Dzień 8: Upliscyche

Bagaże zostawiamy u Luki i idziemy na dworzec złapać marszrutkę do skalnego miasta – Uplistiche. Na jednej z głównych ulic Gori pierwszy raz od ponad tygodnia pobytu w Gruzji widzę pocztę. Znaczki w cenie bagatela 4 lari!

Zanim bus się napełni ludźmi i może wreszcie odjechać mija prawie godzina. Kierowca wysadza nas przy drodze, juz za wioską, skąd do skalnego miasta jest 15 minut piechotą, szczególnie że jeden z miejscowych pokazuje by iść wałem na skróty.

Bilety wstępu w takich samych cenach jak do Wardzi tj. 3 lari bilet zwykły, 1 – ulgowy. Powstanie zabudowań datowane jest na od V w n.e. aż do późnego średniowiecza.  Cały kompleks jest zdecydowanie mniejszy niż wspomniana już wcześniej Wardzia i zajmuje tylko trzy kondygnacje – południową (dolną), centralną i środkową (górną), z której to rozpościera się widok na całą dolinę wraz z wolno płynącą w dole rzeką Mtkwari.

W drodze powrotnej do Gori zatrzymujemy autobus – pierwszy, jakim mamy okazję podróżować w Gruzji. Podobno jest to znacznie wolniejszy, aczkolwiek tańszy środek transportu jednak na tak krótkim dystansie ciężko odczuć różnicę.

Wracamy po bagaże do Luki i ponownie wracamy na dworzec organizować transport w stronę Mesti. Nic jednak nie jedzie nawet do Kutaisi, więc jedziemy do Khashuri, gdzie mamy bez problemu się przesiąść na marszrutkę do Kutaisi. Tymczasem już na autostradzie nasz kierowca zatrzymuje inną marszrutkę i pospiesznie przesiadamy się na poboczu. Co więcej, cena za przejazd tą drugą marszrutką (kilkanaście kilometrów od Gori do Kutaisi) jest niższa niż gdy jechaliśmy pierwszy raz z Kutaisi do Khasuri.

W Kutaisi również nie ma nic w godzinach popołudniowych bezpośrednio do Mesti, więc po 17 jedziemy do Zugdidi, skąd podobno o 19 ma coś jeszcze jechać na Kaukaz. Dojeżdzamy z lekkim opóźnieniem, aczkolwiek kierowca zdaje się jakby na nas czekać. Robi jeszcze ostatnie zakupy, sprawdza czy damy się nabrać na dwukrotnie wyższą cenę (zwykle 20 lari/os) i po 20 wyjeżdzamy.

Po kilkunastru kilometrach mijamy zaporę Inguri na rzece o tej samej nazwie. Ma ona wysokość 272 m i jest drugą co do wielkości na świecie. Oddziela Gruzję od Abchazji, a prąd dzielony jest w stosunku 60 do 40. Jezioro, które utworzyło się na skutek jej budowy jest ogromne i mija kolejnych parę ładnych kilometrów gdy docieramy do jego końca.

W trakcie jazdy zatrzymujemy się kilkukrotnie, żeby kierowca coś przekąsił, zapalił oraz dostarczył zamówiony z Zugdidi towary do domów. Od razu też oferuje nam nocleg w Mesti. Docieramy tam po ponad 2,5h jazdy (100 km) i z racji późnej pory kierujemy się prosto do poleconego nam noclegu – u Róży (15 lari/os). Dom polozony jest na zboczu wzgórza i samemu ciężko by było tam trafić, szczególnie po ciemku, a moim zdaniem warto. Nie tylko ze względu na niską cenę ale również dlatego, że z okien w przedpokoju na piętrze rozciąga się widok na miasteczko i położony w oddali trójkątny szczyt jednego z czterotysięczników (4858 m) Tetnuldi.

Reklamy

Dzień 7: Mccheta

Będąc w Tbilisi nie sposób nie zwiedzić Mcchety, która znajduje się zaledwie 20 km od stolicy. Dostać się tam można bardzo łatwo – ze stacji Didube marszrutką za około 1,5 lari.

Mccheta jest jednym z najstarszych gruzińskich miast, kolebką chrześcijaństwa w tym kraju, a współcześnie siedzibą gruzińskiego kościoła prawosławnego. Założona około roku 327, choć jej początki datuje się już na 1000 lat przed naszą erą co czyni ją jednym z najstarszych zamieszkanych nieprzerwanie miast na ziemi.

W mieście wpisanym na listę UNESCO znajdują się znajdują trzy kościoły. Zbudowany w 1130 roku kościół Samtavro będący obecnie częścią zakonu, katedra Svetiskoveli pochodząca z XI wieku oraz położony na wzgórzu kościół Jvari.

Zwiedzanie rozpoczynamy od Samtavro, nieopodal którego zatrzymuje się marszrutka z Tbilisi. Żeby wejść do środka należy zakryć kolana i ramiona, a w przypadku kobiet również nałożyć chustkę na włosy co jest standardem w kościołach prawosławnych.

Parę minut spacerem położona jest katedra, w której według legendy znajduje się szata Chrystusa, zakopana gdzieś pod fundamentami. Okoliczny żyd Elioz miał rzekomo być w Jerozolimie w momencie ukrzyżowania Chrystusa i powrócił do Mcchety wraz z szatą. Na skutek tego zdarzenia jego Siostra Sidonia później zmarła z powodu pasji wiary. Szatę pochowano wraz z nią, lata mijały, a ludzie zapomnieli właściwego miejsca spoczynku. Aż do czasu, gdy król Miriam zdecydował w IV wieku zbudować w Mcchecie katedrę i postawić na środku kolumnę, której nie dało się podnieść z ziemi. Dopiero po całonocnych modlitwach kolumna sama przemieściła się na właściwe miejsce – miejsce pochówku Sidonii. Od tamtego czasu kolumnie przypisuje się wiele cudów, a nazwa Svetitskhoveli znaczy „kolumna dająca życie”.

Widoczny w oddali na wzgórzu kolejny kościół to Jvari, do którego najłatwiej dotrzeć taksówką (15 lari, 30 km w dwie strony). W samym centrum kierowca dostaje mandat za omijanie progów zwalniających na linii ciągłej i jedziemy dalej. Razem z nami zabiera się również Peruwiańczyk obecnie mieszkający w Baku – Alvaro. Z pod kościoła rozpościera się widok na całą okolicę, na Mcchetę leżącą u zbiegu rzek Aragvi i Kury i położone za miastem góry.

Po powrocie do stolicy zabieramy bagaże i ponownie wracamy na stację Didube, skąd odjeżdżają marszrutki do Gori – miasta narodzin Stalina.

W 45 tysięcznym mieście nie jest łatwo znaleźć nocleg ale pomagają nam w tym miejscowi, wykonują parę telefonów, narad i w końcu polecają nocleg u Luki, dokąd prawie z dworca zawozi nas taksówka (1 lari).