej drogi nie był naszym pierwotnym celem wycieczki, jednak najwyższy wodospad Australii (268m pojedynczego spadku wody) przyciąga i kusi. Po drodze na polach mijamy pasące się kangury oraz walabie. W pewnym momencie, gdy tak jedziemy wzdłuż gryzących trawę torbaczy postanawiamy zwolnić, by się im lepiej przyjrzeć. Auto jadące za nami też zwalnia i w tym momencie dwa kangury zrywają się do biegu. Jeden leci prosto w las, a drugi wzdłuż drogi, po czym nagle skręca i wyskakuje przed samochód jadący za nami, który szczęśliwie dla kangura, nie jedzie szybko. Przez tylną szybę obserwuję jak zwierzę się potyka tuż przed maską, upada na ziemię, turla i koziołkuje parokrotnie, po czym podnosi i ucieka na drugą stronę. Kangury to naprawdę nieprzewidywalne i głupie zwierzęta. Nie dość, że wyskakują tuż przed jadący samochód to często nie uciekają od razu na drugą stronę lecz biegną środkiem drogi.

Pierwszy raz też napotykamy na znaki drogowe ostrzegające przed kazuarami i od razu pragniemy, a raczej łudzimy się, że gdzieś je może zobaczymy. Dżungla jest jednak tak gęsta, że bez maczety nie dałoby się weń wejść, a ptaki tym razem nie chcą nam przejść przez drogę.

Wyjeżdżając z gór, w drodze powrotnej z parku narodowego Girringun i Wallaman Falls łapie nas porządna ulewa, która trochę obmywa nasz zakurzony samochód. Teraz ciemne chmury mamy za nami, a piękne słoneczne niebo i tęczę dosłownie na wprost. Do tego idealnie prosty odcinek drogi, soczysta zieleń i zero ludzi na horyzoncie czynią ten widok jednym z piękniejszych jakie widzieliśmy w tym odległym kraju.

W miarę jak robi się ciemno, znajdujemy miejsce obsługi podróżnych zwane po prostu „rest area”, na którym jest możliwość rozbicia namiotu i przenocowania. Obok nas nocują w busie dwie dziewczyny ze Szwajcarii, które rozpoczęły zwiedzanie Australii w Cairns, a które oddalone o 150km stanowi nasz cel podróży.

Pierwszy raz mam też wrażenie, że okoliczna przyroda zaczyna nas osaczać. Komary stają się dokuczliwe, na ziemi kumkają setki żab, a podczas gdy jadłem kolację z drzewa spadła z głośnym plasknięciem kolejna żaba tylko drzewna. Zwykle nie zachwycam się żabami ale ta była naprawdę ładna, zielona, z szeroko rozłożystymi palcami i okrągłymi wystającymi oczami.

Dzień 14: Waterfall Way – Byron Bay

Chmury, które nadciągnęły wieczór nad okolicę rano zniknęły prawie całkowicie. Pozostała tylko delikatnie parująca nad polami mgła. Jako, że jesteśmy dopiero na początku Waterfall Way to wiele wodospadów jest dopiero przed nami.

Odwiedzamy więc Dangar Falls, Ebor Falls i Wollombi Falls (jeden z najwyższych w Australii). W pobliżu tego ostatniego decydujemy się na parokilometrowy spacer ścieżką przez las i wzdłuż wąwozu.

Do Armidale podjeżdżamy zatankować i wracamy tą samą drogą, tyle że za Ebor odbijamy z głównej drogi na bardziej lokalną. Kolejny dzień serpentyn, zakrętów i jazdy po górach. Taka jest cała Australia. Albo długie, proste odcinki ciągnące się wzdłuż pół i farm albo zakręty po lesie deszczowym lub górach.

Mijamy Grafton i wjeżdżamy ponownie na Pacific Highway. Późnym popołudniem docieramy do Byron Bay. Przylądek Byron jest najbardziej wysuniętym punktem kontynentalnej Australii.

Wstępujemy na plażę pełną surferów oczekujących na wymarzone fale, kręcimy chwilę po okolicy i zastanawiamy co dalej robić. W końcu decydujemy się pojechać na kemping, rozbić pospiesznie namiot i wrócić przed zachodem słońca na przylądek, na którym stoi latarnia morska by porobić trochę zdjęć i nakręcić jakieś filmy.

Wydaje się nam, że zaczęły się właśnie wakacje, ponieważ pełno młodych ludzi w różnym wieku kręci się po całym miasteczku.

Dzień 13: Waterfall Way

Po nocy spędzonej na jednym z miejsc wypoczynkowych rano ruszamy dalej w drogę. Za Newcastle skręcamy w stronę wybrzeża, gdzie zatrzymujemy się na chwilę i robimy sobie śniadanie oraz suszymy wilgotny po nocy namiot. Po zatoce pływają pelikany, a na drzewach mnóstwo jest wszelakich ptaków.

Drogą szutrową objeżdżamy park narodowy Myall Lakes. Pomimo, że asfaltu brak to bez problemu można takimi drogami poruszać się nawet 80 km/h. Korzystając z pustej drogi ja wychylam się przez okno i kręcę parę filmików.

Jeśli to tylko możliwe to staramy się unikać głównych dróg i korzystamy z tych bardziej atrakcyjnych widokowo. Tak też docieramy do Lake Cathie, gdzie piękną lagunę widać dosłownie z drogi. Wchodzimy do wody, robimy parę zdjęć i jedziemy dalej. Od pewnego czasu mamy wrażenie, że samochód na tablicach z Victorii przyciąga pewną uwagę.

W Port Macquarie wstępujemy do szpitala dla koali, gdzie te urocze zwierzaki dochodzą do siebie po wszelakich urazach.

W Urandze skręcamy na zachód z Pacific Hwy i wjeżdżamy na Waterfall Way – czyli drogę stanową 78 biegnącą aż do Armidale. Przecina ona jedne z najbardziej sielskich krajobrazów w Nowej Południowej Walii. Została również uznana za trzecią najbardziej widokowo atrakcyjną trasę turystyczną.

Tuż przed Dorrigo znajdujemy kemping, rozbijamy się, po czym podjeżdżamy do parku narodowego o tej samej nazwie. Pomimo, że centrum turystyczne jest już zamknięte to wejście na ścieżkę jest otwarte, z czego też korzystamy.

Z początku ścieżka prowadzi na wysokości koron drzew, czyli typowa „tree top walk”, a później zmienia się w zwykłą asfaltową. Nie jest to może bardzo naturalne ale podyktowane to zostało względami bezpieczeństwa odwiedzających (slisko!) oraz zabezpieczeniem przed osuwaniem się ziemi.

Wieczór na kempingu mamy małą zagwozdkę, bo ni stąd ni zowąd pojawił się jakiś pies, który nie przypominał budową żadnej znanej nam rasy i mieliśmy pewne podejrzenia, że może to dingo. Jednak tak szybko jak się pojawił, tak też szybko zniknął i nie zdążyliśmy mu się lepiej przyjrzeć.

Dzień 8 – Nikko

Czas na wycieczkę do Nikko. Niestety na skutek pomyłki wstajemy chwilę później i musimy się sprężać. Nie byłoby problemu gdybyśmy poszli prosto na dworzec, zamiast do stacji metra. Trochę błądzimy, szczególnie że po zasięgnięciu języka kazano nam iść w prawo zamiast w lewo – prosto w kierunku dworca. To nic. Nie ma tego złego.

Chodniki już nie tyle zasypane, co wręcz skute lodem, ale co kawałek ktoś go rozłupuje i zgarnia. Nawet paru facetów w krawatach. Pogoda wciąż nie przeszkadza, żeby dzieciaki do szkoły nie mogły iść w krótkich spodniach i spódniczkach.

Następny pociąg jest za godzinę, o 9:10. W międzyczasie kupuję coś na drogę w sklepie, a w informacji o Nikko (informacja o mieście oddalonym o 140 km na dworcu w Tokio) dowiaduję się, że korzystniej jest kupić World Heritage Pass (3600 JPY), który obejmuje podróż tam i z powrotem pociągiem Rapid, autobus w obrębie miasta, wstęp do Toshohu Shrine, Futarasan Shrine i Rinnoji Temple.

Gdy pociąg wjeżdża na peron, ludzie wysiadają z jednej strony, wchodzi obsługa sprzątająca, pan sprawdza czy nikt niczego nie zapomniał i dopiero po tym wszystkim otwierają się drzwi po naszej stronie.

W pewnym momencie za Tokio śnieg się kończy i ponownie zaczyna się w okolicach Nikko.

Parę minut po przyjeździe pociągu na dworzec podjeżdża autobus linii 2C i zabieramy się w kierunku świątyń. Na pierwszy ogień bierzemy słynny czerwony most (Shinkyo) w Nikko. Mimo, że okoliczne drzewa ani nie kwitną, ani nie mają kolorowych liści, to śnieg, niebieskie niebo i płynąca pod nim rzeka wystarczają, żeby było ładnie.

Kupon z biletu World Heritage Pass wymieniamy na sześć wejściówek do poszczególnych świątyń. W przeciągu paru ostatnich dni widzieliśmy już ich sporo, ale te są bogato zdobione, kolorowe i pięknie położone na stokach gór w towarzystwie strzelistych cedrów i sosen.

Z rozkładu jazdy, który mam w kieszeni wynika, że za 15 min jedzie autobus nad Jezioro Chuzenji. Starszy pan zapytany o drogę na przystanek zmienia swój kierunek marszu i prowadzi nas w odpowiednim kierunku.
Mając kilka minut czasu zaglądamy do pobliskiego sklepu, gdzie spotykamy ponownie pana i wręcza on nam niespodziewanie dwie gorące kawy w butelkach. W ramach wdzięczności częstujemy go batonem.

Co do napojów, to na każdym prawie rogu można spotkać automat do ich sprzedaży, w zależności od modelu, firmy, wybór jest różnoraki. W niektórych przypadkach można sobie wybrać czy chcemy np. kawę na ciepło czy na zimno. W puszcze lub małej butelce.

Wsiadamy do autobusu na przystanku nr 9 i jedziemy serpentynami w górę w kierunku jeziora (przystanek 24, 1900 JPY/2  os) na wysokość 1320 m n.p.n.

Po wejściu, pobiera się numerem z liczbą, oznaczającą, na którym przystanku wsiedliśmy. W czasie jazdy na tablicy nad przednią szybą wyświetlają się ceny, które zmieniają się dynamicznie po przekroczeniu przystanku. Przy wychodzeniu pokazujemy numerek kierowcy, który nalicza opłatę i odliczoną kwotę wrzucamy do automatu. Jeśli nie mamy odliczonej, możemy rozmienić monety lub banknoty (nie więcej niż 1000 JPY) w automacie.

Termometr wskazuje -3°C i wieje. Jest też zdecydowanie więcej śniegu.
Jezioro położone jest pośród gór, a przy brzegu stoją zacumowane łodzie i łódki-łabędzie czekające na nadejście cieplejszych dni. Spacerujemy po okolicy, oglądamy kolejną świątynię i idziemy w kierunku wodospadu Kegon (97m), szczególnie „popularnego” wśród samobójców.
Windą z poziomu parkingu można zjechać na dół wąwozu, my jednak obserwujemy go z tarasu widokowego. Gdzieś z boku przychodzi małpa – makak japoński, poskubać trawę. Jestem zaskoczony widząc je tutaj, o tej porze roku, ale zwierzę ma wyjątkowo gęste i zarazem piękne futro, a do tego czerwoną twarz i tyłek. Robię zdjęcia z dość bliska, a małpa wydaje się być spokojna i sympatyczna.
Schodzimy poziom niżej, a gdy chcemy wrócić schodami na górę nie mamy za bardzo jak, bo małpa siedzi na schodach, szczerzy zęby, syczy i bez skrępowania idzie w naszym kierunku z wyraźnie agresywnym nastawieniem. Pospiesznie wracamy na platformę, ale ona przyszła za nami i wciąż zachowuje się nieprzyjaźnie. Drugie schody są zasypane, więc nie mamy za bardzo wyjścia jak stawić czoła napastnikowi. Próbujemy je nastraszyć sposobem, który przewodnik stosował w sumatrzańskiej dżungli, czyli tupiemy, machamy rękami i robimy hałas, ale nic nie pomaga. Dopiero nagłe i szybkie natarcie na nią połączone z wcześniejszymi rucham okrzykami sprawia, że ucieka do góry po schodach. Ja zostałem trochę z tyłu i gdy próbowałem chwilę później wbiec po schodach małpa już na tam czekała, siedząc na poręczy w pozycji gotowej do skoku, a nie miałem ochoty, żeby wylądowała mi na głowie. Trzeba było jeszcze co najmniej dwukrotnie przypuścić na nią głośny szturm, żeby mieć  wolną drogę. Dwie inne małpy siedziały spokojnie na gałęziach, ale do tej chwilę wcześniej przyszła małpa małpka i poczuła się najwyraźniej w obowiązku ją bronić, przed jej tylko znanym niebezpieczeństwem. Małpia paranoja i nadopiekuńczość.
A ja naiwny myślałem, że japońskie małpy są spokojne i ułożone jak sami Japończycy.

Po tej przygodzie podjeżdżamy jeszcze autobusem parę przystanków do następnego wodospadu, w zasadzie kaskad – Ryuzu, długich na 20-parę metrów i szerokich na 10 m.  Ścieżka jest ledwo przedeptana i brniemy w śniegu po śladach. Ktoś nawet w rakietach szedł przed nami.
Z tego przystanku (nr 30) wracamy prosto do Nikko (1250 JPY), by zdążyć na ostatni pociąg do Tokio.