Kirgiski Tien Shan

Rano Samagan odwozi nas ponownie do miasta, na marszrutkę do Jety-Oghuz, skąd planujemy ruszyć na kilkudniowy trekking w góry. Na pożegnanie wręcza nam butelkę miejscowego koniaku. Bardzo miły gest z jego strony ale przyznam, że nawet nie mamy gdzie już włożyć tej butelki, tak pełne (i ciężkie) mamy plecaki. Pomimo, że Lonely Planet podawał, że o tej porze jest bezpośrednia marszrutka to Samagan mówi, że nie ma i musimy jechać z przesiadką. Wysiadamy więc przy głównej drodze, skąd taxi za około 200 somów docieramy do końca doliny czyli Jety-Oghuz Kurort.

Na końcu drogi możemy podziwiać jedną z geologicznych osobliwości Kirgistanu – Siedem Byków. Jest to kolorowa skała, a wręcz góra wznosząca się na wysokość kilkudziesięciu metrów , w której wiatr i deszcz rzeźbią od lat.

Siedem Byków

Siedem Byków

W momencie gdy przygotowujemy się do wyruszenia na szlak podjeżdża kolejna taksówka, z której wysiadają cztery osoby. Po chwili przysłuchiwania się rozmowie podchodzę bliżej i w ten sposób poznajemy Anię, Marysię, Roberta i Paulę. Choć każda dwójka z naszej szóstki ma trochę inny plan to wkrótce okaże się, że nasze drogi przeplotą się jeszcze wielokrotnie.

My ruszamy jednak oddzielnie, bo po upływie chwili chcemy zatrzymać się nad rzeką i na łonie przyrody zjeść śniadanie.

IMG_3941

Począwszy od Siedmiu Byków rozpoczyna się Dolina Kwiatów czyli Kok-Jaiyk. Szlak prowadzi głównie drogą, która czterokrotnie przecina rzekę. W Kirgistanie wjazd do parków jest możliwy autem więc możliwym jest również złapanie stopa i podjechanie paru kilometrów. Tak też udaje nam się zrobić. Wysiadamy na ogromnej polanie, z której zaczynają roztaczać się pierwsze widoki na góry. Nieopodal znajdują się też pierwsze jurty. Jedne wyglądają jak typowo turystyczne, z kolei dookoła innych beztrosko biegają dzieciaki podczas gdy starsi wykonują jakieś prace.

IMG_3945

Dalej ścieżka wije się wzdłuż rzeki, lasu i przecina kilkukrotnie mniejsze i większe polany, które okupują piknikowicze. My idziemy dalej robiąc jednak co jakiś czas krótkie przerwy na zrzucenie plecaków co by dać odpocząć umęczonym ramionom.

IMG_3957

Po przejściu siódmego mostu skręcamy w lewo. Dochodzimy odpoczywające na trawie dziewczyny i sami siadamy na kilkanaście minut. Obok kręcą się dzieciaki domagające się czekolady i coli ale po paru minutach się nudzą i odchodzą. Od tego momentu idziemy już razem. Nie dlatego, że tak się umówiliśmy ale dlatego, że mamy bardzo podobne tempo.

Gdy wychodzimy ponad granicę lasu odsłaniają się przed nami wspaniałe widoki. Rzeka, z początku bystra i wartka, wyżej rozlewa się na dolinę, płynie wolno i meandruje między zielonymi pastwiskami, na których pasą się konie, krowy czy owce. Dolinę od północy, południa i wschodu oddzielają wysokie granie, a dokładnie na wprost nas wznosi się ośnieżony wierzchołek, oświetlony zachodzącym słońcem. Jesteśmy zachwyceni widokami. Pierwszy dzień się jeszcze nie zakończył, a ja już planuję powrót zimą na skitury.

IMG_3971 IMG_3976 IMG_3977

IMG_3987 IMG_4012 IMG_4022

Zmęczenie daje nam trochę w kość, poza tym około 18 robi się chłodniej, a słońce coraz szybciej obniża się na nieboskłonie. Znajdujemy dobre miejsce pod namiot i rozbijamy się. Nocujemy na wysokości ponad 2600 m n.p.m. ale noc jest chłodna.

Nad ranem budzą nas krowy trącające pyskami nasz namiot. Gdy postanawiam wstać i sprawdzić co się dzieje jest już za późno. Wyciągnęły moje spodenki spod tropiku i zaczęły żuć. Wyciągam im je wręcz z pyska, rozganiam i idę przeprać do rzeki bo są całe oślizgłe. Trochę potargane także ale są to jedyne tak cienkie spodnie jakie posiadam.

Gotujemy sobie pyszne i pożywne śniadanie – płatki z bakaliami. Do tego ciepła herbata o poranku w otoczeniu pięknych krajobrazów i ruszamy dalej w trasę.

Doliną maszerujemy może jeszcze z pół godziny, mijamy namioty wspinaczy i odbijamy w lewo, w kierunku przełęczy Teleti (3750m). Od tego momentu zaczynamy mozolne podchodzenie co zajmuje nam około dwóch godzin. Wyżej pojawiają się pojedyncze płaty śniegu, które staramy się za każdym razem obchodzić co czasem wymaga podejścia kilkudziesięciu metrów. Najczęściej w górę. Ostatni z takich płatów śnieżnych postanawiam jednak lekko ściąć od góry, jednakże zabezpieczam się na wszelki wypadek dużym płaskim kamieniem, który przed każdym krokiem wbijam dla pewności w śnieg. Niestety, w jednej chwili dzieje się to, czego się obawiałem. But mi objeżdża i zaczynam zjeżdżać w dół. Udaje mi się zatrzymać dopiero po kilkunastu metrach. Nie było żadnego zagrożenia ale jestem trochę poobcierany.

Po drugiej stronie przełęczy śniegu znacznie więcej ale można spokojnie po nim zejść czy zbiec. Trzeba tylko uważać żeby noga nie wpadła za głęboko.

IMG_4041 IMG_4042 IMG_4048

W dolinie na dole ścieżka trochę nam niknie z oczu i idziemy tak, aby było najwygodniej. Ja na przykład pewien odcinek pokonuję brzegiem rzeki lub po wodzie. Później, gdy zaczyna się kosówka musimy parę metrów się przez nią przedrzeć. Zejście jest bardzo strome, ścieżka wąska, a podłoże czasem luźno związane. Musimy uważać. Schodzimy więc powoli. W tej sytuacji kijki by się bardzo przydały. Nie ma jednak tego złego bo szybko docieramy do doliny rzeki Karakol. Ledwo wychodzimy na polanę, gdy nadjeżdża strażnik parku – Marat. Ledwo otwiera drzwi swego samochodu, gdy rzuca pytaniem – „Polacy czy Czesi?”.

IMG_4060 IMG_4065

Wystawia nam bilety na pobyt w parku, jednak tylko na jeden dzień i podwozi Ewę i Anię wraz z plecakami do Karakol Base Camp. To tylko 2 kilometry więc my z Marysią idziemy dalej piechotą.

Rzeka Karakol rozlewa się tutaj momentami bardzo szeroko i trzeba sobie szukać miejsc do przejścia suchą stopą.

Po cichu mieliśmy nadzieję, że gdy dotrzemy do obozu to namioty będą już rozstawione, a woda będzie bliska wrzenia. No cóż, rozmarzyliśmy się za bardzo, bo dziewczyny tylko wyładowały plecaki i wdały się w pogawędkę z rodziną Rosjan. Od nich dowiedzieliśmy się, że alternatywna droga dojścia do jeziora Ala Kol jest nie do przejścia bez raków.

Dlatego trzymamy się pierwotnej koncepcji i rano zostawiamy plecaki w jurcie (50 somów) i ruszamy na lekko do jeziora. Obchodzimy obóz z tyłu żeby nie musieć iść po wodzie i tam trafiamy na drewniany most, po którym przechodzimy na drugą stronę. Z początku ciężko nam jest natrafić na szlak ale po chwili przedzierania się przez las odnajdujemy ścieżkę. Bez plecaków idzie się zdecydowanie przyjemniej, no i tempo mamy żwawe. W niecałe półtorej godziny docieramy do chatki stanowiącej bardzo prymitywne schronienie ale w przypadku niepogody jej obecność może okazać się nieoceniona. Po krótkim odpoczynku idziemy dalej w górę. Wychodzimy ponad las, zaczynają się kamienie, piargi i trzeba sobie wyszukiwać szlak. Mijamy wodospad i docieramy na półkę skalną skąd roztacza się widok na część jeziora. Woda jest intensywnie szmaragdowa ale to się zmienia w zależności od padania promieni słonecznych. Od południa jezioro odgradzają nagie, wysokie wierzchołki podczas gdy z drugiej strony zbocze jest łagodniejsze, bardziej trawiaste. Jesteśmy sami, delektujemy się chwilą i wpatrujemy w jezioro chowając zarazem przed wiatrem za kamiennym murkiem. W końcu jesteśmy na prawie 4000 metrów, a na sobie mamy tylko krótkie ubrania.
IMG_4078 IMG_4085
IMG_4100 IMG_4115

O w pól do trzeciej zaczynam schodzić. Idę pierwszy, dziewczyny kilka minut za mną. Każdy swoim tempem. W końcu niebawem i tak się gdzieś spotykamy na szlaku. Mijam jeszcze sporo osób idących mozolnie w górę z plecakami. Dwie godziny później jesteśmy już z Ewą na dole. Odbieramy plecaki z jurty i ruszamy doliną rzeki Karakol na dół. GPS pokazuje, że do przejścia są 24km. Co prawda Marat poprzedniego dnia mówił, że będzie w bazie i nas zwiezie na dół ale nie ma go więc ruszamy. Chcemy wyjść jeszcze żeby nie musieć dopłacać za kolejny dzień pobytu.

IMG_4118 IMG_4124 IMG_4132 IMG_4134

Cały czas idziemy wzdłuż rzeki, która raz płynie wartko, szybko wąskim korytem, a czasem rozlewa się na całą szerokość doliny płynąc leniwie i zmuszając nas do zdejmowania butów i przekraczania rozlewisk boso. Z tego powodu ubieramy nawet sandały ale po pewnym czasie z nich rezygnujemy bo nie amortyzują tak jak adidasy. Mam wrażenie, że idziemy bardzo szybko, gdy niespodziewanie podczas jednego z postojów doganiają nas dziewczyny. One postanawiają się rozbić kawałek dalej, a my idziemy jeszcze. Nie uchodzimy 500 metrów, gdy mijają nas pierwsze samochody. Nadzieja w sercach rośnie i jeden z nich się zatrzymuje. To strażnik parku – Marat. Pyta dlaczego na niego nie poczekaliśmy w bazie ale nie mieliśmy pewności, że na pewno pojedzie dziś na dół. Już wiemy dlaczego jest zawiedziony. Ta chęć zwiezienia nas to nie z dobrego serca tylko dla zysku. Teraz, gdy jesteśmy już prawie na dole to i zarobek będzie mniejszy. Godzimy się zapłacić po 200 som na osobę i jedziemy w dwójkę (dziewczyny nocują tutaj) do miasta. Dziewczyny polecały nam Hostel Nice przy ulicy Gebze 76. Rzeczywiście jest świetnie. Za 100 somów od osoby możemy rozbić namiot, a zrobić pranie za 60. Do tego do naszej dyspozycji jest czysta, przestronna kuchnia, toalety i prysznice z ciepłą wodą. Luksusy!

Poniżej zapisy ślady tras z GPS.

Dzień 1

Dzień 2

Dzień 3

Załączam też mapy, z których korzystaliśmy.

Jezioro Kaindy

W Saty jesteśmy przed południem i chcemy dotrzeć do jeziora Kaindy. Nie uśmiecha nam się jednak nieść ciężkich plecaków bo nie planujemy tam nocować. Do jeziora jest jakieś 10km w jedną stronę i chcielibyśmy na wieczór wrócić do Saty. W związku z tym pukamy do jednego z domów i pytamy czy możemy przechować plecaki. Właścicielka zgadza się bez problemu, zatem idziemy na lekko. O ile szlak do Kolsai zaczyna się parę kilometrów za wioską, o tyle ten do Kaindy ma swój początek tuż przed rozpoczęciem wioski, nieopodal rzeki.

Nie uchodzimy jednak daleko, gdy z drogi w oddali woła na nas miejscowe małżeństwo abyśmy wsiadali i jechali z nimi. Podróżują po Kazachstanie starym busem i właśnie tak jak my wybrali się do Kaindy.

Jeszcze na samym początku przejeżdżamy przez rzekę więc wysokie zawieszenie i napęd 4×4 są wymagane. 3km przed jeziorem uiszczamy opłatę za wstęp. Stawki te same co wszędzie, czyli 700 tenge za osobę. Na jednym bilecie można w ciągu jednego dnia zobaczyć zarówno jeziora Kolsai jak i Kaindy.

Jezioro Kaindy powstało w wyniku trzęsienia ziemi ponad 100 lat temu, wskutek którego spadająca ziemia i skały utworzyły na rzece naturalną tamę. Rosnący tam las wówczas drzewa utworzyły podwodny las. Widok jest naprawdę niezwykły i niespotykany. Ze znajdującego się w dole jeziora, otoczonego wapiennymi skały wyrastają wysokie, nagie już pnie świerkowego niegdyś lasu. Dodatkiem do tej już i tak malowniczej scenerii jest intensywnie turkusowy kolor wody, który zmienia się w zależności od intensywności padania promieni słonecznych.

Z parkingu, do którego dojeżdżamy samochodem do jeziora jest jakieś 5-10 minut drogą w dół. Schodząc ze ścieżki w las możemy zobaczyć wąwóz z osuwiskami poprzez który z jeziora wypływa rzeka. To właśnie w tym miejscu powstało kiedyś osuwisko.

IMG_3843

Woda jest lodowato zimna, czego mam wątpliwą przyjemność doświadczyć na własnej skórze gdy próbuję przejść parę metrów po wodzie i zrobić zdjęcia stojąc w niej po kolana.

IMG_3879 IMG_3845

Warto również przejść za skały, gdzie po drodze mamy możliwość spojrzenia na jezioro z góry jak i zobaczyć rzekę, która przepływa spokojnie przez małą polanę zamkniętą z każdej strony wysokimi skałami i lasem. Z tego miejsca nic nie wskazuje, że kawałek dalej znajduje się jakieś jezioro. To miejsce jest wręcz idealne na nocleg, choć nie jest to nasz cel na dzisiejszą noc.
IMG_3891 IMG_3893

IMG_3897

Do Saty wracamy piechotą ale ponownie po przejściu 3km do jeepa zabierają nas miejscowi. Tym sposobem przed 17 jesteśmy ponownie w wiosce. Od gościnnej rodziny odbieramy plecaki, dziękujemy za propozycję noclegu ale mamy nadzieję na wydostanie się jeszcze dziś do cywilizacji. Umawiamy się, że gdyby nam się nie udało to wrócimy. W końcu jest już późne popołudnie, a Saty to taki mały koniec świata, do którego prowadzi tylko jedna droga, a ruch samochodowy jest jak na lekarstwo.

Szczęście nas jednak nie opuszcza bo ledwo zamykamy furtkę od domu, a już podjeżdża samochód, którym zabieramy się do Zhalanash. Podczas gdy ja na kilka minut idę do sklepu uzupełnić zapasy, Ewa ma już kilka propozycji na podwiezienie. W ten sposób ledwo wysiadamy z jednego auta, a już następne się zatrzymuje żeby nas podwieźć. Dosłownie mówiąc, nigdy nie czekaliśmy więcej niż 5 minut na transport, a auta zatrzymywały się same. Nie musieliśmy nawet machać. Poza tym mieliśmy wtedy większą pewność, że gdy zatrzymują się sami to podwiozą nas bezpłatnie. W ten sposób dotarliśmy pod wieczór do doliny Karkara, przejechaliśmy prawie 200km licząc transport od jezior Kolsai i Kaindy i skorzystaliśmy z uprzejmości ośmiu kierowców.

Jeziora Kolsai

Z Kanionu Szaryńskiego do Saty, gdzie zaczyna się szlak w kierunku jezior Kolsai jest równo 100km. Jednak na transport publiczny nie mamy co liczyć. Zdajemy się na łut szczęścia i próbujemy łapać stopa. Aut jak na lekarstwo, ruch bardzo słaby. Pojedyncze pojazdy przejeżdżają raz na kilka minut. Pomimo tego, wcale nie musimy długo czekać. Pierwsze samochody nie zatrzymały się dlatego, że były pełne lub ewentualnie zatrzymały się by zapytać czy wszystko w porządku. To bardzo miłe.

Przy drodze

Przy drodze

Ledwo znalazłem sobie wygodne miejsce przy drodze, schowany pod plecakiem przed palącym słońcem, a już zatrzymuje się samochód chętny nas zabrać. Nie jedziemy długo, bo tylko do skrzyżowania z drogą odchodzącą w kierunku Saty, czyli jakieś 8km. Tam przesiadamy się do kolejnego auta, którym przyjechała dziewczyna odwożąca swoją mamę na skrzyżowanie. W Kazachstanie bardzo dobrze funkcjonuje płatny autostop. Wystarczy zamachać na jakiś samochód, jeśli kierowca się zatrzyma to ustalić cenę i można jechać. Bezpłatne podróżowanie też jest możliwe, co nam do tej pory skutecznie się udawało. Teraz jednak za 50km odcinek do Zhalanash dorzucamy się do paliwa (1000KZT). Krajobraz powoli ulega zmianie. Kończy się sucha, jałowa ziemia, pojawiają się ubogie trawy, jest nawet jedno drzewo, a w miarę jak zbliżania się do gór łąki pokrywają się kwiatami. Zhalanash to ostatnia ostoja cywilizacji, miejsce by uzupełnić zapasy przed ruszeniem w dalszą drogę do Saty. Tutaj nie mamy nawet za bardzo co liczyć na stopa i decydujemy się na taxi. Z góry jesteśmy na przegranej pozycji i nawet nie jesteśmy w stanie za bardzo obniżyć ceny bo i tak nie mamy innego wyjścia. Płacimy 5000 tenge i jedziemy.

Na piaszczystej, krętej drodze pył wdziera się do środka auta przez każdą szczelinę i wlot powietrza. Dosłownie siedzimy w chmurze pyłu pomimo zamkniętych okien. Droga mija nam szybko, szczególnie że za każdym zakrętem zachwycamy się widokami. Znów jest zielono, są drzewa, łąki, pastwiska no i góry.

Saty

Saty

Stacja benzynowa w Saty

Stacja benzynowa w Saty

Wysiadając spotykamy dwójkę Czechów, którzy właśnie wracają z nad jezior. My do przejścia mamy jeszcze całą wioskę, która jest dość rozległa, nim dotrzemy do właściwego parku. Dosłownie po paru metrach zatrzymuje się samochód, z którego wychyla się głowa kogoś kto za sam wygląd mógłby otrzymać pracę w jakichś tajnych służbach. Proponuje nam transport ale odmawiamy. Nie chcemy już dziś płacić za przejazd. Idziemy dalej ale ledwie po 5 minutach samochód znów podjeżdża. Kierowca rzuca, że podwiozą nas za darmo. Ładujemy się do bądź co bądź obszernego mercedesa i ruszamy. Ponownie chmura kurzu wypełnia wnętrze. Przy drążku zmiany biegów natomiast leży na w pół opróżniona litrowa butelka wódki. Kierowca i jego towarzysz trzymają się dzielnie i śmiało prują najpierw przez wioskę, a następnie przez step. Wychodzi na to, że jazda przez step jest wygodniejsza niż drogą.

IMG_3769 IMG_3770

W budce uiszczamy opłatę za wstęp do parku (ok 700 tenge za osobę + 700 za namiot na dzień) i maszerujemy dalej pieszo doliną powoli pnąc się w górę. Upał już zelżał, z niedogodności pozostał tylko ciężki plecak. Jednak i tym razem po około 3 km zostajemy zabrani na stopa i podwiezieni do pierwszego z jezior Kolsai przy którym rozbijamy namiot.

Jezioro Kolsai 1

Jezioro Kolsai 1

IMG_3781

Nazajutrz zostawiamy większość rzeczy przy namiocie i idziemy na wycieczkę do następnego jeziora – Kolsai 2. Wybieramy ścieżkę po lewej stronie jeziora ale tak gdzieś w połowie okazuje się, że to nie jest już ścieżka i musimy trochę przedzierać się przez krzaki i zmagać ze stromymi zboczami uważając przy tym aby nie spaść w dół do wody. Gdy już docieramy na drugą stronę jeziora wcale nie kończą się nasze trudności bo z racji faktu bycia po niewłaściwej stronie jeziora musimy jeszcze przekroczyć rzekę, która do niego wpada. Na szczęście wody jest gdzieś do pasa i największym problemem jest wytrzymać w niej dłużej niż minutę. Jest lodowato zimna. Dojście do drugiego z jezior zajmuje nam około dwóch godzin. Szlak jest w dobrym stanie ale musimy zrobić około 500m w pionie.

Kolsai 2

Kolsai 2

IMG_3795

Ludzie schodzący z góry odradzali nam dziś jeszcze wędrówkę do trzeciego z jezior mówiąc, że mam za mało czasu. Jest jednak dopiero 13, a do trzeciego jeziora jest tylko 5 kilometrów. Nie mogę uwierzyć, że idzie się tam aż trzy godziny. Postanawiamy sprawdzić i ruszamy. Zaraz na dole spotykamy jeszcze chłopaka z Ałmatów, który przyjechał na kilka dni na ryby i mieszka w namiocie zbudowanym z pali i brezentu. Częstuje nas kurtem czyli suszonym serem owczym. Bardzo twardy ale dobry. Użycza też na chwilę lornetki byśmy mogli sobie pooglądać okolicę i idziemy dalej. Ścieżka, czasem ledwie widoczna w wysokiej trawie, prowadzi przez ukwiecone łąki, wzdłuż jeziora lecz na znacznej już wysokości w stosunku do niego. Tempo mamy powiedziałbym normalne i do Kolsai 3 docieramy już po półtorej godzinie. O dziwo nie jesteśmy tam sami.

IMG_3797

Kolsai 3

Kolsai 3

Jezioro jest chyba najładniejsze ze wszystkich, pomimo że mniejsze od pozostałych dwóch. Z obu stron otoczone górami, które łagodnie opadają w stronę jeziora. Na wprost natomiast wpływa do niego rzeka, a w tle widać kolejne góry. Wyżej znajdują się jeszcze kolejne jeziorka ale raz ale nie mamy już na to czasu. Kuszącą myślą byłoby pójście wyżej i przekroczenie granicy z Kirgistanem. W ten sposób zeszlibyśmy do jeziora Issyk Kul i oszczędzili pokonywania tej drogi na około. Nie dostalibyśmy jednak pieczątki do paszportu i to mógłby być problem.

Wracamy zatem tą samą drogą, którą przyszliśmy. Spotykamy po drodze znów naszego znajomego, tym razem dostajemy więcej kurtu. Robimy sobie wspólnie zdjęcia, rozmawiamy chwilę i idziemy dalej żeby zdążyć zejść przed zmrokiem. Udaje nam się to ze sporym zapasem ale muszę przyznać, że czuję zmęczenie.IMG_3840

Rano zwijamy namiot i schodzimy na powrót do Saty. Tradycyjnie przechodzimy tylko fragment trasy po czym łapiemy stopa. Krętą, wąską, szutrową drogą pędzimy prawie 80km/h mocno trzymając się czego popadnie. Jadąc przez step ten kierowca także nie korzysta z drogi. Po prostu mknie przed siebie ponad 100km/h.

Zapis śladu wycieczki z GPS.

Ałmaty

O 5 rano ląduję na lotnisku w Ałmatach. Na zewnątrz jeszcze ciemno. Bezproblemowo i w miarę szybko, bez kolejek przechodzę odprawę paszportową i odbieram bagaż. Tutaj niestety niemiła niespodzianka – pasek w plecaku jest urwany i przytroczony namiot trzyma się resztkami sił. Wychodzę z lotniska i od razu czuję się jak w Azji za starych dobrych czasów słysząc nawoływanie taxi mister, taxi. Odpowiadam nie nada i wychodzę z parkingu.

Jest dość rześko, wręcz chłodno. Przyznam, że moje oczekiwania co do temperatury były znacznie wyższe.

Na przystanku (200m od lotniska po wyjściu z parkingu), w oczekiwaniu na pierwszy autobus (o 6 rano, nr 79, 80 tenge) pospiesznie próbuję przyszyć pasek do plecaka. Nie do końca mi się to udaje bo gdy podjeżdża autobus wbijam igłę, łapię plecak i wsiadam.

Pomimo niewielkiej odległości do centrum jazda zajmuje prawie godzinę. Wszędzie rozkopane ulice, autobus toczy się bardzo powoli. Na szczęście zza budynków wyłaniają się góry i ten widok wynagradza mi powolną jazdę. Wysokie, wciąż ośnieżone szczyty Tien Shan’u majaczą w oddali i rozpalają wyobraźnię na myśl o zbliżających się wędrówkach.

Na jednym z przystanków wsiada Ewa i od tego momentu podróżujemy razem. Tak się dobrze składa, że autobus jedzie w północne rejony miasta, gdzie mieszka Katerina, z którą jesteśmy umówieni przez Couchsurfing.

Na stacji benzynowej zaopatrujemy się jeszcze w benzynę do kuchenki, co by później już nie musieć szukać.

Pomimo wczesnej godziny i wyciągnięcia Kateriny z łóżka, gości nas pysznym śniadaniem, po którym mamy siły wyruszyć na wycieczkę w góry.

Z najbliższego skrzyżowania łapiemy autobus w stronę Wielkiego Jeziora Ałmatyńskiego. Mamy szczęście bo akurat nadjeżdża. W środku panuje tłok, pewnie dlatego, że 6 lipca to święto narodowe w Kazachstanie – Dzień Stolicy i zarazem prezydenta.

Park pierwszego prezydenta

Park pierwszego prezydenta

Dojeżdżamy do ostatniego przystanku GES–2, skąd czeka nas jeszcze 13km marszu do jeziora. Uchodzimy zaledwie paręset metrów gdy udaje nam się złapać stopa. Małżeństwo mieszkańców mających dom nieopodal jeziora jedzie na górę i zabierają nas do swojego jeepa. Podjazdy i serpentyny są momentami bardzo strome. Sama jazda zajmuje nam pół godziny, a spacer takim asfaltem byłby średnio przyjemny. Co więcej, gdy pierwszy raz spoglądamy na jezioro jesteśmy trochę rozczarowany. To bardziej sztuczny zbiornik niż górskie jezioro. Wody jakby trochę mało, a w dodatku strażnicy pilnują by nie podchodzić do jeziora.

IMG_3715 Wielkie Jezioro Ałmatyńskie

Postanawiamy zatem skierować swe kroki do obserwatorium, które położone jest 3km dalej wzdłuż drogi. Przechodzimy jednak ledwie ćwierć tej odległości, gdy zatrzymuje nas szlaban ze stojącym żołnierzem z karabinem. Nie możemy nadal iść „bo nie”. Co ciekawe, negocjować w sprawie przejazdu próbuje z nim miejscowy Kazach ale bez paszportu nie może przejechać. Próbuje go nawet przekupić jednak bezskutecznie. My mimo posiadania paszportów przy sobie też nie możemy przejść.

Patrząc na mapę może się wydawać, że od GES-2 przez GES-2, jezioro, a następnie przełęcz Zhusalykezen można zrobić ciekawą pętlę schodząc na powrót do GES-2 doliną Prokhodnaya. Jednakże przewodnik podaje, że droga Alma-Arasan jest zablokowana. Do tego dochodzi jeszcze ominięcie strażnika z karabinem przy szlabanie.

Skoro żadne z nas nie jest w stanie dotrzeć do obserwatorium bez względu na to czy mamy paszporty czy nie to postanawiamy wracać na dół. Kierowca zabiera nas do swojego nowiutkiego, pachnącego nowością Lexusa. Jazda upływa nam w bardzo komfortowych warunkach. W pewnym momencie musimy poczekać pół godziny bo na drogę spadły kamienie i trwa odblokowywanie. Jak jechaliśmy w górę to ruch był wahadłowy.IMG_3726

Przystajemy przed jednym z domów, w którym mieszkańcy sprzedają kumys i zostajemy poczęstowani tym tradycyjnym napojem. Kumys to nic innego jak sfermentowane mleko klaczy. Najczęściej zawiera w sobie trochę alkoholu. Przed wyjazdem spotkałem się z paroma ambiwalentnymi opiniami, czasem wręcz negatywnie obrazowymi w swych porównaniach. My jednak niczego takiego nie możemy powiedzieć. Może i kumys nie zostanie naszym ulubionym napojem to mimo, że pierwszy raz piliśmy go z czystej ciekawości to sięgaliśmy później po niego jeszcze kilkukrotnie. Zresztą warto nie ograniczać się do jednego kumysu, ponieważ w różnych miejscach, krajach jego smak się od siebie może sporo różnić.

Dzień 5: Chicicastenango, Lanquin

Z San Pedro wyjeżdżamy przed 6, ponieważ nie tyle droga daleka co czasochłonna.  Żeby dotrzeć do Panamericany pokonujemy ponownie kilkanaście kilometrów stromych podjazdów i zakrętów, z którymi nie równa się żadna europejska znana mi droga. Jednak w ciągu dnia odcinek ten wydaje się jakby krótszy niż podczas burzy w ciemną noc.

Pierwszym przystankiem jest Chichicastenango, do którego prowadzą, a jakżeby inaczej – serpentyny w górę i w dół. Co jakiś czas trafiamy na wlokące się powoli w górę ciężarówki, które nie sposób ominąć inaczej jak tylko wyprzedzać na ostrych zakrętach.

Chichi jak zwą je wszyscy, jest znane z czwartkowych i niedzielnych targów, na które zjeżdżają sprzedawcy i kupcy z całej okolicy. Nie brakuje również paru turystów spacerujących pośród straganów, fotografujących kolorowe koce, maski i inne drobiazgi.

Tuż obok targu mieści się XVII–wieczny kościół Santo Tomas. Schody do niego prowadzące nadal są używane do rytuałów, palenia świec, kadzideł, a w szczególnych sytuacjach nawet kurczaki w ofierze dla bóstw.

Z Chichi jedziemy w stronę Santa Cruz del Quiche, Sacapulas, Cunen. W jednej z przydrożnych restauracji postanawiamy coś wreszcie przekąsić. Ciężko jest się jednak porozumieć więc panie zapraszają mnie do kuchni abym zaglądnął go garnków i wybrał coś. Wybieram zupę a la rosół i ryż plus shake owocowy.
Najpierw dostajemy twarde jak skała placki, zupę z chilli, którą nawet mi jest ciężko przełknąć, więc ograniczam się tylko do paru łyżek. Później panie podają zupę z warzywami i kurczaka z ryżem. Nie można powiedzieć aby było tego mało, a zapłaciliśmy mniej niż w innych miejscach.

Droga cały czas prowadzi górami, dolinami, które ciągle pokonujemy. Raz w górę, raz w dół. Nieustanne zakręty i strome zbocza. Co ciekawe, krajobraz zmienia się na bardzo suchy, wręcz pustynny. Roślinności jest niewiele bądź jest bardzo uboga. Dopiero w okolicach Uspantan robi się bardziej zielono. Pojawiają się plantacje, przy których stojąc sklecone z desek chatki. Ostatnie 25km przed San Cristobal Verapaz to już nie asfalt lecz szuter. Nie jedzie się jednak źle, ponieważ droga jest w miarę utwardzona i niezbyt dziurawa. Odcinek ten przejeżdżamy w godzinę, zatem nie jest tak źle. Później zaczyna się już asfalt i docieramy do głównej drogi prowadzącej ze stolicy do Coban.  Stąd już tylko 60km do Lanquin, a droga jest świetnej jakości. Tylko ostatnie 10km to ponownie szuter i zjazd w dół do samego Lanquin.

Na nocleg wybieramy jedno z niewielu miejsc jakimi ta położona między górami wioska dysponuje – El Retiro Lodge (50Q/dorm). W całym miasteczku nie ma prądu więc w planach jest ognisko, ale z jakiegoś powodu nie dochodzi ono do skutku.


Dzień 51 – Mount Papandayan

Przed 5 rano wstajemy. Ja na wschód słońca, a oni bo nie mogą spać z zimna. Z początku nikt nie chciał iść na górę, ale w konsekwencji idziemy w trójkę. Wychodzimy ciut za późno, żeby zdążyć na wschód słońca ze szczytu, ale widoki i tak są ładne po drodze.

Wszędzie pełno pyłu i kurzu wulkanicznego, który w połączeniu z rosą tworzy błoto. Jak się okazuje, drugie pole biwakowe jest zaledwie 10 min drogi dalej od naszego. Jest to większa polana, na której rozłożonych jest parę osób. Niektórzy śpią przy ognisku na karimatach poubierani w co tylko mieli, inni korzystają z drewnianej konstrukcji zbudowanej z dużych liści.

Planowaliśmy wyruszyć w drogę powrotną już o 8, bo ja chcę zdążyć na pociąg z Bandung do Yogyakarty, a oni chcą wrócić wcześniej do Jakarty. Jednak nic z tego planu nie wyszło, bo chłopaki się znów ociągają. Jemy jeszcze jakieś śniadanie – ja zupki chińskie, a oni raczą się sardynkami w puszkach.
Słońce zaczyna mocno grzać, ponownie robi się upalnie, ja rozbieram się jak tylko mogę, Yohanes ubrał dodatkową koszulę z długim rękawem, a Ritzky zimową czapkę na głowę!
Marsz też nam się przeciąga, pogoda jest ładna, robimy więcej zdjęć, a oni dodatkowo zatrzymują się co kawałek.

Z parkingu odjeżdżamy około południa. Podwożą mnie do Bandung na dworzec. Jeszcze jeździmy po mieście w poszukiwaniu kantoru, bo kończą mi się indonezyjskie rupie. Bilet kupuje mi Yohanes, ponieważ nie jest to taka prosta sprawa jakby się z początku mogło wydawać. Należy wypełnić formularz, z którym należy następnie ustawić się do kolejki i swoje odczekać. Kasy pociągów dalekobieżnych i lokalnych są w innych miejscach. Podróż w trzeciej klasie zdecydowanie mi odradzają. Nie wiem czy jest bardziej niebezpiecznie niż w Tajlandii, ale z racji tego, że jest to pociąg nocny to wolę nie ryzykować. Niestety bilety w klasie business się skończyły i zostaje mi tylko executive (IR 200000).

Wejście na peron tylko za okazaniem biletu. W pociągu dostaję koc i poduszkę; przydają się bardzo bo jest zimno. Sam pociąg bardzo czysty i porządny, w moim wagonie fotele ustawione są dwójkami jeden za drugim.

Trasa na Sports Tracker