Teheran

W stolicy jestem wczesnym rankiem. Z północnego dworca podchodzę parę kroków do metra, którym następnie jadę bardziej do centrum, gdzie jestem umówiony z moim gospodarzem z CouchSurfingu. Co prawda nie ma go w domu ale sąsiad wpuszcza mnie  do środka. Raz dwa się przepakowuję, ubieram na siebie ciepłe rzeczy i wychodzę zwiedzać miasto. W związku z utknięciem na Keszm przyjechałem później niż pierwotnie planowałem i to jest mój ostatni pełny dzień w Iranie. Obchód miasta zaczynam od położonej przy stacji metra jaskini szpiegów czyli byłej – opuszczonej w następstwie rewolucji w 1979 roku ambasady Stanów Zjednoczonych. O wydarzeniach z tamtego okresu opowiada film „Operacja Argo” w reżyserii Bena Afflecka. Obecnie budynek ambasady pełni funkcję muzeum i co ciekawe, jest za darmo! Ewenement w Iranie. Przed wejściem strażnik tylko pyta, jakby to miało znaczenie, skąd jestem. Może Amerykanów nie wpuszczają?

IMG_5779_a_a.jpg
Na murze od zewnętrznej strony wymalowany jest chyba jeden z bardziej znanych murali przedstawiający Statuę Wolności z trupią czaszką zamiast głowy i kontur Iranu z namalowanym drutem kolczastym wpisany niejako w barwy flagi USA. Wewnątrz posesji, na trawniku okalającym budynek rozstawiono plakaty propagandowe, z którymi w obecnej sytuacji politycznej na świecie trudno się nie zgodzić.
Środek budynku został z grubsza zachowany bez zmian przez prawie 40 lat. Pokoje wypełnia archaiczny sprzęt szyfrujący używany w tamtych czasach oraz stworzone inscenizacje ukazujące wydarzenia z ówczesnego okresu jak np. szturm studentów na ambasadę czy zestrzelenie pasażerskiego samolotu w barwach Iranu przez amerykański lotniskowiec. Ambasada jako muzeum jest w istocie bardzo ciekawa i jakże różna od typowych obiektów muzealnych z wystawionymi na ekspozycji starociami.

IMG_5794_a_a.jpg

Kolejne miejsce, które odwiedziłem nie jest również typowym muzeum, bo przede wszystkim nakłada na zwiedzających mnóstwo obostrzeń i zakazów. Cała elektronika włącznie z telefonem zostaje w depozycie. Po wejściu do wnętrza zwykle jesteśmy dołączani do którejś z już zwiedzających wycieczek z przewodnikiem i trwa to 30-40 minut. Samo muzeum jest początkowo trudne do zlokalizowania bo… mieści się budynku banku. Trzeba wejść do środka i skierować się do odpowiednich drzwi. Mam tu na myśli Narodowe Muzeum Klejnotów, w którego zbiorach znajdują się niewypowiedziane ilości diamentów, szmaragdów, rubinów, pereł, szafirów i wszelakich innych kamieni szlachetnych jakie nam tylko przyjdą na myśl. Większość z nich oczywiście zdobi korony, bransoletki, miecze czy nawet fotel tronowy.  Niestety z braku możliwości fotografowania wewnątrz skarbca ciężko jest odpowiednio ująć w słowach bogactwo i piękno klejnotów jakie się tam znajdują. Nie sposób również oszacować ich wartości, ponieważ znaczna ich część jest unikatowa, jedyna w swoim rodzaju i nigdy nie była wyceniana.

Po wyjściu ze skarbca idę dalej przez miasto w stronę Pałacu Golestan, który stanowił pałac szachów Iranu. Nie zwiedzam jednak budynku, a przechadzam się po ogrodach. Popołudniowe słońce zaczyna zniżać się coraz bardziej jednocześnie oświetlając mury budynku i ciepłą barwą malując po pięknie zdobionych, kolorowych mozaikach. Zawsze jestem pełen podziwu dla tej misternej, ręcznej roboty i sposobu układania, dzięki któremu wszystkie te malutkie płytki do siebie tak idealnie pasują.

IMG_5818_a_a.jpg

Pałac Golestan

IMG_5806_a_a.jpg

Przez południe było nawet ciepło. Z tym, że to już nie to ciepło co tydzień wcześniej ale z -11C nad ranem ociepliło się do okolicy zera! Gdzieniegdzie zresztą leżały jeszcze resztki śniegu, który parę dni wcześniej spadł w Teheranie. Na szczęście suche powietrze naprawdę robi robotę, bo nie wyobrażam sobie chodzić tak ubranym u nas przy tej samej temperaturze. Zamarzłbym po 15 minutach!

IMG_5840_a_a.jpg

Bordż-e-Azadi

Ostatnim punktem, do którego zależy mi dotrzeć jest wieża Bordż-e-Azadi – charakterystyczny symbol Teheranu. Zwana Wieżą Królów lub Wieżą Wolności wzniesiona została w 1971 roku za panowania szacha Rezy Pahlawiego dla uczczenia obchodów 2500 lecia Imperium Persów. Za wieżą w tle zarysowują się ledwo widoczne, oświetlone resztkami promieni słonecznych góry Alborz. Duży smog jest również przyczyną, przez którą tak słabo je widać. Niestety Teheran jest jednym z najbardziej zanieczyszczonych miast świat za co odpowiadają głównie samochody, a raczej ich odległy już rok produkcji. Dodatkowo na niekorzyść przemawiają właśnie góry, które od północy blokują dostęp wilgotnym masom powietrza z nad Morza Kaspijskiego, co z kolei skutkuje bezchmurną, słoneczną pogodą w Teheranie. Następstwem tego jest większe promieniowanie UV i zwiększony poziom ozonu. Kiepskiej jakości paliwo będące wynikiem nałożonych sankcji tylko dolewa oliwy do i tak już płonącego ognia.

IMG_5826_a_a.jpg

Wszechobecne korki

Wracając z powrotem do centrum przechodzę przez wielki bazar, gdzie zaopatruję się w daktyle i pistacje, z których przecież Iran słynie. Z obu gatunków wybór jest ogromny i nie ogranicza się do jednego czy dwóch rodzajów. O ile nigdy nie byłem fanem daktyli tak teraz nie mogę się im oprzeć. Są ogromne, słodkie i mięsiste. Palce lizać!

Przypominam też sobie, że przez cały dzień nic nie jadłem i mimo, że nadal nie czuję głodu to wypada coś przegryźć. Wstępuję do małej knajpki na coś pokroju kebaba i zaraz po tym wracam do mieszkania. Wita mnie Masoud wraz z żoną i… kolacją. Tego przyznam, że się nie spodziewałem ale mleko wielbłąda jest zadziwiająco dobre i najbardziej zapada mi w pamięć. W smaku bliżej mu do środkowoazjatyckiego kumysu aniżeli mleka krowiego. Przez jakiś czas jeszcze rozmawiamy, po czym siła wyższa tj. ostatnia i następna doba w podróży wymuszają na mnie trochę snu.

Pobudka już o 4 rano by dotrzeć na położone pod miastem lotnisko. Dojazd jest wyjątkowo prosty bo pół godziny metrem, a następnie busikiem pod sam terminal.

Tym akcentem żegnam powoli Iran przechodząc przez bezproblemową odprawę i wsiadając na pokład Boeinga 737 zmierzającego do Baku.

Szczerze przyznam, że o ile Iran miał swoje piękne akcenty to nie zdołał mnie w zupełności zachwycić. Owszem, jego dobrem jest przede wszystkim to, że wciąż nie jest skażony turystyką i komercją, a zarazem jest na rozdrożu, w którym otwiera się na świat i turystów. Zarazem żałuję, że nie dane było mi odwiedzić zielonego, górzystego Lorestanu na zachodzie kraju czy pochodzić po górach Alborz z najwyższym szczytem Demawend na północy kraju.

Wyspa Keszm

Nad ranem docieram na Keszm. Jest godzina 4  i wiem, że powinienem wysiąść w pobliżu przystani promowej by skierować się na zachód wyspy. Nie chce mi się jednak wstawać – w autobusie za dobrze się śpi więc jadę jeszcze kilkadziesiąt kilometrów w przeciwną stronę. Niecałą godzinę później nie mam już wyboru i wysiadam na poboczu drogi, na prawie zupełnym odludziu. Obok jakieś dwa-trzy samochody, które zjawiły się po tych kilku pasażerów i generalnie nic poza tym. Nie zanosi się na większe ślady cywilizacji w pobliżu zatem ruszam od razu w drogę idąc w przeciwnym kierunku. Widok i atmosfera trochę jak z filmów grozy. Maszeruję bokiem pustej, dwupasmowej drogi, wciąż jest ciemno i na domiar złego niemiłosiernie wieje piaskiem.  Chustę na twarzy naciągam po same oczy. Serce podskakuje mi do przełyku, gdy z lewej i prawej strony słyszę szczekanie psów i widzę jak jedna – kilkunastoosobnikowa grupa rusza na drugą, a ja znajduję się pomiędzy nimi. Ludzi zero, samochodów zero, budynków zero. Tylko droga, piasek i ja. Nawet palmy rosnące na pasie zieleni mnie nie uratują. Jedyne co mi pozostaje to kamera na masywnym kiju, która idealnie nada się jako pałka. Tak uzbrojony, choć o wciąż znikomym poczuciu bezpieczeństwa, maszeruję dalej. Na szczęście psy mnie omijają, tej nocy walka odbędzie się pomiędzy przedstawicielami tylko jednego gatunku.

Z daleka dostrzegam meczet i decyduję się tam poszukać azylu. Bardzo podoba mi się koncepcja meczetu jako miejsca spotkań, odpoczynku, a nie tylko świątyni. Gdy przychodzę trwa właśnie poranna modlitwa ale już kilka minut później wnętrze się opróżnia i wchodzę do środka. Z tego co udało mi się dowiedzieć jest szansa na jakiś autobus z rana, który odjeżdża spod meczetu, także przede mną jeszcze sporo czasu by się wyspać. Układam się pod ścianą, na podłodze meczetu i zasypiam.

Gdy się budzę jest już dzień. Na zewnątrz wciąż piaskiem sypie niby śnieg zimową porą. Próbuję szczęścia z łapaniem darmowego stopa (ten w Iranie jest najczęściej płatny) i po paru nieudanych próbach powoli coś się zaczyna dziać. Dystans jaki chcę pokonać nie jest duży – ledwie 65km, z tym że wymyśliłem sobie mniej uczęszczaną drogę przez środek wyspy. Każdy z kierowców, który się zatrzymuje jedzie zwykle parę kilometrów – tyle co do następnej wioski. Suma summarum korzystając z czterech samochodów, jednego tira i motocykla docieram na miejsce – do Tabl.

Wyspa nie jest jeszcze popularnym miejscem turystycznym i większość odwiedzających stanowią Irańczycy. Poza tym jest listopad i ludzi jak na lekarstwo, a baza turystyczna praktycznie nie istnieje. Zatrzymuję się w jednym z dwóch (jak się później okazuje) miejsc w okolicy i odpoczywam po całonocnej podróży z Sziraz.

IMG_5660_a_a.jpg

Pogoda ani na chwilę się nie poprawia. Jak sypało piaskiem tak sypie nadal. Widoczność marna i jedynie temperatura jako tako bo całe 23C. Zimny front oczywiście dotarł i aż tutaj bo tydzień wcześniej było jeszcze znacznie powyżej 30C. W listopadzie! Można sobie tylko wyobrażać jakie temperatury panują tu latem. Nie ma się co jednak dziwić skoro wyspa leży w cieśninie Ormuz, zaledwie kilkadziesiąt kilometrów od wybrzeżu Omanu i Zjednoczonych Emiratów Arabskich. Sama cieśnina stanowi bardzo ważny szlak handlowy, po którym dziennie przepływa średnio 15 tankowców, co stanowi 40% transportu morskiego i 20% całego przewozu ropy naftowej na świecie. Jakby tego było mało, Keszm od 1990 roku został strefą wolnocłową w związku z czym stanowi również i świetną bazę wypadową dla przemytników. Jak się niebawem okaże i ja nieświadomie wezmę udział w jednej z takich akcji.

Popołudniu widoczność nieco się poprawia i wraz z dwójką Słowaków z pokoju obok wybieramy się na wycieczkę łodzią do lasu namorzynowego. Trafiamy na porę odpływu i większość namorzynów jest widoczna i pokryta warstwą błota. Na brzegach spacerują nieśmiało czaple, kuliki czy warzęchy, a gdy przepływamy zbyt blisko zrywają się do lotu. W jednej z zatok robimy sobie piknik. Nasi „przewodnicy” rozkładają koc i wyciągają chrupki, a Słowacy wchodzą do wody – jest zimna (no, może nie aż tak jak latem w Bałtyku). W mule jest pełno maleńkich dziurek zrobionych przez rybę ze skrzydłami – poskoczka mułowego, doskonale przystosowanego do spędzania czasu poza wodą. Wracając zatrzymujemy się przy opuszczonej chacie rybackiej zbudowanej na palach. Zachodzące słońce powoli zniża się coraz bardziej, a piasek w powietrzu sprawia, że jego tarcza wraz z całym niebem są intensywnie pomarańczowe.

IMG_5707_a_a.jpg

Lasy namorzynowe w okolicy Tabl

IMG_5557_a_a.jpg

IMG_5584_a_a.jpg

IMG_5633_a_a.jpg

Wyspa słynie m.in. z budowy statków zwanych Lenj. Ukończenie jednego zajmuje do dwóch lat i w zależności o standardu może osiągać ceny od 300 000 – 500 000€. Gotowe przykłady tej sztuki stoją tuż obok nabrzeża.

IMG_5643_a_a.jpg

Lenj na tle zachodzącego słońca

IMG_5655_a_a.jpg

Następnego dnia mamy z rana w planach wyjazd do jaskini solnej o tajemniczo brzmiącej nazwie 3N (w rozwinięciu i dosłownym tłumaczeniu: Trzech Nagusów) położonej w zachodniej części wyspy. Jest to najdłuższa solna jaskinia na świecie – ma 6580m. Po drodze zabieramy Basię, Piotra i Karola, których spotkałem już wcześniej wychodząc z meczetu w Sziraz i od tamtego czasu byliśmy w kontakcie. Jest nas mała gromadka więc nasza czwórka wskakuje na pakę jeepa – najlepsze miejsce do jazdy. Co prawda trochę podrzuca, trochę wieje ale zawsze to lepiej na zewnątrz niż w środku.

IMG_5671_a_a.jpg

Po niespełna godzinie docieramy na miejsce. Od kogoś pokroju stróża-przewodnika wynajmujemy czołówki i idziemy wspólnie zwiedzać jaskinię. Wewnątrz panuje w miarę stała, zależna od pory roku, temperatura wahająca się między 28-30C i wilgotność rzędu 100%. Ogólnie mówiąc jest ciepło. Przez jaskinię prowadzi tunel długości 200m, który kończy się ścianą. Po chwili okazuje się, że tuż nad ziemią jest niewielka szczelina, przez którą można dotrzeć do drugiej komnaty. Upieram się by tam dotrzeć. Kładę się na ziemi i zaczynam przeczołgiwać. Szczelina jest wąska na niespełna 30cm. Wiem, bo odpychając się czubkami palców, pięty zahaczają o sklepienie. Wrażenie całkowicie klaustrofobiczne. Na szczęście przejście ma tylko kilka metrów i po chwili jestem po drugiej stronie. Za mną czołga się Karol, Piotr i przewodnik, który nie jest zadowolony z tego faktu ale został chyba podstawiony pod ścianą i nie chciał nas zostawić samych. Miejsce, w którym się znajdujemy jest sporej wielkości jak na jaskinię choć nie przesadnie ogromne. Na środku wznosi się usypany stos soli, po której chodzimy. Podobno jaskinia posiada jeszcze jedno przejście do kolejnej komnaty ale ma ono jakieś 1,5km! Kilka metrów czołgania się po soli przez ciemną jaskinię z tonami skały nad głową to wystarczająco. Zresztą nie jestem sobie nawet w stanie wyobrazić czołgania w tak ciasnej przestrzeni na tak długim odcinku. Na pamiątkę zabieram trochę gruboziarnistej soli do woreczka, która do dziś służy mi w kuchni. Mam tylko nadzieję, że nie spożywam przy okazji całej tablicy Mendelejewa.

IMG_5694_a_a.jpg

Przed wejściem do jaskini

Po powrocie z wycieczki zmieniam miejsce zamieszkania i przenoszę się do ekipy z Poznania. Miasteczko to jedna główna ulica z paroma sklepikami o niewybrednym asortymencie więc robimy małe zakupy na kolację, kupujemy lody i idziemy pospacerować. Na nabrzeżu, przy lesie namorzynowym podziwiamy pamiątki z ususzonych ryb i obserwujemy jak dzieciaki łowią ryby. Basia usiłuje namówić jednego z nich by wypuścił swą zdobycz ale młody jest nieugięty. Wracamy już po zmroku. O tej porze dobrze widać jak w oddali na horyzoncie płonie pochodnia gazowa w rafinerii. Jawi się na horyzoncie niczym gigantyczna świeczka.

O ile wieczór pogoda znów była znośna i widoczność jakby się poprawiła, o tyle rano jest chyba najgorzej z wszystkich dni – ledwo cokolwiek widać, a my tu na wycieczkę jedziemy – do kanionu Chakhooh. Na drodze warunki dość słabe ale oczywiście nie na tyle by nie wyprzedzać!

2016-11-24 11.29.47.jpg

W drodze do wąwozu

Z parkingu do kanionu prowadzi niedługa ścieżka lekko pnąca się w górę. Sam kanion to… dwa kaniony krzyżujące się prostopadle w środku. Wyżłobione w piaskowcu dziury zmuszają nas do przeskakiwania raz wyżej, raz niżej. Mimo, że deszcze występują tutaj niezwykle rzadko to właśnie obecna forma kanionu jest ich dziełem. W dodatku zmienia się po każdych opadach. Miejscowi wpadli na niezwykły pomysł gromadzenia tej wody – wydrążyli na dnie kanionu studnie, w których każdorazowo się ona  zbiera. Stąd też kanion wziął swą nazwę; chah – studnia, kooh – góra. Chwilę krążymy pomiędzy wysokimi ścianami po czym wracamy do samochodu i udajemy się w drugie miejsce na planie naszej wycieczki – do doliny Tandis-ha. Słynie ona z ciekawych form erozyjnych, w których można dopatrzyć się ludzi czy zwierząt. Ciekawostką jest fakt, że dno doliny usłane jest… muszlami. Powód jest prozaiczny – całkiem niedawno (w skali geologicznej) było tu jeszcze morze.

IMG_5715_a_a.jpg

Wąwóz Chakhooh

IMG_5720_a_a.jpg

IMG_5760_a_a.jpg

Dromadery w dolinie Tandis-ha

IMG_5766_a_a.jpg

Po powrocie z wycieczki dogadujemy się z naszym gospodarzem co do transportu w kierunku Laft i przystani promowej, z tym że gdy tam docieramy czeka nas niemałe rozczarowanie. Sznur aut i zła wiadomość – z powodu złej pogody kursowanie promu zostało zawieszone. Nie wiadomo na jak długo. Rzeczywiście pogoda jest dość powiedzieć paskudna. Wieje piaskiem i zaczyna kropić. W dodatku tubylcy dziwnie na nas patrzą i kierowca nie za bardzo chce nas tam zostawiać.
Warto w tym miejscu wspomnieć, że o ile Iran zamieszkują głównie Persowie to wyspę Keszm Arabowie. Ci pierwsi odcinają się zdecydowanie od tych drugich i warto zwracać uwagę na to, by ich ze sobą nie mylić, bo różni ich wiele. Jedną z tych różnic jest między innymi ubiór. Mężczyźni na Keszm noszą długie tuniki zwane diszdasz i chusty kefijje. U kobiet uwagę zwracają przede wszystkim maski noszone na twarzy zwane boregheh. Podobno miały one na celu zmylić krążących po zatoce piratów aby z daleka tak przebrana kobieta wyglądała jak mężczyzna i nie została porwana.

Na nasze szczęście, tuż obok przystani promowej znajduje się centrum handlowe i hotel, w którym dostajemy pokój w bardzo przystępnej cenie. Warunki jednak są mocno surrealistyczne. Pomijając już klatkę schodową przysypaną piaskiem i wszystko inne, co wygląda jakby świeżo ukończone, czekające na ostateczne poprawki. Dopiero gdy się przyjrzeć bliżej wychodzi, że całość została oddana już parę lat wcześniej i w taki prowizoryczny sposób funkcjonuje do dziś. W centrum handlowym pustki. Wolne powierzchnie handlowe czekają na wynajem, a przez szklany dach kapie woda, gdzie dwa piętra niżej na dole tworzy się solidna kałuża.

Rano dopisuje nam szczęście, a przynajmniej tak się nam wydaje, gdy zabiera nas autobus do Isfahanu. Bardziej pasowałby mi bezpośredni do Teheranu ale jak się nie ma co się lubi to się lubi co się ma. Szybkie zakupy i w drogę, a ta ciągnie się wyjątkowo długo. Ponadto szemrana atmosfera hotelu na Keszm nie przestaje nas opuszczać. Dopiero gdy docieramy do Isfahanu prawda wychodzi na jaw. Dlaczego autobus omijał centra miast, dlaczego kierowcy zasłaniali tył autobusu i dlaczego nikt tam nie siedział. O 3 nad ranem, po 16 godzinach jazdy (sic!), na przedmieściach Isfahanu zatrzymujemy się by wyładować kontrabandę. Okazuje się, że przemycaliśmy… jedwabne hijaby z Dubaju. Pomagamy przepakować ładunek do osobowego auta, a jest tego dość sporo bo nie mieści się nawet w bagażniku. Uwijamy się szybko nie dlatego, że panuje pełna konspiracja, lecz ponieważ jest -11C! O ile na Keszm wsiadaliśmy lekko ubrani, było około 20C, o tyle teraz jest ponad 30C mniej. Na szczęście jest sucho i zimno nie jest tak dotkliwe.

Na dworcu autobusowym rozstajemy się. Basia, Karol i Piotr zostają parę godzin w Isfahanie, a ja łapię pierwszy autobus do Teheranu.

Jazd

Do Jazd położonego na styku dwóch pustyń – Wielkiej Pustyni Słonej i Pustyni Lota docieram późnym wieczorem po kilkugodzinnej podróży autobusem z Isfahanu. Nim jeszcze ruszyliśmy w drogę słyszę znajomy język i tuż za mną siadają Gosia ze Zbyszkiem. Na rozmowie jazda upływa nam zdecydowanie szybciej, a po dotarciu na miejsce wspólnie bierzemy taksówkę do hotelu. Meldujemy się i po krótkiej przerwie ruszamy w wąskie uliczki miasta szukać restauracji bo wypadałoby w końcu coś przekąsić. Po 22 jest z tym ciężko ale po parominutowym spacerze coś udaje nam się znaleźć. Siadamy na tapchanach i zamawiamy każdy po zupie. W tym czasie podchodzi do nas jakiś pan i na dzień dobry zaczyna wymieniać po kolei nazwiska naszych piłkarzy: Deyna, Boniek, itd. i tłumaczy, że Mundial, że Argentyna i że on też coś tam dla Iranu jako bramkarz. Zaskoczeni zaczynamy sprawdzać historię mistrzostw świata z 1978 roku, następnie skład reprezentacji Iranu ale jego nazwisko nigdzie nie występuje. Tłumaczy, że on nie grał w pierwszym składzie zatem szukamy w drużynie rezerwowej ale nadal nic. Wyjaśnia, że był ledwie trzecim bramkarzem ale po chwili szukania i tam go nie znajdujemy. Gdzieś tam w każdym razie był, coś tam robił. Nie mniej jednak to miło, że ludzie pamiętają nasze drużyny i zawodników. Podobnie ma się sprawa z współczesną siatkówką. Z Iranem w ramach Ligii Światowej graliśmy wiele razy i parę osób, gdy im powiedzieć, że jesteśmy z Polski (tu: Lechistan) wymieniali dwa-trzy nazwiska naszych siatkarzy.

Jazd stanowi dobrą bazę wypadową na pustynię i tego typu wycieczki są tu organizowane i cieszą się zainteresowaniem turystów. Mnie jednak nie ciągnęło do zobaczenia ogromnych przestrzeni piasku więc szukałem alternatywnych sposobów spędzenia czasu.

Pierwsze co zrobiłem to wybrałem się do sklepu po ładowarkę do telefonu, bo swoją zostawiłem u Ramiego w Isfahanie. Przy okazji dotarłem do kompleksu Amir Chakhmaq, na który składa się meczet, karawanseraj, łaźnia, studnia, tekyeh (miejsca zbiórki Szyitów na modlitwę) oraz lokalne sklepiki

IMG_5053_a_a.jpg

Kompleks Amir Chakhmaq

Kręcąc się w okolicy zagaduję jednego turystę, rozmawiamy parę minut i dopiero przy wymianie podstawowych informacji okazuje się, że spotkałem rodaka – Marcina. Od tego momentu wspólnie ruszamy na zwiedzanie Jazdu. Macin miał na oku muzeum wody, która w tym pustynnym mieście jest cennym nabytkiem więc idziemy obejrzeć je razem. Tam dowiadujemy się m.in. o ludziach-kretach, którzy kopią qanaty – wąskie tunele pod ziemią z miasta w stronę gór, którymi następnie płynie woda. Jeśli rodzina jest bogata to stać ich na wybudowanie własnego kanału. Reszta musi zadowolić się wodą już przez kogoś zużytą i ponownie wpuszczoną do obiegu.

Planów na dłuższy pobyt w Jazd nadal nie mam dlatego zostawiam plecak w hostelu żeby się z nim nie włóczyć niepotrzebnie. Nieopodal wznosi się kolejny meczet – Jameh. Trwają w nim właśnie przygotowania do Al-Arba’in, czyli święta obchodzonego przez szyitów czterdzieści dni po Aszurze. Tak w skrócie jest to święto upamiętniające śmierć wnuka proroka Mahometa. Co się tyczy jeszcze dni wolnych w Iranie to warto nadmienić, że weekend w krajach islamskich zwyczajowo przypada na czwartek i piątek, aczkolwiek powoli odchodzi się od tego i przesuwa na piątek – sobotę ze względu na ułatwienie przedsiębiorstwom międzynarodowej współpracy.

IMG_5058_a_a.jpg

Meczet Jameh

IMG_5039_a_a.jpg

Iran zamieszkują głównie szyici stanowiący ledwie 12% wszystkich muzułmanów. Niedługo później, będąc już w Teheranie rozmawialiśmy między innymi na temat religii i rozłamu Islamu na szyitów i sunnitów dowiedziałem się dokładniej o co chodzi w tym sporze. Geneza konfliktu sięga VII w. naszej ery, gdy prorok Mahomet zmarłszy nie pozostawił po sobie następcy ani nie wskazał jednoznacznie w jaki sposób można by dokonać takiego wyboru . Jedna grupa nie zaakceptowała wyboru przedstawiciela drugiej grupy i odwrotnie, co doprowadziło do konfliktu trwającego po dziś dzień, a którego końca nie widać. Czasem aż ciężko uwierzyć, że spory mogą trwać na przestrzeni tysiącleci, a głównym problemem jest wybór odpowiedniego następcy proroka, który pojawił się wieki temu.

Meczet Jameh oglądamy bardzo pobieżnie by nie krzątać się podczas przygotowań, a poza tym w środku i tak niewiele jest do oglądania. Decydujemy się podążyć do zaratustriańskiej świątyni ognia,  której ogień nieprzerwanie pali się półtora tysiąca lat. Sama świątynia oczywiście jest nowa, wybudowana współcześnie ale ogień był przenoszony parę razy w przeszłości zanim tutaj trafił. Nie mamy szczęścia bo przychodzimy gdy akurat jest przerwa i świątynia jest zamknięta. W godzinach popołudniowych życie i funkcjonowanie instytucji zamiera na pewien czas. Nawet mamy trudności ze znalezieniem lokalu na obiad. Dopiero niedaleko hostelu trafiamy na otwartą restaurację.

IMG_5050_a_a.jpg

Zaratustriańska Świątynia Ognia

Spacerując wcześniej po mieście próbowaliśmy znaleźć miejsce, w którym moglibyśmy spróbować wielbłądziego mięsa i oto przypadkiem, w restauracji do której trafiliśmy jest bufet i właśnie mięso z wielbłąda do wyboru. Powiedziałbym, że smakuje bardzo podobnie do wołowiny i ma zbliżoną strukturę.

2016-11-19 14.44.07.jpg

Mięso wielbłąda, ryż i lody!

Świat jest mały, co zawsze powtarzam i tym razem także okazuje się mały. W restauracji spotykamy Mikołaja i Marcina, z którymi braliśmy tydzień wcześniej taksówkę z lotniska w Teheranie, a dodatkowo dosiadają się do nas kolejni Polacy z dwójką małych dzieci podróżujący już od pół roku własnym samochodem po krajach Azji Środkowej.

Na popołudnie zostawiamy sobie ogród Bagh-e Dolat Abad, do którego docieramy taksówką za parę riali lub tomatów. Kto by na to zwracał uwagę. Centrum ogrodu stanowi pawilon będący niegdyś rezydencją perskiego regenta Karima Khan Zand. Wnętrze budynku choć prezentuje tylko puste mury to zarazem bogato zdobione w bogato zdobione kolorowe witraże. Ogród znany jest również z jednego z najwyższych bo aż 33m badgiru wznoszącego się nad pawilonem. Jazd sam w sobie stanowi duże skupisko badgirów, których jest tu duże zagęszczenie co najlepiej ukazuje widok panoramiczny na miasto.

IMG_5075_a_a.jpg

Badgir w ogrodzie Bagh-e Dolat

IMG_5083_a_a.jpg

IMG_5052_a_a.jpg

Badgiry w Jazd

Czym zatem są badgiry? Niczym więcej jak „łapaczami wiatru” – starożytną wersją klimatyzacji. Zwyczajowo jest on jeden, cztery lub osiem na budynek, a ich zasada działania może być różna. Nie mniej jednak każdy z nich pełni funkcję chłodzenia powietrza. Jedne tylko robią zwykły przeciąg, w innych ciepłe powietrze jest ochładzane przez wodę z qanatu. Gdy nie ma jednak ani wody, ani wiatru stosuje się badgiry solarne, gdzie ciepłe powietrze w kominie jest ogrzewane po czym samoistnie unosi się do góry.

IMG_5042_a_a.jpg

Wracając z ogrodu do centrum przechodzimy labiryntem wąskich uliczek, których mury odgradzają nas od pobliskich domów. Po całym dniu chodzenia wracamy ponownie przed kompleks Amir Chakhmaq, przy którym znajduje się polecana w przewodniku cukiernia. Łatwo ją poznać po tłumach ludzi w środku. Żeby nie pozostać w tyle też decydujemy się na zakup lokalnych słodkości. Najpierw na karteczce zapisujemy co chcemy, podajemy sprzedawcy, ten wybiera dla nas odpowiednie opakowania, waży je po czym daje kwitek, z którym udajemy się do kasy. Po wszystkim wracamy po odbiór naszych smakołyków.

IMG_5062_a_aIMG_5071_a_aIMG_5057_a_a

Po całym dniu wspólnego zwiedzania się rozstajemy. Marcin jedzie na pustynię, a ja odbieram plecak i czekam na swój autobus na południe. Zbliża się godzina wyjścia więc zbieram się złapać taksówkę na dworzec. Przechodzę może 15 metrów od drzwi hostelu i ledwie docieram do ulicy gdy zatrzymuje się obok mnie auto. Opada szyba i ktoś z wnętrza woła żebym wsiadał, podwiozą mnie gdzie zechcę. Chwila zastanowienia, w głowie sceny z filmów, jak zostaję porwany, sprzedany i kto wie co jeszcze, po czym ciągnę za klamkę i gramolę się do środka z plecakiem pod nogami. Trafiłem na rodzinę z dzieckiem. Tacy chyba nie porywają dla okupu, prawda? Jedziemy na dworzec rozmawiając przy tym luźno na temat Iranu, czasów po rewolucji i tego, że nie każdemu się to podoba jednak pamiętając wydarzenia z przeszłości nikt nie odważy się wyjść przed szereg i powiedzieć „dość”.

 

Isfahan

Do Isfahanu docieramy po niespełna trzygodzinnej jeździe autobusem z Kaszanu. Jest późno. Z dworca odbiera nas nasz kolejny gospodarz i wspólnie autem wracamy do domu, gdzie na stole czeka już kolacja. Uzupełniając kalorie, bo w ciągu dnia nie było czasu na jedzenie, rozmawiamy na temat naszych kultur oraz sytuacji w jakiej znalazł się współczesny Iran. A znalazł się w całkiem nieciekawej, obłożony wszelkimi sankcjami skutecznie tłumiącymi rozwój gospodarczy kraju. Co prawda niedawno zaczęto rzekomo je znosić i uwalniać Iran z kajdanów ale od każdego słyszymy, że to wciąż fikcja. Pomimo wielu bogactw naturalnych, od ropy począwszy na przesłodkich daktylach kończąc, nie można tych dóbr narodowych w większym stopniu eksportować i czerpać zysków z handlu. Podobno dochodzi nawet do sytuacji, że Włosi lub Hiszpanie skupują oliwki, przetwarzają i gotowe produkty oznaczają jako swoje. Analogicznie z innymi towarami.

Nie łatwiej wygląda sytuacja z dostępem do alkoholu, który jest zakazany i nie można sobie ot tak pójść do sklepu i kupić co na co tylko przyjdzie nam ochota. Oczywiście dla mieszkańców to nie problem i istnieją sposoby by otrzymać upragniony trunek. Zwykle wystarczy zagadać do odpowiednich osób (np. w sklepie) i zaraz lub po godzinie coś się znajdzie. Irańczycy radzą sobie jak mogą i również w swoich domach produkują wina, robią nalewki czy pędzą bimber dla własnej konsumpcji. Słyszałem opowieści od osób, które miały okazję uczestniczyć w imprezach urodzinowych, na których ktoś dowiózł alkohol. Wszystko jest dostępne jeśli się wie gdzie szukać. Podobnie jest jak słyszałem z środkami odurzającymi czy… wieprzowiną. Przy czym w tym towarzystwie alkohol traktowany jest jako błahostka. Oczywiście nie taka jak u nas, gdzie skończyłoby się na upomnieniu i do domu. Najprawdopodobniej za alkohol trzeba by było swoje odsiedzieć i dostać parę razów batem po plecach. Drugi biegun zajmuje wieprzowina, której spożywanie jest moralnie o wiele, wiele gorsze, a kary znacznie surowsze.

IMG_4904_a_a

Wielki Bazar

IMG_4735_a_a

W Isfahanie jest więcej ciekawych miejsc wartych odwiedzenia aniżeli w Kaszanie. Jednym z nich jest jeden z najstarszych i najdłuższych bazarów na Bliskim Wschodzie, którego początki sięgają XVII wieku, a długie na dwa kilometry arkady łączą stare i nowe miasto. Przechadzając się jego wąskimi uliczkami obserwuję sprzedawców handlujących dywanami, naczyniami, wszelkiej maści ubraniami, pamiątkami, przyprawami oraz od czasu do czasu daktylami. Jak nigdy nie byłem fanem tych ostatnich, tak w Iranie nie można się im oprzeć. Są dojrzałe, miękkie, mięsiste i tak słodkie jakby dojrzewające w cukrze. Palce lizać! Dodajmy do tego kilkanaście rodzajów pistacji – solonych bądź zwykłych i można organizować ucztę.

IMG_4787_a_a.jpg

Sklep z perskimi dywanami

IMG_4760_a_a.jpg

IMG_4757_a_a

Mieszanka przypraw

Wielki Bazar otacza wpisany na listę UNESCO Plac Naksz-e Dżahan zwany również Placem Królewskim bądź Placem Imama. Przy wymiarach 512 x 159m jest drugim największym placem na świecie po chińskim Placu Niebiańskiego Spokoju (Tiananmen). Pierwotnie miał służyć jako miejsce ceremonii królewskich i boisko do gry w polo. Południową stronę placu zajmuje Meczet Królewski, po zachodniej pałac Ali Kapu, a po wschodniej Meczet Szacha Lutf Allaha, do którego zmierzam w pierwszej kolejności. Uiszczam opłatę za wstęp i już jestem w środku. Nie ma wielu turystów ale to i lepiej. W dodatku dziedziniec wewnętrzny jest duży i można swobodnie spacerować. Oglądając wcześniej meczety i medresy w Uzbekistanie te irańskie wypadają zdecydowanie na niekorzyść. W dużej mierze są zniszczone, tu i ówdzie toczą się jakieś prace remontowe i przy których wznoszą się rusztowania. To co niewątpliwie łączy te meczety to piękne, bogato zdobione płytki pokryte mnóstwem florystycznych i geometrycznych wzorów.

IMG_4995_a_a.jpg

Meczet Szejka Lotfollaha

IMG_4999_a_a

IMG_4984_a_a

IMG_4765_a_a

Plac Naqsh-e Jahan Square

IMG_4895_a_a.jpg

Plac Imama Ali

IMG_4828_a_a

Meczet Naqsh-e Jahan

IMG_4821_a_a

IMG_4829_a_a

IMG_4853_a_aPrzechodzę uliczkami Wielkiego Bazaru, które popołudniu pustoszeją i całkowicie się wyludniają. Robi się wręcz dziwnie gdy idę w środku dnia jednym z największych targów i nie spotykam nikogo. Na światło słoneczne wychodzę dopiero po drugiej stronie. Od razu wszystko wraca do normy, życie toczy się dalej. Gdy tak idę w stronę meczetu Jameh ktoś wręcza mi do ręki kubek z herbatą i odchodzi. Ot tak, zupełnie bez powodu. Przez chwilę stoję zdezorientowany sytuacją, która właśnie zaszła, po czym ruszam dalej.

IMG_4867_a_a

Meczet Jameh

IMG_4880_a_a

IMG_4884_a_a

Meczet Jameh jest chyba najstarszym irańskim meczetem, którego początki sięgają VIII wieku, kiedy to pełnił funkcję świątyni zaratustriańskiej. Jego cechą charakterystyczną są cztery ejwany (przesklepione pomieszczenia ze sklepieniem w formie łuków). Przychodzę godzinę przed zamknięciem stąd muszę się trochę pospieszyć ze zwiedzaniem by zdążyć obejść cały kompleks, a nie jest on mały.

O ile w ciągu dnia na Placu Imama było sporo ludzi – piknikujących i odpoczywających na trawie, o tyle po zmroku jest ich jeszcze więcej. Generalnie życie toczy się jak wszędzie i wbrew opiniom Iran jest takim samym państwem jak każde inne, a nawet więcej, jako że mieszkańcy nie skażeni masową turystyką są wciąż otwarci, gościnni i ciekawi zagranicznych odwiedzających. Jakiś student zaczepia mnie na placu i pyta czy nie udzielę mu wywiadu przed kamerą i odpowiem na parę pytań potrzebnych do pracy dyplomowej. Chodzi głównie o postrzeganie Iranu w naszym świecie i ewentualne, choć niczym moim zdaniem nieuzasadnione, obawy przed przyjazdem.

IMG_4777_a_a.jpg

Pałac Aali Qapu

IMG_4964_a_a.jpg

IMG_4902_a_aNa drugi dzień zwiedzania zostawiam sobie ormiańską Katedrę Świętego Zbawiciela (Vank), której wnętrze zdobią niesamowicie misternie malowane freski przedstawiające sceny biblijne.

IMG_4928_a_a.jpg

Freski w katedrze Vank

Tuż obok kościoła mieści się muzeum upamiętniające ludobójstwo Ormian dokonane przez Imperium Osmańskie w latach 1915-1917 podczas I Wojny Światowej. Jest to drugie najlepiej udokumentowane po Holocauście ludobójstwo.

W sercu miasta, nad rzeką Zayandeh stoi jeden z jedenastu mostów w Isfahanie – Si-o-seh pol o trzydziestu trzech łukach. Nad rzeką to obecnie na wyrost powiedziane, ponieważ w związku z nieudolną gospodarką wodną i przekierowaniem wody w kierunku Yazd, koryto rzeki jest wyschnięte na pieprz i można przejść na drugi brzeg suchą stopą. Obecnie woda pojawia się tylko na krótki okres parę razy w roku. Smutny to widok oglądać tak potężny most rozpostarty nad spaloną słońcem trawą. Dawniej w poniektórych podcieniach mieściły się herbaciarnie, które jednak zlikwidowano pod pretekstem likwidowania tajnych spotkań konspiracyjnych, których uczestnicy się tam rzekomo mieli gromadzić.

IMG_4796_a_a.jpg

Most Si-o-seh pol