Dzień 16: Lago de Coatepeque, Volcan de Santa Ana

Rano opuszczamy uroczy Hotel Anahuac, żegnamy się z Cesarem, który prosi o przesłanie paru zdjęć z wczorajszej wycieczki i okolicy, co mam zamiar uczynić po powrocie.

Zjeżdżamy z gór, przejeżdżamy przez przedmieścia Santa Ana i kawałkiem Panamericany docieramy do jeziora Coatepeque. Jezioro leży w kraterze jeszcze większej kaldery i jest jednym z największych, a moim zdaniem i najpiękniejszych jezior Salwadoru. Szczególnie ładnie prezentuje się z wiodącej do niego drogi, z której widać pobudowane drewniane domy na wodzie. Niestety większość terenów wokół jeziora nie jest państwowa i dostęp do wody ograniczają prywatne posesje.

Ze względu na wczesną porę widoków nie przesłaniają chmury, a i przejrzystość powietrza jest przyzwoita.
Wejście na wulkan Santa Ana rozpoczyna się o 11 każdego dnia i jest to po części zorganizowana wycieczka, ponieważ z każdą grupą turystów idzie dwóch uzbrojonych policjantów i przewodnik. Wiążą się z tym oczywiście przeróżne opłaty (w sumie ok 10 USD) m.in. za wstęp do parku, przewodnika, za przejście przez teren prywatny. Co ciekawe w drodze powrotnej idziemy inną ścieżką i jakoś omijamy teren, za przejście którego w pierwszą stronę pobierano opłatę.

Przewodnik idzie raczej dla towarzystwa, a głównym rozmówcą jest jeden z policjantów, który na turystach ćwiczy swój angielski. On też opowiada większość ciekawostek związanych z parkiem i wulkanem.

Co do spaceru w asyście policjantów pod bronią to nie jestem pewien na ile to rzeczywiście kwestie bezpieczeństwa, a na ile jakieś zaszłości z dawnych czasów, które teraz stały się dodatkowym źródłem dochodu. W każdym razie nawet idąc za potrzebą za krzaki jeden z policjantów zawsze czeka na brakującą osobę aż zrobi co trzeba i dołączy do reszt.

Spotkaliśmy ponownie Veronique i Maxime, poznaliśmy Andrej’a z Ziliny, a także Amerykanina i Australijczyka. Dotarcie na szczyt zajęło nam około dwóch godzin spokojnym tempem.

Krater wulkanu Santa Ana jest wypełniony zielonkawą, bulgoczącą na środku wodą. Ściany zewnętrznego krateru osiągają 400m wysokości, a samo jeziorko ma 30m głębokości. Bardzo ciekawi mnie sposób w jaki dokonuje się takich pomiarów.

Po dotarciu na parking zabieramy ze sobą jeszcze Veronique, Maxime i Andrej’a. Niestety ale auto jest tylko pięcioosobowe. I tak wieczór spotykamy się wszyscy w tym samym hostelu – Casa Verde, po czym idziemy na miasto na spacer i sok ze świeżo wyciskanych owoców.


Reklamy

Dzień 14: San Salvador, Parque Nacional El Boqueron, San Andres, Joya de Ceren, Juayua

Dzień zaczynamy od śniadania w hostelu, po którym wybieramy się odwiedzić ścisłe centrum San Salvadoru. O ile przedmieścia, gdzie nocowaliśmy były ładnie utrzymane i zadbane, o tyle okolice Plaza Barrios, gdzie mieści się między innymi Pałac Narodowy czy Katedra Metropolitalna są brudne, zaśmiecone, pełne bezdomnych nocujących na krawężnikach i tam też załatwiających swoje potrzeby co można wnioskować po rozchodzącym się zapachu.

Abstrahując jednak nieco od wyglądu na poziomie ulicy to Pałac Narodowy będący siedzibą rządową aż do trzęsienia ziemi w roku 1986 wręcz bije w oczy kremową bielą. Podobnie stojąca tuż obok katedra, w której akurat odbywa się msza.

Przy Parque Libertad znajduje się kolejna ciekawa i warta odwiedzenia budowla, a mianowicie kościół El Rosario. Zbudowana na planie łuku z witrażami w kolorach tęczy.

Oddalając się od centrum miasto robi się bardziej czyste i schludne choć i tak wydaje mi się, że jest z poziomu turysty wygląda lepiej niż niejedno miasto polskie. Pojawiają się centra handlowe, salony samochodowe i oczywiście zamknięte osiedla.

Szeroką autostradą jedziemy w kierunku Santa Tecla, gdzie odbijamy na północ w kierunku El Boquerom. Mamy trochę trudności ze znalezieniem drogi tam prowadzącej jako, że nawigacja ma mały błąd i kombinujemy na własną rękę. Na szczęście się udaje i pniemy się powoli w górę, a po prawej strony poniżej roztacza się widok na całą kotlinę i San Salvador.

Wulkan San Salvador ma dwa wierzchołki, z czego drugi – El Boqueron ma w sobie jeszcze mały stożek – wysoki na 45 metrów. Wycieczka zajmuje kilkadziesiąt minut, a dotarcie od parkingu nie jest wymagające.

Jadąc dalej tą samą drogą wyjeżdżamy po drugiej stronie i docieramy do Panamericany. Nieopodal znajdują się ruiny w San Andres i Joya de Ceren zwane również Pompejami Ameryki. Nazwa wzięła się stąd, że mała osada Majów została podczas erupcji w 595 roku przysypana kilkoma warstwami popiołu i odkrywa stosunkowo niedawno. Od Pompejów odróżnia je jednak to, że ludzie przeczuwający zbliżającą się katastrofę opuścili w pośpiechu wioskę o czym świadczy brak znalezionych ciał.

Kilka kilometrów dalej w dolinie Zapotitan znajdują się wspominane już wcześniej ruiny San Andres z niewielką stożkową piramidą. Eksperci sądzą, że miasto pomiędzy 600, a 900 rokiem było zamieszkiwane nawet przez 12000 ludzi.

Popołudniu zmierzamy już w stronę wybrzeża Pacyfiku i miejscowości La Libertad, a następnie jedziemy wzdłuż wybrzeża na zachód. W El Tunco robimy przerwę, spacerujemy chwilę po plaży, a później delektujemy się przepyszną ceviche (kawałki ryby w soku z limonki z pomidorem, kukurydzą, ananasem, papryką, itp.)

Robi się już późno, a poza tym problemy żołądkowe znów dają o sobie znać więc jedziemy prosto w okolice Ruta de las Flores – do Juayua. Zatrzymujemy się w u przesympatycznego Cesara w hotelu Anahuac, który mogę z czystym sumieniem polecić.