Bieszczady

Bieszczady zimową porą. Jak tam jest?IMG_9129.jpg

Czy śnieg po pas to już prawdziwa zima? Dlaczego -24C to nadal ciepło i jak nie odmrozić sobie twarzy? Ale po kolei..

Korzystając z długiego weekendu, świeżego opadu śniegu jakiego Polska nie widziała od kilku lat i zbliżającej się fali mrozów postanowiliśmy wykorzystać tą sytuację i spędzić kilka dni w Bieszczadach. Najtrudniejsze w dotarciu do tego odległego zakątka okazały się korki w Katowicach i na obwodnicy Krakowa. Później szło już gładko   nawet białe drogi nie były problemem. Tak oto zaczęła się nasza zimowa przygoda z Bieszczadami.

Pierwszego dnia rozdzieliliśmy siły. Ania, Grzegorz i Michał poszli na Caryńską, a ja ruszyłem z Smreka czerwonym na Wetlińską. Lubię taką zimę, kiedy wystarczy tylko zamknąć drzwi za sobą i od razu można ubrać narty. Pomimo, że do szlaku był kawałek to można bez problemu iść drogą.

Przyznam, że gdy wszedłem na szlak to po poprzednich opadach śniegu spodziewałem się, że będzie go więcej- było go może lekko ponad kolana. Mi to i tak nie robiło różnicy bo narty sunęły gładko po powierzchni zapadając się co najwyżej do kostek. Mróz również nie dawał o sobie znać. Podchodząc do góry było na tyle ciepło, że się porozpinałem, zmieniłem czapkę i rękawiczki na lekkie by się nie przegrzać i dzielnie parłem ku górze.IMG_9129.jpg

A na górze..na górze to sytuacja uległa zmianie diametralnie. Ponad granicą lasu wiatr zaczął dawać w kość; przewiewał rękawiczki, próbował dostać się do mnie przez każdą, najmniejszą nawet szparę. Śnieg ze świeżego, puszystego zmienił się na wywiany, twardy beton, po którym foki zaczęły się ślizgać. Poza szlakiem było jeszcze gorzej bo krzewinki przykryte skorupą lodu, który łamał się gdy na nim stanąć i narty wchodziły pod lód.

To wszystko sprawiło, że nie mogłem iść szybko, jednostajnie i zacząłem się wychładzać. Na pierwszy ogień poszły palce, które zaczęły marznąć i sztywnieć. Przez chwilę rozważałem czy nie dać za wygraną i zjechać na dół z Przełęczy Orłowicza ale zdecydowałem, ze spróbuje dotrzeć do najbliższych drzew, rozruszać palce i wówczas zdecyduję. Udało mi się znaleźć nawet dwie rękawiczki, z czego ta lewa – od  nawietrznej była sucha. Niestety założenie drugiej na niewiele się zdało i palce nadal pozostawały przemarznięte. Pomogło dopiero schronienie się w lesie, w którym było zdecydowanie cieplej. Tak rozgrzany względnie spokojnie szedłem w stronę Chatki Puchatka co rusz walcząc z wiatrem i mrozem. Całe szczęście, że miałem kominiarkę bo odmroziłbym sobie twarz jak to udało się Michałowi z lewym policzkiem.

Zjazd Połoniną Wetlińską od Chatki Puchatka w stronę Brzegów Górnych to sama przyjemność. Narty suną w śniegu po kolana, skręty to sama przyjemność. Szkoda tylko, że tak krótko to trwa i niecałe piętnaście minut później jestem już na dole.

Cały czas kontaktujemy się przez radio, więc zanim reszta drużyny przyjedzie i mnie odbierze to ruszam dalej w drogę…drogą. Warunki są takie, że spokojnie można chodzić nie tylko drogą ale i poboczem, nad barierką energochłonną, która jest teraz pod śniegiem.

Wracam wykończony ale szczęśliwy. W końcu mamy zimę z prawdziwego zdarzenia.

img_9133img_9136

img_9141

img_9147

Drugi dzień zaczął się, jak się później okazało, od znaku. Żeby nigdzie nie iść. Mianowicie przy -24C samochód nie chciał odpalić. Nie zraziło nas to w ogóle i pojechaliśmy busem do Ustrzyk Górnych, a stamtąd ponownie czerwonym, tym razem na Szeroki Wierch. Jest jeszcze zimniej niż wczoraj i ciągle powtarzamy sobie, że niech będzie nawet i -35C byle już nie wiało. To jak bardzo się pomyliliśmy okaże się wkrótce..

img_9148img_9151img_9154

Ponownie przez las idzie się bardzo fajnie. Ja na turach, reszta na rakietach więc głęboki śnieg nie stanowi problemu, a jest go jakby więcej bo momentami do pasa – na taką głębokość czasem wchodzą kijki. Drzewa uginają się na wietrze, trzeszczą, skrzypią jakby miały się zaraz złamać niby zapałki. Biedna sikorka, którą mijamy nie dała rady wytrzymać takiej temperatury i zamarzła przy szlaku.

img_9164img_9168img_9170

Dziś jednak w odróżnieniu od wczoraj słońce pięknie świeci. Aż chce się żartować, że będzie cieplej. Nie jest. Ani trochę. Widoki co rusz zachwycają ale ponad granicą lasu wiatr znów daje o sobie znać. Pod nogami znów ubity beton, którego foki się nie chcą trzymać. Nie mam harszli (noży lodowych pod narty), więc się ślizgam lub zjeżdżam w tył. Próbuję trawersu ale tam ponownie skorupa lodowa, która się pode mną łamie i wpadam w krzewinki. Chwilowo zdejmuję narty i wzniesienie pokonuję w butach. Na Szerokim Wierchu doganiam Grześka i Anię, którzy przeorganizowują ubiór i zakładają co tylko jeszcze zostało w plecakach. Ja wkładam dodatkową parę rękawiczek pod dół ale jest chyba na to już za późno. Palce mam sztywne, powoli przestaję je czuć, a na domiar złego na ostatni punkt kulminacyjny Szerokiego Wierchu nie jesteśmy w stanie wejść. Pokonanie dosłownie 3-5m w pionie jest niemożliwe. Robiąc krok do przodu wiatr zatrzymuje nas w pół kroku. Grześka przewraca tak, że nakrywa się rakietami. Próbuję ja niosąc narty w ręku, które mimo swej niewielkiej powierzchni działają jak żagiel. Ledwo jestem w stanie ustać, wpadam na Anie popchnięty przez wiatr. Najciekawsze, że wciąż jesteśmy względnie osłonięci przed wiatrem. Próbuję raz jeszcze ale ani nie jestem w stanie pokonać wiatru, a poza tym zaczynam się już porządnie bać o palce. Decydujemy się zawrócić. Kijki wkładam pod pachę i próbuję idąc przed siebie ogrzewać palce zginając, ściskając, a nawet w akcie ostatniej rozpaczy wkładam ręce pod kurtkę i tak idę. Michał zatrzymał się za jedną jedyną choinką porastającą Szeroki Wierch i tam wszyscy zmierzamy, skryć się przed wiatrem.

img_9159

Pomimo, że mam kominiarkę, która obecnie jest cała oszroniona to wiatr i tak próbuje się przebić. Zaciągam mocniej kaptur i pokonuję ostatni odcinek żeby tylko zejść z tego huraganu. Za choinką jest wręcz przyjemnie, błogo. Nadal walczę o rozgrzanie palców i w końcu się udaje. Krew zaczyna dopływać normalnie choć ból jest przy tym niesamowity i trwa ładnych parę minut. Foki chowam do plecaka, zapinam narty na sztywno i ruszam w dół. Początek po lodzie nie jest łatwy bo to nie jest nawet gładki lód tylko lód z omrożonymi kępkami, przez które nie sposób przejechać.

Na szczęście w lesie jest już przyjaźnie, normalnie, wręcz wiosennie, jeśli tak można powiedzieć o temperaturze bliskiej -30C. Ponownie czerpię przyjemność z jazdy w głębokim śniegu zygzakując między drzewami. I tak prawie aż do samego dołu.

img_9173img_9175

Pomimo, że byłem osłonięty przed wiatrem szczelnie jak tylko mogłem. Na twarzy miałem kominiarkę czapkę i kaptur to wiatr w jakiś sposób i to zapewne przez ledwie paręnaście sekund dotarł bezpośrednio do skóry i przymroził mi kawałek skroni i czubek nosa. Przyznam, że to były chyba najtrudniejsze zimowe warunki, w jakich przyszło mi chodzić po górach. Zdobycie pięciotysięcznika to przy Bieszczadach lekka i przyjemna wędrówka. Pogoda pokazała pazur i warto mieć świadomość, że w takiej sytuacji mała wpadka może skończyć się tragicznie. Szacujemy, że wiatr osiągał prędkość ponad 100km/h jeśli był nas w stanie przewrócić, temperatura faktyczna była w granicach -30C, natomiast odczuwalna mogła sięgać aż -66C. Wzory na temperaturę odczuwalną zdają się to potwierdzać.

Utrata rękawiczki oznacza utratę ręki. Osłabnięcie lub utrata sił tam na górze może prowadzić do zamarznięcia, a każda pomoc dotrze dopiero w czasie liczonym w godzinach, podczas gdy sekundy prowadzą do odmrożenia.

My zawróciliśmy, mamy wciąż wszystkie palce, a ślady i obrzęki znikną w przeciągu paru dni. Czy wybrałbym się ponownie w taką pogodę w góry? Bez wahania!

Ostatniego dnia pomimo, że się ociepliło (było tylko -17C) to wiatr wiał już na dole i przebywanie na zewnątrz stało się jeszcze trudniejsze. Ponadto wciąż mieliśmy problem z uruchomieniem samochodu. Zresztą nie my jedni. Szacuję, że co trzecie bądź czwarte auto miało problemy z odpaleniem. Co kawałek można było spotkać ludzi holujących się, próbujących zapalić z kabli czy spuszczających auta z górki w nadziei, że to pomoże.

W drodze powrotnej zafundowaliśmy sobie jeszcze małą krioterapię. Dwa razy!

El Bolson

Ponownie znajduję się na argentyńskim klasyku czyli drodze Ruta 40. Jadę do oddalonego o ponad 120km na południe El Bolson. Kręta droga wiedzie, a jakże by inaczej, między górami, lasami i jeziorami. Zachwycająca widokowo.

IMG_1295

O zmroku wysiadam w centrum miasteczka i idę na poszukiwanie kampingu. Od znajomej dostałem cynk, że się tutaj zatrzymali, więc z pomocą nawigacji GPS wiem dokąd mam się kierować. Dopiero po rozłożeniu namiotu orientuję się, że kamping jest podzielony na dwie części i znajomi rozłożyli się w tej drugiej. Gdy wreszcie udaje nam się na siebie natrafić wymieniamy się doświadczeniami z podróżowania po Patagonii, a także opowiadamy sobie wszystkie nasze ciekawsze przygody. Wspólnie analizujemy też dokąd by się tutaj wybrać nazajutrz na wycieczkę bo El Bolson słynie z szlaków po okolicznych górach. Z tego, a także z targu, na którym sprzedawane są lokalnie wytwarzane rękodzieła. Niestety ceny nie należą do okazyjnych i większość rzeczy jest możliwa do zdobycia w innych miejscach za niższą cenę.

2

Przed wyjściem w góry zaopatruję się w supermarkecie w coś do jedzenia po czym przez nic już nie powstrzymywany wyruszam na szlak. Tylko jednej rzeczy nie oszacowałem zbyt dobrze, mianowicie tego że szlak zaczyna się jakieś 8 km dalej i początkowo muszę przejść przez całe miasteczko, rzekę, a następnie wiejską szutrową drogą wędrować w górę. Próby łapania stopa nie przynoszą za bardzo rezultatu bo i ruch mały i kierowcy jadą w inne miejsca. Bonusem jest to, że pobocza porastają olbrzymie krzaki jeżyn, wysokie na ponad dwa metry – w większości już dojrzałych. Momentami idę z nogi na nogę, przysiadam nad rzeką by zrobić coś do jedzenia lub chwilę odetchnąć. W końcu jest połowa lutego – środek lata, żar leje się z nieba, a i spieszyć się nie ma dokąd. Po 11 km docieram do mostu, który umożliwi mi przejście na drugą stronę rzeki ale wpierw, jak grze, trzeba pokonać przeciwnika. Okazuje się, że mostu pilnuje strażnik, a wyjścia w górę są zalecane najpóźniej do godziny 14:30. Aktualnie jest prawie 17. Ooops, nie wiedziałem, że powinienem był się spieszyć. Swoim kulawym hiszpańskim tłumaczę mu, że pójdę szybko, że jestem z Polski, że my w ogóle szybko chodzimy i na pewno zdążę zrobić te pozostałe 17km do zachodu słońca. Przybija mi piątkę, życzy powodzenia i pozwala iść dalej. Co prawda nie planowałem iść szybko ale teraz i tak przyspieszam bo pod górę nie umiem chodzić powoli. Szlak pnie się bardzo stromo więc jeszcze bardziej się ze mnie leje. Ścieżka cały czas idzie lasem i tylko od czasu do czasu wychodzi na jakiś pagórek lub polanę, z której roztacza się widok na okolicę. Oznaczenia są dobre i widoczne, ścieżka wydeptana, co i tak nie przeszkadza mi się pogubić po drodze. Na którymś z zakrętów zamyślony idę prosto zamiast skręcić w lewo i schodzę w dół trafiając na nieczynną, zniszczoną zębem czasu zagrodę dla zwierząt. Trochę mi to nie pasuje, a mimo to brnę dalej i dalej. Dopiero gdy robi się na tyle wąsko, że bez maczety nie sposób pokonać te skarłowaciałe drzewa rezygnuję i wracam. Znalezienie ponownie szlaku nie było trudne, wystarczyło się bardziej zgubić by zachciało mi się porządnie poszukać znaków aniżeli usilnie próbować brnąć przed siebie.

1

3

Do Refugio Hielo Azul – bo tak nazywa się to miejsce, przychodzę po niecałych 3,5h od rozpoczęcia stromej wspinaczki w górę. Obok mnóstwa porozstawianych namiotów krzątają się ludzie. W wielu miejscach rozpalono już ogniska, co pewnie nie jest najprostsze bo większość drewna w okolicy została już wyzbierana. Znajduję dla siebie kawałek płaskiego terenu, rozkładam namiot i na miły koniec dnia przygotowuję smaczną kolację.

6

IMG_1268

Noc na wysokości prawie 1300m n.p.m. nie należała do zimnych ale tego po gorącym dniu można się było spodziewać. Poranek to taka odwrotność wieczoru. Brzmi to może i banalnie ale tak jest. Posiłek, składanie namiotu, pakowanie i wyruszenie w dalszą drogę. Dziś szykuje się mniej kilometrów do przejścia i nieco luźniejszy dzień. Przede mną przejście na drugą stronę gór – w następną dolinę. Najpierw wchodzę na przełęcz, nieopodal której, ledwie godzinę drogi od Refugio Hielo Azul mieści się inne schronisko – Refugio Natacion. Pięknie położone u stóp skalistych ścian nad małym, krystalicznie czystym stawem. Mijam to wszystko bez zatrzymania i idę dalej w las. Zejście do doliny rzeki Azul jest piekielnie strome i bardzo szybko tracę wysokość. Żar leje się z nieba, szczególnie w niezacienionych miejscach, z których rozciąga się panoramiczny, niczym nie przysłonięty widok na okoliczne góry, doliny i miasteczka w okolicy El Bolson. Po dotarciu do rozwidlenia przy Refugio Cajon del Azul skręcam w prawo, w kierunku wylotu doliny i wzdłuż rzeki (Rio Azul). Co prawda przede mną jeszcze 8km marszu ale jestem już na płaskiej, szerokiej leśnej drodze. Gdybym skierował się w drugą stronę to udałbym się w samo serce Andów, jeszcze ładnych kilka godzin marszu dalej do Ref. Laguitos. Okolica naprawdę obfituje w mnogość szlaków turystycznych. Pomimo środka sezonu nie ma też, czego można by się obawiać, tłumów ludzi.

5

4

Tuż po południu docieram do Wharton, gdzie natykam się na ślady cywilizacji, piknikujących ludzi i ogólnie sielankową atmosferę. Jest nawet szansa na wydostanie się stąd autobusem ale ten niestety jeździ ze dwa razy na dzień i rozkład nie za bardzo jest mi na rękę. Korzystam więc ze sprawdzonego sposobu i razem z czekającym na poboczu Włochem łapiemy wspólnie stopa do miasta. Z dwoma przesiadkami.

Niestety autobus do Bariloche dopiero co mi odjechał, następne kursy są w całości wykupione i wolne miejsca są dopiero na wieczór. Po ludziach stojących na poboczu Ruta 40 również nie widać dużych szans na złapanie okazji ale mimo wszystko próbuję zmierzyć się z tym wyzwaniem. Rozkładam panel słoneczny by podładować telefon i próbuję szczęścia. Daję sobie godzinę czasu, po upływie którego  wrócę do centrum po bilet na autobus. Jak łatwo zgadnąć, szczęście dopisuje mi po 55min stania i machania ręką. Wskakuję na otwartą pakę półciężarówki, a paręset metrów dalej zatrzymujemy się by dobrać jeszcze dwóch autostopowiczów. Jak wspominałem już wcześniej przy okazji Carretera Austral – jazda na otwartej pace z tyłu jest piękną przygodą. Do zniesienia nawet pomimo chłodu oraz wiatru, ponieważ piękne widoki rekompensują pozostałe niedogodności. Tak jak i wcześniej taka przejażdżka była pięknym dopełnieniem Carretera Austral, tak teraz dokonało się to samo dla Ruta 40. Nazajutrz ruszam po raz trzeci w czasie tego wyjazdu do Chile więc praktycznie żegnam się już z tą piękną drogą i pokonywaniem na niej kolejnych kilometrów.

 

IMG_1293

Zapisy śladów tras z GPS:

-El Bolson – Ref. Hielo Azul

-Ref. Hielo Azul – Wharton

Bariloche

Z chilijskiego Osorno transportuję się ponownie do Argentyny. Trasa do Bariloche prowadzi po andyjskich, krętych drogach.

Im wyżej na północ tym kontrole na granicy są bardziej szczegółowe, pomimo że wjazd do Argentyny jest zwykle łatwiejszy niż do Chile. Wynika to z faktu, że Chile podchodzi bardzo restrykcyjnie do wwozu wszelkiej maści produktów spożywczych, szczególnie owoców, warzyw czy mięsa. Chilijczycy przeprowadzają dokładne skanowanie bagażu oraz wchodzą do autobusu z psami i obwąchują wszystko oraz wszystkich. Podejrzane plecaki są odkładane na bok, a następnie otwierane w obecności właściciela. Tym razem nic ciekawego mi się nie przydarzyło choć po cichu liczyłem na machnięcie łapą w stronę mojego plecaka. Zawsze to jakaś rozrywka na granicy. Po sześciu godzin jazdy z Osorno docieram w końcu do Bariloche – turystycznej mekki w Argentynie.

Miasto to słynie z pięknych krajobrazów, sportów wodnych, alpinistyki, a zimą z narciarstwa. Miastami partnerskimi Bariloche są takie światowe kurorty jak m.in. Aspen, Sankt Moritz, Sestiere czy… Zakopane.

Do poruszania się po mieście komunikacją publiczna wymagana jest tylko i wyłącznie karta SUBE. Można ją kupić i doładować w wielu sklepach czy punktach na terenie całego miasta. Karta działa także w Buenos Aires, więc warto sobie ją zachować planując pobyt w stolicy. W podbramkowej sytuacji wystarczy poprosić kogoś z mieszkańców o skasowanie biletu, a odpowiednią kwotę oddać w gotówce. Kierowcy pieniędzy nie przyjmują. Co prawda i od tego zdarzy się czasem odstępstwo, ale lepiej się nie nastawiać i dysponować kartą z naładowanym kontem.

Co do samej jazdy autobusem to działa to tak, że wchodząc do środka mówimy kilometr trasy lub charakterystyczne miejsce do którego zmierzamy, czekamy aż kierowca nabije je na kasę po czym przykładamy kartę do czytnika.

W centrum Bariloche, przy głównym placu mieści się biuro informacji turystycznej, do którego zmierzam i gdzie uzyskuję parę przydatnych informacji. Po dowiedzeniu się wszystkiego, czego będę potrzebował podczas pobytu jadę na kemping poza miasto. Zostaję od razu na dwa dni, bo w okolicy jest parę rzeczy, które chciałbym zrobić.

IMG_1222_c

Wpierw planowałem wypożyczyć rower i objechać co ciekawsze miejsca na rowerze ale po spojrzeniu na mapę stwierdziłem, że nie wszędzie rowerem dojadę, a na nogach zobaczę więcej.

Wracam do poruszania się autobusami i od razu jadę do ostatniego przystanku – Llao Llao, które słynie z tego, że znajduje się tam.. dość luksusowy hotel oraz pole golfowe. Poza tym, rozpoczyna się tam także szlak-ścieżka prowadząca dookoła poszarpanego zatoczkami wybrzeża. I pomyśleć, że z Llao Llao do Petrohue i Lago Todos los Santos w Chile jest zaledwie 70km w linii prostej.

Szczęście do pogody nadal mam w kratkę. Gdy tylko przyjeżdżam w nowe miejsce 30 stopniowe temperatury ustępują miejsca tym niższym, robi się chłodno, wietrznie i pochmurno. Taki też jest i ten dzień. Gdy wychodzę świeci słońce. W połowie trasy pojawiają się chmury, przelotny deszcz i chłodny wiatr. Okazuje się, że to tylko stan przejściowy i mogę kontynuować spacer pozostając suchym. Ścieżka prowadzi lasami, wzdłuż brzegu jeziora. Na jednej z plaż natrafiam na pozostałości po bunkrze. Kilkukrotnie rozmawiając z mieszkańcami usłyszałem, że Hitler po wojnie mieszkał w Argentynie, właśnie w okolicach Bariloche, wraz z żoną i dwojgiem córek. Przyznam, że byłem zaskoczony taką wersją historii ale chyba nie jest ona dość powszechna bo inni Argentyńczycy zapytani przeze mnie o tę wersję robili tylko duże oczy.

Wychodząc z lasu na drogę zastanawiam się jakie mam szansę, że jeździ tędy autobus. Miejsce dość odludne. Widzę, że przy drodze stoi dziewczyna, także może ona coś wie. Podchodzę by zapytać, gdy ona zadaje mi to samo pytanie. Szczęście nam sprzyja bo chwilę później łapiemy stopa – zabiera nas dwoje Argentyńczyków z Buenos będących także na wakacjach. Zamiast od razu wracać do miasta jedziemy się z nimi jeszcze do Colonia Suiza – wioski w stylu szwajcarskim położonej u stóp Cerro Lopez. Pod koniec XIX wieku okolica została zaludniona emigrantami ze szwajcarskiego kantonu Valais i stąd wzięła się nazwa Colonia Suiza. Poza stoiskami z jedzeniem i pamiątkami osada ta nie oferuje niczego nadzwyczajnego zatem nie zabawiamy w niej długo. Jedziemy dalej – nad jezioro Gutierrez. Trochę już za późno by wyjść gdzieś wyżej w góry ale w budce parku zbieramy informacje o dostępnych możliwościach, by następnego dnia wybrać się na podbój jednego z okolicznych szczytów – Cerro Catedral.

IMG_1205_c

Przed powrotem na kempingu wstępuję do sklepu w celu zrobienia zapasów jedzenia i znajduję serowe fondue! Kolacja na dziś zapewniona. Que rico!

Wieczór robię jeszcze pranie, a korzystając z okazji wrzucam praktycznie wszystkie ubrania do pralki. Coś jednak poszło nie tak i kurtka puściła praktycznie na każdym możliwym szwie, a do tego materiał się pokruszył oblepiając wszystkie inne ubrania. Niefortunna sytuacja. Co prawda mam nadzieję już więcej kurtki nie używać ale mimo wszystko dobrze by ją było mieć. W ramach operacji o kryptonimie „naprawa” przeszywam ją nićmi najlepiej jak tylko potrafię. Tych napraw już tyle było, że i nici mi może wkrótce zabraknąć.

Rano wracam nad jezioro Gutierrez i planuję pójść w góry ale w połowie drogi do budki strażników para Izraelczyków informuje mnie, że szlak jest zamknięty z powodu silnego wiatru. Jestem zmuszony zawrócić i zmodyfikować swoje plany. Do El Bolson miałem zamiar wybrać się dopiero wieczór bo szkoda mi tracić ładnego (ponownie!) dnia na siedzenie w autobusie.

Cerro Catedral zmieniam na górujące nad miastem Cerro Otto. Zanim jednak wejdę na szlak jadę wpierw na dworzec kupić bilet do El Bolson. W przechowalni bagażu zostawiam plecak i wracam do miasta. Godzinę później jestem znów u podnóża góry. Wybieram szlak prowadzący najkrótszą ale zarazem najstromszą drogą na górę. O ile nachylenie mi nie przeszkadza bo lubię się zmęczyć, o tyle im wyżej tym bardziej ziemia osypuje mi się spod nóg i utrudnia wspinaczkę.

Ze szczytu rozpościera się 360 stopniowa panorama na położone w dole Bariloche, jezioro i park narodowy Nahuel Huapi oraz góry, mnóstwo gór. Na wierzchołek Cerro Otto poprowadzone są wyciągi bo zimą jest to popularne w okolicy centrum sportów zimowych. Choć przyznam szczerze, że gdy patrzyłem w połowie lipca na pogodę to warunki śniegowe były bardzo słabe. Temperatura od 4C na dole do -2C na górze i od 7cm do 55cm śniegu. Trasy narciarskie są co prawda otwarte ale śniegu jak na lekarstwo. Niewiele lepiej sytuacja ma się w Ushuaia czy Los Penitentes słynącym rzekomo z najlepszego puchu na całym południowoamerykańskim kontynencie.

IMG_1212_c

Jedną z tras narciarskich schodzę na dół. W połowie robię sobie przerwę na kanapki z awokado i pomidorem. Przysiadam na skałach, na skraju urwiska i oglądając krajobrazy posilam się. Cerro Otto to także trasy zjazdowe dla rowerów więc i ja zmieniam szlak i trasę narciarską na rowerową. Jest wąska i kręta, prowadzi przez las, ma sporo uskoków i nierówności. Liczę na to, że nikt akurat nie będzie nią pędził w dół bo któreś z nas skończyłoby źle po takim zderzeniu.

IMG_1217_c

Nie wiem dlaczego ale Bariloche wcale mnie nie powaliło na kolana tak jak wcześniej o nim czytałem i słyszałem. Jest piękne, owszem ale cała Patagonia jest piękna, dzika, naturalnie czysta. Bariloche jest po prostu zwykłym kurortem, centrum turystycznym, do którego na wakacje ściągają Argentyńczycy i turyści. Niewątpliwie jego dużym plusem jest piękna lokalizacja i różnorodność atrakcji, które stanowią o jego popularności o każdej porze roku.

Zapisy śladów tras z GPS:

-Spacer z Llao Llao

-Cerro Otto

 

El Chalten (Cerro Torre, Fitz Roy), Patagonia

El Chalten położony u stop Cerro Torre i Cerro Fitz Roy stanowi świetną bazę wypadową do parku i mekkę wszelkiej maści turystów i wspinaczy. Tych drugich jest tu zdecydowanie mniej bo okoliczne góry do łatwych nie należą i choć mierzą „ledwie” ponad 3000m n.p.m. to ich zdobycie wymaga niesamowitego doświadczenia, umiejętności i szczęścia do dobrej pogody. Spotkałem się z pogłoskami, że bezchmurne niebo, a co za tym idzie widok strzelistych wierzchołków na tle błękitnego nieba zdarza się ledwie parę dni w miesiącu. My właśnie mieliśmy to szczęście.

Już w nocy El Chalten przywitało nas bezchmurnym, rozgwieżdżonym milionami gwiazd niebem. Pierwszy w historii wizyt na południowej półkuli udało mi się dostrzec Krzyż Południa – charakterystyczny gwiazdozbiór południowego nieba. W wyniku precesji osi Ziemi (zmiany kierunku obrotu Ziemi) kilku tysięcy lat nie jest widoczny z terenów Europy.

Nocujemy na jednym z kilku kempingów, które o tej porze roku są licznie okupowane przez turystów, a rano pakujemy wszystko ponownie i ruszamy w góry na trekking.

Trasa do Jeziora Torre i położonej nieopodal bazy namiotowej nie jest wymagająca i powoli wznosi się coraz wyżej i wyżej. Ścieżka wije się między niskimi, trawiastymi wzgórzami, które przekroczone odkrywają widok na Cerro Torre wraz z sąsiednimi górami i lodowcem spływającym ze szczytów w dolinę.

IMG_0657_b

Pierwszy widok na Cerro Torre (najwyższy na zdj.)

W niecałe 3h docieram do prostego kampingu, rozbijam namiot i idę nad jezioro by usiąść pod jednym z kamieni na jego brzegu i oddać się lekturze książki Milana Kundery „Nieznośna lekkość bytu”. Praktycznie na wprost mnie, dosłownie na wyciągnięcie ręki mam wznoszącą się zaraz za jeziorem ścianę Cerro Torre.

W miejscu, gdzie rzeka wypływa z jeziora znajduje się rozwieszona lina umożliwiająca podejście pod lodowiec. Rzeka jest co prawda wąska i mało rwąca ale podobno trzeba mieć jakiś dokument zezwalający iść dalej. Rozważam tę opcję przez chwilę bo mógłbym spokojnie przedostać się na drugą stronę zwisając głową w dół jak leniwiec i obejmując linę między nogami. W końcu w Tadżykistanie nie taką rzekę próbowaliśmy przekroczyć i to bez jakiejkolwiek pomocy.

IMG_0666_a

Uznaję jednak, że nie ma się co wysilać, spróbuję obejść jezioro idąc z drugiej strony piargiem. Maszeruję dobre trzydzieści minut, słońce grzeje w głowę niemiłosiernie, a ze mnie się prawie leje. Upał w Patagonii. W pewnym jednak momencie ścieżka się praktycznie urywa bo zbocze góry jest osunięte i kontynuowanie dalej bez liny byłoby trochę.. trudniejsze.

Nie wiem dlaczego nie zdecydowaliśmy się wieczór udać w kierunku Fitz Roy’a bo zaoszczędziłoby nam to trochę dnia ale z drugiej strony… ominąłby mnie spektakl światła jakie odegrało słońce wschodząc i rzucając iście płonące promienie słoneczne na góry. Trwało to zaledwie kilka minut bo gdy promienie doszły do połowy góry słońce zaszło za chmurę i straciło na sile.

IMG_0671_a

Cerro Torre

Po śniadaniu pakujemy wszystko i idziemy w kierunku Fitz Roy’a. Pogoda jest już mniej słoneczna, przeważają chmury choć są wysoko i nie powinno być najgorzej. Po 10km marszu przez lasy, łąki docieramy do rozwidlenia. W jedną stronę ścieżka prowadzi w górę – pod Fitz Roya, a w drugą w dół – do El Chalten. Na razie wybieram tę pierwszą i żwawo ruszam do góry. Nie chcę zostawiać plecaka w trawie więc niosę go ze sobą. Mijam bazę namiotową, rzekę i zaczynam wspinać się ostro w górę. Znak pokazuje coś około godziny na górę. Idąc swoim szybkim tempem zdołałem dotrzeć tam w 40 minut. Pod ścianą Cerro Fitz Roy także, a jakby inaczej, jest jezioro i spływający doń lodowiec. Piękna lazurowa woda dodaje koloru krajobrazowi surowych gór. Robię kilka zdjęć i pospiesznie schodzę na dół. Liczę, że może uda nam się jakoś wieczór wydostać z El Chalten w kierunku północnym.

IMG_0700_a

Fitz Roy

Z upływem kilometrów robię się co raz bardziej ciężko i czuję zmęczenie. W dodatku ubrałem niedosuszone skarpetki i zrobił mi się odcisk na podeszwie stopy. Dalej idę stając na jej krawędzi lekko utykając. Nieznacznie tylko zwalniam i na chwilę przystaję by wrzucić w siebie ostatnie resztki suchego pokarmu jaki mi pozostał w plecaku. Woda też się skończyła ale do dołu już niedaleko. Po 25 kilometrach i niespełna 6h marszu jestem na powrót na kempingu. Jest ciepło i słonecznie, że po wyjściu spod prysznica z mokrymi ubraniami ubieram je od razu na siebie i w kilkanaście minut wysycham.

IMG_0720_a

IMG_0722_a

El Chalten

Myślimy, że może uda nam się złapać stopa na wylocie z miasta ale stopowiczów jest już kilkunastu, a stojąca tam dwójka Francuzów czeka już dwie godziny bez powodzenia. Postanawiamy kupić bilety na wieczorny autobus do Los Antiguos (ok 1100 ARS).

Wolne godziny do odjazdu autobusu spędzamy w knajpce popijając yerba mate.

Przyznam, że od dłuższego czasu jeszcze będąc w domu chciałem spróbować tego tradycyjnego południowoamerykańskiego napoju i wstrzymywałem się z tym mówiąc, że pewnego dnia spróbuję go w jego ojczyźnie – Argentynie. Wszyscy też na to stwierdzenie mówili, że zdecydowanie nie będzie mi smakowało, że jest cierpkie i gorzkie. Pierwszy łyk wziąłem jeszcze jadąc dwa dni wcześniej samochodem i od razu polubiłem ten smak. Ba, zakochałem się w nim. Od tamtej pory, szczególnie po powrocie, nie wyobrażałem już sobie dnia bez yerby, a ostatnie wolne miejsce w plecaku wypakowałem różnymi jej gatunkami.

PS Wydostanie się z El Chalten stopem jest dość trudne i jest to opinia powszechna. Można jednak natrafić na głosy, że nie jest to niemożliwe. Niedługo później spotkałem znajomych, którym się to udało, jednak i oni nie mieli lekko. Żeby dostać się z El Chalten do Ruta 40 (90km) ustawili się na wylocie z miasta bladym świtem i niedługo później załapali się na transport jako pierwsi z kolejki. Nie przypuszczali jednak, że na poboczu słynnej Ruta 40 przyjdzie im spędzić ponad dobę! W dodatku nie mieli ze sobą zbyt dużo jedzenia i picia więc sytuacja zbliżała się do trudnej. Dopiero następnego dnia rano, po ponad 24h czekania złapali okazję, którą już notabene pokonali kolejne 1200km aż do El Bolson.

Zapisy śladów trasy marszu z GPS:

http://www.sports-tracker.com/workout/maslanka/56b1e83be4b08eca091d9de3

http://www.sports-tracker.com/workout/maslanka/56b4fcc0e4b0fd60246859b9

 

Ziemia Ognista

Lot z Sao Paulo do Buenos Aires, na lotnisko Aeroparque Jorge Newbery upłynął nam nie wiedzieć kiedy. Wychodząc z samolotu po chybotliwych schodach wita nas ciepłe, wilgotne argentyńskie powietrze, po czym udajemy się do kontroli paszportowej. Zmęczenie podróżą i Sao Paulo daje nam się we znaki i pozornie staramy się wyglądać przytomnie.

Na lotnisku ponownie spotykamy resztę towarzyszy podróży z pierwszego samolotu, którzy dla odmiany dzień spędzili w Buenos. Lot do Ushuaia mamy dopiero za parę godzin – o 4:40 rano więc spokojnie można się przespać. Ponieważ musieliśmy również odebrać bagaż by później nadać go ponownie, nic nie stoi na przeszkodzie bym wyciągnął materac, śpiwór i przespał te kilka godzin w bardzo komfortowych warunkach. Tak to mogę spać wszędzie!

Większość lotu do Ushuaia także przesypiam. Oglądam tylko nocny widok Buenos, który jest przepiękny i następnie budzę się długo po wschodzie słońca, który o tej porze roku następuje tutaj około 5:30. Lecimy wzdłuż lądu, brzegiem oceanu. Z jednej strony rozpościera się bezkresna toń wody, a z drugiej podobny ocean, tyle że traw, które dalej na południu przechodzą w góry. Hen na horyzoncie próbuję wypatrzeć kraniec ziemi, najdalszy punkt kontynentu – Przylądek Horn. Następnie samolot robi skręt o 90° przez prawe skrzydło, ocean zostaje za plecami, a za oknem mam same góry, jeziora oraz lasy. I ta pustka, ogrom przestrzeni nieskażonej ręką człowieka.

Lotnisko w Ushuaia jest nie tylko najbardziej na południe wysuniętym lotniskiem świata (jak i całe miasto), ale także pięknie położonym. Znajduje się na półwyspie, na kanale Beagle, więc podchodząc do lądowania ma się góry z obu stron, pod sobą wodę i dosłownie na sekundy przed dotknięciem pasa kołami woda znika i pojawia się asfalt. Ushuaia jest bramą do Antarktydy. Od tego najbardziej odludnego i bezludnego kontynentu dzieli ją tylko 1000km (to o 1500km mniej niż Australijskie Hobart, 1200km niż nowozelandzka Isla Stewart, 188km mniej niż chilijskie Punta Arenas czy 3200km mniej niż południowoafrykańskie Ciudad del Cabo). W związku z tym jest przystosowane do przyjmowania największych samolotów włącznie z 747 jak i francuskim Concordem, który lądował tu niegdyś.

IMG_0147_b

Widok od strony lotniska

Z lotniska do miasta idziemy piechotą, bo jest na tyle blisko, że chcemy się przejść. Rozstajemy się przy rondzie i każdy rusza w swoją stronę, choć niedługo później spotkamy się ponownie w centrum. Ja kieruję się w przeciwnym kierunku, gdzie jestem umówiony z Barbarą, która zatrzymała się na CouchSurfingu u Cynthii. Przyznaję, że ze znalezieniem odpowiedniego domu miałem sporo problemów, bo choć znałem dokładny adres to dość długo krążyłem po okolicy nie mogąc trafić.

Pierwsze, co rzuca mi się w oczy w Argentynie to kosze na śmieci zrobione ze starych beczek oraz wałęsające się psy. Mnóstwo psów.

Popołudniu wymieniam gotówkę w banku – odkąd Argentyna uwolniła kurs dolara nie ma potrzeby robić tego na tzw. niebieskim rynku. Kurs w banku jest praktycznie równy z tym ulicznym.

Po zakupach i śniadaniu decydujemy się na wycieczkę do Laguna Esmeralda, położonej 15km na północ od miasta. Busy odjeżdżają z dworca autobusowego, jednak nam przyjdzie poczekać, aż nazbiera się więcej pasażerów.

Ruszamy z parkingu ścieżką prowadzącą przez las, wśród traw w terenie otoczonym górami. Krajobraz przypomina ten skandynawski – podobna roślinność i ukształtowanie terenu. Po godzinie marszu docieramy do jeziora – Laguna Esmeralda. Na piaszczystej plaży relaksują się rodziny z dziećmi, studenci i turyści. Moje zdziwienie wywołuje fakt, że prawie wszyscy mają przy sobie yerba mate i kuchenkę, na której grzeję wodę. Nie mogę zrozumieć, jaki jest sens noszenia palnika, który daleki jest od lekkiego, tylko po to aby napić się mate w górach. Czy nie można się przez parę godzin obyć bez picia tego napoju? Jak widać nie można, o czym sam się wkrótce przekonam.

IMG_0173_a.jpg

IMG_0165_a.jpg

IMG_0161_a

Jezioro obchodzimy dookoła i po drodze natykamy się na gęś magelankę. A w zasadzie na całą rodzinę wraz z młodymi. W ogóle się nie boją i mam okazję przyjrzeć im się z bardzo bliska.

IMG_0184_b

Jezioro i otoczenie, w którym się znajduje bardzo przypomina mi Wielkie Jezioro Ałmatyńskie tylko w lepszym wydaniu. Nikt nie pilnuje by nie przekraczać barierek (których tutaj nie ma) i można swobodnie się poruszać.

IMG_0182_b

IMG_0176_a

Do parkingu wracamy tą samą drogą – szlak jest tylko jeden, a następnie łapiemy stopa do miasta. Mając do dyspozycji w pełni wyposażoną kuchnię przyrządzamy sobie prawdziwą ucztę na kolację – pizzę sztuk dwie!

Rano wybieramy się na kolejną wycieczkę – do parku narodowego Ziemi Ognistej, który znajduje się na zachód od Ushuaia. Aby tam dotrzeć należy skorzystać z jednego z wielu jeżdżących w tamtym kierunku autobusów. My jednak próbujemy szczęścia i z racji, że mieszkamy bliżej zachodniej części miasta idziemy na stopa. Stajemy tuż przed końcem asfaltu, bo dalej już tylko szuter i kurz. Nie czekam długo i już po 20 minutach łapiemy się na transport do parku. Wybieramy szlak prowadzący ścieżką wzdłuż oceanu. Szczerze mówiąc szlak, jakich wiele, widoki także. Nie był jakoś szczególnie powalający i oszałamiający widokami. Ot, po prostu las nas wodą, zatoka i góry gdzieś w tle. To nie tak, że było nieładnie, ale obiektywnie patrząc zachwytu jakoś nie było. Może to ja pozostawałem niewzruszony i niewrażliwy na piękno okolicy, a może po prostu zabrakło tego efektu ‘wow’.

IMG_0206.jpg

Najbardziej na południe wysunięta poczta

IMG_0216_a.jpg

IMG_0217_a

Spectacular scenic Lapataia Bay in Tierra del Fuego National Par

Gdy przysiadamy odpocząć na kamieniach podchodzi do nas jakiś ptak drapieżny z rodziny jastrzębiowatych. Wyraźnie się nie boi, jest młody i do przemieszczania bardziej używa nóg jak kura, aniżeli skrzydeł. Siedzimy tak kilkanaście minut obserwując się nawzajem.

IMG_0240_a.jpg

Koniec szlaku wieńczy Zatoka Lapataia. Tutaj również, po 3045km ma kres droga krajowa numer 3, która ciągnie się od Buenos Aires. Ponownie łapiemy stopa i wracamy do miasta z sympatycznym małżeństwem. Styczeń-luty to sezon wakacyjny i z jednej strony popularne miejsca przeżywają większe natężenie turystów, a z drugiej łatwiej złapać stopa.

IMG_0252_a.jpg

Zatoka Lapataia

IMG_0247_a.jpg

Nieopodal portu w Ushuaia stoi słynna tablica ‘Ushuaia – fin del mundo’ – czyli koniec świata w dosłownym tłumaczeniu. Nie wiem czy Ushuaia jest końcem świata, bo w końcu dalej jest Antarktyda. Z drugiej strony coś się tu zdecydowanie kończy. Kończy się kontynent amerykański, dalej jest już tylko woda i nie ma nic, pustka w naszym rozumieniu świata. Ale czy takich miejsc na kuli ziemskiej nie jest mnóstwo? Czy odizolowane góry Pamiru, puste stepy Kazachstanu, gdzie jak okiem sięgnąć pustka, trawa i nicość to nie jest także koniec świata? Miejsce, w którym jest tylko wiatr, bo i życia w rozwiniętej formie brak. Czy Nordkapp, Syberia to nie jest także koniec świata, w którym świat jaki znamy zmienia się, na taki zupełnie obcy, dziki i… po prostu inny. Wychodzi z tego, że świat nie jak kij, ma wiele końców.

IMG_0153_bIMG_0158_a

Nieopodal stoi kolejna tablica, tym razem mniej turystyczna, choć może bardziej wymowna. Napis na niej: „Prohibido el amarre de los buques piratas ingleses” oznajmia, że zabronione jest przybijanie do brzegu pirackich statków brytyjskich. Związane jest to bezpośrednio z wojną o Falklandy/Malwiny. Ta druga nazwa żywo funkcjonuje w Argentynie, która rości sobie prawa do wysp, bezprawnie okupowanych przez Brytyjczyków – jak twierdzą Argentyńczycy. Na każdym kroku widać, jak podkreślają swój związek z Malwinami oraz jaką urazę żywią na tym tle do Brytyjczyków. Podobnie sytuacja ma się w odniesieniu do bezludnych wysp Sandwich Południowy i Południowa Georgia.

IMG_0258_a.jpg

Ushuaia

IMG_0260_a.jpg

IMG_0263_a.jpgTrzeciego dnia pobytu w najbardziej wysuniętym mieście na ziemi (nie licząc chilijskiego Puerto Williams i Puerto Toro, które uznawane są za osady) postanawiamy się stąd wydostać i udać do Punta Arenas. Ponownie próbujemy szczęścia stopem i w tym celu wybieramy miejsce poza miastem. Choć świeci słońce to ciepło nie jest. W dodatku wieje. Po parunastu minutach stania z kartonem i wypisaną na nim nazwą miejscowości robi się chłodno i ubieram dodatkowo bieliznę termoaktywną. Jak łatwo przewidzieć, gdy jestem jedną nogą bez spodni podjeżdża i zatrzymuje się ciężarówka. Następuje pospieszne pakowanie, wrzucanie wszystkich ciuchów do plecaka, zakładanie spodni i butów. Kierowca zgadza się nas zabrać aż za Cieśninę Magellana, czyli 460km dalej – do Chile. Po drodze mamy okazję obserwować Ziemię Ognistą wraz ze wszystkimi jej urokami i pięknymi widokami.

W pewnym momencie na asfalcie widzę narysowaną żółtą gwiazdę. Jakby w Strażniku Teksasu tylko z wypisanym pod nią imieniem. Można by pomyśleć, że ktoś się podpisał, był tutaj, coś w stylu „tu byłem, Jorge”. Z tym, że te żółte gwiazdy oznaczają miejsca, w których ten ktoś zginął na drodze. Są malowane ku przestrodze. Jak nasze czarne punkty. Zresztą nie musimy długo czekać, bo po przekroczeniu granicy, gdy zaczyna się szuter i prędkość jazdy maleje do 10 km/h – przynajmniej naszej ciężarówki, mamy okazję obserwować wraki samochodów na poboczu, a w pewnym momencie nawet widzimy jak ze świeżo rozbitego samochodu wyciągają zawinięte w koc ciało. Dopiero 20 minut jazdy później mijamy nadjeżdżającą z przeciwka karetkę. Na szybką pomoc nie ma tu co liczyć. Powodem jest nadmierna prędkość, szuter i zakręty, które w połączeniu dają niebezpieczną kombinację i nietrudno wypaść z drogi.

IMG_0270_a.jpg

IMG_0273_a

Przeprawa promowa przez Cieśninę Magellana trwa krócej niż oczekiwanie w kolejce do wjazdu na tenże prom i niedługo później znajdujemy się po drugiej stronie. Na skrzyżowaniu się rozstajemy i pozostaje nam łapanie kolejnego stopa do Punta Arenas. Od miasta dzieli nas tylko 150 km ale znajdujemy się dosłownie pośrodku niczego, jest godzina 21 i jedyne na co możemy liczyć to łaska mijających nas kierowców, a tych w Patagonii jest jak na lekarstwo. Samochody mijają nas ledwie co kilkanaście minut. Rozważamy już rozbicie namiotu, aby nie robić tego po ciemku, choć do zmroku mamy jeszcze spokojnie dwie godziny czasu. W pewnym momencie jakieś małe futerkowe zwierzątko przechodzi przez drogę żwawo przebierając łapkami. Podchodzę bliżej by zrobić zdjęcie, a stworzonko prycha na mnie próbując być groźne. Nie żebym się bał ale jest to skunks patagoński i nie chcę zostać trafiony jego cuchnącą wydzieliną.

Ponownie szczęście nam sprzyja i już po niedługim czasie mamy transport do Punta Arenas, gdzie docieramy w 1,5h – jeszcze przed zapadnięciem nocy. Tym razem droga była prosta, asfaltowa, więc jazda minęła szybko.

Zapisy śladów tras z GPS:

Laguna Esmeralda

Park Narodowy Tierra del Fuego

 

Jezioro Charvak

Rano nadchodzi ten moment, kiedy rzeczywiście się rozstajemy. Leo zostaje w hostelu, a my z Joe jedziemy jeszcze wspólnie metrem. Ja wybieram się nad Jezioro Charvak, a Joe na Chorsu Bazar po ostatnie zakupy i ostrą paprykę dla mnie. Żeby nie było zbyt nudno – zostawia swój paszport w hostelu i nie chcą nas wpuścić do metra. Pytają nas chyba 10 minut dlaczego Joe nie ma paszportu przy sobie i mówią, że nie może wejść ale potem pojawia się jakiś zwierzchnik, który mówi, że nam wierzy i przepuszcza bez przeszkód. Cała ta sytuacja może wydawać się dziwna, niebezpieczna lub nieprzyjemna. Nic bardziej mylnego! Zdajemy sobie sprawę, że takie kontrole to jest ich obowiązek, a obecność policji na każdym kroku wcale nam nie przeszkadza. Poza tym takie kontrole na nas są przeprowadzane z ciekawości. Zazwyczaj padają pytania skąd jesteśmy, na jak długo przyjechaliśmy, czy nam się podoba, czy mamy żony, dzieci, a jeśli nie to dlaczego i może tutaj sobie znajdziemy. Dla nas ma to swój urok i jest częścią tej kultury, którą przyjechaliśmy poznać. Pewnie stresowałbym się tym trochę gdybym próbował przemycić w plecaku trochę trotylu do metra. Martwię się tylko, że Joe wracając z bazaru może mieć znów problem i nie dogada się bo nie zna ani słowa po rosyjsku.

Metrem jadę na północ miasta aby tam złapać jakieś auto jadące w kierunku jeziora. Idzie mi to jak po grudzie ale może dlatego, że gdy zostaję sam to zawsze muszę chwilę się przyzwyczaić do ogarniania wszystkiego samemu. Zazwyczaj nawet gdy jestem w większej grupie to i tak wszystko załatwiam ja ale jak zostaję nagle sam to z początku często nie mogę się zorganizować. Tak już mam.

Z dwoma przesiadkami docieram do Gazalkent i tam łapię kolejny samochód, który w moim mniemaniu ma mnie dowieźć do jeziora. Tutaj trochę nie dogaduję się z kierowcą bo podaję mu nazwę miasta leżącego po drodze, a nie punkt docelowy i wysadza mnie 15km od jeziora. Jestem na kompletnym odludziu i za bardzo nie wiem jak pokonać te ostatnie kilometry. Jak to zwykle w takich sytuacjach bywa, rozwiązanie przychodzi samo. W pobliskiej restauracji obiad je wycieczka Hindusów, którzy przygarniają mnie do swojego autokaru. Jakby tego było mało to nad jeziorem mają 2h przerwę na kolejny posiłek i proponują, że jeśli na nich zaczekam to zawiozą mnie z powrotem do Taszkientu. Idealnie! Postanawiam wykorzystać ten czas na spacer plażą wzdłuż jeziora i krótką kąpiel. Jest upał więc dla mnie w sam raz. 35C to temperatura, w której nie marznę i jestem w stanie wejść do wody bo nie jest zbyt zimna. Okolice Jeziora Charvak, które jest tak naprawdę rezerwuarem utworzonym poprzez wzniesienie 168m zapory, są inne niż reszta tego pustynnego kraju. Jest więcej zieleni, gór i w końcu jakaś woda. Widać, że jest to popularne miejsce wypoczynkowe dla mieszkańców stolicy i nic dziwnego – jest bardzo ładnie, zważywszy że Uzbekistan nie jest krajem obfitującym w tego typu atrakcje naturalne.

IMG_6279

IMG_6271

IMG_6276

IMG_6265

IMG_6275

IMG_6270

Po 2h zjawiam się w umówionym miejscu i razem z całą wycieczką wracam do Taszkientu. Ale mi się trafiło!

Góry Fan

O 9 rano mamy umówiony samochód z kierowcą, który zabierze nas w Góry Fan. Jest to kuzyn Julii – współlokatorki Martina. Po drodze zabieramy jeszcze z jednego z hosteli Tilmana – Niemca w średnim wieku, którego znaleźliśmy wysyłając maile do hosteli z zapytaniem czy któryś z ich gości nie jest zainteresowany podzieleniem kosztu przejazdu. I tak na siebie trafiliśmy.

Płatna droga wylotowa jest w całkiem dobrym stanie. Jedzie się szybko i przyjemnie. Słynny tunel Anzob jest niestety albo i stety zamknięty i musimy jechać górami, przez przełęcz. Tracimy na tym około dwóch godzin ale nie ma tego złego, ponieważ widoki rekompensują wszystko. Wąską, szutrową drogą bez barierek wjeżdżamy mozolnie na wysokość prawie 3000 m n.p.m. Po drodze mijamy parę wraków samochodów, które najwidoczniej zjechały z drogi i spadły w przepaść.

IMG_4933 IMG_4946 IMG_4948

Przy jeziorze Iskander Kul płacimy opłatę wstępu do parku (6,5s/dzień) i jedziemy jeszcze parę kilometrów dalej – do wioski Sarytag. Po drodze mijamy daczę prezydenta wraz z dwoma lądowiskami dla helikopterów wybudowaną nad samym brzegiem jeziora.

Ostatnie kilometry to podjazd i nabieranie wysokości. Droga prowadzi momentami wąskim wąwozem pośród czerwonych skał, z których zbudowane są te góry.

W Sarym-tagu zarzucamy plecaki na plecy i ruszamy na szlak. Nie jest to jednak takie proste, bo najpierw musimy znaleźć most, który umożliwi nam przejście przez rzekę. Teraz dopiero zaczyna mi coś świtać w głowie a propos mostu, że gdzieś kiedyś czytałem, że zawalił się jakiś. Pierwszy albo drugi. Na pewno coś było o moście, jestem tego pewien choć nie mogę sobie teraz przypomnieć szczegółów, które mogłyby nam pomóc.

IMG_4977

Z pomocą miejscowych, którzy wskazują nam drogę do mostu, przedostajemy się na drugą stronę i ruszamy. Jak ruszyliśmy, tak też się zatrzymaliśmy bo urwał mi się pasek w plecaku mocujący namiot. Ten sam, który urwali mi podczas lotu do Kazachstanu i który szyłem na przystanku autobusowym, a później wraz z Ewą nićmi chirurgicznymi. Teraz nadszedł kres jego wytrzymałości. Paska, który się rozszedł i urwał, bo nici nie puściły. Przymocowałem więc namiot z boku plecaka, tracąc na stabilności i równowadze. Szliśmy więc dalej doliną, delikatnie nabierając wysokości. Szliśmy, szliśmy, aż nie zatrzymała nas rzeka Kaznok. A dokładniej brak mostu, który ewidentnie powinien być tam, dokąd prowadził szlak. I tutaj zaczęły się schody i pytania, co dalej robić? Wojtek wrócił się do tyłu szukać mostu, który może ominęliśmy. Ja poszedłem do przodu zboczem, wzdłuż rzeki szukając miejsca, w którym dałoby się przekroczyć rzekę. Każdy z nas wrócił z niczym. Zarówno kawałek wcześniej jak i dalej, rzeka jest wartka, szybka i głęboka, więc szanse na jej przejście są znikome. Padają pomysły aby narzucać kamieni lub zwalić jakieś drzewo i tak przejść na drugą stronę jednak zajęłoby nam to bardzo dużo czasu, a drzewa nie mamy nawet jak zwalić. Chyba, że wydrążyć dziurę w środku pnia i go przepalić. Podejmujemy jednak decyzję aby spróbować iść zboczem góry wzdłuż rzeki i szukać miejsca do przejścia na drugą stronę. Nie brzmi to jednak tak dobrze jak jest naprawdę. Zbocze jest strome, o kamienistym podłożu, które usypuje się spod nóg. Bardzo łatwo jest się poślizgnąć. Jeden nieostrożny krok i lecimy w dół do rzeki.

Miejsca do przejścia rzeki jak nie było tak nie ma. Posuwamy się powoli do przodu walcząc o każdy krok i dbając by dobrze postawić nogę. Raz idziemy wyżej rzeki, raz niżej. Wszystko w poszukiwaniu dobrego przejścia. W pewnym momencie noga mi objeżdża na kamieniach i zsuwam się kilka metrów po kamieniach w dół. Bardzo utrudnia niewyważony plecak z przymocowanym z boku namiotem, który teraz utrudnia wstanie na nogi. Może gdybyśmy mieli wyższe buty i kijki jak Tilman byłoby nam łatwiej. Jesteśmy zrezygnowani, źli i nie mamy ochoty iść dalej ale przechodzenie przez rzekę nadal byłoby bardzo ryzykowne. Nie tyle, że musielibyśmy wejść do lodowatej wody, płynącej prosto z lodowców, po szyję ale również dlatego, że ciężko byłoby przetransportować plecaki bez ich zmoczenia. Nie mówiąc już o tym, że nie mieliśmy żadnej liny na wypadek porwania przez rzekę.

IMG_4995

Gdy tak trwałem w bezsilności,Tilman machnął z oddali ręką i powlokłem się dalej nie zapominając by uważnie stawiać nogi. Sto metrów dalej była mała polana, w sam raz na rozłożenie namiotu, a tuż poniżej …most. Dobrze, że gdzieś pod koniec nie próbowaliśmy przechodzenia przez rzekę bo byłoby nam przykro, gdyby się okazało, że kawałek dalej szlak znów wraca na naszą stronę.

Przygotowujemy posiłek, jemy i idziemy spać w momencie, gdy akurat mocniej zaczyna padać deszcz.
IMG_5027 IMG_5029 IMG_5047

Rano jednak dzień wita nas ładną pogodą. Rozkładam panel słoneczny na plecaku, włączam GPS i kontynuujemy wędrówkę w górę doliny. Charakterystyką zarówno Gór Fan jak i Pamiru czy Tien Shanu jest to, że doliny są długie, mają od kilku do kilkudziesięciu kilometrów. Dodatkowo każda z takich dolin zawiera w sobie lub łączy się z innymi tworząc długą i rozległą sieć. Z tego właśnie powodu marsz samą doliną potrafi zająć kilka dni.

Idziemy cały czas wzdłuż rzeki. Tym razem szlak jej nie przekracza, a idzie wzdłuż prawego brzegu. Po drodze napotykamy jednak mniejsze dopływy, które trzeba pokonać. Mamy na to różne sposoby. Jeśli strumień jest wąski, a kamieni wystarczająco dużo to skaczemy z kamienia na kamień jak żaby. Gdy natomiast nie chcemy ryzykować poślizgnięciem i wpadnięciem do płytkiej lecz zimnej wody, zdejmujemy buty i przechodzimy boso.

Plan jest taki, aby dojść na przełęcz Kaznok i dostać się na drugą stronę do jezior Kuliakon. O 16 stwierdzamy, że może warto odpuścić wchodzenie dziś na przełęcz i odłożyć to na jutro. Znajdujemy kawałek płaskiego terenu nad rzeką i rozbijamy namioty. Obok nas stoi jakiś bardziej czasowy namiot ale nikogo nie ma w pobliżu i wejście do niego jest zasznurowane.

IMG_5146

Wieczór jest dość chłodny, w końcu nieopodal wciąż leży pokaźnej wielkości płat śniegu. Podczas gdy ja z Wojtkiem w zamkniętym namiocie siedzimy w kurtkach, Tilman beztrosko w klapkach i podkoszulku urządza sobie prysznic nad brzegiem strumienia, po czym w otwartym namiocie czyta książkę. Zahartowany.

Na kolację gotujemy spaghetti z sosem, a na deser raczymy się dużą porcją pysznego kisielu. Mniam!

Wieczór jest zdecydowanie piękny. Zachodzące słońce oświetla czerwone skały pięciotysięcznych szczytów, nierzadko pokrytych śniegiem. Zacny widok.

IMG_5118

Poranek ponownie przynosi piękną pogodę. Gdy słońce wychodzi zza gór robi się ciepło. Jemy śniadanie, pijemy kawę i przygotowujemy się do wyruszenia. Tilman wychodzi parę minut wcześniej. Po płacie śniegu służącym za most przechodzimy przez rzekę i skręcamy w jedną z dolin, która ma nas doprowadzić na przełęcz Kaznok. Korzystamy ze starych sowieckich map kartograficznych przekalibrowanych i wgranych do GPS’u. Ich skala to 1:50000 i przydałoby się w tym przypadku coś dokładniejszego ale nawet papierowa mapa Tilmana miała taką skalę. Po dłuższej debacie stwierdzamy, że nie ma możliwości aby to nie była ta dolina, szczególnie że na skale przy szlaku była umieszczona niewyraźna strzałka.

Szlak szybko zanika i idziemy do góry przed siebie. Kroczymy powoli po kamieniach i ziemi, która usypuje nam się z pod nóg. Płat śnieżny omijamy aby nie kusić losu. Przed nami w górze wznosi się ściana nagich skał, między którymi nie widać żadnej luki, gdzie mogłaby być przełęcz. Skręcamy lekko w prawo i kierujemy się na grań, z której jak sądzimy będzie można coś zobaczyć. Podejście robi się coraz gorsze i trudniejsze. Jest stromo i wszystko się sypie. Podłoże jest bardzo luźne. Jeśli tylko się da, staramy rękami chwytać się skał bo nie można ufać, że nagle nie osuniemy się w dół razem z kamieniami. Dochodzimy na grań, niestety nie widać śladu przełęczy. Jesteśmy już na 3850m n.p.m., czyli brakuje nam 200m, a przed nami nadal tylko skały bez żadnego wyraźnego przejścia między nimi. Dziwnym jest też to, że wyruszyliśmy ledwie 15 minut po Tilmanie, a nie spotkaliśmy go, ani nie widzieliśmy nigdzie po drodze.

Postanawiamy wracać. Próbujemy zejść drugą doliną, która wydaje się łagodniejsza, choć od razu przewiduję, że może nie był wcale tak łatwo jak się na pierwszy rzut oka wydaje. Rzeczywiście, dwadzieścia minut później okazuje się, że miałem racje i natrafiamy na dwa progi skalne, a jeden gorszy od drugiego. Wpadam na pomysł, że bez plecaków jest duża szansa aby spróbować zejść po jednym z nich, a plecaki opuścić na sznurkach od namiotu. Po rozwinięciu okazuje się, że sznurki są trochę krótkie ale przynajmniej sięgają do miejsca, w którym można je będzie przewiązać i opuszczać dalej. Wojtek jednak jest sceptyczny co do mojego pomysłu i obawia się schodzenia po skałach. Chyba ma rację. W przypadku upadku, jedyny bezpieczny sposób dotarcia do poszkodowanego to powrót na grań, zejście na dół i podejście od dołu. Najbliższa pomoc to w razie wypadku nie byłby helikopter ani jakakolwiek służba górska, która najzwyczajniej w świecie tutaj nie istnieje, a co najwyżej pan z osiołkiem, który pomógłby przetransportować uszkodzonego delikwenta (czyli w tym przypadku któregoś z nas) na dół.

IMG_5159 IMG_5167

 

Wracamy z powrotem na grań i mimo wszystko schodzimy pierwotną trasą. Robimy to na raty, ponieważ kamienie cały czas sypią się spod nóg i któryś z nas mógłby oberwać. Jest ciężko, nawet bardzo. Jedyny plus, że od dawna jesteśmy dobrze zaaklimatyzowani i wysokość na nas nie działa. Nie mniej jednak ubywa nam sił i jesteśmy bardziej zmęczeni. W pewnym momencie poślizgam się na kamieniach, osuwam parę metrów w dół, wpadam na płat śnieżny przez który przelatuję w mgnieniu oka obracając się dookoła własnej osi i ląduję po jego drugiej stronie na kamieniach. Miałem dużo szczęścia, że nic mi się nie stało poza drobnymi zadrapaniami. Ale to nic, od dawna mam poobijane i poobdzierane łydki od spadających kamieni.

Po kilku godzinach jesteśmy znów w punkcie wyjścia. Nie nocujemy w tym samym miejscu co ubiegłej nocy tylko powłócząc nogami schodzimy godzinę w dół do kolejnej polany, na której rozbijamy się przy strumieniu. Od dawna marzę o ciepłym budyniu na deser, a jak na złość kuchenka nie chce odpalić. Przy wysokości powyżej 3000m dało się zauważyć problemy z używaniem zapalniczek i musieliśmy korzystać w dużej mierze z zapałek. Kuchenka również zauważalnie gorzej działała ale zawsze odpalała. Tym razem jest jakiś problem, a mało kiedy jest tak potrzebna jak teraz. Nadchodzi wieczór, robi się chłodniej, a ja chodzę boso po trawie bo jedną nogą wpadłem do rzeki podczas przeskakiwaniu z kamienia na kamień i jest mi trochę zimno. Poza tym jedyne jedzenie jakie mamy to takie, które wymaga gorącej wody. Kwadrans spędzam rozbierając i czyszcząc kuchenkę, co jak widać pomaga bo kuchenka zaczyna działać, choć ciśnienie jest słabe mimo odkręcenie zaworu. To może być jednak kwestia słabej jakości paliwa kupionego jeszcze w Pamirze. W każdym razie udaje nam się ugotować pyszny, ciepły i pożywny posiłek.

IMG_5175 IMG_5185

Ostatniego dnia pozostało nam już tylko zejście do Sarytagu. Zajmuje nam to może pół dnia, choć już od wczoraj zastanawiamy się jak przejdziemy na drugą stronę rzeki. Żadnemu z nas nie uśmiecha się zmaganie po raz kolejny ze stromym, kamienistym, osuwającym się zboczem. Spotykamy jednak parę osób idących do góry i albo przechodzili w wodzie po pas trzymając się zwalonego pnia albo już od wioski szli drugim brzegiem.

IMG_5199

Natrafiamy również na pasterzy wypasających owce i kozy na zielonych polanach. Rozmawiamy parę minut o tym, jak nie udało nam się znaleźć przełęczy i dojść do jezior Kuliakon oraz Alaudin. Częstują nas suszonymi rodzynkami, które mają w woreczki. W drugim natomiast znajduje się coś, co wygląda jak resztki barana. Na szczęście tym nas nie częstują.

Idąc cały czas szlakiem, bez prób przejścia przez rzekę docieramy do wylotu doliny i praktycznie do wioski. Tam znajdujemy inny most, który wygląda jakby miał już długo nie pociągnąć ale przechodzimy bezpiecznie.

IMG_5241 IMG_5243 IMG_5248 IMG_5249 IMG_5264

Słońce grzeje niemiłosiernie. Tutaj na dole jest to jeszcze bardziej odczuwalne. Swe kroki kierujemy od razu do najbliższego i chyba jedynego otwartego sklepu w wiosce. Kupujemy zimne picie, siadamy na ławce i rozważamy co dalej robić; czy od razu próbować się dostać dalej i może dotrzeć do jezior Alaudin od drugiej strony czy też zostać w okolicy na noc. Od razu znajdujemy się też w centrum uwagi miejscowych, którzy proponują nam transport. Nie pytamy nawet o szczegóły bo na razie nie jesteśmy zainteresowani. Po prostu siedzimy i nawadniamy organizmy. Dopiero po godzinie spędzonej na ławce pod sklepem ruszamy dalej. Łapiemy stopa i jedziemy kilkanaście kilometrów do jeziora Iskander Kul. Tam natrafiamy na kierowcę z Sarytagu, którego widzieliśmy pod sklepem wcześniej. Deklaruje, że zwiezie nas rano do głównej drogi za 50s/os, a za 60s dostarczy Wojtka do Duszanbe. Do jezior Alaudin życzy sobie już 250s. Powtarza to wszystko kilkanaście razy. Ewidentnie jest lekko wstawiony i nachalny.

Namiot rozbijamy w ośrodku wypoczynkowym tuż nad samym jeziorem. Obok nas nocują Rosjanie, którzy wspinali się m.in. na Pik Energia (i jadą na Pik Lenina) i przeszli przez przełęcz Kaznok. Z drugiej strony jest podobno dużo śniegu i ciężko by nam było zejść bez raków.

IMG_5298

Iskanderkul

Iskanderkul

Na jeziorze widać charakterystyczną linię oznaczającą dokąd kiedyś sięgało lustro wody. Jednak za sprawą trzęsienia ziemi poziom wody opadł o kilkadziesiąt metrów.

W ośrodkowej stołówce wcinamy kolację, która jak się niedługo później okaże, będzie przyczyną mojego zatrudnia pokarmowego.

Noc także nie należy do najmilszych. Tuż obok naszych namiotów miejscowi sobie imprezę z głośną muzyką i krzykami do późnej nocy. Dopiero interwencja Wojtka przed 1 w nocy przynosi trochę spokoju. Trochę, bo o 6 rano budzą nas krzyki i hałasy.

Do głównej drogi planujemy dotrzeć stopem i nie korzystać z usług nieprzyjemnego kierowcy. Po 10 minutach przy drodze podjeżdża jakiś samochód i kierowca za 20s/os zgadza się nas podrzucić na dół.

Zapisy śladów trasy z GPS:

Dzień 1

Dzień 2

Dzień 3

Dzień 4