Dzień 46 – wyspa Samosir

Po pysznym śniadaniu (naleśniki z miodem i czekoladą, roti z pomidorami oraz herbata z imbirem) idziemy z Maikelem poszukać jakichś skuterów do wynajęcia. Znajdujemy za IR 75000 od razu z pełnym bakiem. Ja mam z ręczną skrzynią, a on dostał jakiś starszy automat, jako że nie jeździł do tej pory i był pełen obaw. Nie powiem, żeby poszło mu dobrze, ponieważ zjechał z drogi, przejechał przez trawnik i zatrzymał się w jakimś dole. Wtedy też właścicielka zorganizowała dla niego inny skuter z obawy przed uszkodzeniem jej. Kierujemy się na południe wyspy. Mijamy pobliską wioskę Tomok i jedziemy dalej. Droga robi się gruntowa, wyboista i pełna kamieni. Wjeżdżamy do jakiejś wioski. Drewniane domy na palach i dachy w kształcie łodzi to wioska lokalnego plemienia Bataków. Żyją oni bardzo prymitywnie i prosto ale tak jak wszyscy poznani do tej pory Indonezyjczycy są bardzo sympatyczni. Wsiadamy na skutery i jedziemy dalej drogą pnąc się w górę. O dziwo po jakimś czasie pojawia się dobrej jakości asfalt. Od czasu do czasu zatrzymujemy się, robimy zdjęcia i podziwiamy widoki z góry. Można odnieść wrażenie, że wysokie brzegi i jezioro w dole to fiord.
Z tyłu gonią nas ciemne chmury. Nie chcemy zmoknąć więc jedziemy dalej prosto na południe wyspy. Co rusz dostajemy potwierdzenie pozytywnego podejścia mieszkańców w stosunku do nas. Ludzie machają, wołają „hello”, czasem ktoś zatrąbi, co nie ma tym razem nic wspólnego z manewrem wyprzedzania skuterem. Z lewej lub prawej strony ciągną się pola ryżowe, tarasy, mijamy wszelakie zwierzęta – kurczaki, gęsi, świnie, bawoły wodne. Drewniane domki z wyglądające jak szałasy pasterskie, w które służą jako knajpki dla tubylców oraz miejsca, gdzie w razie potrzeby można kupić trochę benzyny w plastikowej butelce.

Wracając zauważamy, że pomimo chmur i chłodu jesteśmy opaleni, wręcz czerwoni, a najbardziej Maikel. Na jednym z postojów wyłapujemy dwa słowa, którymi określają nas miejscowi – „bule goreng” co znaczy ni mniej ni więcej jak „smażeni biali”. Słowem „bule” określa się właśnie osoby o jasnej karnacji. Generalnie uważa się, że słowo to ma wydźwięk neutralny, aczkolwiek może być użyte w formie obrazy. Natomiast „goreng” znaczy smażony. Np. smażony ryż to „nasi goreng”. I rzeczywiście byliśmy trochę przysmażeni.

Ciemne chmury nadal gdzieś tam wisiały, ale świecące jednocześnie z drugiej strony słońce sprawiało, że widoki stały się jeszcze piękniejsze.

Tym razem zatrzymujemy się w pobliskiej wiosce Tombok i zwiedzamy grobowce pierwszego, drugiego i trzeciego króla Bataków. Kosztujemy smażonych bananów na targu (IR 1000) i wstępujemy do restauracji na obiadokolację.

Wieczór w Bagus Bay – naszym guesthousie jest organizowane przedstawienie Bataków. Przerywamy zatem partię bilarda i oglądamy różne rytualne tańce i słuchamy regionalnych pieśni.

Dzień 45 – Bukit Lawang – Parapat, Wyspa Samosir, Jezioro Toba

O poranku kupiłem bilet na „tourist bus”, czyli po prostu 8-osobowy van do Parapat nad Jezioro Toba. Na Sumatrze miałem w sumie spędzić zaledwie niecały tydzień więc szkoda było czasu na korzystanie z wolnego i niepewnego transportu publicznego. Cena biletu – IR 150000 z wliczonym promem na wyspę Samosir.

Jazda przypominała wyścig połączony z torem przeszkód. Kierowca wyprzedzał przez większą część drogi. Duży ruch i ciąg samochodów nie był problemem, bo wystarczyło zatrąbić, żeby wyprzedzany samochód zjechał bardziej na pobocze, a nadjeżdżający z przeciwka zwolnił lub wręcz stanął, abyśmy mogli ukończyć bezpiecznie manewr. Obowiązuje zasada, nie tyle kto większy, ale samochody osobowe pomiędzy ciężarówkami, autobusami i skuterami nie są tak popularne i najwidoczniej nie każdy może sobie na nie pozwolić, dlatego lepiej ich właścicielom usunąć się z drogi.

Do Parapat dojeżdżamy późnym popołudniem i chwilę później wchodzimy na czekający na nas prom. Spotykam na nim Maikela – Holendra, z którym zamieniłem parę słów rano przed odjazdem.
Na wyspie wspólnie też idziemy szukać noclegu i znajdujemy przyjemne miejsce – Bagus Bay Guesthouse tuż nad brzegiem jeziora. Bierzemy dwie jedynki po IR 30000. Pokoje są dość skromne i wyposażone zaledwie w łóżko, lampę i szafkę, ale nic więcej nam nie trzeba, a w dodatku tuż obok jest ciepły prysznic. Tak jak w poprzednim miejscu, tak i tutaj restauracja znajduje się w następnym budynku, a dania typu naleśniki z miodem i czekoladą, omlety oraz roti z pomidorami, herbaty z imbirem, goździkami i innymi lokalnymi przyprawami  w pełni mnie satysfakcjonują.

Maikel po kilkunastomiesięcznym pobycie w Australii rozpoczął podróż od indonezyjskiej wyspy Flores i przez Lombok, Bali, Jawę przemieszczał się przez dwa miesiące, aż dotarł na Sumatrę. W momencie naszej rozmowy nie miał jeszcze sprecyzowanych dalszych planów, ale chciał jeszcze spędzić trochę czasu na Sumatrze, a później odwiedzić Tajlandię, Laos, Kambodżę, Birmę i przemieszczać się w sobie jeszcze nieznany sposób w kierunku Europy.

Dzień 43 – Singapur – Medan

Pobudka przed 7, aby zdążyć na samolot na Sumatrę. Patryk ratuje mnie śniadaniem (płatki z mlekiem), którego nie miałbym szans nigdzie kupić po drodze na lotnisko.

Tym razem lecę z Budget Terminal, który jest oddalony od reszty lotniska i trzeba podjechać bezpłatnym autobusem. Nie jest tak olśniewający jak terminal 1 i 2, ale zamiast wifi są dwa komputery, z których można skorzystać.

Przelot bez większych rewelacji, choć dźwięk skrzypiącego, chowającego się podwozia bezcenny. Podobnie jak niezwykła wydaje się para woda wydobywająca się z wlotów pod sufitem. Wygląda to jak wydobywający się dym, który zasnuwa górną połowę pokładu, a to pewnie jakieś intensywne nawilżacze powietrza.

Na lotnisku Polonia w Medan wykupuję 30-dniową wizę za 25USD i czekam w kolejce do odprawy celnej.

Rose z CS miała mnie odebrać, ale nigdzie jej nie widać, więc z chwilę wcześniej poznaną parą bierzemy taksówkę w kierunku dworca autobusowego. Moja przejażdżka nie trwa długo, bo już przy wyjeździe z parkingu okazuje się, że w Medan jest kilka dworców autobusowych, w zależności dokąd chce się pojechać. Wracam zatem na dworzec i idę do informacji dowiedzieć się co i jak. Kupuję również kartę SIM i aktywuję pakiet internetowy. Trochę to trwa, bo przy zmianie karty ciągle uruchamia się blokada całego telefonu, której nie można wyłączyć przy pomocy kodu PIN, bo nie pokazuje się klawiatura ekranowa. W między czasie odnajduje mnie Nita – siostra Rose, ale wyjaśniam jej, że chcę jak najszybciej wyjechać z Medan do Bukit Lawang.
W informacji dowiedziałem się, że na dworzec Pinang Baris mogę od świateł podjechać busem 24, ale Nita mówi, że 64 też będzie dobry. I tak idziemy, idziemy ponad 20 min, a autobusu nigdzie nie ma.

Po przylocie z Singapuru, ale również po wcześniejszym pobycie w Malezji i Tajlandii, Medan jest jednak dużym szokiem, wiadrem zimnej wody wylanym na głowę. Na drogach panuje totalny chaos, każdy trąbi, odnosi się wrażenie, że ręki z klaksonu nie zdejmują. Jeżdżą jak chcą i ten azjatycki brak chodników sprawia, że musimy iść ulicą obok tego całego ruchu.
W końcu nadjeżdża bus 64, a wygląda on tak, że z przodu jest szoferka, wewnątrz z tyłu po obu stronach znajdują się ławki, okien brak, a drzwi są i tak otwarte.

Droga na dworzec zajmuje jakieś20 min. Od razu po wyjściu z busa znajduje się chętny, ba nawet kilku chętnych, aby jechać do Bukit Lawang. Cena IR 50000 (ok 5 USD), odjazd za 5 min. Niech będzie.
I tak parę kilometrów dalej zatrzymujemy się i czekamy, aż bus się zapełni. Obok za to mają pyszne drożdżówki i sok. Mniam.

W miarę upływu czasu i kilometrów droga robi się spokojniejsza, węższa, a miasto zastępuje las i plantacje palm. W dodatku zaczęło porządnie lać. Wysiadam i o dziwo kierowca bierze ode mnie tylko połowę wcześniej ustalonej kwoty.  Pewnie to i tak więcej niż zwykle kosztuje ten kurs.

Od razu zaczepia mnie jakiś miejscowy i prowadzi do guesthouse (Bukit Lawang Indah Guesthouse and Restaurant). Nic mi nie szkodzi pójść i zobaczyć. Okazuje się całkiem nieźle, za IR 50000. Szkoda tylko, że nie ma ciepłej wody, ale za to 10 metrów dalej jest restauracja ze świetnym jedzeniem i ogromnym wyborem. Z tarasu restauracji lub wprost z okna mojego pokoju roztacza się widok na rzekę, która płynie zaledwie parę metrów dalej. To jest zupełnie inna Indonezja – spokojna, leniwa, zielona i cicha. Momentami przypominająca Laos.

Wieczór poznaję Matta i Gem, którzy w swoją podróż wyruszyli w maju i w maju też wrócą do Anglii. Na ich trasie jest jeszcze Singapur i wyścig F1, a później Australia, Nowa Zelandia oraz Ameryka Południowa.