Dzień 5: Kazbek (5033 m)

Nie można powiedzieć, że dzwoniący o 4 rano budzik wyrwał nas ze snu, ponieważ chyba nikt z nas nie spał za dobrze z powodu zimna, małej przestrzeni, którą oferował nam namiot i zmęczenia.  Postanowiliśmy jeszcze trochę odczekać aż ekipa z Rumuni nas wyprzedzi. Po rozmowie na lodowcu poprzedniego dnia wynikało, że planują wyruszyć wcześnie rano i chcieliśmy dać sobie trochę czasu jeszcze i pozwolić im przetrzeć szlak. W konsekwencji minęło jeszcze z pół godziny zanim na dobre powstawaliśmy. Mi przyszło to tym trudniej z powodu zmęczenia, które nie ustąpiło jak do tej pory. Wypiliśmy tylko gorącą herbatę, którą zagryzłem paroma kostkami czekolady i zbieraliśmy się do wyjścia. Siły wciąż nie chciały mi wrócić i postanowiłem, że w takim stanie nie mam szans gdziekolwiek dojść i większy sens będzie jeśli jeszcze poleżę i około 8 spróbuję się gdzieś przejść, zaaklimatyzować, a następny dzień przeznaczę na zaatakowanie szczytu jeśli pogoda pozwoli. A trzeba przyznać, że o poranku widoki byłe piękne. Górujący wysoko nad nami stromy szczyt Kazbeku. Wokoło ośnieżone szczyty, niebieskie niebo i chmury zasnuwające doliny.

Owinąłem się dwoma śpiworami, ułożyłem wygodnie i w końcu mi było ciepło. Zostałem przeszkolony przez Elka jak obsługiwać jego kuchenkę i miałem zamiar jak najdłużej poleżeć bez zbędnego ruchu.

Trwało to może z 5 minut, kiedy stwierdziłem, że skoro mam iść później na Plateau sam to jednak wolę wyruszyć teraz razem z nimi i najwyżej wrócę, gdy zacznie brakować mi sił. Ubrałem wszystko co miałem do dyspozycji. Opaskę zamiast na uszy założyłem na szyję wraz z chustką, na głowę czapka, na ręce cieniutkie rękawiczki i skarpety. Z kijkami dłonie jednak trochę pracują i nie powinno być tak zimno.  Spakowaliśmy raki, czekan, trochę jedzenia, picie i ruszyliśmy w górę po kamieniach.

W okolicach czarnego krzyża weszliśmy na lodowiec i podążaliśmy po śladach naszych poprzedników choć śnieg był ubity i zmrożony. Pomimo pięknej pogody góry przesłaniały słońce, szliśmy cieniem i było zimno. Nie jakoś bardzo zimno, może w granicach -10C ale jak na nie zbyt dobrze dopasowane ubranie miało prawo mi być chłodno. Najgorzej w ręce.

Po około półtorej godziny marszu Kinga zdecydowała, że zawróci. Wzięliśmy jedną jej parę skarpetek, którą natychmiast ubrałem na ręce, uprzednio wkładając pod nie jakieś skrawki gazet. Łyknęliśmy kolejną tabletkę aspiryny choć głowa mnie nie bolała i czułem się zadziwiająco dobrze.

Jeszcze około 100 metrów poniżej Plateau minęliśmy Rumunów, z których ekipy wracały na dół dwie osoby, a cztery szły dalej. Weszliśmy w strefę słońca i wolnymi krokami parliśmy na przód. Widoki roztaczały się piękne. Za sobą mieliśmy lodowiec Gergeti, przed nami zielone, relatywnie płaskie tereny Osetii i Dagestanu w Rosji, na zachodzie w oddali majaczyły ośnieżone wierzchołki kaukaskich szczytów w Swanetii, a z prawej Kazbek czekający na nas. Od momentu przejścia przez Plateau byliśmy po rosyjskiej stronie granicy.

Zrobiliśmy sobie małą przerwę, poowijane ręce nie pozwalały na zbyt wiele dokładności ale jakoś udało się wygrzebać z kieszeni na wpół ujedzoną churkchelę, żel energetyczny z kieszeni i rurkę z bukłaka z Isostarem. Założyłem też już wcześniej raki ponieważ mam paskowe, których plastik izoluje od śniegu i poprawia komfort termiczny w butach.

Przed nami w niewielkim oddaleniu widzieliśmy cztery kolejne osoby – Gruzinów z przewodnikiem. Nie spieszyli się, ponieważ chcieli nas najwyraźniej przepuścić. Od tego momentu to nam przyszło torować szlak, a śnieg sięgał już do połowy łydek. Jeszcze przez parę metrów szliśmy trawersując zbocze, a później skręciliśmy pod kątem 90 stopni by zacząć mozolnie piąć się pod górę. Ściana była dość stroma, a głęboki śnieg skutecznie nas spowalniał. Zmienialiśmy się z Elkiem na prowadzeniu i torowaniu, choć na ostatnich metrach zostałem w tyle i zacząłem odczuwać głód. W ruch poszedł kolejny żel. Dostępu do grani szczytowej bronił około 2 m wysokości śnieżny nawis, po którym należało się wdrapać wbijając w nań dzioby raków. Obyło się bez wyjmowania czekana. Liczyłem, że to już gdzieś blisko, a okazało się, że od wierzchołka dzieli nas jeszcze jakieś 200 m (w pionie) i chyba dość słynna już ścianka. Nie była ona tak straszna jak ją opisywano w internecie i choć z początku ciężko mi było wykrzesać kolejne siły to w miarę nabierania wysokości szło mi się lżej. Nie wiem ile miała stopni nachylenia ale jeśli miałby porównywać to kojarzy mi się z zimowym podejściem pod Zawrat od strony Czarnego Stawu.

Po około 6,5 godzinach nie mieliśmy już dokąd wyżej iść. Tuż przed południem stanęliśmy na szczycie. O dziwo było cieplej niż na podejściu, a przynajmniej bezwietrznie. Mała chorągiewka powiewała wbita w śnieg. Poniżej Gruzini pokonywali właśnie nawis.
Zrobiliśmy parę zdjęć i po chwili zaczęliśmy schodzić. Na wszelki wypadek wyjęliśmy czekany, a kijki wrzucili do plecaka. Po pół godzinie schodzenia minęliśmy się z Rumunami, którzy jeszcze nie dotarli do nawisu. Z czekanem szło się już niewygodnie, bo nie sposób się na nim zeprzeć, żeby nie wbijał się w śnieg, a ciężko iść nie chwiejąc się w takim głębszym śniegu. Zatem do rąk wracają kijki, a czekan i raki ponownie wędrują do plecaka.

Na wysokości ok 4700 m wchodzimy w chmury, które od rana wstępowały wyżej i zastaje nas zamieć śnieżna. Wszystkie ślady zostały zasypane, wszędzie biel i biel. Nawet śnieg jest całkowicie pozbawiony jakiejkolwiek faktury, także momentami nie jesteśmy w stanie ocenić czy idziemy w dół czy w górę. Na szczęście nigdzie nie ma w okolicy miejsc, skąd można by spaść. Co najwyżej czeka nas bardzo długi spacer w okolicach Plateau.

Ja miałem swój GPS w kieszeni, a Elek na ręce i to za pomocą jego Garmina schodziliśmy w dół. Choć jak wiadomo, GPS nie jest urządzeniem najdokładniejszym i próbując wracać po śladzie mimowolnie trochę zygzakowaliśmy.
Z minuty na minutę zmęczenie coraz bardziej dawało nam się we znaki i zaczęliśmy trochę się słaniać na nogach. Ręce ciągle mieliśmy poowijane w kilka warstw różnych strzępków odzieży, skarpetek i woreczków foliowych co uniemożliwiało, a przynajmniej skutecznie utrudniało wyciągnięcie jedzenia czy picia, a w moim przypadku nawet zapięcia rozpiętego guzika w spodniach, które nieustannie zaczęły mi opadać.

W pewnym momencie zeszliśmy poniżej chmur i w dole ujrzeliśmy kilka osób idących gęsiego na jednej linie. Szli oni na Plateau, skąd następnie chcieli zaatakować szczyt następnego dnia. My z kolei od tego miejsca mieliśmy już przetartą i jasną drogę przez lodowiec na dół. Mimo tego, przystawaliśmy jeszcze parę razy. Raz sobie nawet pozwoliliśmy usiąść na parę minut. Poczułem, że odpływam i zaczynają mi się śnić różne rzeczy. Za chwilę dociera do mnie z oddali głos Elka, mówiący że trzeba dalej iść bo on zasypia. Dopiero parę minut drogi od namiotu zrzuciliśmy wszystko, co mieliśmy na rękach i trochę się nawodniliśmy.
Po 3,5 godzinach schodzenia byliśmy wreszcie w namiocie. Jedyne o czym marzyłem wtedy to się położyć i odpocząć. To oraz napić się gorącej herbaty.

Pomimo wczesnej godziny nie bylibyśmy w stanie tego samego dnia powrócić do Kazbegi, dlatego resztę dnia odpoczywaliśmy i przesypialiśmy.

Zapis śladu trasy z GPS.

Reklamy

Dzień 4: Kazbegi – Meteostacja

Po przebudzeniu pierwsze co zrobiliśmy to wyjrzeliśmy za okno, by spojrzeć położony wysoko w górze kościółek świętej Trójcy, żeby mieć punkt odniesienia co do podstawy chmur.  Niestety nadal wisiały one nisko, na około 2900 m n.p.m. , choć to i tak trochę wyżej niż dnia poprzedniego. Optymistycznie nie nastrajały informacje od osób, którzy powrócili z meteostacji nie zdobywszy szczytu. Na górze rzekomo miało sypać śniegiem, a od przełęczy na szczyt szlak jest nieprzetarty, śniegu po kolana i w ostatnich dniach jakiekolwiek próby wyjścia wyżej kończyły się niepowodzeniem.

Na śniadanie robimy pożywną jajecznicę, w sklepie kupujemy ostatnie zapasy pożywienia na drogę i ruszamy. Pierwotny plan zakłada, że Kinga z Elkiem chcą dojść w okolice meteostacji, a następnie przeznaczyć jeden dzień na aklimatyzacjęi dopiero wówczas ruszyć na szczyt. Ja z kolei planuję wejść na Kazbek już następnego dnia ale tak naprawdę nie wiemy jak się wszystko ułoży i traktujemy nasze plany bardzo luźno.

Do kościółka św. Trójcy (Cminda Sameba) idziemy szlakiem, który w porównaniu z drogą jest bardzo stromy ale jako, że idziemy powoli, wręcz z nogi na nogę aby oszczędzać siły idzie się całkiem przyjemnie, a pogoda na taką wędrówkę jest w sam raz. Jedynym, co spędza mi sen z powiek jest temperatura tam na górze. Chcąc zaoszczędzić na wadze plecaka i zyskać na czasie marszu, a przy okazji trochę źle oceniając możliwe warunki pogodowe biorę zbyt lekkie ubrania tj. kurtkę, buty i rękawiczki.

Pobieżnie zwiedzamy kościółek, robimy parę zdjęć z nim i pasącymi się w pobliżu krowami i maszerujemy dalej. Nie jesteśmy jedynymi, którzy idą w góry, bo przed nami jest spora grupa, która wyjechała sobie autem.

Na widoki nie mamy co liczyć więc zostaje nam podziwianie kwitnących jeszcze rododendronów na wysokości ponad 2900 m n.p.m.

Przejście przez rzekę płynącą od lodowca jest bezproblemowe, choć obawiałem się tego. Pogoda jest pochmurna, więc i śnieg się nie wytapia za szybko i rzeka nie niesie dużo wody.

Na lodowcu Gergeti wchodzimy w chmury, choć momentami na kilkanaście sekund pojawia się słońce. W każdym razie jest tak jasno, że nie sposób iść bez okularów. Na tym odcinku jesteśmy zmuszeni wspomagać się GPS’em by iść zgodnie ze szlakiem.

Po godzinie 16 docieramy do meteostacji. Nie zatrzymujemy się jednak na długo. Chcemy tylko coś zjeść w ciepłym pomieszczeniu i ruszyć dalej, żeby wejść jak najwyżej i znaleźć miejsce pod namiot. Rozbicie namiotu w obrębie meteostacji jest obecnie płatne 10 lari. Z bieżącą, górską wodą, jak i z zasięgiem nie ma problemu. Termometr pokazuje -2C. Od Elka dostaję dodatkowe dwie koszulki, które natychmiast ubieram na siebie.

Idziemy jeszcze może pół godziny, mijamy biały krzyż i kawałek za nim, na śniegu znajdujemy kawałek płaskiego terenu pod namiot. Jest dopiero 18 ale zostawiamy wszystko w namiocie, bierzemy tylko czołówki i raki i idziemy jak najwyżej, żeby się zaaklimatyzować. Nie wybieramy drogi przez lodowiec tylko po kamieniach i piargach wspinamy się mozolnie pod górę jedną. Jesteśmy dokładnie u podnóża Kazbegu.

Z minuty na minutę zaczynam opadać z sił, cienkie rękawiczki nie są w stanie ogrzać mi palców i często przystaję żeby odpocząć i się trochę rozgrzać. Nie przynosi to zbyt wielkiego efektu i zamiast zagrzać dłonie, bardzo szybko tracę ciepło w innych miejscach ciała. Kinga z Elkiem idą jeszcze wyżej, a ja postanawiam wracać jak najszybciej do namiotu, żeby się zagrzać i odpocząć. Jestem tak padnięty, że zasypiam od razu po wejściu do śpiwora i dopiero budzę się po ich powrocie.

Nadal jestem całkowicie bez sił, że nawet ręką nie ruszam, nie mówiąc o tym, żeby coś zjeść, choć pyszne liofilizaty spoczywają w plecaku. Silę się jedynie na kilka łyków herbaty, pod spód ubieram bieliznę termoaktywną, następnie trzy koszulki, sweter puchowy i kurtkę. Nie chcę żeby mi buty zamarzły więc usiłuję się z nimi wcisnąć do śpiwora ale ciągle o coś zahaczam, więc rezygnuję z tego pomysłu w obawie przed potarganiem śpiwora. Zostawiam je po prostu wewnątrz namiotu.

Jeśli chcemy wyruszyć rano na szczyt to czasu na sen i odpoczynek nie zostało zbyt wiele, a ja jestem kompletnie wyczerpany i obawiam się, że za te parę godzin nadal nie będę choćby w połowie swoich sił.

Zapis śladu trasy z GPS’u. Kazbegi – stacja meteo.

Zapis śladu trasy z GPS’u. Od stacji meteo.