Dzień 7 – Haputale

Przed opuszczeniem Haputale i udaniem się w kierunku lasu deszczowego Sinharaja (rain forest) wsiadamy w lokalny autobus, który wiezie nas do Dambethenna, gdzie znajduje się fabryka herbaty założona przez sir Thomasa Liptona. Już sama droga jest bardzo malownicza, a zarazem wąska. Autobus pokonuje zakręt za zakrętem jadąc zboczem góry, jakby przez plantację herbaty porastającą wszystkie okoliczne wzgórza. Przy niektórych krzakach można dostrzec kobiety zbierające listki herbaciane. Tak naprawdę herbata jest drzewem, które w naturalnych warunkach potrafi osiągnąć do 18 metrów wysokości. Jednakże w celu produkcji herbaty, zbiera się tylko najświeższe listki z samego czubka, a zarazem nie pozwala się drzewu rozrastać, które pozostaje przez całe życie malutkim krzaczkiem.

Na wizytę w fabryce musimy chwilę poczekać ze względu na przeprowadzany właśnie audyt. Wolą chwilę wykorzystuję na fotografowanie dzieciaków w pobliskim przedszkolu.

Pół godziny później udaje nam się wejść do fabryki (RS 200). Dostajemy białe fartuchy i zwiedzanie rozpoczynamy od miejsca, w którym ważone są liście. Każda ze zbieraczek jest w stanie dostarczyć dziennie 18 kg świeżo zerwanych liści herbaty, za które dostaje zapłatę równowartości 4 USD. Następnie liście są rozsypywane i suszone na taśmach przez 16 godzin. Po tym czasie wędrują do wirówki na 20 minut, z której idą dalej taśmą do maszyny tnącej, których na ich drodze są w sumie trzy. Po takiej obróbce mechanicznej, liście herbaty przesiewane są przez kolejne sita, a następnie w postaci bardzo drobnego wręcz proszku rozsypywane na podłodze na 3 h w celu fermentacji. Po tym procesie herbata nabiera brązowawego koloru. Wszelkie zanieczyszczenia, włókna są z niej odfiltrowywane, co posłuży w przyszłości za nawóz. Ostatnim etapem jest coś w rodzaju piekarnika, gdzie przez 12 minut herbata przebywa w 120°C.

Herbaty jakie otrzymuje się to m.in. BOPF (Broken Orange Pekoe Fannings), BOP (Broken Orange Pekoe), które są najlepsze jakościowo. Najtańsza z herbat to po prostu zwykły, drobny brązowy pył, który po zalaniu wodą jest tak mocny, że miejscowi piją taką herbatę tylko z dużą ilością cukru i mlekiem.

Przed wyjściem udaje nam się załapać na nadprogramową degustację. Co prawda bus nam odjeżdża ale kierowca widząc, że idziemy czeka na nas na zakręcie. Jest trochę ciasno – 18 osób  w 12 miejscowym busie, ale jak się okazuje nie jest to szczyt ładowności. Chwilę później jedzie nas już 26, z czego 2 osoby wystają przez otwarte drzwi na zewnątrz. Szkoda tylko, że trochę wolnej przestrzeni na dachu pozostało niewykorzystane.

Z Haputale jedziemy do Palmedulla, gdzie przesiadamy się na autobus do Deniyaya. Pokonanie odcinka 75 km (Palmedulla – Deniyaya) zajmuje nam prawie 4,5 godziny.  Nie dość, że autobus zatrzymuje się na każde machnięcie ręką – jak taksówka to droga jest bardzo wąska i pnie się nieustannie w górę. Wleczemy się przeokropnie ale widoki rekompensują wszystko. Z obu stron rozciągają się wzgórza, od których opadają w dół doliny porośnięte herbatą. Obserwujemy jak mieszkańcy ładują herbatę na ciężarówki, myją się w potokach czy krzątają się w okolicy swoich domów, za które nierzadko służą zwykłe lepianki.

Reklamy

Dzień 6 – Park Narodowy Równina Hortona

Rano o 9:23 wsiadamy do pociągu jadącego w kierunku Colombo celem dotarcia do Ohiya – miasteczka położonego w pobliżu Parku Narodowego Równiny Hortona.
Tym razem pociąg jest zgoła odmienny od tego, którym jechaliśmy z Colombo na południe. Przede wszystkim jest nowy, czysty, posiada dwie toalety- w stylu zachodnim i azjatyckim, a także okna otwierają się w górę lub w dół.

Trasa jest bardzo malownicza i wiedzie zboczami gór porośniętych krzewami herbacianymi, a od czasu do czasu w oddali jawi się nam jakiś wodospad. Z jednej strony stoki opadają dolinami łagodnie w dół, a z drugiej, w oddali majaczą szczyty gór zasnute chmurami. W miarę jak pociąg piął się wyżej i wyżej, zaczęło robić się chłodniej, wjeżdżaliśmy w chmury, pociąg wił się między górami przejeżdżając przez liczne tunele.

W ostatniej chwili zauważam nazwę stacji i pospiesznie wysiadamy. Ohiya to zaledwie stacja kolejowa, parę domów i droga wiodąca w kierunku parku narodowego.

Pierwotnie planujemy zostać na noc i zostawiamy bagaże w pokoju. Do szlaku jest prawie 12 km i jesteśmy zdani tylko i wyłącznie na tuk-tuka. Wstęp do parku jest horrendalnie drogi – 15$ od osoby plus 8$ opłata manipulacyjna.

Od visitor’s centre ścieżka prowadzi przez 9 km zataczając koło, by ponownie powrócić w to samo miejsce. O ile na dole pogoda była słoneczna, było ciepło, o tyle na wysokości prawie 2000 m n.p.m. jest chłodniej, a po niebie płyną chmury. Najpierw idziemy w stronę Małego (Lesser World’s End) i Dużego Końca Świata (World’s End), które stanowią największą atrakcję parku. Zaleca się, aby być tam przed godziną 9 rano, zanim ogrzane powietrze z dołu wzniesie się wyżej i przesłoni cały widok. Niestety my jesteśmy znacznie później i wszystko zasłaniają chmury. Ledwie na moment możemy dostrzec drogę pnącą się 870 m poniżej. Idąc dalej docieramy do wodospadu Baker’a.

Równina Hortona to płaskowyż z paroma wzgórzami, porośnięty trawą, niewielką ilością drzew oraz licznymi rododendronami. Jeszcze dwa wieku temu żyły tam słonie, na które licznie polowano, co doprowadziło do ich wyginięcia na tym obszarze.

Po powrocie do Ohiya decydujemy, żeby wrócić jednak pociągiem do Haputale skąd będzie się później łatwiej wydostać.
Na kolację zamawiam sobie kottu roti – danie zrobione z warzyw (marchew, por, kapusta, cebula) w połączeniu z siekanym ciastem naleśnikowym, podawane z tradycyjnym cejlońskim naleśnikiem pszennym roti oraz jajkiem, kurczakiem, rybą lub baraniną.