Karkara, granica kazachsko-kirgiska i Karakol

Tuż przed zmrokiem dotarliśmy do Doliny Karkara. Ostatnią osobą, która nas podwoziła był właściciel małego stada koni, który jechał właśnie na swoje pole zawieźć coś pracownikom. Tradycyjnie też jechaliśmy drogą alternatywną – przez step.

Na pastwisku rozbijamy namiot, dzieciaki przynoszą nam świeży chleb – lepioszkę. Odwdzięczamy się im cukierkami, których z początku nie chcą przyjść. Dopiero po chwili się przełamują. Zostawiona spokojnie w namiocie lepioszka tajemniczo znika po paru minutach. Jedynym podejrzanym jest któryś z psów. Niestety złoczyńca nie pozostawił żadnych śladów i możemy się tylko domyślać przebiegu zdarzeń.

IMG_3902

W dolinie Karkara

W dolinie Karkara

Wieczór jest naprawdę zimny, a w nocy zaczyna padać. Moje wyobrażenia o ciepłej, suchej Azji Środkowej zostają rozbite w drobny mak. Dziękuję sobie również w duchu, że pierwotny pomysł spania pod gołym niebem nie przeważył i mimo wszystko zdecydowałem się zabrać namiot. Nie wiem co byśmy zrobili w takiej sytuacji, a nie była to ostatnia zimna noc jaka nas czekała.

IMG_3914 IMG_3908 IMG_3911

Sezonowe przejście graniczne między Kazachstanem, a Kirgistanem było ledwie 2 kilometry przed nami i mieliśmy nadzieję, że łapanie stopa pójdzie nam tak dobrze, jak do tej pory. Srogo się pomyliliśmy. Jeśli już jechał jakiś samochód to raz na godzinę-półtorej i w dodatku albo był pełny albo tylko do najbliższej wioski.

Granicę przekroczyliśmy bezproblemowo. Sprawdzenie paszportów, bagażu. Standardowo. Trochę nie chciało mi się wypakowywać wszystkiego z plecaka i najpierw bez otwierania wytłumaczyłem celnikowi wskazując kolejno od góry i mówiąc „jedzenie, ubranie, śpiwór, namiot”. Nie udało mi się go tym przekonać i mimo wszystko musiałem go do połowy opróżnić i pokazać co tam skrywam.

W Kirgistanie od pewnego czasu obowiązuje nas ruch bezwizowy. Dostajemy pieczątki upoważniające do 60-dniowego pobytu. Oczywiście po tej stronie granicy ruch jest tak samo słaby i nie mamy co liczyć na podwiezienie. Jakikolwiek marsz też nie ma sensu bo do Karakolu jest ponad 100km. Siadamy na poboczu i czekamy. Jest dość zimno, wieje wiatr, a każdy pojawiający się na horyzoncie samochód rozbudza nasze nadzieje. Zabijając czas w oczekiwaniu na transport rozmawiamy chwilę z miejscowym pasterzem, który zgadza się przewieźć Ewę konno po okolicy. Informuje nas, że możemy parę kilometrów dalej znajduje się chata „pasjologa”, gdzie możemy skorzystać z telefonu i zadzwonić po taksówkę. Pojęcia nie mam kto to taki ale brzmi jak jakiś naukowiec. Kojarzy mi się z Paszczakiem z Doliny Muminków. Przypadek? Nie sądzę.

Gdy w końcu udaje nam się zatrzymać jakiś samochód, przejeżdżamy ledwie 3 kilometry do najbliższego skrzyżowania. Odtąd jednak idzie już znacznie łatwiej bo po chwili zabiera nas stara, czarna Wołga bez tylnej kanapy. Kierowca użycza nam jednak swojej kurtki abyśmy mieli na czym siedzieć. Najpierw zajeżdżamy na pastwisko, gdzie ładujemy auto po dach bańkami na mleko, tak że ledwie się mieścimy w dwójkę na przednim siedzeniu. Odrzucamy propozycję noclegu i jeszcze parę kilometrów jedziemy wspólnie po czym nasze drogi się rozdzielają i wysiadamy.

Zaczyna kropić i robi się jeszcze zimniej. Niedługo później znów łapiemy stopa. Tym razem jednak płatnego. Za 1500 somów Samagan – nasz kierowca zgadza się nas zawieźć do Karakolu. Jedziemy na skróty przez góry. Mały japoński, miejski samochód zdaje sobie świetnie radzić z drogą, która jest odpowiednia dla jeepa. W Kirgistanie bardzo popularne są auta japońskie, z kierownicą po prawej stronie. Mające po 200 000km przebiegu są w niesłychanie dobrym stanie, a ich ceny na rynku wtórnym zdają się być na odpowiednim poziomie dla Kirgizów.

IMG_3919 IMG_3916

Droga do Karakolu upływa nam szybko, szczególnie podczas rozmów. Pomimo słabej z naszej strony znajomości rosyjskiego udaje nam się poruszyć tematy turystyki, problemów rynku pracy w Kirgistanie i Polsce, a także dowiedzieć się, że kirgiskie krowy dają tylko 10 litrów mleka dziennie. Wszystko przez ubogość pastwisk i niedostatecznego karmienia paszą. Rozmawiamy także o warunkach uprawiania turystyki zimowej w okolicach Karakolu, co mnie niezmiernie ciekawi i każdego kogo mogę to wypytuję o ilość śniegu w górach zimą pod kątem narciarstwa skiturowego.

W miarę jak zbliżamy się do Karakolu, Samagan proponuje nam abyśmy podjechali do ciepłych źródeł znajdujących się w dolinie Altyn Arashan, na południe od miejscowości Teploklyuchenka.

Pomnik w parku zwycięstwa.

Pomnik w parku zwycięstwa.

W dolinie Altyn Arashan

W dolinie Altyn Arashan

Na koniec zostajemy zaproszenie na nocleg do domu Samagana (lub jego siostry). Z tego zaproszenia korzystamy chętnie. Nie musimy już przynajmniej szukać noclegu w mieście, co zawsze jest problematyczne.

Pewnym zaskoczeniem dla nas jest, że w domu nie ma nie tylko łazienki ale nawet toalety. Tę pierwszą zastępuje wąż ogrodowy, a drugą wychodek w ogrodzie. Po rozgoszczeniu się Samagan proponuje, że nas zawiezie do centrum, a gdy już zjemy to przyjedzie po nas i tak też się dzieje. Karakol to pierwsze większe miasto od czasu jak wyruszyliśmy tydzień wcześniej z Ałmatów. Pierwszy też raz od tamtego czasu nie musimy rozkładać namiotu, gotować na kuchence i spać w śpiworach.

Jesteśmy oczywiście bardzo zadowoleni i wdzięczni za ofiarowaną nam gościnę ale mycie się szlauchem przy świetle czołówki, w deszczu i wietrze o 22 do przyjemnych nie należy. Brrr!

Dzień 17: Santa Ana – Tazumal – Gwatemala City

Przed wyruszeniem w drogę idziemy jeszcze na chwilę na targ po woreczek (soki wlewane są do woreczków, do których dodawana jest słomka) soku ze świeżych owoców, bo mój wczorajszy eliksir średnio mi smakował, a myślałem dobre pięć minut na jaką kombinację owoców się zdecydować (kiwi z ananasem). Tym razem wziąłem pomarańcze z ananasem i takie połączenie okazało się o wiele lepsze.

Andrej ma w planach dotrzeć do Antigua w Gwatemali więc zabiera się razem z nami i jedziemy wspólnie w trójkę. Tuż za Santa Ana znajduje się Tazumal, czyli kolejne ruiny Majów ze sporych rozmiarów piramidą na środku. Pokrótce zwiedzamy cały kompleks i ruszamy dalej w drogę.

Oznaczenie dróg jednokierunkowych jest wszędzie takie samo, czyli bardzo słabe lub nie ma wcale. Przez chwilę jedziemy za jakimś autobusem, który po pewnym czasie skręca w prawo, a ja jadąc dalej prosto w ostatniej chwili na skrzyżowaniu orientuję się, że właśnie mam zamiar wjechać na drogę dwupasmową pod prąd. Szybko się jednak orientuję co jest grane, skręcam tak jak należy i dostrzegam stojący na prawidłowym skrzyżowaniu autobus, którego kierowca śmieje się przez okno do nas.

Próbowaliśmy dotrzeć do parku narodowego El Impossible od strony Tacuba ale gdy drogi zaczynają robić się coraz bardziej strome i mamy problem ze znalezieniem tej właściwej do parku mieszkańcy informują nas, że tam można dojechać tylko 4×4. Wracamy więc i w Ahuachapan robimy krótką przerwę na posiłek i mały spacer w okolicach rynku po czym jedziemy dalej w kierunku granicy z Gwatemalą. Procedura taka sama jak poprzednio, czyli wysiąść z samochodu i udać się do biura wraz z paszportem. Andrej próbuje negocjować pieczątkę do paszportu w Salwadorze ale nie udaje mu się. Przejeżdżamy wąski jednopasmowy most i powtarzamy powyższe czynności po stronie Gwatemalskiej. Od strony Salwadoru do stolicy prowadzi dobra droga, która jest dodatkowo rozbudowywana i dopiero tuż przed samym miastem trafiamy na spory korek. Jadąc przez Gwatemala City próbuję sobie przypomnieć jak się jechało do wypożyczalni bo nie za bardzo pamiętam, a nie zaznaczyłem jej sobie w nawigacji ale tym się będę martwił najwyżej jutro. Andrej’a wysadzamy na jednym z przystanków, skąd łapie autobus do Antigua, a my kierujemy się do Zony 7, gdzie mamy zarezerwowany nocleg na dzisiejszą noc.

Dzień 13: Gracias – Suchitoto, San Salvador

Opuszczając Gracias kierujemy się już w stronę granicy z Salwadorem. Nim jednak tam dotrzemy czeka nas stromy podjazd w górę, gdzie osiągamy leżącą na prawie 2000m n.p.m. przełęcz. W jednym miejscu prawdopodobnie z powodu silnych opadów deszczu przeciwny pas ruchu jest oberwany, a wszystko to jest tak oznaczone, że mam przez chwilę wątpliwości gdzie jechać. Z ciekawości jednak zatrzymujemy się i wychodzę aby sprawdzić jak to wygląda. Okazuje się, że droga ta prowadzi prosto do kilkunastometrowego urwiska. Kierowcy jadący tamtym pasem maja lepsze oznaczenie i jakieś barierki sugerujące o ominięciu feralnego miejsca, jednak tacy jak my, którzy nadjeżdżają z przeciwka muszą się chwilę zastanowić o co chodzi żeby nie jechać w stronę pustki.

Granica w El Poy jest bardziej ruchliwa niż przejście La Frontiera pomiędzy Gwatemalą, a Hondurasem. Dojazd blokują stojące ciężarówki więc wymijam wszystkie z lewej strony i podjeżdżam na samą granicę. Sytuacja analogiczna jak poprzednio – wychodzimy z auta, idziemy z paszportami do urzędnika Hondurasu, dostajemy pieczątki (bez opłat) i jedziemy kilkadziesiąt metrów dalej do budki oficera Salwadoru. W międzyczasie ktoś jeszcze sprawdza nasze paszporty i pierwszy raz spotykamy się z prośbą o otwarcie bagażnika i bagażu. O tym ostatnim fakcie zapominam po czasie i wyjmując wieczór walizki z bagażnika połowa ich zawartości ląduje na chodniku. Następnie znów parkujemy, wysiadamy i idziemy z paszportami do okienka. Co dziwne, nie dostajemy pieczątek.

Niedaleko od granicy znajduje się spokojne miasteczko – La Palma, w którym jest najwięcej murali na świecie w przeliczeniu na mieszkańca. Prawie wszystkie ściany, znaki, słupy są ozdobione kolorowymi malunkami przedstawiającymi głównie motywy religijne i indiańskie.

Kolejną miejscowoscią, w której się zatrzymujemy jest Suchitoto położone nieopodal jeziora Suchitlan, słynne z galerii, kościoła i brukowanych uliczek. Zdecydowanie warte odwiedzenia. Tuż za miastem zaczyna się wspomniane wcześniej jezioro jednak nie znaleźliśmy nad nim niczego ciekawego. Wstęp $1, restauracja i naganiacze oferujący wycieczki łodzią po jeziorze, w którym poziom wody jest zadziwiająco niski. Półtora kilometrowa drogą na zachód znajdują się wodospady los Tercios jednak gdy tam przyjeżdżamy parking jest zamknięty i nic nie wskazuje żeby znajdowały się tutaj jakieś kaskady. W dodatku Lonely Planet przestrzega przed poruszaniem się w pojedynkę ze względu na zdarzające się napady. Ciekawość mimo wszystko bierze górę i postanawiam rozejrzeć się po okolicy. Schodzę kawałek w dół w poszukiwaniu płynącej wody ale jedyne co znajduję to całkowicie wyschnięte koryto strumienia i ścianę, z której powinna spadać woda. Tajemnica zamkniętego parkingu rozwiązana.

Z Suchitoto zmierzamy już prosto do stolicy – San Salwadoru, która jest bardziej ruchliwa i zakorkowana niż boczne drogi. W jednej z dzielnic znajdujemy hostel (International Guesthouse) ze śniadaniem ($25). Wejścia do wnętrza broni gruba krata z takimi samymi drzwiami, która na noc jest dodatkowo zasuwana metalową bramą, przez którą nie prześlizgnie się nawet światło z ulicy. Z tego co mówi właścicielka to i cała okolica jest pilnowana przez strażnika. Uzbrojonego rzecz jasna.

 

Dzień 10: Rio Dulce, Quirigua, Copan Ruinas

Rano spacerujemy jeszcze po farmie, jemy śniadanie i zbieramy się w dalszą drogę.
Pierwszym przystankiem jest Rui Dulce – miejscowość położona nad największym jeziorem Gwatemali – Lago de Izabal. Z jeziora wypływa rzeka (Rio) Dulce, która przepływając przez niewielkie jezioro El Golfete i głęboki na 100 m wąwóz uchodzi do morza w pobliżu miasta Livingston. Próbowaliśmy znaleźć publiczną łódkę, która pływa z Rio Dulce do Livingston, lecz popołudniu jest już tylko kurs w jedną stronę, a oferty prywatnych łodzi były w horrendalnie wysokich cenach.
Ograniczyliśmy więc zwiedzanie do hiszpańskiego fortu z XVII wieku – Zamku Św. Filipa. Zbudowany i używany przez Hiszpanów do ochrony przed piratami, głównie Angielskimi rabującymi wybrzeża Karaibów.
Zamek jest mały ale ładnie położony i odrestaurowany. Obok znajdują się ławki i wydzielone miejsce do pływanie, które okazuje się bardzo pomocne w walce z upałem.
Z Rio Dulce udajemy się do Quirigua (80Q) – dawnego ośrodka kultury Majów istniejącego między III, a IX wiekiem. Miejsce jest znane z wysokich steli, które dochodzą do 8 m wysokości i ważą nawet 60 ton. Na końcu Wielkiego Placu znajduje się akropolis, którego budynki służyły za łaźnie i mieszkania. Poza ekipą przycinającą trawę, a raczej odpoczywającą w cieniu jesteśmy tam całkiem sami, żadnych innych zwiedzających w zasięgu wzroku.
Po zwiedzeniu Quirigua kierujemy się już w stronę granicy z Hondurasem w El Florido. Granica jest czynna przez całą dobę, a my docieramy tam godzinę przed zmrokiem.
Przekraczanie jest dość nietypowe, przynajmniej samochodem. Po przejechaniu za pierwszy szlaban parkujemy z boku i pieszo udajemy się do okienka po pieczątkę wyjazdową z Gwatemali. Przy okazji z jakiegoś powodu musimy uiścić opłatę około 60Q. Chwilę później kierujemy się do biura Hondurasu, gdzie procedura jest podobna, z tym że wypełniamy deklaracje celne i płacimy ok 3$. Po tym wszystkim wracamy do auta i przejeżdżamy przez drugi szlaban. Nikt też nie pyta w jaki sposób się przemieszczamy, czy przewozimy coś czego przewozić nie powinniśmy.
Zatem ruszamy dalej w drogę, już w Hondurasie. Do Copan mamy tylko 10 km i na miejsce dojeżdżamy, gdy powoli robi się ciemno. Znajdujemy przyjemny hostel i idziemy na miasto. Pomimo, że jest ciemno to na ulicach jest sporo ludzi i czujemy się bezpiecznie. Żeby coś zjeść musimy zdobyć trochę lempirów, a o tej godzinie jest to możliwe w jednym z trzech bankomatów (z czego tylko dwa działają). Nie wiem dlaczego ale nie sposób wybrać gotówki z MasterCard, a z opresji ratuje nas Visa.
Wracając do hostelu kupujemy tradycyjne danie Hondurasu – baleada. Jest to dość gruby placek a la torilla wypełniony pastą ze smażonej fasoli, jakimiś warzywami i ewentualnie mięsem.

Dzień 14 – Ko Phi Phi – Krabi – Penang (Malezja)

Dopakowuję wszystko, czego nie spakowałem wieczór i idę na prom odpływający o 9 do Krabi. Bus do Penang w Malezji jest o 11 i trochę się denerwuję, gdy rejs się przeciąga. Na szczęście kierowca czeka aż wszyscy wyjdą z terminala.

Drogi w Tajlandii są bardzo dobrej jakości, rzadko można napotkać jakieś wyboje czy dziury, a kierowca rozpędza się do 140 km/h momentami. Ja siedzę tuż obok niego, z przodu, wiec z mojej perspektywy nie wygląda to tak źle, ale z tyłu co jakiś czas ktoś krzyczy aby zwolnił. W pewnym momencie, kierowca nie daje rady wyhamować i by uniknąć najechania na poprzedzające auto, zjeżdża na przeciwległy pas ruchu, skąd nadjeżdża motocyklista. Próbuje on hamować ale wpada w poślizg, że tylne koło zaczyna go wyprzedzać. Na szczęście w ostateczności wszystkim się udaje zatrzymać i nic się nie dzieje. Po drodze, w Trang, zmieniamy busa na takiego ze spokojniejszym kierowcą, który wiezie nas już bezpośrednio do Malezji. Krótka kontrola paszportowa, prześwietlenie bagażu po stronie malezyjskiej, skanowanie odcisków palców i można ruszać dalej. Drogi nadal są w świetnym stanie, choć co jakiś czas na autostradzie bus podskakuje na łączeniach. Za to benzyna PB95 po 1,8RM (1,91zł).

Z początku nie wiedziałem nawet, w którym miejscu bus się zatrzyma ponieważ nazwa Penang jest używana w stosunku do całej wyspy, a zarazem stanu ale gdy kierowca zatrzymuje się by kogoś wysadzić przy drodze sam również wyskakuję ponieważ według wskazań GPS’u mam tylko 1,5 km drogi do miejsca, w którym mam dziś nocować. Co więcej nie posiadam przy sobie żadnych malezyjskich ringitów na autobus, a z wymianą może być ciężko bo jest już po 20.

Jedna pani, którą zapytałem po drodze o adres nie chciała nawet spojrzeć na kartkę ale psa w wózku dla dzieci to woziła. Na szczęście ktoś inny mi wytłumaczył jak tam dojść. Po drodze spotkałem jeszcze gościa z Turcji, który też przyjmuje osoby z couch surfing i zaprowadził mnie pod same drzwi. Ja też korzystam z couch surfing tej nocy. Drzwi otwiera nam współlokator tego, który zgodził się mnie ugościć. Mam słabą pamięć do imion, szczególnie obcobrzmiących. W każdym razie on jest z Filipin, a drugi z nich – Tran vu, z Wietnamu.

W poszukiwaniu czegoś na kolację i jakiegoś kantoru jedziemy do centrum handlowego. Jak na godzinę 22 w sklepach i na ulicach panuje dość duży ruch. Przy wyjściu ze sklepu ochroniarz sprawdza zawartość reklamówki z pozycjami na paragonie i przybija pieczątkę. Wracając do mieszkania spotykamy na dole Tran Vu wracającego z pracy.

Czuję się trochę rozgorączkowany i osłabiony już od poprzedniego wieczoru i postanawiam profilaktycznie zażyć Panadol.