Nowa Zelandia – Wyspa Południowa

Początek zaczął się dość niefortunnie, bo już na lotnisku w Katowicach okazało się, że nie mogę przewieźć roweru w bagażu rejestrowanym tylko muszę wykupić sprzęt sportowy. Absurdalna sytuacja bo spakowany rower nie przekroczył żadnych wymiarów ani limitów. Ot, zwykłe widzimisię obsługi. Na szczęście dalsza część podróży minęła względnie bez przeszkód nie licząc faktu, że tuż po wylądowaniu w Luton i odebraniu bagażu, spiesząc na autobus i człapiąc nieudolnie przez lotnisko z 40kg torbą na jednym ramieniu i 15kg na drugim, ta pierwsza zsunęła mi się wprost na kciuk, który nie wytrzymał naporu i wygiął się aż nazbyt intensywnie. Spowodowało to niemiłosierny ból, opuchliznę i wykluczenie kciuka z użytkowania na następne tygodnie.

Poruszanie się z tym bagażem po Londynie było prawie awykonalne. Każde 50m wymagało nieludzkiego wysiłku i paru minut przerwy na złapanie oddechu. Trzykrotnie zapytano mnie czy w środku są zwłoki, bo torba rozmiary miała słuszne.

Z urzędu pocztowego, obok którego przechodzę, odebrałem swoje nowe siodełko – Brooks Flyer. Stare poszło od razu do kosza. Nie było wyjścia, musiało się sprawdzić. Jakoś dowlokłem się do Victoria Station, gdzie za 20£ (12,5 za pierwszą dobę i 7,5 za każdą kolejną) mogłem zostawić rower w przechowalni. Tak naprawdę bardziej dzięki uprzejmości obsługi, bo torba była za duża i za ciężka by dało się ją prześwietlić. Tak lżejszy o kilkadziesiąt kilogramów poszedłem na miasto spotkać się z Magdą. Jako, że w Londynie byłem całkiem niedawno, bo schyłkiem ubiegłego lata, to spacerowanie nie było czymś, co by mnie akurat teraz najbardziej interesowało. Szczególnie w lutym. Co prawda temperatura i tak była znacznie powyżej 10C i świeciło słońce, co dawało 15C ciepła więcej względem tego, co zostawiłem za sobą w Polsce.

Wybrałem się na spacer do Camden Town, którego stragany i atmosfera bardzo mi się podobała. Poza tym podczas poprzedniej wizyty w Londynie wpadła mi w oko całkiem ładna torba, której chciałem się jeszcze raz przyjrzeć. Nie kupiłem jej jednak dlatego, że przede mną prawie dwa miesiące nieustannej podróży i trochę by przeszkadzała.

W następnych krokach udałem się do British Museum, w którym tym razem skupiłem się wyłącznie na najciekawszych w moim odczuciu i najbardziej interesujących eksponatach (kamień z Rosetty, zbroja samuraja, rzeźby Partenonu, itp). Po krótkiej wizycie skierowałem się do Nature i Science Museum. To pierwsze wybrałem najpierw, jako że do Science Museum była większa kolejka, a właśnie zaczynało padać, więc czym prędzej chciałem znaleźć się w środku. Po zakończonej wizycie w Science Museum była z kolei jakaś ewakuacja także na tym zakończyłem dzień zwiedzania i wróciłem do mieszkania.

Następny poranek rozpocząłem już skoro świt by mieć pewność, że we wszystkim zdążę. Wrzuciłem coś na ząb pomimo wczesnej pory i pojechałem na Victoria Station odebrać rower. Pomijając dźwiganie go od przechowalni do metra, to dotarcie na Heathrow z jedną przesiadką i to bez zmiany peronu, nie było trudne. Na lotnisku mogłem skorzystać z wózka, więc było mi już znacznie lżej. Zostały ostatnie przepakowania by choć w nieznacznym stopniu zbliżyć się do limitu 30kg. Szczęśliwie udało się , że nikt nie zważył mojego bagażu, a w drodze do stanowiska bagażu ponadwymiarowego dorzuciłem jeszcze parę drobiazgów by ulżyć sobie co nieco z podręcznego. Reszta poszła już jak z płatka, choć w połowie kontroli bezpieczeństwa przypomniałem sobie, że mam ze sobą większość kosmetyków. Na szczęście wszystkie poniżej 100ml, więc to nie problem. Pozostało mi już tylko w spokoju oczekiwać na boarding. Potężny A380 linii Thai Airways stał już zaparkowany przy rękawie.

Pomimo tego, że miałem miejsce przy samym oknie to jednak dość niefortunne, bo na środku skrzydła tego ogromnego kolosa. Jedyne co widziałem to niebo, a jeśli nie było chmur to widoki musiały być naprawdę ciekawe.

W niedługo po starcie załoga podała obiad, a poza tym czas spędzałem na oglądaniu filmów. Jakoś w połowie lotu wdałem się rozmowę z pasażerem z sąsiedniego fotela, który leciał do  Tajlandii na wakacje. Tak też na rozmowie i zerkaniu na film upłynęła nam dalsza część lotu. Im bliżej było do lądowania tym senność dawała się bardziej we znaki. Nad Bangkokiem powoli wstawał właśnie nowy dzień.

W kolejce do odprawy paszportowej spędziliśmy standardowo godzinę. Toby odebrał swój bagaż, a ja z kolei zostawiłem swój i wspólnie udaliśmy się na miasto.

IMG_0099

Bangkok przywitał nas pięknym słońcem, wysoką temperaturą i oczywiście egzotycznymi owocami, których tak mi brakowało, a które można było kupić tu na każdym kroku, czego sobie wcale nie odmawiałem. Królowały słodkie i soczyste ananasy, orzeźwiające kokosy, dojrzałe mango i papaje, a widząc smocze owoce wziąłem od razu dwa na dalszą drogę. Toby zameldował się w hostelu, a następnie udaliśmy się zwiedzać Wielki Pałac Królewski. Ludzi było wszędzie co nie miara, jakby w jakieś święto, o czym mogły świadczyć porozstawiane dookoła stragany. Jeżeli rzeczywiście było to święto to chyba jakieś wojskowe lub policyjne, na co wskazywały porozstawiane banery. Nie brakowało również plakatów i billboardów upamiętniających niedawno zmarłego króla, który cieszył się w Tajlandii ogromnym szacunkiem i uwielbieniem.

Giant statues in Bangkok national royal palace, Thailand

IMG_0075

Leżący Budda

IMG_0088

Pałac obeszliśmy dość pospiesznie ze względu na tłok, jaki w nim panował. W drodze do Wat Pho – świątyni leżącego Buddy trochę się zagadaliśmy, a że czas mnie powoli zaczynał gonić to świątynię obejrzałem już sam zostawiając Toby’ego z napotkanymi wcześniej turystami. W moim odczuciu Wat Pho jest zdecydowanie ciekawsza od Wielkiego Pałacu, a bilet wstępu pięć razy tańszy. Początkowo planowałem, że przejdę jeszcze przez chińską dzielnicę ale nie bardzo miałem już na to czas, więc zamiast tego pozwoliłem sobie na długi – kilkukilometrowy spacer w stronę stacji. Po drodze wstąpiłem do jakiegoś zapomnianego przez świat lokalu na zupę w zupełnie nieturystycznym miejscu. Jedzenie uliczne w Azji ma swój klimat i często jest smaczniejsze niż w typowej restauracji w zachodnim stylu.

IMG_0065

Pałac królewski

Na lotnisko docieram ze sporym zapasem czasu i przy bramce stawiam się dużo wcześniej. Ten – także 11,5h odcinek pokonam na pokładzie wysłużonego trochę A330-200. Po przeszło trzydziestu paru godzinach bez snu oczy mi się same zamykają i usypiam momentalnie po starcie. Budzę się tylko na posiłki i zmianę pozycji. Do żywych wracam dopiero gdzieś nad Morzem Tasmana – daleko po minięciu Australii. Coraz bardziej zaczynam się martwić czy aby 2,5h czasu na przesiadkę w Auckland to wystarczająco. Czeka mnie nie tylko kontrola paszportowa, gdzie na oficjalnej karcie imigracyjnej dla własnego dobra wolę zaznaczyć, że nigdy nie byłem deportowany oraz odpowiedzieć na parę standardowych pytań typu jak długo zamierzam pozostać w Nowej Zelandii, co będę tutaj robił i jak długo byłem w Tajlandii. Padają również pytania o mój pobyt w Azerbejdżanie oraz Iranie ale po tej bardzo standardowej procedurze dostaję wizę na trzy miesiące i spieszę odebrać bagaż, z którym następnie ustawiam się do kontroli biologicznej. Deklaruję posiadanie suchego jedzenia oraz sprzętu sportowego, więc czeka mnie jeszcze jedna kolejka do sprawdzenia tego wszystkiego. W zasadzie idzie łatwo i sprawnie, a sama kontrola zajmuje ledwie parę minut. Sprawdzana jest głównie czystość opon w rowerze i szpilek namiotu. Od terminala krajowego dzieli mnie 900m. Ścieżka jest oznaczona więc w dziesięć minut pchając wózek docieram na miejsce. Jestem trochę zakręcony szukając stanowiska odpraw bo z wielką torbą z rowerem w środku pakuję się aż do kontroli bezpieczeństwa! Po chwili do mnie dociera gdzie ja to chciałem wejść i wracam przeciskając się między linami. Całe szczęście, że parę godzin wcześniej na lotnisku w Bangkoku dokupiłem dodatkowe paręnaście kilogramów bo teraz mogę bez stresu rozpakować moje blisko 45kg i przestać udawać, że jak to, to przecież tylko 30kg (czyli tyle ile bagaż rejestrowany w Thai).

Lot do Queenstown położonego na południowej wyspie odbywa się na pokładzie samolotu lini JetStar, z którymi miałem już okazję lecieć przez Australię parę lat wcześniej. Niestety trafia mi się środkowe miejsce, w dodatku wśród azjatyckiej wycieczki i nici z rzekomo zapierających dech w piersiach widoków. Poza tym jestem troszkę zmęczony po przeskoczeniu 13 stref czasowych i zwiedzaniu Bangkoku, mimo sporej ilości snu złapanej w drodze do Auckland, więc korzystając z okazji ponownie zasypiam.

W Queenstown wita mnie piękne niebieskie niebo i słoneczne, ciepłe popołudnie. W punkcie Vodafone kupuję kartę SIM. Mają w ofercie bardzo fajny pakiet dla turystów – 200 minut w sieci (także na europejskie numery), 200 SMS oraz 3GB do wykorzystania przez 2 miesiące w cenie 49$. Są jeszcze inne pakiety ale ten najbardziej mi odpowiada.
W miejscu odbioru oversize luggage odbieram swój rower. Jak zawsze w takiej sytuacji mam obawy czy wszystko doleciało w całości ale szczęśliwie tak. Przed lotniskiem znajduje się punkt serwisowy dla rowerów z uchwytem w ścianie, na którym można zawiesić rower i zabrać się za składanie. Odwijam metry folii bąbelkowej i upycham ją z ledwością w koszu. Po godzinie jestem gotowy do drogi, choć wiem, że poprawianie ładunku, dopasowywanie sakw, dokręcanie wszystkich śrubek, pedałów, itp. jeszcze zajmie parę dni aby dojść do stanu, w którym wszystko będzie funkcjonowało jak w idealnie naoliwionej maszynie.

IMG_0117_a

Z lotniska do miasta jest dosłownie kawałek. Można powiedzieć, że lotnisko leży przy wjeździe do Queenstown. Zaczynam od stacji benzynowej, na której koniecznie potrzebuję kupić benzynę do kuchenki. Bez tego ani rusz żeby gotować. Mam przejściowe problemy z dostaniem takiej małej ilości paliwa ale proszę jednego z kierowców żeby mi odlał trochę do butelki. Nie był to dla mnie dobry interes bo za niecały litr chciał prawie 3$ ale czasem nie ma wyjścia. Później nauczony doświadczeniem będę korzystał tylko ze stacji samoobsługowych, gdzie najpierw obciąża się kartę, a później tankuję. Minusem takiego rozwiązania jest to, że przez parę dni potrafią na karcie zablokować kwotę rzędu 150$. Nieopodal w sklepie sieci PAK’n’SAVE robię zakupy spożywcze i dociążam rower prowiantem na najbliższe parę dni. Pierwsze zetknięcie z cenami w Nowej Zelandii jest szokujące i z czasem wcale nie będzie mi się łatwiej do nich przyzwyczaić. Po odhaczeniu tych rutynowych zadań na liście mogę wreszcie wyruszyć w drogę. Wiem, że niebawem będę przeklinał wszystko i narzekał na wiatr, nawierzchnię, pogodę i co się jeszcze tylko da ale teraz naprawdę nie mogę się doczekać jazdy, szczególnie po tylu godzinach spędzonych w podróży i samolotach. Poza tym miło jest się przejechać rowerem w piękne, ciepłe, słoneczne lutowe popołudnie. Z mapy wiem, że przy drodze wiodącej na południe wzdłuż jeziora Wakaitpu nie ma za bardzo miejsc na nocleg ale po niespełna 18km znajduję kawałek ustronnego, trawiastego terenu, który idealnie nadaje się pod namiot. Słońce zachodzi za górami parę minut przed 21 ale widno jest jeszcze przez godzinę. Niestety nie ma tu zejścia do jeziora ale przezornie wziąłem trochę wody do butelek więc mogę coś ugotować.

Dopiero następnego ranka po przejechaniu paru kilometrów znajduję idealne miejsce na postrój przy jeziorze. Woda nie jest zbyt ciepła ale za to jezioro Wakaitpu uchodzi za najczystsze na świecie – 99,9% czystości. Większe szanse są na to, że woda tegoż jeziora jest czystsza aniżeli butelkowanej. Nawet po tym jak postanowiłem się w nim wykąpać. Ahh, od razu lepiej po takim odświeżeniu i przebraniu w czyste ubrania.

IMG_0123_a

W Kingston wjeżdżam na jedną z wielu nowozelandzkich ścieżek rowerowych – Around the mountains prowadzącą dookoła gór Eyre. W większości nawierzchnia jest szutrowa i prowadzi w niewielkim oddaleniu od głównej drogi, poprzez pola i łąki. Wyjechałem też z Otago i znalazłem się w prowincji Southland. Im bardziej jadę na południe tym krajobraz staje się mniej górzysty. Powoli przechodzi we wzgórza i pagórki, pola, łąki i lasy. Do Alp Południowych jednak jeszcze wrócę i to w pełni, w momencie gdy będę jechał wzdłuż nich, przez nie i po nich. Ale to za parę dni. Miejsce na nocleg znajduję wręcz idealne, choć początkowo zaczynam się martwić bo perspektywy są słabe. Przede wszystkim w Nowej Zelandii nie można ot tak sobie nocować, gdzie się chce, a przynajmniej w teorii tak to powinno wyglądać. Przed wyjazdem spędziłem sporo czasu wertując przepisy i interpretacje by nie być zaskoczonym na miejscu. W praktyce istnieje ogólne przyzwolenie na nocleg na dziko ale wiele regionów bądź miast wprowadza swoje zakazy, co jest bardzo powszechne i stąd spora część kraju jest jakby wyłączona z takiego biwakowania. Są oczywiście wyznaczone ku temu miejsca, które dzielą się na „self-contained”, czyli nocowanie jest dozwolone w odpowiednio do tego przystosowanym pojeździe. Sprowadza się to po prostu do konieczności posiadania niebieskiej naklejki na szybie, która potwierdza posiadanie toalety na pokładzie. Wtedy jest się „self-contained”. W każdym innym przypadku, czy to nocując w samochodzie, namiocie czy jakkolwiek jeszcze inaczej zostają nam pozostałe miejsca. Tych z kolei też nie jest wcale mało, a z pomocą w ich odnalezieniu przychodzą dedykowane aplikacje na telefon. Dla podróżujących samochodem nie stanowi to problemu jeśli można podjechać dodatkowe parę-naście/dziesiąt kilometrów by skorzystać z takiego miejsca. Na rowerze to już nie jest takie hop jakby się chciało. Nie mniej jednak miejsce znajduję i to całkiem ładne bo nad rzeką. Ba, jest wręcz bardzo malownicze, położone jakby w ogromnej dolinie otoczonej znacznie oddalonymi górami. Tuż obok leniwie płynie rzeka i widać, że panuje teraz pora sucha bo wody w niej jest mało, a w razie konieczności do dyspozycji ma kilkukilometrowej szerokości płaską dolinę. Robię szybkie pranie, wcinam obiadokolację i kładę się do namiotu. Mimo, że przestawiłem się prawie od razu zarywając noc i następnie śpiąc w samolotach to senność w połączeniu ze zmęczeniem daję się we znaki i bardzo szybko usypiam.

IMG_0132_a
Noce nie są za gorące i ubieram na siebie co najmniej dwie warstwy ubrań. Dni z kolei są dla odmiany bardzo ciepłe, wręcz gorące. Momentami temperatura na liczniku bez większych problemów przekracza 35C, a poniżej 30C spada dopiero po godzinie 18. Przejeżdżając przez park The Catlins w cieniu sięgnęła 39C! Dość powiedzieć, że było gorąco, a pedałowanie w takiej pogodzie było lekkim wyzwaniem. Z drugiej strony lepiej tak aniżeli miałoby być zimno, deszczowo i paskudnie. Ale spokojnie, na wszystko przyjdzie pora. Już ja znam swoje szczęście. W The Catlins skończył się asfalt i jechałem szutrową, prawie bezludną drogą. Od czasu do czasu przejeżdżała tylko jakaś ciężarówka wioząc ścięte drzewa z lasu.

IMG_0135_aIMG_0140_aIMG_0155_aIMG_0158_aIMG_0159_a

Okolica początkowa przypominała bardzo nasze pagórkowate, zielone Pieniny czy Beskid Niski, a dopiero z czasem przeszła trochę w tropikalny, gęsty las. Dało się to odczuć między innymi przez duchotę jaka panowała w pobliżu. Powoli zaczynały dopadać mnie różne przygody i nieprzewidziane zdarzenia. A to zgubiłem śrubkę od bagażnika, który w następstwie osunął się i spadł prawie, że na ziemię, a to z kolei w nocy nie zamknąłem sakwy,  kiedy to zerwała się wichura i wywiała folię, którą był przykryty rower i do środka napadał deszcz. Po jednej nocy w chatce wędkarzy nad rzeką, w której postanowiłem przenocować by nie rozkładać namiotu zgubiłem pokrowiec na rower, z którym przyleciałem. Wróciłbym się po niego ale nie miałem do końca pewności, gdzie go tak naprawdę zostawiłem, a poza tym zorientowałem się jakieś dwa dni później i 150km dalej. Szkoda było wracać. Pokrowca było tym bardziej szkoda ale miałem półtorej miesiąca by rozważyć w jaki sposób zapakuję się i wrócę do domu. Pogoda cały czas dopisywała, dojechałem nawet do oceanu i parę kilometrów jechałem jego brzegiem aż do latarni morskiej Nugget Point. Przed Milton ponownie skierowałem się wgłąb wyspy. To co mnie wtedy uderzyło to to, że przy temperaturze 26C miałem wrażenie, że powietrze jest wręcz lodowate. Jakby włożyć głowę do zamrażarki. Dopiero parę kilometrów dalej od wybrzeża, po przejechaniu kilkunastu pagórków temperatura wróciła do znacznie przekraczającej 30C i standardowego upału. Zjawisko to wynika zapewne z faktu, że z Nowej Zelandii jest już stosunkowo blisko na Antarktydę, a przypływających stamtąd mas powietrza nic nie blokuje i zdarza się, że powietrze, które dociera nad wyspę jest lodowato mroźne. Nawet pomimo wysokiej temperatury w piękny, słoneczny dzień. W Lawrence rozpoczyna się kolejna ze ścieżek – Clutha Gold Trail, która od miejscowości Beaumont prowadzi wzdłuż rzeki Clutha. Szlak jest tak malowniczy, że aż ciężko go opisać. Ścieżka wije się razem z rzeką pomiędzy górami mijając po drodze opuszczone farmy lub po prostu wiodąc przez kompletne pustkowia. Korzystając z uroków sprzyjającej aury wskakuję do rzeki by się trochę ochłodzić i obmyć. Otago jest bardzo suche i dopiero z czasem rzuca się w oczy jak mało drzew tu rośnie, a tylko żółte, wyschnięte trawy pokrywają okoliczne wzgórza. Nie mniej jednak nie jest to krajobraz surowy.

IMG_0170_a

Latarnia w Nugget Point

IMG_0171_aIMG_0172_a
W miejscowości Alexandra robię większe zakupy, szczególnie potrzebuję kremu z dużym UV bo południowe słońce daje ostro popalić. Ma to pewnie związek z dziurą ozonową, która w tej okolicy jest powiększona i do ziemi dociera więcej promieniowania UV. Warto się dobrze nasmarować! Bagażnik dopełniam też prowiantem na najbliższe parę dni. Zazwyczaj rzadko jest tak, że w okolicy nie ma sklepów, a jeśli już to i na stacji benzynowej da się kupić najbardziej potrzebne rzeczy. Jedna w supermarkecie i wybór większy i ceny niższe. Najwięcej korzystam chyba z New World, a dużo cen jest niższych dla posiadaczy kart stałego klienta. Jako, że nie mam swojej to kasjerka skanuje swoją i rachunki są zwykle niższe o parę dolarów. Dopiero po jakimś czasie proszę o własną kartę i dostaję wersję tymczasową dla turystów w wydaniu papierowym. Nawet pod tym względem są przygotowani. Od Alexandra wjeżdżam na następną ścieżkę – Otago Central Rail Trail. Jak sama nazwa wskazuje, prowadzi ona dawną trasą kolejową dzięki temu jest szeroka, a wszelkie nachylenia są bardzo łagodne. Bardzo fajne uczucie, gdy nagle wjeżdżam na stacje, mijam perony, budynki dworca, w których obecnie mieszczą się kawiarnie czy inne lokale. Dzień mojego przejazdu to sobota i załapuję się nawet na jakiś wyścig. Przejeżdżając przez tłum gapiów załapuję się nawet na owacje i doping! Dalej trasa prowadzi przez jeszcze większe odludzia, wąwozy i góry. Jako, że jest to szlak kolejowy to jedzie się starymi mostami, tunelami, w których panują całkowite ciemności więc niezbędne jest skorzystanie z własnych źródeł światła.

IMG_0190_a

Rzeka Clutha

IMG_0194_aIMG_0203_a

Ponownie docieram do wybrzeża i napotkawszy ślady cywilizacji usiłuję kupić zapasowe śrubki, bo gubię je namiętnie. A to od bagażnika, a to od hamulców i tak ciągle coś. W Moeraki zatrzymuję się by pooglądać ogromne głazy na plaży po czym jadę dalej.

IMG_0208_aIMG_0211_aIMG_0215_a

Z Oamaru zaczyna się (lub kończy) ścieżka Alps 2 Ocean, którą podążę aż pod Górę Cooka/Aoraki w Alpach Południowych. Pierwszy dzień tej jazdy to głównie kręcenie przez pola i tereny rolnicze, na których nie wychodzę korzystnie czasowo aniżeli gdybym jechał prosto drogą. Po kilku dniach pochmurnej ale bynajmniej nie deszczowej pogody wracają upały i znów leje się ze mnie. Mijam pierwsze winnice, bo Otago słynie z dobrego wina. Uprawia się tutaj w szczególności Pino Noir, którego butelka leży w domu i czeka na swój moment.

IMG_0250_aIMG_0267_aIMG_0270_aIMG_0275_aIMG_0290_aIMG_0296_aIMG_0297_a

Mimo, że jadę w Alpy to podjazdy nie są straszne ale wszystko ciągle przede mną. Namiot rozbijam prawie w korycie wyschniętej rzeki ale po chwili namysłu postanawiam przesunąć się parę metrów w bok. Na opady się nie zanosi ale dookoła góry i gdyby w nocy parę kilometrów dalej spadł jakiś deszcz to wolę obudzić się suchym. Pod samą górę Cook’a nie dojeżdżam bo najbardziej zależy mi na zdjęciach, a w godzinach popołudniowych nic dobrego nie wyjdzie więc zbliżam się tylko na tyle by mieć dobre ujęcie i ruszam dalej. W międzyczasie małżeństwo podróżujących Nowozelandczyków zaprasza mnie na lunch do swojego kampera. Odpoczywam, posilam się, trochę rozmawiamy po czym kieruję się do Tekapo.

IMG_0312_a

IMG_0316

Góra Cooka

IMG_0334_a

Nadciąga zły wiatr!

Jeszcze nad jeziorem Pukaki robię kolejną pauzę i wcinając chleb tostowy z nutella delektuję się ostatnim bezpośrednim widokiem na Aoraki. Gdy tylko ruszam wpadam na silny wiatr wiejący w twarz lub z boku. Do Tekapo mam zaledwie 40km ale 30km zajmuje mi 3h. Nie sposób jechać. Jak okiem sięgnąć wszędzie równina i wiatr wiejący zza gór nie napotyka na żadne przeszkody (poza mną) i to ja obrywam najbardziej. Obawiam się zmiany pogody bo właśnie na grzbietach gór zatrzymały się potężne chmury i z niepewnością zastanawiam się co przyniesie następny dzień. Resztką sił docieram do miejsca, w którym mogę się spokojnie rozbić. Jest co prawda zakaz ale dochodzi 21, padam na twarz, słońce zaszło przed parunastoma minutami, robi się zimno i jestem głodny. Wiatr nie mija ani następnego dnia, ani nawet trzy i cztery dni później. O ile początkowo zrywa się dopiero popołudniami, o tyle później ostro dmucha już od samego rana. Czternastego dnia jazdy trochę się przeliczyłem w szukaniu miejsca na nocleg, bo z początku wydawało mi się, że dotrę tam już po 80km, z czego przy 70 miałem już dość przez wiatr. Dopiero jak spojrzałem raz jeszcze to zorientowałem się, że zostało mi jeszcze 40km, a wbrew pozorom mimo, że jechałem przez prawie całkowite odludzia to nie było nigdzie miejsca by się zatrzymać na noc. Trzeba było pokornie pochylić głowę i jechać przed siebie dalej. Trochę dopisało mi wtedy szczęście bo na pewien czas wiatr się odwrócił i z brakujących 40km, 25km zrobiłem w godzinę, a resztę dojechałem powoli z bocznym wiatrem.

IMG_0345_a

Kościół Dobrego Pasterza w Tekapo

IMG_0352_a

Przełęcz McKenzie

IMG_0367_a

Alpy Południowe najbardziej dały się odczuć gdy przejeżdżałem na zachodnią stronę wyspy. O ile podjazdy mi nie przeszkadzają bo każdy się kiedyś kończy, o tyle w przypadku wiatru nie ma takiej pewności – trzeba się męczyć. Zwykle staram się trzymać dziennego dystansu przekraczającego 100km ale teraz po 65km rezygnuję i rozbijam się nad jeziorem. Miejsce bardzo urokliwe, blisko wody, które niestety do ciepłych nie należy. Poza tym nie jest już tak wcześnie jak mógłbym przypuszczać z ilości (małej) przejechanych kilometrów. Tak więc relaksuję się przy namiocie, czytam książkę i pałaszuję garnek kisielu. Mam nawet ambitny pomysł, by nazajutrz wyruszyć wcześniej i spróbować uniknąć wiatru, który przybiera na sile popołudniu ale kończy się jak zwykle, czyli że zbieram się o normalnej godzinie. Nad ranem temperatura spada poniżej 5C! Jest bardzo zimno ale po części wynika to z faktu, że nocuję na wysokości ponad 600m n.p.m. w pobliżu jeziora. Mam bez wątpienia jakiegoś pecha, bo wiatr zaczyna wiać już od samego rana i oczywiście prosto w twarz. Mimo, że droga wije się górami, dolinami, a więc znacząco zmienia kierunek to nie przestaje wiać z przodu. Na Przełęczy Artura (740m n.p.m.), gdzie mieści się wioska, stacja kolejowa oraz informacja turystyczna zasięgam języka i niestety nie mam dobrych wieści. Ma wiać jeszcze 3-4 dni i nadchodzą opady deszczu.

IMG_0380_aIMG_0391_aIMG_0394_aIMG_0398_a

Wyjeżdżam z Canterbury i wjeżdżam do West Coast. Z przełęczy rozpościera się widok na wiadukt Otira, a pod nogami chodzą papugi kakapo – endemiczne, nielotne i zarazem najcięższe papugi na świecie. Historia gatunku jest dość ciekawa, o tym jak ewoluował do postaci nielotnej z powodu braku większych drapieżników i odizolowaniu wyspy. Niestety wraz z rozwojem osadnictwa i introdukcji nowych gatunków, kakapo stały się krytycznie zagrożone i wprowadzono zakrojone na szeroką skalę plany ich ochrony. Co nie zmienia faktu, że kakapo jest kłopotliwą i psotliwą papugą. Uwielbiają one na przykład wyciągać uszczelki z samochodowych okien. Do tego stopnia jest to uciążliwe, że podobno tworzy się dla nich specjalne place zabaw, na których mogą sobie ciągnąć różne gumowe elementy.

IMG_0460_a

Papuga kakapo

IMG_0402_aIMG_0416IMG_0420

IMG_0433_a

Uwaga kiwi

IMG_0444_a

Za Arthur’s Pass pogoda i krajobraz zmieniają się bardzo. Suche, trawiaste dotąd góry zostają zastąpione przez wszechzielone, gęste lasy, paprocie, a co kawałek skądś kapie i spływa woda. Szczęśliwie też zmienił się, a raczej osłabł i wiatr. Na nocleg docieram dość późno ale za to w fajne miejsce – nad jezioro w pobliżu Kumary. Woda jest znośna więc mogę się porządnie obmyć, a i mam z kim porozmawiać bo obok mnie rozłoży ma swój namiot Holender, który też zwiedza Nową Zelandię na rowerze.

IMG_0522_aIMG_0526_a

Nieopodal Hokitiki znajduje się jaskinia ze święcącymi robaczkami, do której chciałem dotrzeć, jednak na miejscu okazuje się, że to wcale nie jaskinia, a po prostu mała dolinka porośnięta mchem i paprociami, a w ciągu dnia nie sposób dostrzec święcących robaczków. Po zjeździe z gór uzupełniam zapasy jedzenia. Wychodzę ze sklepu z kilkoma siatkami zakupów i ledwo udaje mi się to wszystko poupychać w sakwy. Ruszam do oddalonego o parę kilometrów Wąwozu Hokitika, w którym wrażenie robi turkusowy kolor wody.

IMG_0467_a

IMG_0471_a

Hokitika

IMG_0482_a

IMG_0487_a

Wieczór znajduję odludną plażę nad jeziorem Kaniere, gdzie dosłownie metr od wody rozkładam namiot. Nie jest mi jednak dane na spokojnie delektować się otaczającą przyrodą bo po chwili osaczają mnie nieznośne, gryzące meszki. Kończy się tym, że kolację (bataty z mlekiem kokosowym) przygotowuję w namiocie i w pośpiechu wybiegam ze środka by postawić garnek na kuchence. Nadciągające od wieczora chmury zepsuły już nie tylko malownicze widoki ale i całą pogodę. Od rana intensywnie pada i jakoś nie czuję się w chęci do jazdy. Leżę w śpiworze, czytam książkę, uzupełniam notatki i uszczuplam zapas ciastek. Około 13 przestaje padać. Wyłapuję moment by zrobić jakieś jedzenie, spakować się i gdy godzinę później ruszam w drogę, zza szarych, deszczowych chmur przeświecają łaty niebieskiego nieba. Postanowiłem sobie, że jeśli tylko pogoda pozwoli to będę kontynuował jazdę szlakiem rowerowym „West Coast Wilderness Trail”. A zdecydowanie było warto! Kawałek za jeziorem szlak wjeżdża w dolinę. Z każdej strony góry, obok płynie rzeka i wszędzie dookoła zieleń. Ciemnozielone lasy porastające góry i jasnozielona trawa na łąkach i pastwiskach. Widoki obłędne. Z przeciwka jedzie trójka rowerzystów – z USA i Anglii. Zatrzymujemy się i rozmawiamy parę minut, po czym ruszamy każdy w swoim kierunku. Droga przechodzi w ścieżkę i zaczyna się wznosić zakosami na zbocze góry. Podjazd jest jednak bardzo łagodny i nie nastręcza problemów. Parę razy mijam innych rowerzystów jadących z przeciwka. Mijam Cowboy Paradise – miejsce, w którym można zatrzymać się na nocleg lub posiłek. Jadę jednak dalej. Odkąd zrobiła się piękna, słoneczna pogoda jakoś nabrałem energii i pędzę przed siebie. Od Cowboy Paradise ścieżka zaczyna tracić wysokość i pędzę co sił przez las. Ponownie nocuję przy Kapitea Reservoir w pobliżu Kumary. Tym razem jednak dzięki lepszej pogodzie mam i lepsze widoki na góry.

IMG_0512_a

Widoki na West Coast Wilderness Trail

IMG_0528_a

Ścieżka prowadzi dalej do Kumary i Greymouth choć teren jest już płaski i spokojny. Zaraz na początku jazdy łamie mi się płytka plastikowa w bucie SPD i od tego momentu przestaję się wpinać w pedały. Na postoju po drodze spotykam parę Nowozelandczyków, którzy dopiero przed chwilą zjechali z Arthur’s Pass i mówili, że w nocy był lekki przymrozek. Chyba mam szczęście, że mnie to ominęło, a i parę dni wcześniej, gdy tam nocowałem było bardzo zimno nad ranem. Przez cały dzień jadę wzdłuż lub główną drogą nr 6. Prowadzi ona zachodnim wybrzeżem wyspy więc z lewej strony mam bezkresny, niebieski ocean, a z prawej oświetlone południowym słońcem i obficie porośnięte paprociami strome zbocza gór. W Parku Narodowym Paparoa, którego skraj delikatnie styka się z oceanem, zatrzymuję się przy Pancake Rocks – miejscu, w którym skały warstwowe zbudowane z wapieni erodowały tworząc baseny przypływowe i przeręble (blowholes). W miarę jak popołudnie przemija i wieczór zbliża się coraz większymi krokami rozpoczynam poszukiwania miejsca na nocleg. Najpierw próbuję zjechać z głównej drogi między góry – wgłąb parku. Znaki od początku informują, że droga może być podatna na zalewanie ale jest tak sucho, że powódź mi nie grozi. Nie znajduję tam jednak dogodnego miejsca na rozbicie się i wracam na „szóstkę”.

IMG_0542_aIMG_0565_a

IMG_0573_a

Widoki są obłędne. Jadę krętą drogą z jednej strony mając ocean, a z drugiej oświetlone ciepłym światłem stoki. Między tym wszystkim jak wąska wstążka wije się droga, którą jadę. Oczom mym ukazują się złociste plaże i plan na noc zaczyna nabierać kształtów. Pozostaje tylko znaleźć odpowiednie zejście. Udaje się to parę kilometrów dalej. Jak zwykle nie przepadam za noclegiem na plaży bo piasek, bo hałas (tak, ocean w nocy jest nieznośnie głośny) i zwykle nie łączy się to z wodą pitną, tak tym razem jest bardzo klimatycznie i do samego zachodu delektuję się widokami. Odprowadzam słońce wzorkiem za horyzont i dopiero wówczas przystępuję do wieczornych prac i przyrządzenia kolacji.

IMG_0575_aIMG_0579_a

Poranek jest niemniej czarujący jak zmierzch, jako że wilgotna woda morska wraz z solą paruje z nad oceanu i unosi się w stronę gór.

IMG_0590_a

IMG_0591_a

Nieopodal Westport, na przylądku Foulwind robię sobie przerwę i idę na spacer z platformy widokowej obserwować pluskające się na brzegu foki. Jest ich kilka, między innymi samica z młodymi. Pomimo znaków drogowych przestrzegających przed obecnością pingwinów nie udaje mi się żadnego zobaczyć.
Samo Westport to tylko czas na uzupełnienie zapasów jedzenia i ruszenie dalej w górę wyspy. Jest to praktycznie ostatni punkt, w którym mogę odbić od zachodniego wybrzeża, ponieważ wyżej nie ma już żadnej drogi prowadzącej na wschód.

IMG_0599_a

Foki

IMG_0602_a

Jadę doliną wzdłuż rzeki Buller i drugi raz podczas tej wycieczki mam od razu mocne zderzenie z meszkami. Od tej pory wszystko staje się trudniejsze bo minutę od zatrzymania atakują dziką chordą. Spray na komary nie pomaga. Ubieram długie rękawiczki, czapkę, zasłaniam również usta, nos i zakładam okulary. Meszki wgryzają się w miejsca, gdzie choćby niewielki kawałek skóry pozostaje niezakryty. Rozbijanie namiotu i gotowanie to koszmar!

IMG_0604_a

Rzeka Buller

IMG_0609_aIMG_0620_a

Rano rezygnuję ze śniadania i zatrzymuję się dopiero godzinę później, w całkiem ładnym miejscu nad rzeką i co najważniejsze – nasłonecznionym. O tej porze meszki choć jeszcze się pojawiają to już sporadycznie. W Inangahua dojeżdżam do skrzyżowania z drogą 69, która w tej chwili jest jedyną drogą łączącą północ z południowym-wschodem wyspy. Z powodu osunięcia się ziemi w Kaikourze 14 listopada 2016 r. droga numer 1 została zamknięta (ponownie otwarta 15 grudnia 2017 r.) i cały ruch odbywa się właśnie tędy. Inangahua była również świadkiem trzęsienia ziemi z 1968 roku, w którym dość poważnie ucierpiała i do dziś nie powróciła do stanu sprzed wydarzenia.

W miejscowości Lyell rozpoczyna się jedna z ciekawszych tras rowerowych – Old Ghost Trail mająca 85km długości i status dość trudnej. Niestety nie nadaje się na mój ciężki i załadowany rower, a poza tym po dwóch dniach jazdy po górach znów wylądowałbym na zachodnim wybrzeżu. Może innym razem.

Przy początku szlaku znajduje się jednak kemping, parking i co najważniejsze – półotwarty budynek służący za miejsce piknikowe, który zamiast okien ma siatkę. Nie wiem jak inaczej w tej okolicy mógłbym się zatrzymać, odpocząć, zjeść i nie zostać jednocześnie zjedzonym. Przez meszki.

Nieopodal znajduje się najdłuższy wiszący most w Nowej Zelandii – 110m na rzece Buller w wąwozie o tej samej nazwie. Nie jest zawieszony jakoś wysoko nad lustrem wody i nie robi w moim odczuciu spektakularnego wrażenia ale pani mówi, że skoro przyjechałem na rowerze to mogę wejść za darmo. Po drugiej stronie znajduje się kilka krótkich ścieżek edukacyjnych na temat roślin, zwierząt i wydobywania złota.

IMG_0622_a

IMG_0624_aIMG_0631_aIMG_0641_aIMG_0626_a

Za Murchison odbijam w kierunku parku narodowego Nelson Lakes. Gdybym tylko zjechał parę kilometrów wcześniej w bardziej boczną drogę to może i nie dostałbym mandatu. A było to tak, że jadąc spokojnie usłyszałem nagle za plecami dźwięk koguta i migające światła radiowozu. Z początku nie spodziewałem się, że może chodzić o mnie, co też wyszło bardzo szybko. Okazało się, że w Nowej Zelandii jazda z kaskiem jest obowiązkowa. Przyznaję szczerze, że nie wiedziałem i nie spodziewałem się. Przejechałem już około 2400km niejednokrotnie mijając patrol policji i nie zwrócili mi wcześniej uwagi. Raz czy dwa słyszałem luźno rzucone od ludzi po drodze gdzie mam kask ale nie brałem tego jako wymóg. Na szybko policzyłem, że w takim razie kupię jakiś w Wellington…za plus minus tydzień i kolejne.. 500km. Policjant nie dał się jednak przekonać i powiedział, że bez kasku to on mnie dalej nie puści. Trochę patowa sytuacja bo odludzie jedno z tych większych, choć jak na Nową Zelandię to co jakiś czas jakieś miasteczka się zdarzają. Po chwilowej konsternacji policjant wpada na pomysł, że w Murchison jest jakiś sklep czy komis i może tam będą mieli kask. Przed radio wywołuje kolegę z posterunku żeby podjechał i się rozejrzał. Po chwili nadciąga odpowiedź, że kasku nie mają. Kolejna chwila do namysłu i kolejny pomysł. Ponownie prosi kolegę żeby podjechał, tym razem do jego jego domu i wziął stary, nieużywany już kask od syna. Pojawia się z nim kilkanaście minut później. Nie za bardzo mam ochotę jeździć w kasku, bo gdybym chciał to bym sobie z domu zabrał. Co jednak zrobić skoro trzeba. Parę minut później i 50$ mandatu mniej wyruszam dalej. Wszystko dlatego, że akurat padało i jechałem z gołą głową. W słoneczne dni najczęściej ubierałem czapeczkę, która pewnie z odległości nie rzucała się tak w oczy. Po upływie paru godzin i poprawie pogody kask trafia na bagażnik i trochę się obija. Jednym słowem przeszkadza. Suma summarum zostawię go na lotnisku przed wylotem.

Jeziora w parku Nelson witają mnie niestety deszczem. Malowniczo położone Rotoiti w takiej scenerii nie zachwyca więc po podładowaniu baterii w punkcie informacji ruszam dalej.

IMG_0643_aIMG_0649_a

W Wakefield docieram do kolejnej z wielu nowozelandzkich ścieżek rowerowych – Great Taste trail prowadzącej, jak może trochę nazwa sugeruje, przez winnice, sady, plantacje awokado oraz kiwi. W końcu to dom tych małych owłosionych, brązowych owoców. W Motueca, gdy próbuję skorzystać z bankomatu okazuje się, że ze względu na poprzednią wypłatę gotówki, która została zakwalifikowana jako podejrzana transakcja, mam zablokowaną kartę. Dobrze, że infolinia jest całodobowa i o 5 rano polskiego czasu po serii trudnych pytań udaje mi się ją zdalnie odblokować.

Nieopodal znajduje się park narodowy Abel Tasman. By tam jednak dotrzeć muszę przejechać przez przełęcz Takaka Hill na wysokości 790m. Prawie z poziomu morza na długości 15km wspinam się na tę wysokość po czym szybko zjeżdżam do doliny Takaka zakończoną miejscowością o tej samej nazwie. Nie wiem czy mogę to nazwać pechem czy szczęściem, że na 50km odcinku poprzez góry i lasy, przebijam oponę akurat 3km przed miasteczkiem. Nie pozostaje mi nic innego jak prowadzić rower i trzymać kciuki żeby tam był jakiś sklep rowerowy. Jest! Jakiś jest. Uff, nie powiem, ulga jest, choć nie od razu. Chwila niepewności utrzymuje się, gdy sprzedawca szuka opony i przez dłuższą chwilę nie może znaleźć odpowiedniego rozmiaru. Proponuje mi więc używaną 26×1,5″ czyli znacznie węższą od obecnych Marathon Schwalbe 2″. Ma jednak wkładkę antyprzebiciową, nie jest zniszczona i kosztuje tylko 10$. Korzystam z uprzejmości i narzędzi właściciela i od razu na miejscu dokonuję wymiany. Ubrudziłem się konkretnie więc i bieżąca woda jest sporym udogodnieniem.

IMG_0655_a

Zjazd z Takaka Hill

IMG_0661_a

Przyznam, że jedzie się super i gdy tak się zastanawiam co jeszcze mi się przydarzy, żądli mnie jakiś owad pokroju osy. Uderza we mnie w trakcie jazdy i wbija żądło w usta. Górna warga szybko rośnie do rozmiarów małej parówki i w efekcie wyglądam jak nieudany efekt powiększania ust u wiejskiego lekarza. Opuchlizna utrzymuje się do nocy, a jeszcze dnia następnego czuję zdrętwienie.

IMG_0664_a

Od parku Abel Tasman i zatoki Totaranui, do której zmierzam na nocleg dzieli mnie jeszcze jedna przełęcz, tym razem 300m, którą pokonuję w miarę lekko choć dopada mnie głód i chcąc nie chcąc muszę się jeszcze posilić i uzupełnić zapasy energii. Na kempingu w parku rozbijam namiot tuż za drzewami oddzielającymi mnie od plaży i zatoki. Fale w nocy ponownie hałasują. Zresztą nie tylko one. Po trawniku kręcą się ptaki weka, która są trochę upierdliwe. Może nie tak jak papugi kea ale podobnie. Zaglądają mi pod tropik namiotu i wyciągają garnki, które jak przystało na aluminium strasznie brzęczą, gdy się nimi obija jeden o drugi. Parę razy go odganiam ale co wrócę do środka i się położę to ptaszysko powraca. W końcu cierpliwość zostaje wyczerpana i ruszam odparować jego upierdliwość. Nalewam wody do garnka i biegając za upierdliwym weka odganiam go polewając wodą. Pomogło. Do rana mam spokój.

IMG_0672_a

IMG_0678_aIMG_0680_a

Poranek już nie taki piękny ani słoneczny. Zwijam namiot i pakuję się zanim zaczyna padać. A właściwie to deszcz łapie mnie w drodze na przełęcz jako, że wracam tą samą drogą. W zasadzie to sam wjeżdżam w tę chmurę, z której coraz mocniej pada. Podczas zjazdu klocki hamulcowe zaczynają sukcesywnie odmawiać posłuszeństwa. Klamki ściągnięte do końca, że rąk nie czuję, a mimo tego jadę w dół ponad 20km/h. Zwykle nie jest to oszałamiająca prędkość tyle, że teraz dochodzi do tego szutrowa droga z dużymi kamieniami, ostre zakręty i deszcz. Cieszę się w duchu, że przynajmniej na tej drodze przez dżunglę nie ma żadnych aut. W tej samej chwili jednak wyrzuca mnie z zakrętu na środek drogi prosto pod jadący z dołu samochód. Udaje mi się wybalansować między uderzeniem w auto, a przewróceniem się i ostatnie metry w dół pokonuję hamując butami. Powinienem chyba zacząć grać w gry losowe bo jakie jest prawdopodobieństwo, że w jednym momencie wysiądą mi oba hamulce? Parę kilometrów jestem w stanie jeszcze jechać bez hamulców ale pierwsze lekkie obniżenie terenu i pojawia się problem z wytracaniem prędkości. Na tę ewentualność jestem już jednak przygotowany i posiadam przy sobie zapasowe klocki. Wymieniam te z przodu i dalsza jazda odbywa się już bez zakłóceń.

IMG_0682_aIMG_0685_aIMG_0689_aIMG_0691_a

Trochę przerażeniem napawa mnie ponowny podjazd na Takaka Hill ale w tę stronę ma tylko 10km (czy. jest stromszy) i jakoś idzie to sprawniej.

Tylne hamulce zmieniam dopiero dwa dni później w Nelson. Sprzedawca ostrzega, że wybrane przeze mnie klocki bardzo piszczą ale to nic. Spoiler alert: piszczą jak zarzynane prosię. Wyhamowanie tego ciężkiego potwora podczas jazdy w dół zajmuje wiele metrów, a hałas jaki wydają zdaje się roznosić po całej dolinie, którą akurat się zapuszczam.

Pomimo, że jestem już bardzo blisko Picton, tj. miasta portowego, z którego popłynę na północną wyspę, robię jeszcze mały objazd przez Blenheim i winny region Marlborough, które odpowiada za 77% produkcji wina w Nowej Zelandii. Głównie są to Sauvignon blanc, Pinot noir i Chardonnay. Przejeżdżam przez i pomiędzy winnicami, które ciągną się może i nie po horyzont ale na pewno do podnóża najbliższych gór.

IMG_0750_a

Do Picton docieram popołudniu ale… ponownie je omijam. Rzucam tylko okiem na port, zatokę i zacumowane w niej łodzie z punktu widokowego nad miastem i jadę na podbój jednego z chyba bardziej znanych szlaków Nowej Zelandii – Queen Charlotte Track. Ten 70km prowadzi od Ship Cove do Anakiwa (i odwrotnie), a od paru lat jest również udostępniony dla rowerzystów. Bez problemu można go podzielić na mniej lub więcej odcinków i pokonać w sobie dogodnym tempie. Rowerem decyduję się tylko na pierwszy odcinek od Anakiwa do Te Mahia. Trasa nie jest trudna ale trzeba bardzo uważać. Wiedzie w końcu przez las, po górach i nawierzchnia czasem bywa mokra, śliska i przede wszystkim obfituje w kamienie i korzenie. Jazda z tak ciężkim rowerem jest tym bardziej wyzwaniem. Widoki jakie mi za to towarzyszą rekompensują wszelkie trudy. U stóp mam całe Marlborough Sound z wszelkimi zatoczkami wcinającymi się w zielone zbocza wzgórz, po którym pływają żaglówki i inne łodzie. Udaje mi się nawet dostrzec skaczące delfiny. Widoki zapierają dech. Zapewne gdybym miał mniej obciążony rower lub więcej czasu by wybrać się na cały szlak piechotą to bezapelacyjnie bym skorzystał. Następnym razem!

IMG_0780_a

Queen Charlotte Sound

IMG_0783_a

IMG_0792_a

Widoki poranka

Mimo, że Queen Charlotte Track przejechałem może zaledwie 20km to pozostała część drogi na ten dzień również jest malownicza. Wije się i wznosi wzdłuż zatoki, tak że u swojego boku z jednej strony nieprzerwanie mam piękne widoki.

IMG_0797_aIMG_0807_a

Tym razem będąc w Pikton nie jadę już nigdzie dalej. To jest koniec mojej podróży po południowej wyspie ale dopiero połowa przygody w Nowej Zelandii.

IMG_0769_a

Picton

Po 28 dniach jazdy, w których pokonałem 2562km spędzając 166h na siodełku i za kierownicą pora ruszyć na północ.

O 17 ładuję się na wieczorny prom do Wellington – stolicy kraju, gdzie czeka na mnie Matt z żoną Yilang – przyjaciele z poprzednich podróży, z którymi zawsze udało mi się gdzieś w dalekim świecie przy jakieś okazji spotkać i nigdy dwa razy na tym samym kontynencie.

Zapisy śladu z GPS z poszczególnych dni znajdują się tutaj.

Jezioro Charvak

Rano nadchodzi ten moment, kiedy rzeczywiście się rozstajemy. Leo zostaje w hostelu, a my z Joe jedziemy jeszcze wspólnie metrem. Ja wybieram się nad Jezioro Charvak, a Joe na Chorsu Bazar po ostatnie zakupy i ostrą paprykę dla mnie. Żeby nie było zbyt nudno – zostawia swój paszport w hostelu i nie chcą nas wpuścić do metra. Pytają nas chyba 10 minut dlaczego Joe nie ma paszportu przy sobie i mówią, że nie może wejść ale potem pojawia się jakiś zwierzchnik, który mówi, że nam wierzy i przepuszcza bez przeszkód. Cała ta sytuacja może wydawać się dziwna, niebezpieczna lub nieprzyjemna. Nic bardziej mylnego! Zdajemy sobie sprawę, że takie kontrole to jest ich obowiązek, a obecność policji na każdym kroku wcale nam nie przeszkadza. Poza tym takie kontrole na nas są przeprowadzane z ciekawości. Zazwyczaj padają pytania skąd jesteśmy, na jak długo przyjechaliśmy, czy nam się podoba, czy mamy żony, dzieci, a jeśli nie to dlaczego i może tutaj sobie znajdziemy. Dla nas ma to swój urok i jest częścią tej kultury, którą przyjechaliśmy poznać. Pewnie stresowałbym się tym trochę gdybym próbował przemycić w plecaku trochę trotylu do metra. Martwię się tylko, że Joe wracając z bazaru może mieć znów problem i nie dogada się bo nie zna ani słowa po rosyjsku.

Metrem jadę na północ miasta aby tam złapać jakieś auto jadące w kierunku jeziora. Idzie mi to jak po grudzie ale może dlatego, że gdy zostaję sam to zawsze muszę chwilę się przyzwyczaić do ogarniania wszystkiego samemu. Zazwyczaj nawet gdy jestem w większej grupie to i tak wszystko załatwiam ja ale jak zostaję nagle sam to z początku często nie mogę się zorganizować. Tak już mam.

Z dwoma przesiadkami docieram do Gazalkent i tam łapię kolejny samochód, który w moim mniemaniu ma mnie dowieźć do jeziora. Tutaj trochę nie dogaduję się z kierowcą bo podaję mu nazwę miasta leżącego po drodze, a nie punkt docelowy i wysadza mnie 15km od jeziora. Jestem na kompletnym odludziu i za bardzo nie wiem jak pokonać te ostatnie kilometry. Jak to zwykle w takich sytuacjach bywa, rozwiązanie przychodzi samo. W pobliskiej restauracji obiad je wycieczka Hindusów, którzy przygarniają mnie do swojego autokaru. Jakby tego było mało to nad jeziorem mają 2h przerwę na kolejny posiłek i proponują, że jeśli na nich zaczekam to zawiozą mnie z powrotem do Taszkientu. Idealnie! Postanawiam wykorzystać ten czas na spacer plażą wzdłuż jeziora i krótką kąpiel. Jest upał więc dla mnie w sam raz. 35C to temperatura, w której nie marznę i jestem w stanie wejść do wody bo nie jest zbyt zimna. Okolice Jeziora Charvak, które jest tak naprawdę rezerwuarem utworzonym poprzez wzniesienie 168m zapory, są inne niż reszta tego pustynnego kraju. Jest więcej zieleni, gór i w końcu jakaś woda. Widać, że jest to popularne miejsce wypoczynkowe dla mieszkańców stolicy i nic dziwnego – jest bardzo ładnie, zważywszy że Uzbekistan nie jest krajem obfitującym w tego typu atrakcje naturalne.

IMG_6279

IMG_6271

IMG_6276

IMG_6265

IMG_6275

IMG_6270

Po 2h zjawiam się w umówionym miejscu i razem z całą wycieczką wracam do Taszkientu. Ale mi się trafiło!

Song Kol

Z Karakol zmierzamy do Kochkor. To stamtąd chcemy się dostać nad jezioro Song Kol. Jednak nim tam dotrzemy robimy sobie krótki, dosłownie półgodzinny postój nad innym z jezior – Issyk Kul. Jest to największe jezioro Kirgistanu i drugie pod względem wielkości jezioro śródgórskie – po Titicaca w Ameryce Południowej. Relaksujemy się, pochłaniamy melona łamiąc przy tym drugą łyżeczkę (pierwszą złamały krowy gdy jadły moje spodnie) i podziwiamy ośnieżone szczyty górskie po drugiej stronie. Do Bałykchy docieramy stopem i próbujemy znaleźć jakiś transport do Kochkoru. Wszędzie jednak tylko propozycje taksówek. Zrezygnowani decydujemy pójść za miasto i tam spróbować szczęścia stopem. Nie doszliśmy jeszcze do skrzyżowania, gdy zatrzymał się kierowca busa i zabrał nas za 150 som. Nie długo byliśmy oddaleni od gór, a już ponownie w nie wjeżdżamy.

IMG_4142

Issyk Kul

Issyk Kul

IMG_4157 IMG_4161

Na miejscu rozglądamy się za jakimś transportem na jutro do Song Kol ale ciężko cokolwiek znaleźć. Udajemy się więc do CBT i tam za 3000 somów organizujemy sobie wycieczkę na cały dzień nad jezioro. Wieczór zdzwaniamy się z dziewczynami. Mówią nam, że postarają się zdążyć na 7 rano i zabrać się z nami nad jezioro.

W ramach luzu dziś jemy w restauracji i przy okazji ładujemy telefony z gniazdka. Przez poprzednie dni cały czas prąd czerpaliśmy z panelu słonecznego. Nosiliśmy go zamocowany do plecaka podczas górskich wędrówek. Azja Środkowa jest bardzo słonecznym regionem i z ładowaniem nie mieliśmy żadnych problemów.

Na noc namiot rozbijamy nad rzeką, w lesie za miastem.

Rano czekamy chwilę na dziewczyny jadące z Bałykczy i już wszyscy wspólnie jedziemy nad jezioro. Odległość jaką mamy do pokonania to 100km, z czego pierwsze 50 to droga asfaltowa o bardzo dobrej nawierzchni. Druga połowa prowadzi już przez góry i doliny. Wyjeżdżamy nawet na przełęcz mierzącą ponad 3700m. Przy drodze leży jeszcze sporo śniegu, a jest połowa lipca. Sezon trwa tu bardzo krótko, bo już w połowie sierpnia się kończy i bardzo szybko nadchodzi zima.

IMG_4185

Widoki z przełęczy

Widoki z przełęczy

Nad jeziorem korzystamy z możliwości wypożyczenia koni ale dostajemy tak mało ruchliwe, że ledwo im się chce chodzić, nie mówiąc o jakimś kłusie czy galopie. Zdecydowanie coś z tymi końmi jest nie tak. Jeden wyrzuca Ewę z siodła, drugi jest narowisty i gdy zbliża się do innych koni te zaczynają rżeć i wierzgać. Tylko Marysia dostała w miarę normalnego konia i po jakimś czasie zamieniam się z nią i mogę wreszcie pojeździć po okolicy.

W przerwie między jeżdżeniem na koniach spacerujemy wzdłuż porozstawianych jurt, które służą głównie turystom, choć tych o dziwo jak na lekarstwo. Oprócz nas jest może 4 cudzoziemców.

IMG_4198 IMG_4240

W jednym miejscu tubylcu stawiają właśnie jurtę wznosząc ją z gotowych patyków i wiążąc je sznurkiem do reszty konstrukcji. Dziewczyny od razu rzucają się do pomocy, łapią tyczki i próbują je dopasować w odpowiednie miejsce. Parę dodatkowych rąk do pomocy i budowa idzie całkiem sprawnie. Niestety dwadzieścia minut później cały włożony trud idzie na marne bo wszystko, z czym pomogły do tej pory się zawala. Trzeba zaczynać od nowa.

IMG_4222

IMG_4242

Przewodnik zachwalał Song Kol jako miejsce warte odwiedzenia. Pierwotnie nie mieliśmy planu tu być ale tak po prostu wyszło. Spodziewaliśmy się zatem meteorologicznego teatru. Wiedzeni ciekawością chcieliśmy przekonać się i zobaczyć na własne oczu jak tu jest. Szczerze mogę stwierdzić, że jezioro nas nie zachwyciło ale winę za to ponosi w głównej mierze pogoda. Owszem, było ciepło, nawet bardzo ciepło jak na wysokość, na której przebywaliśmy ale przejrzystość powietrza pozostawiała wiele do życzenia. Ledwo mogliśmy dostrzec góry wznoszące się przy drugim brzegu.

Jezioro Kaindy

W Saty jesteśmy przed południem i chcemy dotrzeć do jeziora Kaindy. Nie uśmiecha nam się jednak nieść ciężkich plecaków bo nie planujemy tam nocować. Do jeziora jest jakieś 10km w jedną stronę i chcielibyśmy na wieczór wrócić do Saty. W związku z tym pukamy do jednego z domów i pytamy czy możemy przechować plecaki. Właścicielka zgadza się bez problemu, zatem idziemy na lekko. O ile szlak do Kolsai zaczyna się parę kilometrów za wioską, o tyle ten do Kaindy ma swój początek tuż przed rozpoczęciem wioski, nieopodal rzeki.

Nie uchodzimy jednak daleko, gdy z drogi w oddali woła na nas miejscowe małżeństwo abyśmy wsiadali i jechali z nimi. Podróżują po Kazachstanie starym busem i właśnie tak jak my wybrali się do Kaindy.

Jeszcze na samym początku przejeżdżamy przez rzekę więc wysokie zawieszenie i napęd 4×4 są wymagane. 3km przed jeziorem uiszczamy opłatę za wstęp. Stawki te same co wszędzie, czyli 700 tenge za osobę. Na jednym bilecie można w ciągu jednego dnia zobaczyć zarówno jeziora Kolsai jak i Kaindy.

Jezioro Kaindy powstało w wyniku trzęsienia ziemi ponad 100 lat temu, wskutek którego spadająca ziemia i skały utworzyły na rzece naturalną tamę. Rosnący tam las wówczas drzewa utworzyły podwodny las. Widok jest naprawdę niezwykły i niespotykany. Ze znajdującego się w dole jeziora, otoczonego wapiennymi skały wyrastają wysokie, nagie już pnie świerkowego niegdyś lasu. Dodatkiem do tej już i tak malowniczej scenerii jest intensywnie turkusowy kolor wody, który zmienia się w zależności od intensywności padania promieni słonecznych.

Z parkingu, do którego dojeżdżamy samochodem do jeziora jest jakieś 5-10 minut drogą w dół. Schodząc ze ścieżki w las możemy zobaczyć wąwóz z osuwiskami poprzez który z jeziora wypływa rzeka. To właśnie w tym miejscu powstało kiedyś osuwisko.

IMG_3843

Woda jest lodowato zimna, czego mam wątpliwą przyjemność doświadczyć na własnej skórze gdy próbuję przejść parę metrów po wodzie i zrobić zdjęcia stojąc w niej po kolana.

IMG_3879 IMG_3845

Warto również przejść za skały, gdzie po drodze mamy możliwość spojrzenia na jezioro z góry jak i zobaczyć rzekę, która przepływa spokojnie przez małą polanę zamkniętą z każdej strony wysokimi skałami i lasem. Z tego miejsca nic nie wskazuje, że kawałek dalej znajduje się jakieś jezioro. To miejsce jest wręcz idealne na nocleg, choć nie jest to nasz cel na dzisiejszą noc.
IMG_3891 IMG_3893

IMG_3897

Do Saty wracamy piechotą ale ponownie po przejściu 3km do jeepa zabierają nas miejscowi. Tym sposobem przed 17 jesteśmy ponownie w wiosce. Od gościnnej rodziny odbieramy plecaki, dziękujemy za propozycję noclegu ale mamy nadzieję na wydostanie się jeszcze dziś do cywilizacji. Umawiamy się, że gdyby nam się nie udało to wrócimy. W końcu jest już późne popołudnie, a Saty to taki mały koniec świata, do którego prowadzi tylko jedna droga, a ruch samochodowy jest jak na lekarstwo.

Szczęście nas jednak nie opuszcza bo ledwo zamykamy furtkę od domu, a już podjeżdża samochód, którym zabieramy się do Zhalanash. Podczas gdy ja na kilka minut idę do sklepu uzupełnić zapasy, Ewa ma już kilka propozycji na podwiezienie. W ten sposób ledwo wysiadamy z jednego auta, a już następne się zatrzymuje żeby nas podwieźć. Dosłownie mówiąc, nigdy nie czekaliśmy więcej niż 5 minut na transport, a auta zatrzymywały się same. Nie musieliśmy nawet machać. Poza tym mieliśmy wtedy większą pewność, że gdy zatrzymują się sami to podwiozą nas bezpłatnie. W ten sposób dotarliśmy pod wieczór do doliny Karkara, przejechaliśmy prawie 200km licząc transport od jezior Kolsai i Kaindy i skorzystaliśmy z uprzejmości ośmiu kierowców.

Jeziora Kolsai

Z Kanionu Szaryńskiego do Saty, gdzie zaczyna się szlak w kierunku jezior Kolsai jest równo 100km. Jednak na transport publiczny nie mamy co liczyć. Zdajemy się na łut szczęścia i próbujemy łapać stopa. Aut jak na lekarstwo, ruch bardzo słaby. Pojedyncze pojazdy przejeżdżają raz na kilka minut. Pomimo tego, wcale nie musimy długo czekać. Pierwsze samochody nie zatrzymały się dlatego, że były pełne lub ewentualnie zatrzymały się by zapytać czy wszystko w porządku. To bardzo miłe.

Przy drodze

Przy drodze

Ledwo znalazłem sobie wygodne miejsce przy drodze, schowany pod plecakiem przed palącym słońcem, a już zatrzymuje się samochód chętny nas zabrać. Nie jedziemy długo, bo tylko do skrzyżowania z drogą odchodzącą w kierunku Saty, czyli jakieś 8km. Tam przesiadamy się do kolejnego auta, którym przyjechała dziewczyna odwożąca swoją mamę na skrzyżowanie. W Kazachstanie bardzo dobrze funkcjonuje płatny autostop. Wystarczy zamachać na jakiś samochód, jeśli kierowca się zatrzyma to ustalić cenę i można jechać. Bezpłatne podróżowanie też jest możliwe, co nam do tej pory skutecznie się udawało. Teraz jednak za 50km odcinek do Zhalanash dorzucamy się do paliwa (1000KZT). Krajobraz powoli ulega zmianie. Kończy się sucha, jałowa ziemia, pojawiają się ubogie trawy, jest nawet jedno drzewo, a w miarę jak zbliżania się do gór łąki pokrywają się kwiatami. Zhalanash to ostatnia ostoja cywilizacji, miejsce by uzupełnić zapasy przed ruszeniem w dalszą drogę do Saty. Tutaj nie mamy nawet za bardzo co liczyć na stopa i decydujemy się na taxi. Z góry jesteśmy na przegranej pozycji i nawet nie jesteśmy w stanie za bardzo obniżyć ceny bo i tak nie mamy innego wyjścia. Płacimy 5000 tenge i jedziemy.

Na piaszczystej, krętej drodze pył wdziera się do środka auta przez każdą szczelinę i wlot powietrza. Dosłownie siedzimy w chmurze pyłu pomimo zamkniętych okien. Droga mija nam szybko, szczególnie że za każdym zakrętem zachwycamy się widokami. Znów jest zielono, są drzewa, łąki, pastwiska no i góry.

Saty

Saty

Stacja benzynowa w Saty

Stacja benzynowa w Saty

Wysiadając spotykamy dwójkę Czechów, którzy właśnie wracają z nad jezior. My do przejścia mamy jeszcze całą wioskę, która jest dość rozległa, nim dotrzemy do właściwego parku. Dosłownie po paru metrach zatrzymuje się samochód, z którego wychyla się głowa kogoś kto za sam wygląd mógłby otrzymać pracę w jakichś tajnych służbach. Proponuje nam transport ale odmawiamy. Nie chcemy już dziś płacić za przejazd. Idziemy dalej ale ledwie po 5 minutach samochód znów podjeżdża. Kierowca rzuca, że podwiozą nas za darmo. Ładujemy się do bądź co bądź obszernego mercedesa i ruszamy. Ponownie chmura kurzu wypełnia wnętrze. Przy drążku zmiany biegów natomiast leży na w pół opróżniona litrowa butelka wódki. Kierowca i jego towarzysz trzymają się dzielnie i śmiało prują najpierw przez wioskę, a następnie przez step. Wychodzi na to, że jazda przez step jest wygodniejsza niż drogą.

IMG_3769 IMG_3770

W budce uiszczamy opłatę za wstęp do parku (ok 700 tenge za osobę + 700 za namiot na dzień) i maszerujemy dalej pieszo doliną powoli pnąc się w górę. Upał już zelżał, z niedogodności pozostał tylko ciężki plecak. Jednak i tym razem po około 3 km zostajemy zabrani na stopa i podwiezieni do pierwszego z jezior Kolsai przy którym rozbijamy namiot.

Jezioro Kolsai 1

Jezioro Kolsai 1

IMG_3781

Nazajutrz zostawiamy większość rzeczy przy namiocie i idziemy na wycieczkę do następnego jeziora – Kolsai 2. Wybieramy ścieżkę po lewej stronie jeziora ale tak gdzieś w połowie okazuje się, że to nie jest już ścieżka i musimy trochę przedzierać się przez krzaki i zmagać ze stromymi zboczami uważając przy tym aby nie spaść w dół do wody. Gdy już docieramy na drugą stronę jeziora wcale nie kończą się nasze trudności bo z racji faktu bycia po niewłaściwej stronie jeziora musimy jeszcze przekroczyć rzekę, która do niego wpada. Na szczęście wody jest gdzieś do pasa i największym problemem jest wytrzymać w niej dłużej niż minutę. Jest lodowato zimna. Dojście do drugiego z jezior zajmuje nam około dwóch godzin. Szlak jest w dobrym stanie ale musimy zrobić około 500m w pionie.

Kolsai 2

Kolsai 2

IMG_3795

Ludzie schodzący z góry odradzali nam dziś jeszcze wędrówkę do trzeciego z jezior mówiąc, że mam za mało czasu. Jest jednak dopiero 13, a do trzeciego jeziora jest tylko 5 kilometrów. Nie mogę uwierzyć, że idzie się tam aż trzy godziny. Postanawiamy sprawdzić i ruszamy. Zaraz na dole spotykamy jeszcze chłopaka z Ałmatów, który przyjechał na kilka dni na ryby i mieszka w namiocie zbudowanym z pali i brezentu. Częstuje nas kurtem czyli suszonym serem owczym. Bardzo twardy ale dobry. Użycza też na chwilę lornetki byśmy mogli sobie pooglądać okolicę i idziemy dalej. Ścieżka, czasem ledwie widoczna w wysokiej trawie, prowadzi przez ukwiecone łąki, wzdłuż jeziora lecz na znacznej już wysokości w stosunku do niego. Tempo mamy powiedziałbym normalne i do Kolsai 3 docieramy już po półtorej godzinie. O dziwo nie jesteśmy tam sami.

IMG_3797

Kolsai 3

Kolsai 3

Jezioro jest chyba najładniejsze ze wszystkich, pomimo że mniejsze od pozostałych dwóch. Z obu stron otoczone górami, które łagodnie opadają w stronę jeziora. Na wprost natomiast wpływa do niego rzeka, a w tle widać kolejne góry. Wyżej znajdują się jeszcze kolejne jeziorka ale raz ale nie mamy już na to czasu. Kuszącą myślą byłoby pójście wyżej i przekroczenie granicy z Kirgistanem. W ten sposób zeszlibyśmy do jeziora Issyk Kul i oszczędzili pokonywania tej drogi na około. Nie dostalibyśmy jednak pieczątki do paszportu i to mógłby być problem.

Wracamy zatem tą samą drogą, którą przyszliśmy. Spotykamy po drodze znów naszego znajomego, tym razem dostajemy więcej kurtu. Robimy sobie wspólnie zdjęcia, rozmawiamy chwilę i idziemy dalej żeby zdążyć zejść przed zmrokiem. Udaje nam się to ze sporym zapasem ale muszę przyznać, że czuję zmęczenie.IMG_3840

Rano zwijamy namiot i schodzimy na powrót do Saty. Tradycyjnie przechodzimy tylko fragment trasy po czym łapiemy stopa. Krętą, wąską, szutrową drogą pędzimy prawie 80km/h mocno trzymając się czego popadnie. Jadąc przez step ten kierowca także nie korzysta z drogi. Po prostu mknie przed siebie ponad 100km/h.

Zapis śladu wycieczki z GPS.

Ałmaty

O 5 rano ląduję na lotnisku w Ałmatach. Na zewnątrz jeszcze ciemno. Bezproblemowo i w miarę szybko, bez kolejek przechodzę odprawę paszportową i odbieram bagaż. Tutaj niestety niemiła niespodzianka – pasek w plecaku jest urwany i przytroczony namiot trzyma się resztkami sił. Wychodzę z lotniska i od razu czuję się jak w Azji za starych dobrych czasów słysząc nawoływanie taxi mister, taxi. Odpowiadam nie nada i wychodzę z parkingu.

Jest dość rześko, wręcz chłodno. Przyznam, że moje oczekiwania co do temperatury były znacznie wyższe.

Na przystanku (200m od lotniska po wyjściu z parkingu), w oczekiwaniu na pierwszy autobus (o 6 rano, nr 79, 80 tenge) pospiesznie próbuję przyszyć pasek do plecaka. Nie do końca mi się to udaje bo gdy podjeżdża autobus wbijam igłę, łapię plecak i wsiadam.

Pomimo niewielkiej odległości do centrum jazda zajmuje prawie godzinę. Wszędzie rozkopane ulice, autobus toczy się bardzo powoli. Na szczęście zza budynków wyłaniają się góry i ten widok wynagradza mi powolną jazdę. Wysokie, wciąż ośnieżone szczyty Tien Shan’u majaczą w oddali i rozpalają wyobraźnię na myśl o zbliżających się wędrówkach.

Na jednym z przystanków wsiada Ewa i od tego momentu podróżujemy razem. Tak się dobrze składa, że autobus jedzie w północne rejony miasta, gdzie mieszka Katerina, z którą jesteśmy umówieni przez Couchsurfing.

Na stacji benzynowej zaopatrujemy się jeszcze w benzynę do kuchenki, co by później już nie musieć szukać.

Pomimo wczesnej godziny i wyciągnięcia Kateriny z łóżka, gości nas pysznym śniadaniem, po którym mamy siły wyruszyć na wycieczkę w góry.

Z najbliższego skrzyżowania łapiemy autobus w stronę Wielkiego Jeziora Ałmatyńskiego. Mamy szczęście bo akurat nadjeżdża. W środku panuje tłok, pewnie dlatego, że 6 lipca to święto narodowe w Kazachstanie – Dzień Stolicy i zarazem prezydenta.

Park pierwszego prezydenta

Park pierwszego prezydenta

Dojeżdżamy do ostatniego przystanku GES–2, skąd czeka nas jeszcze 13km marszu do jeziora. Uchodzimy zaledwie paręset metrów gdy udaje nam się złapać stopa. Małżeństwo mieszkańców mających dom nieopodal jeziora jedzie na górę i zabierają nas do swojego jeepa. Podjazdy i serpentyny są momentami bardzo strome. Sama jazda zajmuje nam pół godziny, a spacer takim asfaltem byłby średnio przyjemny. Co więcej, gdy pierwszy raz spoglądamy na jezioro jesteśmy trochę rozczarowany. To bardziej sztuczny zbiornik niż górskie jezioro. Wody jakby trochę mało, a w dodatku strażnicy pilnują by nie podchodzić do jeziora.

IMG_3715 Wielkie Jezioro Ałmatyńskie

Postanawiamy zatem skierować swe kroki do obserwatorium, które położone jest 3km dalej wzdłuż drogi. Przechodzimy jednak ledwie ćwierć tej odległości, gdy zatrzymuje nas szlaban ze stojącym żołnierzem z karabinem. Nie możemy nadal iść „bo nie”. Co ciekawe, negocjować w sprawie przejazdu próbuje z nim miejscowy Kazach ale bez paszportu nie może przejechać. Próbuje go nawet przekupić jednak bezskutecznie. My mimo posiadania paszportów przy sobie też nie możemy przejść.

Patrząc na mapę może się wydawać, że od GES-2 przez GES-2, jezioro, a następnie przełęcz Zhusalykezen można zrobić ciekawą pętlę schodząc na powrót do GES-2 doliną Prokhodnaya. Jednakże przewodnik podaje, że droga Alma-Arasan jest zablokowana. Do tego dochodzi jeszcze ominięcie strażnika z karabinem przy szlabanie.

Skoro żadne z nas nie jest w stanie dotrzeć do obserwatorium bez względu na to czy mamy paszporty czy nie to postanawiamy wracać na dół. Kierowca zabiera nas do swojego nowiutkiego, pachnącego nowością Lexusa. Jazda upływa nam w bardzo komfortowych warunkach. W pewnym momencie musimy poczekać pół godziny bo na drogę spadły kamienie i trwa odblokowywanie. Jak jechaliśmy w górę to ruch był wahadłowy.IMG_3726

Przystajemy przed jednym z domów, w którym mieszkańcy sprzedają kumys i zostajemy poczęstowani tym tradycyjnym napojem. Kumys to nic innego jak sfermentowane mleko klaczy. Najczęściej zawiera w sobie trochę alkoholu. Przed wyjazdem spotkałem się z paroma ambiwalentnymi opiniami, czasem wręcz negatywnie obrazowymi w swych porównaniach. My jednak niczego takiego nie możemy powiedzieć. Może i kumys nie zostanie naszym ulubionym napojem to mimo, że pierwszy raz piliśmy go z czystej ciekawości to sięgaliśmy później po niego jeszcze kilkukrotnie. Zresztą warto nie ograniczać się do jednego kumysu, ponieważ w różnych miejscach, krajach jego smak się od siebie może sporo różnić.

Dzień 16: Lago de Coatepeque, Volcan de Santa Ana

Rano opuszczamy uroczy Hotel Anahuac, żegnamy się z Cesarem, który prosi o przesłanie paru zdjęć z wczorajszej wycieczki i okolicy, co mam zamiar uczynić po powrocie.

Zjeżdżamy z gór, przejeżdżamy przez przedmieścia Santa Ana i kawałkiem Panamericany docieramy do jeziora Coatepeque. Jezioro leży w kraterze jeszcze większej kaldery i jest jednym z największych, a moim zdaniem i najpiękniejszych jezior Salwadoru. Szczególnie ładnie prezentuje się z wiodącej do niego drogi, z której widać pobudowane drewniane domy na wodzie. Niestety większość terenów wokół jeziora nie jest państwowa i dostęp do wody ograniczają prywatne posesje.

Ze względu na wczesną porę widoków nie przesłaniają chmury, a i przejrzystość powietrza jest przyzwoita.
Wejście na wulkan Santa Ana rozpoczyna się o 11 każdego dnia i jest to po części zorganizowana wycieczka, ponieważ z każdą grupą turystów idzie dwóch uzbrojonych policjantów i przewodnik. Wiążą się z tym oczywiście przeróżne opłaty (w sumie ok 10 USD) m.in. za wstęp do parku, przewodnika, za przejście przez teren prywatny. Co ciekawe w drodze powrotnej idziemy inną ścieżką i jakoś omijamy teren, za przejście którego w pierwszą stronę pobierano opłatę.

Przewodnik idzie raczej dla towarzystwa, a głównym rozmówcą jest jeden z policjantów, który na turystach ćwiczy swój angielski. On też opowiada większość ciekawostek związanych z parkiem i wulkanem.

Co do spaceru w asyście policjantów pod bronią to nie jestem pewien na ile to rzeczywiście kwestie bezpieczeństwa, a na ile jakieś zaszłości z dawnych czasów, które teraz stały się dodatkowym źródłem dochodu. W każdym razie nawet idąc za potrzebą za krzaki jeden z policjantów zawsze czeka na brakującą osobę aż zrobi co trzeba i dołączy do reszt.

Spotkaliśmy ponownie Veronique i Maxime, poznaliśmy Andrej’a z Ziliny, a także Amerykanina i Australijczyka. Dotarcie na szczyt zajęło nam około dwóch godzin spokojnym tempem.

Krater wulkanu Santa Ana jest wypełniony zielonkawą, bulgoczącą na środku wodą. Ściany zewnętrznego krateru osiągają 400m wysokości, a samo jeziorko ma 30m głębokości. Bardzo ciekawi mnie sposób w jaki dokonuje się takich pomiarów.

Po dotarciu na parking zabieramy ze sobą jeszcze Veronique, Maxime i Andrej’a. Niestety ale auto jest tylko pięcioosobowe. I tak wieczór spotykamy się wszyscy w tym samym hostelu – Casa Verde, po czym idziemy na miasto na spacer i sok ze świeżo wyciskanych owoców.