Dzień 13: Gracias – Suchitoto, San Salvador

Opuszczając Gracias kierujemy się już w stronę granicy z Salwadorem. Nim jednak tam dotrzemy czeka nas stromy podjazd w górę, gdzie osiągamy leżącą na prawie 2000m n.p.m. przełęcz. W jednym miejscu prawdopodobnie z powodu silnych opadów deszczu przeciwny pas ruchu jest oberwany, a wszystko to jest tak oznaczone, że mam przez chwilę wątpliwości gdzie jechać. Z ciekawości jednak zatrzymujemy się i wychodzę aby sprawdzić jak to wygląda. Okazuje się, że droga ta prowadzi prosto do kilkunastometrowego urwiska. Kierowcy jadący tamtym pasem maja lepsze oznaczenie i jakieś barierki sugerujące o ominięciu feralnego miejsca, jednak tacy jak my, którzy nadjeżdżają z przeciwka muszą się chwilę zastanowić o co chodzi żeby nie jechać w stronę pustki.

Granica w El Poy jest bardziej ruchliwa niż przejście La Frontiera pomiędzy Gwatemalą, a Hondurasem. Dojazd blokują stojące ciężarówki więc wymijam wszystkie z lewej strony i podjeżdżam na samą granicę. Sytuacja analogiczna jak poprzednio – wychodzimy z auta, idziemy z paszportami do urzędnika Hondurasu, dostajemy pieczątki (bez opłat) i jedziemy kilkadziesiąt metrów dalej do budki oficera Salwadoru. W międzyczasie ktoś jeszcze sprawdza nasze paszporty i pierwszy raz spotykamy się z prośbą o otwarcie bagażnika i bagażu. O tym ostatnim fakcie zapominam po czasie i wyjmując wieczór walizki z bagażnika połowa ich zawartości ląduje na chodniku. Następnie znów parkujemy, wysiadamy i idziemy z paszportami do okienka. Co dziwne, nie dostajemy pieczątek.

Niedaleko od granicy znajduje się spokojne miasteczko – La Palma, w którym jest najwięcej murali na świecie w przeliczeniu na mieszkańca. Prawie wszystkie ściany, znaki, słupy są ozdobione kolorowymi malunkami przedstawiającymi głównie motywy religijne i indiańskie.

Kolejną miejscowoscią, w której się zatrzymujemy jest Suchitoto położone nieopodal jeziora Suchitlan, słynne z galerii, kościoła i brukowanych uliczek. Zdecydowanie warte odwiedzenia. Tuż za miastem zaczyna się wspomniane wcześniej jezioro jednak nie znaleźliśmy nad nim niczego ciekawego. Wstęp $1, restauracja i naganiacze oferujący wycieczki łodzią po jeziorze, w którym poziom wody jest zadziwiająco niski. Półtora kilometrowa drogą na zachód znajdują się wodospady los Tercios jednak gdy tam przyjeżdżamy parking jest zamknięty i nic nie wskazuje żeby znajdowały się tutaj jakieś kaskady. W dodatku Lonely Planet przestrzega przed poruszaniem się w pojedynkę ze względu na zdarzające się napady. Ciekawość mimo wszystko bierze górę i postanawiam rozejrzeć się po okolicy. Schodzę kawałek w dół w poszukiwaniu płynącej wody ale jedyne co znajduję to całkowicie wyschnięte koryto strumienia i ścianę, z której powinna spadać woda. Tajemnica zamkniętego parkingu rozwiązana.

Z Suchitoto zmierzamy już prosto do stolicy – San Salwadoru, która jest bardziej ruchliwa i zakorkowana niż boczne drogi. W jednej z dzielnic znajdujemy hostel (International Guesthouse) ze śniadaniem ($25). Wejścia do wnętrza broni gruba krata z takimi samymi drzwiami, która na noc jest dodatkowo zasuwana metalową bramą, przez którą nie prześlizgnie się nawet światło z ulicy. Z tego co mówi właścicielka to i cała okolica jest pilnowana przez strażnika. Uzbrojonego rzecz jasna.

 

Reklamy

Dzień 12: Gracias, Parque Nacional Celaque

Zatrucie wciąż nie minęło ale zdaje się jakby tabletki zaczynały trochę działać. W związku z tym wyruszamy na spacer po mieście. W XVI wieku Gracias było krótko stolicą całego regionu, którą później przeniesiono do Antigua w Gwatemali. W mieście znajduje się kilka kościołów oraz położony na wzgórzu fort – San Cristobal, do którego między innymi się udajemy. Przed wejściem ustawione są nowoczesne rzeźby jakby z krajów Pacyfiku.

Po zejściu na dół bierzemy auto i jedziemy do parku narodowego Montana de Celaque znajdującego się kilka kilometrów za miasteczkiem. Po drodze prawie za bezcen zaopatrujemy się w małe ale bardzo pyszne banany. Parkujemy na poboczu przed szlabanem, a dalej idziemy pieszo. Po około 20 minutach docieramy do wejścia do parku, gdzie zastajemy jednego chłopaka w roli strażnika parku. O dziwo dało się z nim radę porozumieć po angielsku. W księdze wejść zauważamy, że jesteśmy jedynymi turystami w tym dniu, a dzień wcześniej miejsce to odwiedziło dwoje Amerykanów.

Po krótkich negocjacjach udaje nam się obniżyć cenę za wstęp i w konsekwencji płacimy tylko za jedną osobę. Z kilku dostępnych ścieżek wybieramy prowadzącą do wodospadu – „Sendero hacia Mirador de La Cascada”. W miarę wchodzenia w głąb lasu zaczynamy nabierać wysokości, a po pewnym czasie ścieżka staje się jeszcze bardziej stroma. Po około dwóch godzinach docieramy do miejsca, w którym szlak się kończy i powinien być widoczny wodospad. Nic takiego jednak nie następuje. Próbuję rozeznać się w okolicy i przedzieram się przez gęste krzaki stromo w dół żeby sprawdzić czy da się dojść do miejsca, z którego będzie coś widać. Niestety nie ma takiej możliwości i po krótkim odpoczynku wracamy tą samą drogą na dół.

Dzień 11: Lago de Yojoa – Gracias

Pobudka o 5:30. Idziemy na obserwacje ptaków nad jezioro. Po drodze wstępujemy do domu przewodnika, z którego zabiera wiosła i częstuje nas świeżą kawą. Dom jako budynek to określenie trochę na wyrost ponieważ chatka jest zbudowana z drewna lecz wygląda jakby każda deska była z innego zestawu. Nawet drzwi nie stanowią jednej całości tylko są poskładane z różnych desek ułożonych każda inaczej.

Po wieczornej ulewie nie ma już śladu i tylko para unosząca się nad lasem i jeziorem przypomina o tym fakcie. Wsiadamy na łódkę i wąskim kanałem powoli wpływamy na jezioro. Z racji wczesnej pory życie na jego brzegach wciąż tętni. Na gałęziach przysiadają ptaki drapieżne, czaple i wiele wiele innych. Z kolei na skałach można dostrzec śpiące nietoperze. Rejs trwa może trochę ponad 2 godziny. Słońce wznosi się wyżej, robi się cieplej i bardziej mglisto. Powoli wracamy.

Zabieramy bagaże z pokoju i jedziemy w kierunku Gracias. Ponownie tą samą drogą co poprzedniego dnia. W miarę zbliżania się do miasteczka nabieramy wysokości, wjeżdżamy w góry, droga asfaltowa jest przerywana odcinkami szutru, a w dodatku zaczyna ulewnie lać, że ledwo cokolwiek widać. Ważne że wycieraczki jeszcze nadążają zgarniać deszcz z szyby.

Po parunastu minutach krążenia po mieście i szukania upatrzonego w przewodniku hotelu i wypytywania o niego przechodniów ktoś w końcu się orientuje i wskazuje nam drogę. Zresztą nie pierwszy raz spotykamy się z sytuacją, że ludzie we własnej okolicy nie mają pojęcia lub sprawiają wrażenie, że nie wiedzą gdzie znajdują się takie miejsca jak plac centralny czy park.

Hotel znajdujemy za 400 HNL/2os z łazienką. Ta ostatnia dogodność jest tym razem bardzo istotna, jako że od poprzedniego wieczora męczy mnie nieustannie jakieś zatrucie. Zaopatruję się w lokalnej aptece o jakieś tabletki ale nie pomagają.

Dzień 11: Copan – Lago de Yojoa

Ruiny Majów w Copan znajdują się zaledwie kilometr lub dwa od miasta o tej samej nazwie i tam też udajemy się zaraz rano. Zaraz za wejściem natrafiamy na kilka czerwonych ar, które są mieszkańcami okolicznych ruin i lasów. Jest to również narodowy ptak Hondurasu. Nieopodal znajduje się centrum rozrodu ptaków, w którym podejmowane są próby zwiększenia populacji tego jak i innych gatunków. Ptaki nie wyglądają na ruchliwe bo częściej widzi się je spacerujące aniżeli latające, a gdy zgromadzi się ich kilka na jednym drzewie to hałas jest niesamowity.

Na środku znajdują się piramidy schodkowe i stele, a dookoła mieściły się tereny mieszkalne. Do dziś nie do końca wiadomo dlaczego te czy inne starożytne miasta Majów zostały opuszczone. Jedno z przypuszczeń dotyczące Copan sugeruje iż wraz z rozwojem miasta zaczęto wycinać coraz więcej drzew na opał i pod uprawę co skutkowało podnoszeniem się temperatury w dolinie, mniejszymi opadami deszczu, a w konsekwencji ubogimi plonami i głodem.

Ruiny Copan nie są duże i obejście wszystkie na spokojnie około dwóch godzin. Robi się też cieplej i upał zaczyna doskwierać. Wracamy jeszcze na chwilę do miasta na śniadanie, po czym jedziemy dalej w kierunku San Pedro Sula, które uchodzi za jedno z najniebezpieczniejszych miast na świecie (przynajmniej według statystyk), a następnie w kierunku największego jeziora Hondurasu – Lago de Yojoa.

Drogi w Hondurasie są gorszej jakości niż te w Gwatemali, jest więcej przerw w asfalcie i dziur ale nie ma tylu progów zwalniających. Kierowcy też jeżdżą mniej spokojnie i czasem trzeba zwolnić, gdy z przeciwka nadjeżdża wyprzedzająca ciężarówka czy autobus, której trzeba ustąpić.  Gdzieś w połowie trasy przytrafiła się nam pierwsza kontrola drogowa. Zarówno w Gwatemali jak i w Hondurasie bardzo często przy drogach stoją policjanci lub wojsko i kontrolują wyrywkowo przejeżdżające samochody. Każdy z nich jest oczywiście uzbrojony i to nie tylko w pistolet ale również i karabiny, które noszą przed sobą, jakby w gotowości do użycia. W każdym razie kontrola ograniczyła się do bardzo pobieżnego przejrzenia dowodu rejestracyjnego i po chwili mogliśmy jechać dalej.

Od San Pedro Sula prowadzi całkiem dobra droga, z początku nawet dwupasmowa. Biegnie ona w stronę stolicy Tegucigalpy.  Po drodze zatrzymujemy się by zobaczyć 43 metrowy wodospad Pulhapanzak. Położony jest on w przyjemnym parku, przez który przepływa spokojnie rzeka, w której można się nawet kąpać pomimo tego, że kawałek dalej nagle się urywa.

Parę minut później zaczyna się prawdziwa ulewa, oberwanie chmury typowe dla krajów tropikalnych. Widać, że pora deszczowa powoli się rozpoczyna.


Dzień 10: Rio Dulce, Quirigua, Copan Ruinas

Rano spacerujemy jeszcze po farmie, jemy śniadanie i zbieramy się w dalszą drogę.
Pierwszym przystankiem jest Rui Dulce – miejscowość położona nad największym jeziorem Gwatemali – Lago de Izabal. Z jeziora wypływa rzeka (Rio) Dulce, która przepływając przez niewielkie jezioro El Golfete i głęboki na 100 m wąwóz uchodzi do morza w pobliżu miasta Livingston. Próbowaliśmy znaleźć publiczną łódkę, która pływa z Rio Dulce do Livingston, lecz popołudniu jest już tylko kurs w jedną stronę, a oferty prywatnych łodzi były w horrendalnie wysokich cenach.
Ograniczyliśmy więc zwiedzanie do hiszpańskiego fortu z XVII wieku – Zamku Św. Filipa. Zbudowany i używany przez Hiszpanów do ochrony przed piratami, głównie Angielskimi rabującymi wybrzeża Karaibów.
Zamek jest mały ale ładnie położony i odrestaurowany. Obok znajdują się ławki i wydzielone miejsce do pływanie, które okazuje się bardzo pomocne w walce z upałem.
Z Rio Dulce udajemy się do Quirigua (80Q) – dawnego ośrodka kultury Majów istniejącego między III, a IX wiekiem. Miejsce jest znane z wysokich steli, które dochodzą do 8 m wysokości i ważą nawet 60 ton. Na końcu Wielkiego Placu znajduje się akropolis, którego budynki służyły za łaźnie i mieszkania. Poza ekipą przycinającą trawę, a raczej odpoczywającą w cieniu jesteśmy tam całkiem sami, żadnych innych zwiedzających w zasięgu wzroku.
Po zwiedzeniu Quirigua kierujemy się już w stronę granicy z Hondurasem w El Florido. Granica jest czynna przez całą dobę, a my docieramy tam godzinę przed zmrokiem.
Przekraczanie jest dość nietypowe, przynajmniej samochodem. Po przejechaniu za pierwszy szlaban parkujemy z boku i pieszo udajemy się do okienka po pieczątkę wyjazdową z Gwatemali. Przy okazji z jakiegoś powodu musimy uiścić opłatę około 60Q. Chwilę później kierujemy się do biura Hondurasu, gdzie procedura jest podobna, z tym że wypełniamy deklaracje celne i płacimy ok 3$. Po tym wszystkim wracamy do auta i przejeżdżamy przez drugi szlaban. Nikt też nie pyta w jaki sposób się przemieszczamy, czy przewozimy coś czego przewozić nie powinniśmy.
Zatem ruszamy dalej w drogę, już w Hondurasie. Do Copan mamy tylko 10 km i na miejsce dojeżdżamy, gdy powoli robi się ciemno. Znajdujemy przyjemny hostel i idziemy na miasto. Pomimo, że jest ciemno to na ulicach jest sporo ludzi i czujemy się bezpiecznie. Żeby coś zjeść musimy zdobyć trochę lempirów, a o tej godzinie jest to możliwe w jednym z trzech bankomatów (z czego tylko dwa działają). Nie wiem dlaczego ale nie sposób wybrać gotówki z MasterCard, a z opresji ratuje nas Visa.
Wracając do hostelu kupujemy tradycyjne danie Hondurasu – baleada. Jest to dość gruby placek a la torilla wypełniony pastą ze smażonej fasoli, jakimiś warzywami i ewentualnie mięsem.